just don't call me baby
: ndz lip 19, 2026 4:13 pm
Sam nie do końca wiedział co się stało, jeśli miał być zupełnie szczery. W jednym momencie zaczepnie łapał za słówka przystojnego obcokrajowca z którym pracował, może nawet oddawał się jakiemuś szczeniackiemu flirtowi i dłuższym spojrzeniom.. W następnym wszystko pociemniało, tracił czucie w całym ciele i nie mógł oddychać. Wycofał się do samego kąta blatów, kolejne dwa kroki, tam poddał się temu, czego jego ciało wymagało, przykucając, zwijając się w sobie tak, że prawie schował głowę między kolanami, zasłaniając ją dłońmi. Palce mocno zacisnęły się we własnych włosach, kiedy nadal walczył o oddech, piszczenie w uszach pozwalało jedynie zarejestrować, że mężczyzna po drugiej stronie kuchni coś mówił.
Kiedy wytrzeźwiał tak naprawdę po raz pierwszy, na odwyku, miesiące wstecz, nie sądził, że chował tak wiele nieprzyjemnych wspomnień w niekończącym się cugu. Jego ekstrawertyczna natura, wieczny uśmiech, absolutne uwielbienie do poznawania nowych ludzi i miłość do tańca dawały mu zwykle całkiem sporo uwagi. Darmowe drinki, nowi znajomi których imion zapominał w ułamku sekundy, czasami osoby obu płci, których odwzajemniane zainteresowanie sprawiało, że lądowali w bliżej nieokreślonym gdzieś, by oddać się dorosłym zabawom. To było okay, to pamiętał przelotnie, zwykle bez jakichś szczególnych fajerwerków, czasami z lekkim grymasem, kiedy wspomnienie wydawało się żałosne.. Przypomniał sobie również kilka sytuacji w których wcale nie chciał brać udziału. Małe urywki bez kontekstu. Duża, szorstka dłoń przytrzymująca go w miejscu, silne dłonie sprawiające ból, kiedy próbował się odsunąć, głodne pocałunki których nie chciał oddawać. Bo prowokował. Bo flirtował. Bo był za bardzo do przodu, jakby to usprawiedliwiało branie bez pytania, albo branie, gdy wyraźnie mówił "nie". Bolało. Wspomnienie bolało. Brzydziło. Przywoływało wstyd i sprawiało, że czuł się obrzydliwie brudny. Jego własna wina. Sam sobie zasłużył. Dostał o co się prosił.
Nie słyszał. Nie widział. Nie czuł. Zmagał się z łapaniem oddechu drżąc, łzy przeciskały się przez zaciśnięte powieki. Nie mógł oddychać. Panikował jeszcze bardziej, płuca próbowały zaciągnąć powietrze za bardzo, nie dając miejsca na wydech. Chciał umrzeć. Naprawdę i szczerze, każdej pierdolonej minuty każdego dnia, a jedyne miejsce, gdzie względnie funkcjonował, to ta kuchnia. Miał w niej miejsce, miał rolę, wszystko było na swoim miejscu, a problem zaczynał się, kiedy opuszczał mury budynku. Nie chciał. Nie mógł. Nie dawał rady. Dłonie przesunęły się na jego własny kark i wyższą część pleców, drapiąc przez koszulkę, szukając jakiegokolwiek ujścia dla hektolitrów czarnej rozpaczy, której nijak nie mógł się pozbyć. Chciał się rozszarpać na strzępy, wyrwać własne serce przez plecy, jebać bałagan i konsekwencje... Ale nie mógł. Nie dało się. Był zmuszony żyć i oddychać. Bezsensowny, marnujący tlen, śmieć. Zużyty i nie nadający się do niczego.
Apatia i chłodna pustka powoli zastępowała hałaśliwy napad paniki. Obmywała go jak chłodna woda, zalewając stopniowo od czubka głowy, przez ramiona, do koniuszków palców, potem przez brzuch i biodra aż do palców stóp. Zmęczenie. Przejmujące psychiczne zmęczenie, znacznie bardziej dobitne niż to fizyczne sprawiło, że klapnął ciężko na podłodze, opierając się plecami o metalowe drzwiczki pod blatem, odchylając na moment głowę, łapiąc kilka głębokich wdechów. Koniec zjawiska. Nie chciał nawet otwierać oczu, pociągając nosem, bojąc się, że nadal tam był i że już zawsze będzie patrzył na niego jak na kruchą porcelanę gotową rozpaść się w każdym momencie.
emptiness
Kiedy wytrzeźwiał tak naprawdę po raz pierwszy, na odwyku, miesiące wstecz, nie sądził, że chował tak wiele nieprzyjemnych wspomnień w niekończącym się cugu. Jego ekstrawertyczna natura, wieczny uśmiech, absolutne uwielbienie do poznawania nowych ludzi i miłość do tańca dawały mu zwykle całkiem sporo uwagi. Darmowe drinki, nowi znajomi których imion zapominał w ułamku sekundy, czasami osoby obu płci, których odwzajemniane zainteresowanie sprawiało, że lądowali w bliżej nieokreślonym gdzieś, by oddać się dorosłym zabawom. To było okay, to pamiętał przelotnie, zwykle bez jakichś szczególnych fajerwerków, czasami z lekkim grymasem, kiedy wspomnienie wydawało się żałosne.. Przypomniał sobie również kilka sytuacji w których wcale nie chciał brać udziału. Małe urywki bez kontekstu. Duża, szorstka dłoń przytrzymująca go w miejscu, silne dłonie sprawiające ból, kiedy próbował się odsunąć, głodne pocałunki których nie chciał oddawać. Bo prowokował. Bo flirtował. Bo był za bardzo do przodu, jakby to usprawiedliwiało branie bez pytania, albo branie, gdy wyraźnie mówił "nie". Bolało. Wspomnienie bolało. Brzydziło. Przywoływało wstyd i sprawiało, że czuł się obrzydliwie brudny. Jego własna wina. Sam sobie zasłużył. Dostał o co się prosił.
Nie słyszał. Nie widział. Nie czuł. Zmagał się z łapaniem oddechu drżąc, łzy przeciskały się przez zaciśnięte powieki. Nie mógł oddychać. Panikował jeszcze bardziej, płuca próbowały zaciągnąć powietrze za bardzo, nie dając miejsca na wydech. Chciał umrzeć. Naprawdę i szczerze, każdej pierdolonej minuty każdego dnia, a jedyne miejsce, gdzie względnie funkcjonował, to ta kuchnia. Miał w niej miejsce, miał rolę, wszystko było na swoim miejscu, a problem zaczynał się, kiedy opuszczał mury budynku. Nie chciał. Nie mógł. Nie dawał rady. Dłonie przesunęły się na jego własny kark i wyższą część pleców, drapiąc przez koszulkę, szukając jakiegokolwiek ujścia dla hektolitrów czarnej rozpaczy, której nijak nie mógł się pozbyć. Chciał się rozszarpać na strzępy, wyrwać własne serce przez plecy, jebać bałagan i konsekwencje... Ale nie mógł. Nie dało się. Był zmuszony żyć i oddychać. Bezsensowny, marnujący tlen, śmieć. Zużyty i nie nadający się do niczego.
Apatia i chłodna pustka powoli zastępowała hałaśliwy napad paniki. Obmywała go jak chłodna woda, zalewając stopniowo od czubka głowy, przez ramiona, do koniuszków palców, potem przez brzuch i biodra aż do palców stóp. Zmęczenie. Przejmujące psychiczne zmęczenie, znacznie bardziej dobitne niż to fizyczne sprawiło, że klapnął ciężko na podłodze, opierając się plecami o metalowe drzwiczki pod blatem, odchylając na moment głowę, łapiąc kilka głębokich wdechów. Koniec zjawiska. Nie chciał nawet otwierać oczu, pociągając nosem, bojąc się, że nadal tam był i że już zawsze będzie patrzył na niego jak na kruchą porcelanę gotową rozpaść się w każdym momencie.
emptiness