LOST
: ndz wrz 20, 2026 8:29 pm
Optymizm Reece nie był póki co zaraźliwy, właściwie to kiedy dla niego "poczekamy tu kilka godzin albo dni" brzmiało jakby nawet bardzo się tym nie przejmował, tak kiedy to dotarło do Peach, to coś ją ścisnęło w przełyku. Kilka dni w samotności, bez dostępu do internetu, telefonu, bez kawek albo matchy, ciepłego łóżeczka, prysznica z bieżącą wodą, szczoteczki do zębów, tolaety czy chociażby mleczka do opalania? Jak oni mieli przeżyć te kilka dni? Zupełnie nie umiała sobie tego wyobrazić, a brak wszystkich udogodnień cywilizacyjnych tak ją zestresował, że przez moment istniała możliwość, że się rozpłacze. Patrzyła na niego, oczekując, że jeszcze jakoś ją pocieszy, ale zdawał się uznawać, że uświadomienie sobie tego było jedynym sposobem w jaki postanowił ją potraktować. A później się dobrał do butelki.
Peach absolutnie nie miała pojęcia o surviwalu na bezludnej wyspie. Może powinna pójść za przykładem Reece'a i się po prostu upić? Nie wydawało jej się to rozsądne, bo przecież na kacu będzie chciało im sie pić wody, a nawet jej nie znaleźli, a wody z oceanu pić nie można, więc tylko denerowała sie na niego bardziej, kiedy tak na nią sarkał jakby wiedział coś więcej.
- Na wczasach pod gruszą? - zmrużyła oczy, a jej palce aż zbielały od ściskania szklanej butelki rumu czy innego whisky, który znaleźli. - Ciężko mi będzie się na tych wczasach wyluzować, jeżeli będę na bezludnej wyspie bez jednego wygodnego łóżka i do tego skazana na jakiegoś pijanego... pijaka - prychnęła, a kiedy chłopak jej odebrał butelkę to tupnęła nóżką w piasek, natomiast ponieważ nagle zaczęło padać, to tak jakby ta afera alkoholowa przestała mieć tak na prawdę tak duże znaczenie. Schronili się pod palmami. Reece stał widocznie w jakiejś gorszej części, bo na Peach to nic nie padało i dziękowała wszystkim bogom za to, że jak ktoś wymyślał palmy to tak, że pod ich liśćmi było sucho. Wiadomo, że to nie była idealna sytuacja - wciąż z boków padały na nich kropelki wody. Była jeszcze gotowa powiedzieć coś więcej, ale uznała, że może dość tych narzekań - nie znalła Reece na tyle, żeby pokazywać mu jakie ma czasami podejście. Jedynie co jej zostało to lamentowanie sobie w głowie na temat tego, że pewnie zaraz trzaśnie jakiś piorun w te palme i spłonie, a jej trup i jego trup sie połączą i nikt się nie dowie, że tu były dwie osoby! To dopiero by było!
Jakież było jej zdziwienie, kiedy on się nagle odpalił i ją ciągnie na deszcz. Zrobił to tak zręcznie, że chociaż była w szoku, to poddała mu się i przestępuje kilka kroków, zaraz czując jak ściana deszczu zaczyna moczyć jej całe ciało, zaczynając od czubka głowy (na której wciąż znajdował się ten opatrunek) aż po stopy - Ale co ty... - powiedziała cicho, pewnie niedosłyszalnie dla chłopaka, który już stał w tropikalnej ulewie i wytrzeszcza na niego oczy. Co prawda trochę mu stawiała opór, ale nie na tyle, by nie dać się wyciągnąć zaraz całkowicie na piasek. Taniec. Coś ogromnie naturalnego, a jednak w obecnej chwili tak surrealistycznego, że ciężko się było temu oprzeć. To było jak jakaś sytuacja ze snu. I Peach zahipnotyzowana, lekko rozchyla wargi, a potem okazuje się, że się uśmiechnęła. Bo co miała innego zrobić. Cały absurd tej sytuacji - tego, że własnie tańczyli w deszczu, a Reece mówił, że to ich wyimaginowany bal w wyimaginowanym pięciogiwazdkowym hotelu, to że nic sobie nie robią z tego, że oboje są przemoczeni od stóp do głów, to że dopiero co chciała mu zabronić pić, a to wszystko polane wcześniejszym stresem i katastrofą... ten koktail emocji nagle ją oblał. A woda, która spływała z nieba, pomogła Peach się nieco rozluźnić i złapać do tego wszystkiego nieco inne podejście.
Nic nie mogli zrobić, byli zdani już chyba tylko na jakąś łaskę, więc skoro mieli przeżyć te dni w jakiś sposób, to nie chciała ich spędzić na denerwowaniu się i nabawianiu wrzodów ze stresu. Jej dłonie przesunęły się po jego barkach i objęła go za szyję. Kątem oka dostrzegła, że materiał bluzki, który nasiąknął od wody przykleił mu się do ciała, zarysowując mu mięśnie. Bardzo smakowity był to widok, ale mimo wszystko uniosła spojrzenie, żeby spojrzeć mu w oczy. Widziała go niewyraźnie przez mocno zacinający deszcz. Chociaż sam był już pijany to pewnie widział, że jej wcześniejsza złość została zmyta. Nie pomyślała o tym, ale pewnie woda również zrobiła to samo z jej ubraniem co z jego. Chociaż jej ubranie od początku było raczej obcisłe i nie pozostawiało wiele wyobraźni, ale teraz strużki wody spływały jej w dekolt.
- Czy mi się wydaje, czy dziś orkiestra gra dziś tylko moje ulubione piosenki - dała się mu wkręcić w to udawanie i stawia stópki starając się nadążyć za jego rytmem z głowy. Kiedy on nią nagle zakręcił to prawie się wywróciła i tylko dlatego, że mocno ją schwycił w ostatniej chwili sprawiło, że nie wylądowali na piasku. Co właściwie też nie byłoby aż takie straszne, przecież był mięciutki i na pewno zaamortyzowałby jej upadek. Gorzej z tym, że jego upadek na nią musiałaby zamortyzować ona sama. I wisi tak nad ziemią. Chyba pierwszy raz od tej całej katastrofy pomyślała, że to nie musi być koniec świata, albo nawet jeżeli jest, to nie jest aż taki zły. I wtedy końcu się zaśmiała - No dobrze, przekonałeś mnie. Poproszę butelkę
Reece Murray
Peach absolutnie nie miała pojęcia o surviwalu na bezludnej wyspie. Może powinna pójść za przykładem Reece'a i się po prostu upić? Nie wydawało jej się to rozsądne, bo przecież na kacu będzie chciało im sie pić wody, a nawet jej nie znaleźli, a wody z oceanu pić nie można, więc tylko denerowała sie na niego bardziej, kiedy tak na nią sarkał jakby wiedział coś więcej.
- Na wczasach pod gruszą? - zmrużyła oczy, a jej palce aż zbielały od ściskania szklanej butelki rumu czy innego whisky, który znaleźli. - Ciężko mi będzie się na tych wczasach wyluzować, jeżeli będę na bezludnej wyspie bez jednego wygodnego łóżka i do tego skazana na jakiegoś pijanego... pijaka - prychnęła, a kiedy chłopak jej odebrał butelkę to tupnęła nóżką w piasek, natomiast ponieważ nagle zaczęło padać, to tak jakby ta afera alkoholowa przestała mieć tak na prawdę tak duże znaczenie. Schronili się pod palmami. Reece stał widocznie w jakiejś gorszej części, bo na Peach to nic nie padało i dziękowała wszystkim bogom za to, że jak ktoś wymyślał palmy to tak, że pod ich liśćmi było sucho. Wiadomo, że to nie była idealna sytuacja - wciąż z boków padały na nich kropelki wody. Była jeszcze gotowa powiedzieć coś więcej, ale uznała, że może dość tych narzekań - nie znalła Reece na tyle, żeby pokazywać mu jakie ma czasami podejście. Jedynie co jej zostało to lamentowanie sobie w głowie na temat tego, że pewnie zaraz trzaśnie jakiś piorun w te palme i spłonie, a jej trup i jego trup sie połączą i nikt się nie dowie, że tu były dwie osoby! To dopiero by było!
Jakież było jej zdziwienie, kiedy on się nagle odpalił i ją ciągnie na deszcz. Zrobił to tak zręcznie, że chociaż była w szoku, to poddała mu się i przestępuje kilka kroków, zaraz czując jak ściana deszczu zaczyna moczyć jej całe ciało, zaczynając od czubka głowy (na której wciąż znajdował się ten opatrunek) aż po stopy - Ale co ty... - powiedziała cicho, pewnie niedosłyszalnie dla chłopaka, który już stał w tropikalnej ulewie i wytrzeszcza na niego oczy. Co prawda trochę mu stawiała opór, ale nie na tyle, by nie dać się wyciągnąć zaraz całkowicie na piasek. Taniec. Coś ogromnie naturalnego, a jednak w obecnej chwili tak surrealistycznego, że ciężko się było temu oprzeć. To było jak jakaś sytuacja ze snu. I Peach zahipnotyzowana, lekko rozchyla wargi, a potem okazuje się, że się uśmiechnęła. Bo co miała innego zrobić. Cały absurd tej sytuacji - tego, że własnie tańczyli w deszczu, a Reece mówił, że to ich wyimaginowany bal w wyimaginowanym pięciogiwazdkowym hotelu, to że nic sobie nie robią z tego, że oboje są przemoczeni od stóp do głów, to że dopiero co chciała mu zabronić pić, a to wszystko polane wcześniejszym stresem i katastrofą... ten koktail emocji nagle ją oblał. A woda, która spływała z nieba, pomogła Peach się nieco rozluźnić i złapać do tego wszystkiego nieco inne podejście.
Nic nie mogli zrobić, byli zdani już chyba tylko na jakąś łaskę, więc skoro mieli przeżyć te dni w jakiś sposób, to nie chciała ich spędzić na denerwowaniu się i nabawianiu wrzodów ze stresu. Jej dłonie przesunęły się po jego barkach i objęła go za szyję. Kątem oka dostrzegła, że materiał bluzki, który nasiąknął od wody przykleił mu się do ciała, zarysowując mu mięśnie. Bardzo smakowity był to widok, ale mimo wszystko uniosła spojrzenie, żeby spojrzeć mu w oczy. Widziała go niewyraźnie przez mocno zacinający deszcz. Chociaż sam był już pijany to pewnie widział, że jej wcześniejsza złość została zmyta. Nie pomyślała o tym, ale pewnie woda również zrobiła to samo z jej ubraniem co z jego. Chociaż jej ubranie od początku było raczej obcisłe i nie pozostawiało wiele wyobraźni, ale teraz strużki wody spływały jej w dekolt.
- Czy mi się wydaje, czy dziś orkiestra gra dziś tylko moje ulubione piosenki - dała się mu wkręcić w to udawanie i stawia stópki starając się nadążyć za jego rytmem z głowy. Kiedy on nią nagle zakręcił to prawie się wywróciła i tylko dlatego, że mocno ją schwycił w ostatniej chwili sprawiło, że nie wylądowali na piasku. Co właściwie też nie byłoby aż takie straszne, przecież był mięciutki i na pewno zaamortyzowałby jej upadek. Gorzej z tym, że jego upadek na nią musiałaby zamortyzować ona sama. I wisi tak nad ziemią. Chyba pierwszy raz od tej całej katastrofy pomyślała, że to nie musi być koniec świata, albo nawet jeżeli jest, to nie jest aż taki zły. I wtedy końcu się zaśmiała - No dobrze, przekonałeś mnie. Poproszę butelkę
Reece Murray