watch it burn
: czw lip 23, 2026 10:24 pm
No matter where I go
I'm always gonna want you back
No matter how long you're gone
I'm always gonna want you back
Wyglądało to, jakby był w stanie ją porzucić, ale czy w rzeczywistości tak było? Czy gdyby był bezlitosny to czy nie odszedłby tak po prostu, nie próbując naprawić swojego błędu? Nawiedzał ją w pracy, a teraz zastawił na nią swego rodzaju pułapkę, aby móc z nią porozmawiać bez dania jej możliwości, aby mogła tak po prostu wyjść. Był naprawdę zdeterminowany i miał nadzieję, że nie oberwie mu się za to wszystko, a finalnie dojdą do jakiegoś porozumienia. Nie dopuszczał do siebie możliwości, że Vita mogłaby już go nie kochać, nawet jeśli ciężko było mu w ogóle zrozumieć fakt, że ktoś był w stanie obdarzyć go takimi uczuciami. To było bardziej niesamowite, ale sama świadomość dawała mu poczucie rozlewającego się na sercu ciepła.
— Musiałabyś mi zaufać, ten jeden ostatni raz — powiedział, patrząc na nią z czułością. Prosił o naprawdę wiele, ale jak inaczej mógł jej to udowodnić niż pokazać, że chciał przy niej trwać? Że tak naprawdę był cholernie lojalny, ale po prostu wiedza na temat jej emocji nieco go… przytłoczyła? Nie był złym człowiekiem, chociaż zaprezentował się od najgorszej możliwej strony.
Spojrzał na tę słodką buźkę z niezrozumiałą miną. — Naprawdę myślałaś, że po prostu wypchnąłbym cię w samotną podróż do Las Vegas, żebyś zmierzyła się ze swoim prawie byłym mężem? Jestem potworem, ale nie aż takim. — Zwłaszcza jeśli znał szczegóły i wiedział o jej emocjach względem tej sprawy. Nie chciał siedzieć wtedy w Toronto i zastanawiać się, jak szła jej sprawa, czy właśnie trzęsła się ze stresu jak osika, czy zapalała kolejnego z rzędu papierosa, bo nie miała obok siebie osoby, która realnie mogłaby ją wesprzeć w tej trudnej drodze. Oczywiście, że mógłby wybłagać Eleanor, żeby poleciała razem z nią i jej potowarzyszyła, ale przecież to nie miało najmniejszego sensu, w końcu to on starał się o serce Holloway. Próbował zignorować jej teksty, ale ciężko mu to szło. — Spoko, już jedna tak stwierdziła i rzeczywiście jest daleko stąd — odpowiedział nieco bardziej gorzko niż chciał, ale nie był w stanie nad tym zapanować. Wyrzuty sumienia uderzyły w niego na momencik, jednak szybko zdystansował się od tego, próbując wyrzucić zmarłą narzeczoną ze swoich myśli. Nie, ona już nie miała żadnego znaczenia. — Radzę ci nie robić sobie zbytnio nadziei, że uda ci się ode mnie uciec. Ty masz krótkie nóżki, a ja szybko biegam — dodał po chwili z lekkim rozbawieniem. W końcu tak było lepiej, żeby zatuszować lekkie spięcie jego ramion. Był obok, nie pozwoli, aby stała się jej krzywda.
Cały czas jej się przyglądał, jak spoglądała za okno i był przekonany, że po prostu patrzyła na to, jak ziemia staje się coraz mniejsza i jak wysoko oni się znajdują. Zaraz posłała mu przerażone spojrzenie, a on nieco zniżył głowę, próbując zrozumieć, co mogło ją przestraszyć. Teraz zrozumiał, że jej nawiązanie do tej historii nie było bez znaczenia. — Coś cię niepokoi? — zapytał, marszcząc brwi i przeniósł spojrzenie na Vitę. — Nie zapytałem cię wcześniej, ale leciałaś już gdzieś samolotem? Wiem, że nie byłaś nigdzie dalej, ale jakiejś krótsze dystanse? — dodał zaraz, nie zaprzestając tego uspokajającego ruchu na jej skórze. Kolejny aspekt, przez który plułby sobie w brodę, gdyby zdecydował się nie lecieć. Kto inny miałby tu siedzieć i ją uspokajać? Albo nie darowałby sobie, gdyby teraz musiała wbijać palce we własne udo, aby uczepić się czegoś innego niż jego dłoni.
To wszystko było przeznaczeniem — mieli tu siedzieć, stewardessa miala nie pozwolić jej się przesiąść, a starszy pan miał tu siedzieć i wykonać swoje najważniejsze tego dnia zadanie. Jego miłość do zmarłej żony miała przypomnieć dzieciakom, że błędy się zdarzały i nie każdy był idealny. Aidenowi szczególnie wiele ku temu brakowało, jednak miał szczere chęci, aby się zmienić. Dla niej, żeby przyszłościowo dawać jej to, czego zasługiwała, bez swoich wewnętrznych obaw.
Chciał o nią walczyć.
Chciał, żeby była przy nim zawsze.
Chciał, żeby już do końca świata była tylko jego.
Nikogo innego, tylko i wyłącznie jego.
Poczuł przeogromną lekkość na swoich barkach, kiedy zaczęła mówić. Kiedy wspomniała o drodze powrotnej i o tym, że długo mu to zajęło. Czy to nie był pierwszy krok ku… przebaczeniu? Czy powtórzą piękną historię ich współpasażera i jego żony? Czy on zawsze będzie walczył, a ona zawsze mu przebaczy? — Wiem — przyznał, ale to że dobrze radził sobie zawodowo nie oznaczało, że ogarniał swoje życie prywatne. — Jestem debilem jeśli chodzi o uczucia, musisz mi to wybaczyć — wymamrotał niechętnie, przyznając się do swojej pięty achillesowej i próbując jej bez większych szczegółów zwizualizować, co poszło nie tak. Kiedy lampka zgasła, a charakterystyczne piknięcie rozległo się w kabinie, Vita wzięła swoją dłoń i wstała, a on w szoku uniósł brwi. — Gdzie ty idziesz? — wyrzucił z siebie zaskoczony, spoglądając z dołu na dziewczynę. Oczami, które były przepełnione nadzieją, że nie wszystko zostało stracone. Spojrzeniem, które obawiało się, że jej wcześniejsze słowa były jakimś wytworem jego wyobraźni albo że… odczytał to mylnie.
Wróciła. Usiadła. Patrzył na nią uważnie i zaraz chwyciła go za lniany materiał koszuli, przyciągając bliżej siebie i jeśli myślał, że nie potrafił unieść brwi jeszcze wyżej, to był w błędzie. Jego sympatia prawdopodobnie właśnie oszalała.
I znowu te słowa.
Kocham cię, ale teraz bardzo cię nie lubię.
Uśmiechnął się automatycznie. Kochała go. Nadal. Nie znienawidziła go, tylko… nie lubiła. To dało się wyklepać! Parsknął krótkim śmiechem, zanim złączyła ich usta i to był moment, o którym śnił od dwóch tygodni. Odwzajemnił czułą pieszczotę, tylko na krótką chwilę pogłębiając pocałunek, bo byli w samolocie, a jeśli przekroczyłby swoją granicę, to ciężko byłoby mu odpuścić i nagle się odsunąć. Oderwał się od jej ust, lekko szturchając jej nos swoim, po czym musnął jego czubek, zaraz dając jej czułego buziaka w czoło. — Jeszcze — zauważył z uradowaniem. — Jestem w stanie cierpliwie poczekać, aż znowu mnie polubisz, ale będę kręcić się w twoim życiu, żebyś czasami o mnie nie zapomniała — mruknął cicho, wzdychając i uważnie przyglądając się jej buzi. Wyglądała na zmęczoną i z pewnością też tak było. Stresowała się, a dodatkowo on sam przysporzył jej zbędnych zmartwień. — Zdrzemnij się, obudzę cię na jedzenie — rzucił, opierając się o swój fotel i wyciągając w jej kierunku rękę, delikatnie przechylił głowę dziewczyny na swoje ramię. Pogłaskał ją krótko po włosach i po krótkim namyśle, położył swoją dłoń na jej udzie, po prostu trzymając ją tam i nie wykonując żadnych ruchów, które mogłaby źle odebrać.
Lot minął dość szybko i przyjemnie, nawet i jemu samemu przymknęło się na chwilę oko. Wylądowali w Las Vegas wieczorem, odebrali swoje bagaże i Aiden już wcześniej zarezerwował wynajęcie auta. Załatwił szybko formalności i poszli wsiąść do pojazdu, kierując się do hotelu, gdzie poszli zameldować się do recepcji. — Piętro szóste, pokój 618, dwuosobowy z jednym łóżkiem — powiedział i teraz uświadomił sobie, że w obecnej sytuacji, mogło to być problemem. Znaczy nie dla niego, dlatego miał nadzieję, że Vita nie zwróci uwagi na słowa recepcjonistki i po prostu skierują się do pokoju, gdzie sam zmierzy się z jej ewentualnym niezadowoleniem albo po prostu… będzie spać na podłodze, bo przecież to jej należało się wygodne spanie.
I know you know
I will never get over you
No matter where I go
I'm always gonna want you back
Want you back
be mine forever
I'm always gonna want you back
No matter how long you're gone
I'm always gonna want you back
Wyglądało to, jakby był w stanie ją porzucić, ale czy w rzeczywistości tak było? Czy gdyby był bezlitosny to czy nie odszedłby tak po prostu, nie próbując naprawić swojego błędu? Nawiedzał ją w pracy, a teraz zastawił na nią swego rodzaju pułapkę, aby móc z nią porozmawiać bez dania jej możliwości, aby mogła tak po prostu wyjść. Był naprawdę zdeterminowany i miał nadzieję, że nie oberwie mu się za to wszystko, a finalnie dojdą do jakiegoś porozumienia. Nie dopuszczał do siebie możliwości, że Vita mogłaby już go nie kochać, nawet jeśli ciężko było mu w ogóle zrozumieć fakt, że ktoś był w stanie obdarzyć go takimi uczuciami. To było bardziej niesamowite, ale sama świadomość dawała mu poczucie rozlewającego się na sercu ciepła.
— Musiałabyś mi zaufać, ten jeden ostatni raz — powiedział, patrząc na nią z czułością. Prosił o naprawdę wiele, ale jak inaczej mógł jej to udowodnić niż pokazać, że chciał przy niej trwać? Że tak naprawdę był cholernie lojalny, ale po prostu wiedza na temat jej emocji nieco go… przytłoczyła? Nie był złym człowiekiem, chociaż zaprezentował się od najgorszej możliwej strony.
Spojrzał na tę słodką buźkę z niezrozumiałą miną. — Naprawdę myślałaś, że po prostu wypchnąłbym cię w samotną podróż do Las Vegas, żebyś zmierzyła się ze swoim prawie byłym mężem? Jestem potworem, ale nie aż takim. — Zwłaszcza jeśli znał szczegóły i wiedział o jej emocjach względem tej sprawy. Nie chciał siedzieć wtedy w Toronto i zastanawiać się, jak szła jej sprawa, czy właśnie trzęsła się ze stresu jak osika, czy zapalała kolejnego z rzędu papierosa, bo nie miała obok siebie osoby, która realnie mogłaby ją wesprzeć w tej trudnej drodze. Oczywiście, że mógłby wybłagać Eleanor, żeby poleciała razem z nią i jej potowarzyszyła, ale przecież to nie miało najmniejszego sensu, w końcu to on starał się o serce Holloway. Próbował zignorować jej teksty, ale ciężko mu to szło. — Spoko, już jedna tak stwierdziła i rzeczywiście jest daleko stąd — odpowiedział nieco bardziej gorzko niż chciał, ale nie był w stanie nad tym zapanować. Wyrzuty sumienia uderzyły w niego na momencik, jednak szybko zdystansował się od tego, próbując wyrzucić zmarłą narzeczoną ze swoich myśli. Nie, ona już nie miała żadnego znaczenia. — Radzę ci nie robić sobie zbytnio nadziei, że uda ci się ode mnie uciec. Ty masz krótkie nóżki, a ja szybko biegam — dodał po chwili z lekkim rozbawieniem. W końcu tak było lepiej, żeby zatuszować lekkie spięcie jego ramion. Był obok, nie pozwoli, aby stała się jej krzywda.
Cały czas jej się przyglądał, jak spoglądała za okno i był przekonany, że po prostu patrzyła na to, jak ziemia staje się coraz mniejsza i jak wysoko oni się znajdują. Zaraz posłała mu przerażone spojrzenie, a on nieco zniżył głowę, próbując zrozumieć, co mogło ją przestraszyć. Teraz zrozumiał, że jej nawiązanie do tej historii nie było bez znaczenia. — Coś cię niepokoi? — zapytał, marszcząc brwi i przeniósł spojrzenie na Vitę. — Nie zapytałem cię wcześniej, ale leciałaś już gdzieś samolotem? Wiem, że nie byłaś nigdzie dalej, ale jakiejś krótsze dystanse? — dodał zaraz, nie zaprzestając tego uspokajającego ruchu na jej skórze. Kolejny aspekt, przez który plułby sobie w brodę, gdyby zdecydował się nie lecieć. Kto inny miałby tu siedzieć i ją uspokajać? Albo nie darowałby sobie, gdyby teraz musiała wbijać palce we własne udo, aby uczepić się czegoś innego niż jego dłoni.
To wszystko było przeznaczeniem — mieli tu siedzieć, stewardessa miala nie pozwolić jej się przesiąść, a starszy pan miał tu siedzieć i wykonać swoje najważniejsze tego dnia zadanie. Jego miłość do zmarłej żony miała przypomnieć dzieciakom, że błędy się zdarzały i nie każdy był idealny. Aidenowi szczególnie wiele ku temu brakowało, jednak miał szczere chęci, aby się zmienić. Dla niej, żeby przyszłościowo dawać jej to, czego zasługiwała, bez swoich wewnętrznych obaw.
Chciał o nią walczyć.
Chciał, żeby była przy nim zawsze.
Chciał, żeby już do końca świata była tylko jego.
Nikogo innego, tylko i wyłącznie jego.
Poczuł przeogromną lekkość na swoich barkach, kiedy zaczęła mówić. Kiedy wspomniała o drodze powrotnej i o tym, że długo mu to zajęło. Czy to nie był pierwszy krok ku… przebaczeniu? Czy powtórzą piękną historię ich współpasażera i jego żony? Czy on zawsze będzie walczył, a ona zawsze mu przebaczy? — Wiem — przyznał, ale to że dobrze radził sobie zawodowo nie oznaczało, że ogarniał swoje życie prywatne. — Jestem debilem jeśli chodzi o uczucia, musisz mi to wybaczyć — wymamrotał niechętnie, przyznając się do swojej pięty achillesowej i próbując jej bez większych szczegółów zwizualizować, co poszło nie tak. Kiedy lampka zgasła, a charakterystyczne piknięcie rozległo się w kabinie, Vita wzięła swoją dłoń i wstała, a on w szoku uniósł brwi. — Gdzie ty idziesz? — wyrzucił z siebie zaskoczony, spoglądając z dołu na dziewczynę. Oczami, które były przepełnione nadzieją, że nie wszystko zostało stracone. Spojrzeniem, które obawiało się, że jej wcześniejsze słowa były jakimś wytworem jego wyobraźni albo że… odczytał to mylnie.
Wróciła. Usiadła. Patrzył na nią uważnie i zaraz chwyciła go za lniany materiał koszuli, przyciągając bliżej siebie i jeśli myślał, że nie potrafił unieść brwi jeszcze wyżej, to był w błędzie. Jego sympatia prawdopodobnie właśnie oszalała.
I znowu te słowa.
Kocham cię, ale teraz bardzo cię nie lubię.
Uśmiechnął się automatycznie. Kochała go. Nadal. Nie znienawidziła go, tylko… nie lubiła. To dało się wyklepać! Parsknął krótkim śmiechem, zanim złączyła ich usta i to był moment, o którym śnił od dwóch tygodni. Odwzajemnił czułą pieszczotę, tylko na krótką chwilę pogłębiając pocałunek, bo byli w samolocie, a jeśli przekroczyłby swoją granicę, to ciężko byłoby mu odpuścić i nagle się odsunąć. Oderwał się od jej ust, lekko szturchając jej nos swoim, po czym musnął jego czubek, zaraz dając jej czułego buziaka w czoło. — Jeszcze — zauważył z uradowaniem. — Jestem w stanie cierpliwie poczekać, aż znowu mnie polubisz, ale będę kręcić się w twoim życiu, żebyś czasami o mnie nie zapomniała — mruknął cicho, wzdychając i uważnie przyglądając się jej buzi. Wyglądała na zmęczoną i z pewnością też tak było. Stresowała się, a dodatkowo on sam przysporzył jej zbędnych zmartwień. — Zdrzemnij się, obudzę cię na jedzenie — rzucił, opierając się o swój fotel i wyciągając w jej kierunku rękę, delikatnie przechylił głowę dziewczyny na swoje ramię. Pogłaskał ją krótko po włosach i po krótkim namyśle, położył swoją dłoń na jej udzie, po prostu trzymając ją tam i nie wykonując żadnych ruchów, które mogłaby źle odebrać.
Lot minął dość szybko i przyjemnie, nawet i jemu samemu przymknęło się na chwilę oko. Wylądowali w Las Vegas wieczorem, odebrali swoje bagaże i Aiden już wcześniej zarezerwował wynajęcie auta. Załatwił szybko formalności i poszli wsiąść do pojazdu, kierując się do hotelu, gdzie poszli zameldować się do recepcji. — Piętro szóste, pokój 618, dwuosobowy z jednym łóżkiem — powiedział i teraz uświadomił sobie, że w obecnej sytuacji, mogło to być problemem. Znaczy nie dla niego, dlatego miał nadzieję, że Vita nie zwróci uwagi na słowa recepcjonistki i po prostu skierują się do pokoju, gdzie sam zmierzy się z jej ewentualnym niezadowoleniem albo po prostu… będzie spać na podłodze, bo przecież to jej należało się wygodne spanie.
I know you know
I will never get over you
No matter where I go
I'm always gonna want you back
Want you back
be mine forever