Strona 2 z 2

you're the vice, we're the sinners

: czw sie 27, 2026 1:50 pm
autor: Valentin Vega
Odpowiedź Quentina była… intrygująca. Val zmrużył oczy, odprowadzając obu facetów zamyślonym spojrzeniem, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że jeden z nich nagle wydał się dziwnie znajomy. Zignorował je, uznając, że ma do czynienia z deja vu. W końcu widział w swoim życiu wiele twarzy i nie mógł pamiętać każdej. Szczególnie, gdy większość oglądał po pijaku.
Ale cała dziwna aura, otaczającą tę dwójkę była zastanawiająca. Val złapał się na tym, że zamiast dalej umartwiać się nad własnym, nieudanym związkiem, próbuje ich rozgryźć.
Ależ proszę - odparł przesadnie grzecznie, mając uciechę z odrobiny zmieszania swojego kucharzącego towarzysza. Zaraz jednak rozwiązał mu się język i zaczął opowiadać słodką historię ich pierwszego spotkania, robiąc to, jak każdy zakochany dureń - z rozanielonym uśmiechem na twarzy i zamglonym spojrzeniem. Był uroczy.
Val mu pozazdrościł.
Nie Quentina. To znaczy, było na co popatrzeć, ale chodziło bardziej o sam stan zakochania. O tę żenującą, a tak śliczną pewność, że ma się na świecie kogoś, do kogo można się bezkarnie ślinić i wzdychać. Bzyknąć w przerwie między próbami. Zabrać na jakiś szalony wypad za miasto. Pisać dla niego piosenki.
Myśleć o przyszłości.
Tak, znał to. Miał to, wcale nie tak dawno temu. A teraz tkwił tu sam, z pieprzonymi zakochanymi gołąbeczkami.
Życie to jednak straszny skurwiel.
Odważnie, że zdradzasz mi swoje sekrety już na pierwszej randce. - Uśmiechnął się wilczo, nawiązując oczywiście do kwestii kawy. Niby nic, pierdoła która nie miała znaczenia pewnie dla nikogo, a Valentin poczuł irytację. Uważał, że to cholernie słabe, że Theo nigdy nie powiedział o tym swojemu facetowi. W związku stawiał na szczerość, choćby i bolesną.
Podobało mu się jednak, że Theo wyglądał na odrobinę speszonego własną wylewnością. Cóż, tak już działał na ludzi. Zwykle łatwo rozwiązywali przy nim języki. I rozkładali nogi.
Podobała mu się jeszcze jedna rzecz i ta najbardziej przykuła jego uwagę.
Theo grał.
A jeśli grał, to rozumiał muzykę. A Val z nikim tak dobrze się nie rozumiał, jak właśnie z muzykami. Natychmiast poczuł do niego większą sympatię.
Mówiłem, urocza z was para - podsumował leniwie, lekko uderzając piętą bosej stopy o szafkę pod blatem. Wyglądał jak wielki, niepokorny gówniarz.
Potrząsnął głową na propozycję wina.
Nie. Zostanę przy coli. Jeszcze nie mogę pić - skłamał gładko, zastanawiając się, czy Theo kupi tę ściemę. Val wiedziała że wygląda młodo, ale sporo sobie teraz odjął. Mimo to, przez moment wyglądał prawie niewinnie, kiedy tak obserwował go przy kuchni.
Kiedy wrócił Quentin, dorzucając swoje trzy grosze do opowieści, Val zarechotał, rozbawiony jego spojrzeniem na tę sytuację. Obaj wydawali się jednak równie zakochani.
Mówił o kawiarni, to się zgadza - powiedział, rzucając Theo porozumiewawcze spojrzenie, jakby niewinny sekrecik był bardzo brudny i należał tylko do nich.
Potem z roztargnieniem spojrzał na podsunięty przez Quentina przedmiot. Przyjął go bez namysłu, a gdy załapał, że trzyma w dłoni własny krążek, autentycznie go zamurowało.
Co, do cholery?
Podniósł wzrok, napotykając enigmatyczny uśmieszek i nieco zbyt intensywne spojrzenie, by było przypadkowe.
I wtedy spłynęło na niego olśnienie.
Już wiedział skąd go zna.
Zanim Quentin ruszył po eklerki, Val zeskoczył z blatu i złapał go za przedramię. Sposób w jaki zajrzał mu w oczy, skracając dystans do kilku bardzo nieodpowiednich centymetrów, na pewno zaskoczył ich obu. Ale Val bez grama wstydu przeskakiwał spojrzeniem między jego ślicznymi, błękitnymi tęczówkami.
Pamiętał te oczy.
Ale lepiej pamiętał fiuta.
O kurwa! - sapnął z radosnym niedowierzaniem. – Balor Den? Jakieś… bo ja wiem? - przeczesał palcami włosy, szukając w pamięci i na meblach przybliżonej daty. – Trzy lata temu? - powrócił do niego spojrzeniem, ciesząc się jak łobuz. – Kurwa, wiedziałem że wyglądasz znajomo! Gdybym zobaczył fiuta, poznałabym od razu! - zarechotał bezczelnie, nie mogąc wyjść z podziwu, że los zafundował mu taką atrakcję. Pamiętał jak przez mgłę, że tamtej nocy po jednym z pierwszych większych koncertów, spędził kilka zajebistych chwil w klubowym kiblu z facetem, który nie wyglądał jak jego fan. Zawsze miał słabość do psucia wizerunków grzecznych chłopców, więc trudno mu się dziwić, że skorzystał z okazji.
I wykorzystał ją wtedy bardzo dobrze.
Pamiętał to, bo zwykle nie robił loda przypadkowym kolesiom, ale jego kutas tak mu się spodobał, że nie mógł się powstrzymać. Więc tak, bardzo serio należało traktować jego komentarz o fiucie.
To prawie jak przeznaczenie - dorzucił, spoglądając z głupim uśmiechem na Theo. – Ale spokojnie, nie musisz być zazdrosny. To było dawno. Ale serio… - potrząsnął głową, wciąż nie mogąc w to uwierzyć. – Niezła jazda, że go tu spotkałem. - Wskazal ruchem głowy Quentina, potem spojrzał na płytę, którą wciąż trzymał w dłoniach. To, jak zużyte było pudełko, sprawiło że coś miękkiego i ciepłego zagnieździło mu się w piersi.
Jasne, że podpiszę – odparł, spoglądając w górę, na intensywnie niebieskie oczy. I tym razem, w jego uśmiechu była jakaś miękkość.
Zniknęła jednak z chwilą, gdy wzruszył ramionami i chwytając co tam miał do zaniesienia, ruszył do stołu.
Wybranego przez nich.
Nie zamierzał wtrącać się w ich trudności z wyborem. Jemu było obojętne.
A co chcesz o mnie wiedzieć, Theodorze? - zapytał, robiąc nacisk na jego pełne imię i nawiązując do wcześniejszego pytania. Posłał mu przy tym prowokacyjny uśmieszek. – Prócz tego, że kiedyś obciągnąłem twojemu facetowi w klubowym kiblu, a potem… - urwał, bo uznał, że nie chce zostać wystawiony na śnieżycę za niewyparzony jęzor. Wyszczerzył się niepokornie, a potem postawił kieliszki i wino na blat.
Naprawdę nie wziął dla siebie szkła, zamierzając zostać przy coli.

Theodore Tellier Quentin Emerson