ain't no alibi like being true, like you and i do
: pt lip 24, 2026 7:01 pm
Czuła, jak serce podchodzi jej do gardła i zatrzymuje się gdzieś między jedną a kolejną z dziewięciu chrząstek krtani. Wszystko, co powiedziała, wcale nie miało wprawić April w konsternację. Teddy nie mówiła też niczego ze złośliwości. To były jej własne, ciche obawy. O to, że może być niewystarczająca. Albo nudna. Finch często powtarzała jej, że jest nudziarą. Niby w żartach, ale w każdym żarcie jest ziarno prawdy. Teddy nie chciała, żeby April kiedyś uznała ją za nudną do porzygu. Albo za kogoś, kogo trudno zrozumieć tylko dlatego, że miały inne zainteresowania. Powinna jej o tym wszystkim powiedzieć, ale chyba nie wiedziała, jak. Bała się, że jeśli powie o jedno słowo za dużo, wszystko rozsypie się jak domek z kart. A przecież na April i na ich relacji zależało jej najbardziej na świecie.
— Nie mówię, że ta rutyna jest już teraz. Po prostu... tak na przyszłość? — w jej głosie zabrzmiała niepewność. Niepotrzebnie wyskoczyła z tym wszystkim i zaczęła zadręczać się czymś, czego jeszcze nawet nie było. I być może nigdy nie będzie. A przecież to ona powinna uspokajać ukochaną i zapewniać ją, że wszystko jest w porządku. Zawsze to robiła, żeby April przypadkiem nie odleciała za daleko własnymi myślami.
Zacisnęła usta w wąską linię. Im bardziej próbowała to wyjaśnić, tym bardziej się pogrążała. Teraz Finch na bank uzna ją za kompletną wariatkę. Albo kretynkę. Albo za jakąś upośledzoną. Przełknęła ślinę tak głośno, że chyba słyszała to nawet mieszkająca pod nimi pani Twockock.
— Przepraszam. Ja wiem, że ty to lubisz i wiem, że wiesz, że ja też to lubię. Nie mam pojęcia, co mi w ogóle strzeliło do głowy, że tak pomyślałam. To jest strasznie głupie. I ja chyba też jestem głupia. Taka najgłupsza. Albo nawet najdurniejsza. Przecież nie zrobiłaś nic złego, a ja strasznie to wyolbrzymiłam i ubzdurałam sobie, że chciałabym być dla ciebie zawsze gotowa, żeby pójść na żywioł, a ty akurat nie chciałaś. Chociaż przecież zwykle chcesz. I to jest całkowicie normalne, że czasem po prostu nie masz ochoty robić tego tu i teraz. I jeszcze... — wyrzucała z siebie na jednym wydechu, zupełnie bez ładu i składu aż w nagle urwała. Głos zadrżał jej gdzieś w połowie tej chaotycznej wypowiedzi, choć ze wszystkich sił starała się nie dać niczego po sobie poznać. Jej ciało miało jednak inne zdanie. Teddy nerwowo skubała skórki przy paznokciach, a nogi drżały jej zupełnie niekontrolowanie.
Odsunęła się gwałtownie od narzeczonej, całkowicie ignorując jej pytanie o to, co powinny zrobić. Miały skręcać te cholerne listewki i zawiesić siatkę, zanim zapadnie zmrok, a zamiast tego strażaczka poderwała się z miejsca i zaczęła krążyć po salonie. Liara obserwowała to z zaciekawieniem. Nawet przez chwilę dreptała za nią, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu i odskoczyła na bok, bo Teddy przyspieszyła kroku. Chodziła od wyspy kuchennej do kanapy i z powrotem. Potem od ściany do okna. Bez żadnego konkretnego celu. Po prostu musiała to wychodzić. Może powinna wyjść pobiegać. Albo wskoczyć na motocykl i jeździć po mieście z prędkością, której zdecydowanie nie zaakceptowałby żaden patrol drogówki? Była jak w amoku i miała stuprocentową pewność, że zniszczyła ten miły dzień nie dopiero teraz, ale już wtedy, kiedy wychodziły ze stadionu.
April Finch
— Nie mówię, że ta rutyna jest już teraz. Po prostu... tak na przyszłość? — w jej głosie zabrzmiała niepewność. Niepotrzebnie wyskoczyła z tym wszystkim i zaczęła zadręczać się czymś, czego jeszcze nawet nie było. I być może nigdy nie będzie. A przecież to ona powinna uspokajać ukochaną i zapewniać ją, że wszystko jest w porządku. Zawsze to robiła, żeby April przypadkiem nie odleciała za daleko własnymi myślami.
Zacisnęła usta w wąską linię. Im bardziej próbowała to wyjaśnić, tym bardziej się pogrążała. Teraz Finch na bank uzna ją za kompletną wariatkę. Albo kretynkę. Albo za jakąś upośledzoną. Przełknęła ślinę tak głośno, że chyba słyszała to nawet mieszkająca pod nimi pani Twockock.
— Przepraszam. Ja wiem, że ty to lubisz i wiem, że wiesz, że ja też to lubię. Nie mam pojęcia, co mi w ogóle strzeliło do głowy, że tak pomyślałam. To jest strasznie głupie. I ja chyba też jestem głupia. Taka najgłupsza. Albo nawet najdurniejsza. Przecież nie zrobiłaś nic złego, a ja strasznie to wyolbrzymiłam i ubzdurałam sobie, że chciałabym być dla ciebie zawsze gotowa, żeby pójść na żywioł, a ty akurat nie chciałaś. Chociaż przecież zwykle chcesz. I to jest całkowicie normalne, że czasem po prostu nie masz ochoty robić tego tu i teraz. I jeszcze... — wyrzucała z siebie na jednym wydechu, zupełnie bez ładu i składu aż w nagle urwała. Głos zadrżał jej gdzieś w połowie tej chaotycznej wypowiedzi, choć ze wszystkich sił starała się nie dać niczego po sobie poznać. Jej ciało miało jednak inne zdanie. Teddy nerwowo skubała skórki przy paznokciach, a nogi drżały jej zupełnie niekontrolowanie.
Odsunęła się gwałtownie od narzeczonej, całkowicie ignorując jej pytanie o to, co powinny zrobić. Miały skręcać te cholerne listewki i zawiesić siatkę, zanim zapadnie zmrok, a zamiast tego strażaczka poderwała się z miejsca i zaczęła krążyć po salonie. Liara obserwowała to z zaciekawieniem. Nawet przez chwilę dreptała za nią, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu i odskoczyła na bok, bo Teddy przyspieszyła kroku. Chodziła od wyspy kuchennej do kanapy i z powrotem. Potem od ściany do okna. Bez żadnego konkretnego celu. Po prostu musiała to wychodzić. Może powinna wyjść pobiegać. Albo wskoczyć na motocykl i jeździć po mieście z prędkością, której zdecydowanie nie zaakceptowałby żaden patrol drogówki? Była jak w amoku i miała stuprocentową pewność, że zniszczyła ten miły dzień nie dopiero teraz, ale już wtedy, kiedy wychodziły ze stadionu.
April Finch