Strona 2 z 2

Far Beyond the Hills

: pn sie 17, 2026 7:50 pm
autor: Caleb Fairchild
— Zamierzasz bawić się w moją terapeutkę, Brooks? — Fairchild zaśmiał się nieco kpiąco. Caleb tylko raz w życiu był u psychiatry, zaraz po śmierci Eleny. Całe to spotkanie wydawało mu się jedną wielką pomyłką; niezręczną i jednocześnie zbędną, bo zaraz po wyjściu od lekarza, czuł się jeszcze gorzej niż przed umówieniem się na wizytę. No cóż, jednak lepiej poradził sobie w pojedynkę, choć gdyby przyjrzeć się temu na większą skalę, to zrobił sobie więcej krzywdy niż pożytku. Rana, którą nigdy nie mógł do końca wyleczyć, notorycznie przypominała mu o tym, co mógł zrobić lepiej, gdyby te paręnaście lat temu był trochę uważniejszy. — Jak zaczniemy się przyjaźnić, to szybko wylądujemy razem w łóżku. Naprawdę tego chcesz? — zapytał z rozbawieniem; no, bo w to w tym momencie akurat wątpił. Nie wiedział jeszcze, że za paręnaście kolejnych minut, jego plany i nastawienie nieco się zmieni za sprawą Hazel, która jak widać, potrafiła całkiem sprawnie flirtować. Może w jej przypadku byłoby inaczej, bo raczej się nie lubili niż lubili, ale wolał nie ryzykować, bo nie ukrywał, że zdarzało mu się myśleć inną częścią ciała niż mózgiem. Szczególnie w takich sprawach damsko-męskich. No cóż, prosty człowiek.

— To lepiej przestań tyle myśleć, Hazelnut. Wszystko niepotrzebnie tym komplikujesz — stwierdził, uśmiechając się w typowy dla siebie, nieco pijacki sposób. — Ja chrzanię, Brooks. Może zamiast toksykologiem powinnaś zostać detektywem, co? Zadajesz w chuj dużo pytań — zaśmiał się. Nie zamierzał odpowiadać na pytania, na które nie chciał się zbytnio udzielać; może i był wcięty, a przy tym mówił, co tylko ślina nasunęła mu na język, ale musiał dbać o swój wizerunek. — Och, boisz się dlatego, że nie potrafisz przegrywać? — zapytał złośliwie, choć nie był właściwą osobą, żeby komukolwiek to wytykać. Caleb przeżywał niemal każdą przegraną sprawę i każdy przegrany mecz swojej ulubionej drużyny piłkarskiej do tego stopnia, że nie potrafił zapanować nad złością lub rozczarowaniem. Zakłady były z kolei czystą prowokacją. Nie rzucał propozycji, jeśli nie miał pewności, że wygra lub nie zdobędzie zbyt łatwo przewagi. Słysząc jej propozycję, Fairchild znacznie poszerzył swój uśmiech i skinął głową z uznaniem. Ten plan bardzo mu się spodobał, bo miał parę pomysłów na to, jak mógłby to wykorzystać. — Czasem masz dobre pomysły, Hazel. Imponujące — zaśmiał się kpiąco; nadal jednak robiąc to w ten przyjemny, drażniący się sposób. Bo dzisiaj Brooks nie była jego wrogiem, a całkiem przyjemną kompanką na tej żałosnej imprezie integracyjnej.

— No niestety, Hazelnut. Czasy się zmieniają — parsknął, gdy zaczęła klepać go po kieszeniach spodni. Uniósł na nią błyszczące, rozbawione spojrzenie, ostatecznie pozwalając jej na wyciągnięcie swojego telefonu. — Wydajesz się cholernie zadowolona z faktu, że dostałaś mój numer — rzucił, unosząc przy tym brew, choć sam nie mógł narzekać na to, jak się to potoczyło. Zaraz jednak jego serce zabiło szybciej, przypominając mu, że sam nie był od niej lepszy. Gdy odwzajemniła ten łagodny pocałunek, zaraz po tym wplatając palce w jego włosy, Caleb odetchnął niecierpliwie prosto w jej pełne usta. Objął ją w talii, sprawnie pomagając jej zmienić miejsce i uniósł nieznacznie podbródek, pozwalając jej na pogłębienie tej pieszczoty; Fairchild oparł jedną dłoń za swoimi plecami, pociągając ją lekko na siebie, nie przestając jej całować, gdy przypominała mu o tym, jak nieprofesjonalni teraz byli. — Mm, nie powinniśmy — przyznał, bo przecież się nienawidzili, racja? — Ale chyba mieliśmy się… integrować, tak? — zapytał retorycznie. Tym razem wychylił się by przycisnąć wargi do jej policzka, potem zsuwając wargi na jej żuchwę. — Poznajemy się, żeby lepiej nam się razem pracowało. Prawda, Hazelnut? — wymruczał w jej skórę. Czy mu już do końca odwaliło? — Nic złego nie robimy — dodał, jakby wbrew sobie, na nowo sięgając do jej ust, jakby w ułamku sekundy uzależnił się od jej słodkiego smaku.

hazelnut

Far Beyond the Hills

: śr sie 19, 2026 12:08 pm
autor: Hazel Brooks
— Wątpię, żebym podołała. Chociaż teoretycznie mówi się, że każdy terapeuta jest nieco pierdolnięty — parsknęła. Ona sama musiałaby najpierw uporządkować chaos w swojej głowie, aby zajmować się problemami innych. Z pewnością ma niejedną nieprzepracowaną traumę, której w dorosłym życiu aż tak nie dostrzega, a przynajmniej do momentu, w który czuła się dobrze. W gorsze dni zawsze obiecała sobie, że zajmie się naprawą własnej psychiki, a później zapominała o tym, aż do kolejnego spadku. — No chyba sam w nim wylądujesz — rzuciła z niedowierzaniem. — Dziękuję bardzo, wstrzymam się. To ostatnie, czego bym chciała. — Wywróciła oczami. Czy była hipokrytką? Może nie, może po prostu w tym momencie nie podejrzewała, że Caleb miał dużo uroku osobistego i gdy tylko ich rozmowa zacznie się bardziej kleić to i oni się do siebie przykleją.

— Hazelnut? Chyba jednak zaczynamy się zaprzyjaźniać — parsknęła. Może nawet jutro nie będzie tego pamiętać, ale na obecną chwilę to wszystko ją bawiło; jak i sam fakt, że zarzucał jej komplikowanie spraw przez swoje zadawanie pytań. — Może powinnam, kiedyś chciałam nim zostać, to byłoby zdecydowanie łatwiejsze… — urwała, przenosząc spojrzenie gdzieś w bok. Akurat ugryzła się w porę w język, aby przestać i nie uzewnętrzniać się przed nim. Cóż, przez jakiś czas Hazel zastanawiała się, czy praca dla samej policji jako detektyw albo jakiś inny funkcjonariusz nie byłaby łatwiejsza, aby odnaleźć swojego brata. Nie musiałaby angażować w to osób trzecich, mimo tego że wiedziała, że Aaron nie miał nic przeciwko pomaganiu jej. — Och — westchnęła, uśmiechając się kpiąco. — Odezwała się osoba, która rzeczywiście nie umie przegrywać — dodała, patrząc na niego z rozbawieniem. Pokazał to wystarczająco podczas ich ostatniego spotkania na komisariacie, próbując wskazać jej każdą możliwą niekompetencję, ale nie doszukując się problemu w sobie. Chociaż akurat w tamtym przypadku, była to jedynie złośliwość losu i niekompetencja osób trzecich, w końcu nie wiadomo co wyszłoby w badaniach, gdyby nie zagubione fiolki. — Widzisz? Zbyt mało mnie doceniasz — oznajmiła z dumą. — Mamy nagrodę, ale musisz teraz znaleźć konkurencję dla tego zakładu — uświadomiła mu to, zostawiając tę sprawę w jego rękach, chyba że nagle przyjdzie jej na myśl coś tak samo imponującego i fantastycznego, jak nie mówienie nie całego dnia. Cóż, nie brała pod uwagę, że może przegrać, dlatego ten plan wydawał jej się teraz taki dobry.

— Oczywiście, będę mogła cię teraz bezkarnie nękać, jak zirytujesz mnie w pracy — odpowiedziała lekko, chociaż wtedy to prędzej zablokuje jego numer niż jakkolwiek się odezwie. Przecież już poznała tę jego irytującą stronę i bez dwóch zdań mogła stwierdzić, że to, jaki teraz był, było miłą odskocznią od ich codzienności. Naprawdę byłaby w stanie zgodzić się pójść z nim na randkę, gdyby przestał być tak zapatrzony w swoją pracę, a te złośliwości przekładałby w flirt, który był całkiem przyjemny. Poprawka: był uzależniający. Zwłaszcza gdy pogłębiał kolejne pocałunki, przyciągał ją do siebie bliżej i tak łaknął tej bliskości. Przesunęła dłonie na jego policzki, zaraz zjeżdżając nimi po jego szyi i ramionach, opierając je finalnie na klatce piersiowej chłopaka, gdy odchylił się lekko do tyłu, a ona znajdowała się coraz bliżej niego. — W sumie racja, integracja jest ważną rzeczą — westchnęła, kiedy ustami musnął jej policzek i przeszedł z pocałunkami na jej żuchwę, przez co odchyliła lekko głowę, przymykając oczy. Co ona najlepszego wyprawiała? Nie potrafiła jednak zaprotestować, bo ciepło bijące od jego ciała samo ją do siebie zapraszało i nie chciało puścić. — Tylko musisz przestać mnie unikać, w takim razie — mruknęła, patrząc mu wyzywająco w oczy, zanim znowu ją pocałował. Rozsądek podpowiadał jej, że powinna to przerwać — dla własnego bezpieczeństwa, bo nie wiedziała, czy dalej będzie potrafiła się powstrzymać. — Trzeba było powiedzieć, że dopiero po czasie pokazujesz się ze swojej przyjemniejszej strony — zaśmiała się cicho, odsuwając się od niego na milimetry, żeby spojrzeć mu w oczy. — Co jeszcze ominęło mnie przez te miesiące, kiedy się praktycznie tylko kłóciliśmy? — zapytała, delikatnie całując go w kącik ust. Może bez sprzeczek nie dotarliby do tego momentu co teraz. Może byliby dla siebie kompletnie nieznajomi, bo nie wytworzyliby między sobą tego.. napięcia. To było wręcz zbyt wyczuwalne, aby dać się temu teraz oprzeć, Hazel próbowała znaleźć w sobie gdzieś silną wolę, ale nie umiała się od niego odsunąć.

Caleb Fairchild

Far Beyond the Hills

: czw sie 20, 2026 7:42 pm
autor: Caleb Fairchild
Caleb mruknął w namyśle, uważnie przesuwając spojrzeniem po delikatnej, łagodnej twarzy Hazel, zanim powrócił do jej jasnych oczu. Błękit jej tęczówek był naprawdę urzekający, szczególnie jeśli jedyne co w nich widział tej nocy, to rozbawione iskierki, a nie mordercze pioruny, którymi obrzucała go na co dzień. Fairchild musiał być więc ślepy albo otumaniony swoją wieczną irytacją obowiązkami, jeśli nie dostrzegł tego wcześniej. No cóż, nic jeszcze nie jest stracone, skoro bezwstydnie wykorzystywali ten wyjazd integracyjny jako pretekst, żeby w końcu poznać się dość osobiście i dokładnie. Nigdy wcześniej w ogóle go to nie interesowało; nie dopytywał o jej życie prywatne, o przeszłość lub o cele na kolejne lata. Krytykował ją za każdy gest i błąd, nie potrafił docenić jej zaangażowania i zawsze uważał się za lepszego. Poczuł nawet to dziwne ukłucie zawodu samym sobą, gdy tej nocy spoglądał na nią i wiedział, jak chujowo potrafił się czasem zachować; Elena stwierdziłaby, że wyrósł na idiotę. Ale może te wyrzuty sumienia, były tylko winą alkoholu, którego nie potrafił do końca ograniczyć? To gówno tylko mieszało w jego głowie. Dokładnie tak jak teraz.
— Jesteś skrytą psychopatką? Nie zdziwiłoby mnie to jakoś szczególnie. Zdążyłem przejrzeć cię już jakiś czas temu — stwierdził złośliwie. W końcu mało kto miał w sobie tyle zawziętości i wystarczająco dużo pewności siebie, żeby od wielu miesięcy, prowadzić z nim bezustanną i bezsensowną walkę. Caleb potrafił być przecież uparty i zwykle robił absolutnie wszystko, żeby wyszło tak jak tylko to sobie zaplanował. Nawet, jeśli miał kogoś zranić, finalnie wygrywając. — To aż takie straszne? — zaśmiał się z niedowierzaniem na jej reakcję. W tej kwestii akurat nie potrafił jej uwierzyć. Mogli nie lubić siebie nawzajem i obrzucać największymi wyzwiskami, jakie wpadną im tylko do głowy, ale jeśli chodziło o urodę i to niepodważalne przyciąganie… Szybko dla siebie przepadli. W obecnej sytuacji było mu to nieco łatwiej przyznać. — Im bardziej próbujesz temu wszystkiemu zaprzeczyć, tym bardziej mam ochotę ci udowodnić, ile przy tym tracisz. I to tylko po to, żeby podbudować moje własne ego — stwierdził swobodnie.

— Jak byłem dzieckiem, podejrzewano, że mogę mieć uczulenie na orzechy — powiedział, z trudem powstrzymując drżenie kącików ust. Zerknął na nią przelotnie, przechylając głowę do boku z wyraźnym rozbawieniem. — Chyba coś w tym jest — dodał, śmiejąc się pod nosem; Hazelnut. Alergia, od której powinien trzymać się jak najdalej. Ktoś mu kiedyś powiedział, że im bardziej czegoś nie możesz, tym bardziej to coś chcesz i w jego przypadku chyba zaczynało się to sprawdzać. — Bycie detektywem byłoby łatwiejsze? — zapytał, unosząc przy tym brwi. No, bo z kontekstu rozmowy, tylko tyle zdołał wyłapać. — Nie wiem, czy się z tym zgodzę — stwierdził. Nie uważał, by jakakolwiek praca po ich stronie należała do najprostszych; na pewno wypadałoby mieć dużo cierpliwości i samozaparcia, szczególnie kiedy sprawy, nad którymi ślęczało się przez parę ładnych godzin, zatrzymywały się w martwym punkcie.
Caleb nie umiał przegrywać. Wiedział o tym, choć przez większość czasu próbował to zamaskować. Słysząc jej słowa, uniósł dłonie w geście kapitulacji; tu go miała. I zresztą nie tylko tu, bo wpatrując się w jej piękne, błękitne oczy, gubił swój zdrowy rozsądek. Cholera, była naprawdę zbyt ładna, żeby ciągle się z nią sprzeczać. — Jutrzejszej konkurencji? Załóżmy się o to, że do rana zdołam przebić się przez twój mur obronny — powiedział ze złośliwym uśmiechem, subtelnie nachylając się w jej stronę. — Jeśli tego nie zrobię, jutro nie będę mógł ci w niczym odmówić — zasugerował, wbijając zdecydowane spojrzenie w sam środek jej oczu. — All in? — zapytał; ach, jakże on kochał rywalizację i wyzwania.

— Zawsze mogę cię jeszcze zablokować — powiedział, śmiejąc się pod nosem na jej upór i chęć wykorzystania jego numeru w pracy. Chociaż teraz zupełnie o tym nie myślał, gdy dość łapczywie składał na jej ustach pocałunki, skupiając się na jej dłoniach, które przemieszczały się od jego policzków, aż po samą klatkę piersiową. Boże, jaka ona była na niego podatna, niesamowite. Jego samoocena poszybowała jeszcze wyżej, przez co uśmiechnął się do siebie, nadal składając zaczepne pocałunki na jej skórze. Ja cię unikam? Ty też mnie unikasz. Wszystko jest zawsze obustronne, Hazelnut — wymruczał, unosząc nieznacznie twarz, by na nią spojrzeć. — Łatwiej jest powiedzieć, że się nie lubimy i unikamy niż to, że najpewniej… — urwał, uśmiechając się krzywo. — Oboje prawdopodobnie mamy ochotę na coś innego — zaśmiał się. Fairchild ułożył jedną dłoń na jej pasie, spoglądając przy tym na jej buzię; był tak pijany, że jedyne o czym potrafił teraz myśleć to jej oczy, ładny uśmiech i usta, od których nie potrafił się oderwać. — Całkiem sporo. Chcesz to wszystko teraz nadrobić? — zapytał, unosząc przy tym brwi.

Prokurator przesunął palce z jej talii na biodro, bawiąc się materiałem jej koszulki. Podobała mu się ta gęsta atmosfera i otoczenie; jezioro, rozpościerające się przed nimi i domki, w których światło gasło za nimi raz za razem. W takich chwilach czuł, że chciał znacznie więcej; i że mógł znacznie więcej. — Od jak dawna ci się podobam, Brooks? — rzucił, stukając palcem wskazującym w jej policzek, znowu prowokując ją do jeszcze większej szczerości. Teraz nie mogła go już oszukać. Nie po tym, jak tak chętnie do niego przylgnęła, równie intensywnie odwzajemniając jego pocałunki.

Hazelnut

Far Beyond the Hills

: śr sie 26, 2026 11:49 pm
autor: Hazel Brooks
— To chyba z tobą też nie jest zbyt dobrze, skoro mimo rozgryzienia mnie jakiś czas temu, nadal zadajesz się z psychopatką — zaśmiała się. Była zawzięta, walczyła o swoją rację, chociaż już dawno powinna porzucić ich znajomość i zadbać o swój spokój ducha. Nie powinna mieć w swoim życiu osób, które w jakikolwiek sposób naruszają jej równowagę. A jednak dalej trwała w tej relacji i na domiar złego (chyba?!), ewoluowała ona i miała wrażenie, że ich więzi zostały dzisiaj naprawdę szczególnie zaciśnięte. Absurdalne było to, jak szybko wyrzuciła z pamięci jego zachowania — każdą krytykę, każde słowo, które wypowiadał tak pewnie od razu, gdy przyszło mu na język. Sama nie była lepsza, to prawda, ale miała wrażenie, że Fairchild potrafił być brutalniejszy w swoich atakach. Może tak łatwo o tym zapomniała, bo gdzieś w głębi serca miała przeświadczenie, że to nie był w stu procentach on? — A nie? Jeszcze się we mnie zakochasz po jednej wspólnie spędzonej nocy — parsknęła, choć stwierdzenie powinno brzmieć inaczej i skoro ona się obawiała… to może tak naprawdę bała się o własne uczucia? Może tak naprawdę miała głęboki strach, że jej emocje sięgną dalej i koniec końców to ona wyląduje ze złamanym sercem? — Gdybyś chciał mi to udowodnić, żeby naprawdę pokazać mi, co tracę, a nie tylko po to, aby podbudować siebie samego, to bym może skusiła się, żeby spróbować — westchnęła, patrząc na niego uważnie. — Ale nie mogę wspierać tego, żebyś stał się jeszcze bardziej irytująco pewny siebie — dodał z uśmieszkiem, choć wyglądało na to, że z góry zakładała, że musiało być dobrze. Chociaż pozory potrafią mylić, prawda?

— Chyba nie. Nie wyglądasz, jakbyś cierpiał — zauważyła, uważnie mu się przyglądając. To jak na nią patrzył, jak swobodnie rozmawiał, żartował, ale zarazem… kokietował. Niesamowite było to, że promieniował obecnie niesamowitym urokiem osobistym, przez co Hazel coraz bardziej i niebezpieczniej zagłębiała się w tej znajomości. No tak, kontekst jej wypowiedzi mógł brzmieć inaczej niż jej myśli, ale Hazel w tamtym momencie niekoniecznie o tym pomyślała. Spojrzała na niego nieodgadnionym spojrzeniem, powstrzymując się wewnętrznie, aby przypadkiem nie powiedzieć czegoś za dużo. — Byłoby łatwiejsze w kontekście… moich prywatnych spraw — ograniczyła się do powiedzenia tylko tyle, po czym wzruszyła lekko ramionami. — Dobrze mi tu, gdzie jestem. Nie muszę przynajmniej ryzykować życiem. — A większość zawodów na komisariacie niosło za sobą zagrożenie. Ona siedziała bezpiecznie w laboratorium i pasowało jej to; gdyby było inaczej, to pewnie skończyłaby gdzieś indziej niż na komendzie, gdzie użerała się z pewnymi… przystojnymi prokuratorami.
Nie musiała wygrać, ale wizja pozwolenia mu przebicia się przez jej mur nieco sprawiała, że spięła się. Nie dopuszczała do siebie bliżej ludzi w obawie, że postanowią ją w jakikolwiek sposób wykorzystać — że ktoś zaśmieje się z jej przeszłości i nie będzie potrafił docenić, co przeżyła w swoim nastoletnim, a nawet dziecięcym życiu. Nie potrzebowała poklepania po głowie i powiedzenia, że wszystko będzie w porządku — ale jednocześnie nie chciała, aby ktoś bagatelizował problemy, które sprawiły, że nie miała łatwo jak niektórzy. — Dobrze — odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Jeśli jesteś w stanie tak łatwo pogodzić się z porażką… — rzuciła, unosząc lekko brew i chociaż starając się, być pewna siebie. — All in, niech wygra najwytrwalszy — odpowiedziała, przystając na jego propozycję. Ona do reszty oszalała… a przynajmniej kilkukrotnie zadała sobie dzisiaj to pytanie, bo chyba nie do końca wiedziała, co ona najlepszego wyrabia. I… było w tym nieco prawdy. W końcu alkohol przyćmiewał jej zdrowy rozsądek, niektóre rzeczy, na które w ogóle nie przystałaby będąc trzeźwą, nagle zdawały się nie być najgorsze.

Była podatna. Nie miała nic na swoją obronę, kiedy badała jego skórę, czasami przez materiał, a czasami przejeżdżając po jej odsłoniętej części i próbując zapamiętać miękkość jego ciała. Po co? Dlaczego chciała o nim pamiętać? Ocieplali swoją relację, ale jednocześnie sądziła, że był odskokiem od codzienności; mało znaczącym wieczorem, który odejdzie w niepamięć dnia następnego i mimo że bardzo chciała w to wierzyć, to nie była tego pewna. — To ty do mnie nie przychodziłeś, Fairy. Znalazłeś inną laboratorantkę, która tak zawzięcie z tobą dyskutuje? — zapytała i kiedy uniósł głowę, spoglądając na nią, Hazel położyła mu dłoń na policzku, zaraz kciukiem przejeżdżając po jego dolnej wardze i przybliżając się zaraz do niego, ale nie całując go. — Może powinnam jej zaspoilerować, jak kończy się ta historia? — zapytała zaczepnie i myśl, że była jedną z wielu przez chwilę nie piekła jej podświadomości, mimo że serce lekko się ścisnęło. Nie zwróciła na to uwagi. Nie teraz, gdy skutecznie ją rozpraszał i przez tę chwilę czuła się ważna. Zdecydowanie miała ochotę na coś innego. — A zdążymy to nadrobić w jedną noc? — parsknęła, uśmiechając się zaczepnie.

Nigdy nie przewidziałaby takiej sytuacji — że będzie siedzieć na pomoście z najbardziej denerwującą osobą na świecie, a w tym momencie piękny klimat i łono natury będzie ostatnią rzeczą, która ją interesuje, bo patrząc w jego oczy Hazel skupiała się tylko i wyłącznie na nim. Po jego pytaniu, spojrzała na nadgarstek, na swój wyimaginowany zegarek. — No od jakiś dwudziestu siedmiu minut — strzeliła, bo nie wiedziała, ile tu siedzieli Czas mógł lecieć o wiele wolniej niż jej się zdawało. — Dzisiaj pokazałeś się od nieco innej strony. Na co dzień twój okropny charakter nieco burzy inne walory — rzuciła, zaraz wsuwając palce w jego włosy i przejeżdżając je delikatnie. — Zaskoczysz mnie inną odpowiedzią, jeśli spytam o to samo? — zapytała, uważnie mu się przyglądając. Zaraz zerknęła na niebo. Nie świtało ale powoli robiło się coraz jaśniej. — Nie chcę marudzić, ale kończy ci się czas, więc jeśli twoje plany na tę noc w tym momencie kończą się, to chyba będę musiała pobawić się w kopciuszka — parsknęła, bo odezwały się w niej resztki zdrowego rozsądku… może wracały do niej tylko dlatego, że na zbyt długo oderwał się od jej ust?

fairy

Far Beyond the Hills

: śr wrz 02, 2026 8:59 pm
autor: Caleb Fairchild
— Może kręcą mnie psychopatki? — szepnął, nachylając się w stronę Hazel, jakby przekazywał jej jakąś rządową tajemnicę. Jego błękitne oczy zabłysły w półmroku, gdy utkwił w jej jasnych tęczówkach swoje rozbawione spojrzenie. — Albo to zboczenie zawodowe, Brooks. Nazwij to jak chcesz, chociaż nie powiedziałbym, żebyśmy do tej pory, szczególnie się ze sobą zadawali — przypomniał jej niewinnie. Fairchild nie chciał teraz nawet myśleć o tym, jak będzie wyglądać ich relacja po powrocie do domu. Wolał udawać, że nie będzie musiał mierzyć się z nową rzeczywistością, jak kolejnego dnia wstanie ze swojego łóżka, walcząc z jakimś moralniakiem. No, bo cholera jasna… Ze wszystkich osób na świecie, naprawdę przykleił się właśnie do niej? A jednak kobiety naprawdę potrafiły omamić mężczyzn swoją urodą, Caleb nie widział na swoją słabość żadnego innego logicznego wyjaśnienia. Chociaż w ich przypadku zdrowy rozsądek przestał istnieć, gdy tylko Fairchild złączył ich usta w pierwszym pocałunku. I na pewno nie ostatnim tej nocy.
— Ja się nie zakochuję, Brooks — zaśmiał się, odgarniając jej włosy za ramię, żeby mieć lepszy widok na jej ładną buzię. — Nie mam na to czasu ani ochoty — przyznał, co nie było kłamstwem, bo od zerwania z Chloe, Caleb ani razu nie związał się na dłużej. Dlaczego to właśnie ona miałaby to zmienić? Co... nie? — Och, Hazelnut, jesteś taka uparta. — Po raz kolejny tej nocy zaśmiał się pod nosem, nagle nie uznając tego za jej największą wadę.

— Jesteś pewna? — zapytał z rozbawieniem, wychylając się, by skraść z jej ust dość niewinnego jak na siebie buziaka. Była słodka i uzależniająca; jak już spróbował, jak smakuje, to nie chciał przestać jej całować. — Mhm, możesz mnie za to regularnie denerwować. Świetny pomysł — rzucił ironicznie, gdy w końcu na nowo zatrzymał spojrzenie na jej twarzy. Podejrzewał, że gdyby Hazel pracowała na policji albo typowo na prokuraturze, ich znajomość byłaby jeszcze bardziej zaostrzona niż do tej pory. Może więc dobrze wyszło, że każdy miał swoje miejsce we własnych dziedzinach.
— Porażką? Nie zamierzam przegrywać — powiedział z taką pewnością siebie, że nic nie byłoby w stanie zmienić teraz jego zdania. Zakład to zakład, więc zamierzał go wygrać za wszelką cenę. Nie brał nawet pod uwagę tego, że noc na ich plany, była zdecydowanie za krótka. Ale hej, impreza nadal trwała w najlepsze i wiele ludzi wciąż kręciło się wokół ogniska. Caleb zamierzał uznawać zakład za aktualny, dopóki ostatnie płomienie całkowicie nie znikną.

— Fairy? — powtórzył za nią z rozbawieniem. Nowe przezwisko wprawiło go w osłupienie, ale zaśmiał się cicho. — Inną? Inne szybko wymiękają, Hazelnut — przypomniał jej. Tylko ona miała w sobie tyle cierpliwości i zaczepności, że dawała sobie z nim jakoś radę. Gdy tylko przesunęła palcem po jego wardze, Fairchild zamruczał nisko, unosząc podbródek, jakby po raz kolejny chciał ją pocałować. Drażniła się z nim, cwaniara. — Jestem w stanie zrobić całkiem sporo w ciągu jednej nocy, wiesz? Mogę zacząć już teraz — zaśmiał się, przesuwając dłonie na jej talię, ale tylko po to, by zmienić ich pozycję; ułożył Hazel na deskach, a sam nachylił się nad nią dość nisko. Gdy wsunęła palce w jego włosy, uśmiechnął się zaczepnie. — Okropny charakter, huh? Przyznaj, że to lubisz, Hazel. Lubisz ten mój paskudny charakter, bo przynajmniej nigdy się ze mną nie nudzisz — rzucił, wpatrując się w jej oczy z fascynacją. — Kopciuszek chyba uciekł przed księciem, a ja nie zamierzam cię jeszcze nigdzie puszczać — poinformował ją, znów złączając ich usta w łagodnym pocałunku. I to całkiem niespiesznym, jakby Caleb chciał nasycić się tą chwilą; kto wie, kiedy znów będzie miał na to okazję?

Hazelnut

Far Beyond the Hills

: śr wrz 09, 2026 9:16 pm
autor: Hazel Brooks
Parsknęła śmiechem, słysząc jego spostrzeżenie. — W sumie na co dzień z pewnością masz do czynienia z rzeszą wariatek. — W końcu bycie prokuratorem wiązało się z tym, że spotykał wiele różnych i… barwnych osób. Miała tego przykład ostatnim razem, kiedy obydwoje nieco ucierpieli. — Może nie zadawaliśmy się ze sobą szczególnie, ale może trzeba to w takim razie zmienić, hm? — chryste, gdyby trzeźwa Hazel słyszała, co właśnie wyczyniała jej nieco podpita wersja… Tylko że Brooks jeszcze wczoraj miała o nim nieco inne zdanie. Sądziła, że Caleb był tym jednym z zadufanych przedstawicieli prawa, co wyżej srają niż dupę mają, a okazuje się, że potrafił przemówić ludzkim głosem. Czy na pewno chodziło tylko o to, że była ładna? Czy może po prostu obydwoje nie pokazali się z nieco lepszej strony i to nie chodziło tylko i wyłącznie o wymianę śliny?
Cholera, to wszystko wymykało się spod kontroli. Tym bardziej jak sam mówił, że nie zakochiwał się, przy tym odgarniając jej włosy za ramię, przez co ona sam… nie, ona też się nie zakochuje. — Może po prostu jeszcze nie trafiłeś na odpowiednią osobę, słoneczko — zasugerowała i mimo wszystko nie podejrzewała, aby ona miała być tą odpowiednią. Nie była na tyle szalona, skoro dopiero co się poznawali, mimo że już od miesięcy ciągnęli ze sobą współpracę.

— Zdecydowanie — zaśmiała się cicho, a jej serce zrobiło dziwnego fikołka, gdy dostała od niego dość niewinnego buziaka. Wyłączała myślenie, aleeee… kurde, podobało jej się to. Naprawdę, w jej mózgu nagle się coś przestawiło i to nie znaczy tylko tyle, że w jej oczach Caleb nagle stał się atrakcyjny, bo urody nigdy nie było można mu odmówić, ale z tym całym swoim zachowaniem zyskiwał u niego coś dodatkowo, coś więcej, czego zdecydowanie nie była gotowa rozkładać na części. Odpowiadało jej to, jak było — że rzeczywiście, denerwowała go, jednocześnie robiąc swoje i po prostu spotykali się raz na jakiś czas. Jednak czy po tym wieczorze, nie będzie to dla niej może zbyt niewystarczające?
Nawet jego pewność siebie była magnetyzująca. Wpatrywała się w niego i zastanawiała się, czy przez ostatni czas była ślepa, że nie dostrzegała jego atutów. Czy naprawdę był takim dupkiem, że to przyćmiewało wszystko inne? A mimo wszystko trwała cały czas, odpierając jego ataki, samej kąsając go swoimi słowami i próbując być mądrą, żeby nakierować go na słuszną i jedyną rację. A czy ją zawsze miała? Z pewnością była to kwestia sporna.

— Całkiem sporo? Interesujące — zaśmiała się, czując ciepło jego dłoni na swojej talii i zaraz znalazła się pod nim, leżąc na pomostowych deskach i wpatrując się w niego z fascynacją godną tej jego. — Możesz spróbować sprawić, że jutro twój urok nadal będzie działać. W końcu ciężko stwierdzić, czy od rana czar nie pryśnie — zauważyła. Nie chciała analizować, co będzie rano; ale na pewno chciała wspominać ten wieczór z ekscytującym dreszczem i nawet jeśli miałoby być niezręcznie… chciała dobrze pamiętać, co potrafił z nią zrobić i do jakich emocji doprowadzić. A teraz siedziało w niej naprawdę wiele sprzeczności. — Z bólem serca przyznam ci rację — westchnęła, lekko zaciskając palce w jego włosach i przyciągając go do siebie. — Nie lubię nudy — rzuciła, ledwo co muskając jego wargi. — Dlatego musisz mnie częściej odwiedzać. Strasznie się wynudziłam przez ostatnie dwa tygodnie, wiesz? Chyba miałam za niskie ciśnienie, bo nikt mi go nie podnosił — rzuciła w żartach, chociaż jej koleżanka już zdążyła w pierwszym tygodniu dojść do takiej konkluzji, kiedy Hazel narzekała na ból głowy. Cóż, najwidoczniej wyglądało na to, że jej życie było nieco nudne bez niego… zwłaszcza w pracy, a może w codzienności również jej czegoś brakowało? Może nawet tego nie dostrzegała? — Czyli jesteś lepszy niż książę z kopciuszka? — zaśmiała się, rozkoszując się powolnym pocałunkiem, dłonie z jego włosów przenosząc na kark, który lekko pogładziła opuszkami palcy. — To dobrze, ja też nie mam zamiaru uciekać. Jeszcze. Chyba że książę odprowadzi mnie pod drzwi komnaty — odpowiedziała między pocałunkami, zaraz znowu przymykając oczy i złączając ich usta w pocałunku, pogłębiając go, jakby nadal było jej za mało. I było. Chciała więcej, chciała częściej, chciała na zapas, bo bała się, że już nie będzie miała okazji na kosztowanie tych ust i jednocześnie, że będzie za tym… tęsknić. A może i o tym zapomni? Chociaż póki co nic tego nie zapowiadało, a nawet leżenie na twardych deskach nie przeszkadzało jej w tym, żeby całować się z nim namiętnie i wolno, rękami sunąc po jego torsie, jakby szukała jeszcze większego kontaktu z nim.

książę

Far Beyond the Hills

: czw wrz 10, 2026 10:13 pm
autor: Caleb Fairchild
— No... Coś w tym jest — stwierdził. Początkowo chciał temu zaprzeczyć, ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej dochodził do wniosku, że w swojej pracy spotykał głównie dwie grupy ludzi. Zwykle byli to prawnicy czy też generalnie osoby, związane z prawniczą branżą lub jego klienci, ewentualnie osoby postronne, mniej lub bardziej zaangażowane w daną sprawę. Gdyby dłużej się nad tym zastanowić to ludzi pokroju tej kobiety z komisariatu, było znacznie więcej, ale Caleb spotykał się z nimi jedynie w bezpiecznych warunkach. Tamten dzień i cała ta sytuacja wymknęła się mocno spod kontroli. Gdyby wszystko przebiegło tak jak powinno od samego początku, ów kobieta byłaby od razu zamknięta i wysłana na badania do szpitala psychiatrycznego. Ale hej, było minęło, tak? Zdążyli zostawić tę kłótnię daleko za swoimi plecami. — Może niekoniecznie jest to coś, z czym chciałbym użerać się tak na co dzień — parsknął. Wystarczy, że musi szarpać się z takimi wariatkami na sali sądowej niemal każdego tygodnia. Mój boże, a niektórzy ludzie nadal dziwili się, że tyle pił?! — Kto by pomyślał, że wystarczy jeden wyjazd integracyjny, żebyś zechciała się ze mną spotykać — zaśmiał się, patrząc na nią z niedowierzaniem. Pijana Hazel była naprawdę urocza. Wydawała się być całkowicie pozbawiona filtra w swojej głowie. Tak czy inaczej, uczucia Brooks nie były wcale tak dalekie od prawdy; Fairchild rzeczywiście miał wielkie ego i był nieco zadufany, jak typowy bananowy dzieciak, ale taka była już jego natura, tak? — Wierzysz w takie bajeczki? — zapytał, uśmiechając się krzywo.

Odpowiednia osoba. Dobre sobie. Och, oboje chyba zapomnieli o tym, co działo się w ich codzienności, gdy tylko na siebie wpadali. Caleb Fairchild najpewniej zupełnie oszalał, skoro spoglądając w tym momencie na Hazel, nie widział już osoby, na widok której wywracał z niedowierzaniem oczami. Gdy kolejnego dnia dosięgnie go realizacja, najpewniej szybko pożałuje tego wszystkiego. Sprzeczanie się z nią było proste, ale ten flirt... Dawno nie czuł takiej swobody i poczucia, że mógłby przepaść.
Chwileczka — że co?

Prokurator żył chwilą. Przynajmniej, teraz gdy wpatrywał się w jej jasne tęczówki z tej niewielkiej odległości, próbując przypomnieć sobie, dlaczego tak bardzo jej w sumie nie lubił. Słysząc, że musiała przyznać mu rację, na jego wargi wpłynął zadowolony uśmieszek. Oj, był z siebie dumny. — Mam cię częściej odwiedzać? — parsknął, zsuwając swoje usta na jej miękki policzek. — Hazel Brooks, musisz być niewyobrażalnie pijana, skoro to mówisz — szepnął do jej ucha. Podnoszenie ciśnienia to jedno, ale proszenie o regularne wizyty, to już zupełnie inna sprawa. Dziewczyna zdecydowanie — świadomie lub nie — zaczęła się przed nim otwierać. To, jak go dotykała, było... niesamowite. Zupełnie tak, jakby robiła to tak często, że jej palce same odnajdywały swoje miejsce na jego ciele. Całowali się jak spragnione bliskości dzieciaki, nie potrafiące oderwać się od siebie nawet na chwilę, ale Hazel miała rację... Powoli zaczynało świtać, a na zewnątrz zostali praktycznie sami. — Powinienem cię odprowadzić, prawda? — mruknął marudnie w jej skórę, wzdychając przy tym ciężko; bo musiał się opamiętać. Przynajmniej powinien, racja? — Ja pierdolę. Chrzanione morale — mlasnął, odsuwając się od niej, żeby podźwignąć się i chwiejnie wstać, od razu podając jej swoją dłoń.

Pierwszy raz od wieków, Caleb nie skupił się na tym, czego sam chciał. Może jednak gdzieś w głębi jego duszy przebijał się rozsądek? Prokurator pomógł jej wstać, kiwając głową w stronę jednego z domków. Wsunął obie dłonie w kieszenie spodni, w ten też sposób przerywając tę lawinę emocji i bliskości. Jakby tylko będąc dwa kroki za nią, mógł pilnować swoich niezdrowych odruchów. Odprowadził ją pod drzwi, ostatni raz przesuwając spojrzeniem po jej zgrabnej sylwetce.
— Dobranoc, Brooks. Pamiętaj, że nie możemy jutro przegrać — mruknął cicho, posyłając jej drobny uśmiech. Kto wie, kiedy będzie miała okazję zobaczyć go po raz kolejny?

Hazelnut