Far Beyond the Hills
: pn sie 17, 2026 7:50 pm
— Zamierzasz bawić się w moją terapeutkę, Brooks? — Fairchild zaśmiał się nieco kpiąco. Caleb tylko raz w życiu był u psychiatry, zaraz po śmierci Eleny. Całe to spotkanie wydawało mu się jedną wielką pomyłką; niezręczną i jednocześnie zbędną, bo zaraz po wyjściu od lekarza, czuł się jeszcze gorzej niż przed umówieniem się na wizytę. No cóż, jednak lepiej poradził sobie w pojedynkę, choć gdyby przyjrzeć się temu na większą skalę, to zrobił sobie więcej krzywdy niż pożytku. Rana, którą nigdy nie mógł do końca wyleczyć, notorycznie przypominała mu o tym, co mógł zrobić lepiej, gdyby te paręnaście lat temu był trochę uważniejszy. — Jak zaczniemy się przyjaźnić, to szybko wylądujemy razem w łóżku. Naprawdę tego chcesz? — zapytał z rozbawieniem; no, bo w to w tym momencie akurat wątpił. Nie wiedział jeszcze, że za paręnaście kolejnych minut, jego plany i nastawienie nieco się zmieni za sprawą Hazel, która jak widać, potrafiła całkiem sprawnie flirtować. Może w jej przypadku byłoby inaczej, bo raczej się nie lubili niż lubili, ale wolał nie ryzykować, bo nie ukrywał, że zdarzało mu się myśleć inną częścią ciała niż mózgiem. Szczególnie w takich sprawach damsko-męskich. No cóż, prosty człowiek.
— To lepiej przestań tyle myśleć, Hazelnut. Wszystko niepotrzebnie tym komplikujesz — stwierdził, uśmiechając się w typowy dla siebie, nieco pijacki sposób. — Ja chrzanię, Brooks. Może zamiast toksykologiem powinnaś zostać detektywem, co? Zadajesz w chuj dużo pytań — zaśmiał się. Nie zamierzał odpowiadać na pytania, na które nie chciał się zbytnio udzielać; może i był wcięty, a przy tym mówił, co tylko ślina nasunęła mu na język, ale musiał dbać o swój wizerunek. — Och, boisz się dlatego, że nie potrafisz przegrywać? — zapytał złośliwie, choć nie był właściwą osobą, żeby komukolwiek to wytykać. Caleb przeżywał niemal każdą przegraną sprawę i każdy przegrany mecz swojej ulubionej drużyny piłkarskiej do tego stopnia, że nie potrafił zapanować nad złością lub rozczarowaniem. Zakłady były z kolei czystą prowokacją. Nie rzucał propozycji, jeśli nie miał pewności, że wygra lub nie zdobędzie zbyt łatwo przewagi. Słysząc jej propozycję, Fairchild znacznie poszerzył swój uśmiech i skinął głową z uznaniem. Ten plan bardzo mu się spodobał, bo miał parę pomysłów na to, jak mógłby to wykorzystać. — Czasem masz dobre pomysły, Hazel. Imponujące — zaśmiał się kpiąco; nadal jednak robiąc to w ten przyjemny, drażniący się sposób. Bo dzisiaj Brooks nie była jego wrogiem, a całkiem przyjemną kompanką na tej żałosnej imprezie integracyjnej.
— No niestety, Hazelnut. Czasy się zmieniają — parsknął, gdy zaczęła klepać go po kieszeniach spodni. Uniósł na nią błyszczące, rozbawione spojrzenie, ostatecznie pozwalając jej na wyciągnięcie swojego telefonu. — Wydajesz się cholernie zadowolona z faktu, że dostałaś mój numer — rzucił, unosząc przy tym brew, choć sam nie mógł narzekać na to, jak się to potoczyło. Zaraz jednak jego serce zabiło szybciej, przypominając mu, że sam nie był od niej lepszy. Gdy odwzajemniła ten łagodny pocałunek, zaraz po tym wplatając palce w jego włosy, Caleb odetchnął niecierpliwie prosto w jej pełne usta. Objął ją w talii, sprawnie pomagając jej zmienić miejsce i uniósł nieznacznie podbródek, pozwalając jej na pogłębienie tej pieszczoty; Fairchild oparł jedną dłoń za swoimi plecami, pociągając ją lekko na siebie, nie przestając jej całować, gdy przypominała mu o tym, jak nieprofesjonalni teraz byli. — Mm, nie powinniśmy — przyznał, bo przecież się nienawidzili, racja? — Ale chyba mieliśmy się… integrować, tak? — zapytał retorycznie. Tym razem wychylił się by przycisnąć wargi do jej policzka, potem zsuwając wargi na jej żuchwę. — Poznajemy się, żeby lepiej nam się razem pracowało. Prawda, Hazelnut? — wymruczał w jej skórę. Czy mu już do końca odwaliło? — Nic złego nie robimy — dodał, jakby wbrew sobie, na nowo sięgając do jej ust, jakby w ułamku sekundy uzależnił się od jej słodkiego smaku.
hazelnut
— To lepiej przestań tyle myśleć, Hazelnut. Wszystko niepotrzebnie tym komplikujesz — stwierdził, uśmiechając się w typowy dla siebie, nieco pijacki sposób. — Ja chrzanię, Brooks. Może zamiast toksykologiem powinnaś zostać detektywem, co? Zadajesz w chuj dużo pytań — zaśmiał się. Nie zamierzał odpowiadać na pytania, na które nie chciał się zbytnio udzielać; może i był wcięty, a przy tym mówił, co tylko ślina nasunęła mu na język, ale musiał dbać o swój wizerunek. — Och, boisz się dlatego, że nie potrafisz przegrywać? — zapytał złośliwie, choć nie był właściwą osobą, żeby komukolwiek to wytykać. Caleb przeżywał niemal każdą przegraną sprawę i każdy przegrany mecz swojej ulubionej drużyny piłkarskiej do tego stopnia, że nie potrafił zapanować nad złością lub rozczarowaniem. Zakłady były z kolei czystą prowokacją. Nie rzucał propozycji, jeśli nie miał pewności, że wygra lub nie zdobędzie zbyt łatwo przewagi. Słysząc jej propozycję, Fairchild znacznie poszerzył swój uśmiech i skinął głową z uznaniem. Ten plan bardzo mu się spodobał, bo miał parę pomysłów na to, jak mógłby to wykorzystać. — Czasem masz dobre pomysły, Hazel. Imponujące — zaśmiał się kpiąco; nadal jednak robiąc to w ten przyjemny, drażniący się sposób. Bo dzisiaj Brooks nie była jego wrogiem, a całkiem przyjemną kompanką na tej żałosnej imprezie integracyjnej.
— No niestety, Hazelnut. Czasy się zmieniają — parsknął, gdy zaczęła klepać go po kieszeniach spodni. Uniósł na nią błyszczące, rozbawione spojrzenie, ostatecznie pozwalając jej na wyciągnięcie swojego telefonu. — Wydajesz się cholernie zadowolona z faktu, że dostałaś mój numer — rzucił, unosząc przy tym brew, choć sam nie mógł narzekać na to, jak się to potoczyło. Zaraz jednak jego serce zabiło szybciej, przypominając mu, że sam nie był od niej lepszy. Gdy odwzajemniła ten łagodny pocałunek, zaraz po tym wplatając palce w jego włosy, Caleb odetchnął niecierpliwie prosto w jej pełne usta. Objął ją w talii, sprawnie pomagając jej zmienić miejsce i uniósł nieznacznie podbródek, pozwalając jej na pogłębienie tej pieszczoty; Fairchild oparł jedną dłoń za swoimi plecami, pociągając ją lekko na siebie, nie przestając jej całować, gdy przypominała mu o tym, jak nieprofesjonalni teraz byli. — Mm, nie powinniśmy — przyznał, bo przecież się nienawidzili, racja? — Ale chyba mieliśmy się… integrować, tak? — zapytał retorycznie. Tym razem wychylił się by przycisnąć wargi do jej policzka, potem zsuwając wargi na jej żuchwę. — Poznajemy się, żeby lepiej nam się razem pracowało. Prawda, Hazelnut? — wymruczał w jej skórę. Czy mu już do końca odwaliło? — Nic złego nie robimy — dodał, jakby wbrew sobie, na nowo sięgając do jej ust, jakby w ułamku sekundy uzależnił się od jej słodkiego smaku.
hazelnut