life's curveball
: pn wrz 07, 2026 11:30 am
Patrzył na stojącą przed nim dziewczynę, powoli oswajając się z ciszą, która zapadła w sali po wyjściu tamtego furiata. Przyglądał jej się z lekkim podziwem, którego oczywiście nie zamierzał okazywać. Facet rzucał jadem, a po Prescott to spłynęło. Sam czuł w środku irytację, musiał interweniować, a ona stała tu z chłodną obojętnością, z jaką pewnie codziennie rano parzyła sobie kawę. Zastanawiał się, zerkając za okno, co właściwie o niej wie. Prawda była taka, że praktycznie nic. Ojciec rzadko wtajemniczał go w sprawy personelu, a on sam przez ostatnie trzy miesiące tonął w papierach, próbując utrzymać ten biznes na powierzchni.
Wypuścił powietrze, widząc, że Ruelle ani myśli czuć się niezręcznie w jego obecności. Fakt, że do dzisiaj pewnie nawet nie kojarzyła jego twarzy, wcale mu nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie – dawał mu rzadki komfort bycia ocenianym za to, co robi teraz, a nie za nazwisko ojca.
Przeniósł wzrok z powrotem na dziewczynę, przyłapany na zerkaniu przez szybę. Sam zdążył zauważyć, że ta praca wymaga odporności, której on jeszcze nie miał. Ojciec ją miał – potrafił przyjąć na klatę każdy wybuch klienta, a potem wracał do swoich zajęć, jakby nic się nie stało. Noe po jednej ostrzejszej wymianie zdań czuł jedynie irytację i niesmak.
- Żelazny autorytet? – powtórzył pod nosem, krzywiąc się lekko. – Nie mam na to zdrowia. Wystarczy, że nikt mi nie wmawia, że okradam ludzi na trumnach.
Włożył dłonie głębiej do kieszeni spodni, opierając się ramieniem o ścianę. Zastanawiał się, co trzeba mieć w głowie, żeby świadomie wybierać zaplecze i bycie tanatopraktorką zamiast użerania się z żywymi ludźmi. Dla niego praca z ciałami była koszmarem, przed którym uciekał przez całe życie, wywołując tym samym wieczne awantury z ojcem. Sam widok zmarłego budził w nim opór, którego do dziś nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć. - Zmarli przynajmniej nie kłócą się o rachunki - mruknął, a w kąciku jego ust pojawił się lekki, nieco cyniczny cień rozbawienia. - Zaczynam ci zazdrościć tego zaplecza. Ktoś jednak musi tu zbierać baty od żywych.
Przyznanie się przed Ruelle - dziewczyną, która na co dzień unikała tej części zakładu i wychodziła tylko wtedy, kiedy sytuacja tego wymagała - do własnej bezradności kosztowało go więcej dumy, niż chciałby przyznać. Zmierzył ją wzrokiem, starając się wyczuć, czy jego szczerość nie zostanie uznana za słabość. Nie zamierzał się jednak wycofywać ani pozwalać jej odejść z powrotem na tyły bez konkretnej odpowiedzi. Skoro podjął decyzję, że nie pozwoli tej firmie upaść, musiał przełamać własne obrzydzenie. Czekał na to, co odpowie, zastanawiając się, czy pierwsza prawdziwa lekcja, o którą właśnie poprosił, rzeczywiście będzie tak trudna, jak mu się wydawało.
Porównanie do wróżki zębuszki sprawiło, że wypuścił powietrze nosem, mocno rozbawiony. Dziewczyna była bezczelna w ten specyficzny sposób, który kompletnie go nie obrażał, a raczej zmuszał do zastanowienia. Miała rację. Przez te trzy miesiące siedział za biurkiem jak duch, zarządzając wszystkim z cienia, byle tylko nie konfrontować się z rzeczywistością tego miejsca.
- Może i tak - odpowiedział krótko, odrywając ramię od ściany. - Ale wróżka zębuszka przynajmniej lubiła swoją robotę.
Jej pytania, choć zadane bez drwiny, trafiały w coś, czego sam nie potrafił jeszcze nazwać. Nie było w tym łatwych pieniędzy ani nagłego powołania. Gdyby mógł, zostawiłby ten zakład pierwszemu lepszemu kupcowi. Trzymało go tu jedynie cholerne poczucie obowiązku wobec ludzi, którzy potrzebowali, żeby na koniec miesiąca przelewy się zgadzały.
Spojrzał na nią z ukosa, chowając dłonie z powrotem do kieszeni spodni. Jej bezpośredniość zaczynała mu się podobać o wiele bardziej niż sztuczne uprzejmości, którymi raczyli go inni pracownicy od czasu śmierci ojca. Skinął głową w stronę drzwi prowadzących na zaplecze.
- Masz tam teraz kogoś do przygotowania? - zapytał wprost, starając się, by w jego głosie nie było słychać cholernego oporu, który ścisnął mu gardło na samą myśl o przejściu przez tamte drzwi.
Ruelle I. Prescott
Wypuścił powietrze, widząc, że Ruelle ani myśli czuć się niezręcznie w jego obecności. Fakt, że do dzisiaj pewnie nawet nie kojarzyła jego twarzy, wcale mu nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie – dawał mu rzadki komfort bycia ocenianym za to, co robi teraz, a nie za nazwisko ojca.
Przeniósł wzrok z powrotem na dziewczynę, przyłapany na zerkaniu przez szybę. Sam zdążył zauważyć, że ta praca wymaga odporności, której on jeszcze nie miał. Ojciec ją miał – potrafił przyjąć na klatę każdy wybuch klienta, a potem wracał do swoich zajęć, jakby nic się nie stało. Noe po jednej ostrzejszej wymianie zdań czuł jedynie irytację i niesmak.
- Żelazny autorytet? – powtórzył pod nosem, krzywiąc się lekko. – Nie mam na to zdrowia. Wystarczy, że nikt mi nie wmawia, że okradam ludzi na trumnach.
Włożył dłonie głębiej do kieszeni spodni, opierając się ramieniem o ścianę. Zastanawiał się, co trzeba mieć w głowie, żeby świadomie wybierać zaplecze i bycie tanatopraktorką zamiast użerania się z żywymi ludźmi. Dla niego praca z ciałami była koszmarem, przed którym uciekał przez całe życie, wywołując tym samym wieczne awantury z ojcem. Sam widok zmarłego budził w nim opór, którego do dziś nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć. - Zmarli przynajmniej nie kłócą się o rachunki - mruknął, a w kąciku jego ust pojawił się lekki, nieco cyniczny cień rozbawienia. - Zaczynam ci zazdrościć tego zaplecza. Ktoś jednak musi tu zbierać baty od żywych.
Przyznanie się przed Ruelle - dziewczyną, która na co dzień unikała tej części zakładu i wychodziła tylko wtedy, kiedy sytuacja tego wymagała - do własnej bezradności kosztowało go więcej dumy, niż chciałby przyznać. Zmierzył ją wzrokiem, starając się wyczuć, czy jego szczerość nie zostanie uznana za słabość. Nie zamierzał się jednak wycofywać ani pozwalać jej odejść z powrotem na tyły bez konkretnej odpowiedzi. Skoro podjął decyzję, że nie pozwoli tej firmie upaść, musiał przełamać własne obrzydzenie. Czekał na to, co odpowie, zastanawiając się, czy pierwsza prawdziwa lekcja, o którą właśnie poprosił, rzeczywiście będzie tak trudna, jak mu się wydawało.
Porównanie do wróżki zębuszki sprawiło, że wypuścił powietrze nosem, mocno rozbawiony. Dziewczyna była bezczelna w ten specyficzny sposób, który kompletnie go nie obrażał, a raczej zmuszał do zastanowienia. Miała rację. Przez te trzy miesiące siedział za biurkiem jak duch, zarządzając wszystkim z cienia, byle tylko nie konfrontować się z rzeczywistością tego miejsca.
- Może i tak - odpowiedział krótko, odrywając ramię od ściany. - Ale wróżka zębuszka przynajmniej lubiła swoją robotę.
Jej pytania, choć zadane bez drwiny, trafiały w coś, czego sam nie potrafił jeszcze nazwać. Nie było w tym łatwych pieniędzy ani nagłego powołania. Gdyby mógł, zostawiłby ten zakład pierwszemu lepszemu kupcowi. Trzymało go tu jedynie cholerne poczucie obowiązku wobec ludzi, którzy potrzebowali, żeby na koniec miesiąca przelewy się zgadzały.
Spojrzał na nią z ukosa, chowając dłonie z powrotem do kieszeni spodni. Jej bezpośredniość zaczynała mu się podobać o wiele bardziej niż sztuczne uprzejmości, którymi raczyli go inni pracownicy od czasu śmierci ojca. Skinął głową w stronę drzwi prowadzących na zaplecze.
- Masz tam teraz kogoś do przygotowania? - zapytał wprost, starając się, by w jego głosie nie było słychać cholernego oporu, który ścisnął mu gardło na samą myśl o przejściu przez tamte drzwi.
Ruelle I. Prescott