Rozdział III. Too late, still you.
: czw lip 30, 2026 5:54 pm
trigger warning
przekleństwaKiedy ta narwana, dzika, gorąca kobieta zamilkła pod dotykiem smukłych, jasnych palców jej męża. Jak za dotknięciem magicznej kurwa różdżki, jakby Galen Wyatt zabrał jej cały temperament. A Madox patrzył na nią z drwiną, z jakimś takim niedowierzaniem, ale też pogardą. Przy nim nigdy nie traciła ognia, a tutaj...
- Powtórzyć ci? - wypalił, ale Galen Wyatt już zaczął opowiadać, jak wspaniała jest jego żona.
Wspaniała, co to kurwa za słowo?
Gorąca. Dzika. Seksowna. Pierdolnięta. Ale wspaniała?
- Nie czytam takich pierdół, co to była za sprawa? Krzywo zawiązałeś muchę, czy zajebali ci... - nie dokończył, bo Haddie zdzieliła go łokciem w bok, stęknął jej do ucha. Specjalnie, tak, że policzki zaszły jej rumieńcem, a potem machnął ręką z tym, że idzie po szampana.
Jak od samego początku go to nudziło, to teraz jeszcze dodatkowo podkurwiło. Galen Wyatt i jego wspaniała żona.
Dwa dni, tyle im brakło, żeby była tą jego.
I jak przez te wszystkie lata w więzieniu starał się o tym zapomnieć, nie myśleć, że miała go w dupie, że nie odwiedziła go nawet raz, i nie odpisała już nigdy na żaden jego list, mimo, że w tym pierwszym zarzekała się, że jest jego. Że go kocha. Tak teraz to wszystko wróciło. Dotknęło kurewsko boleśnie. To, że wybrała sobie jakiegoś Galena Wyatta, bo co? Bo był przystojny, bogaty i nie był kryminalistą?
Madox też nie był. Wtedy...
Bo teraz już na prostej drodze do tego, ale teraz z własnego wyboru.
Zadzierał do góry głowę patrząc na te kieliszki, a jakby wyciągnął jeden ze spodu...
Czuł jej spojrzenie na plecach, a może go pojebało, może to sobie wmawiał? Może tego chciał. A jednak kiedy usłyszał za plecami kroki, to się cofnął, a potem już wiedział, że to ona, gdy zacisnął palce na jej nadgarstku. Tak jak zaciskał je lata temu, kiedy ją do siebie szarpał i lądowała w jego ramionach. Dzisiaj też w nich wylądowała. Ale inaczej.
- Ale język wciąż niewyparzony - wywrócił oczami na te jej tępe dziwki, ale w zasadzie dobrze podsumowała Haddie i Madox nawet zerknął za nią, a zaraz spojrzał na Pilar zaglądając w te jej ciemne, piękne oczy - chociaż przy mężu jednak trochę... mniej - wytknął jej znów. A ona zaraz mu kłamstwo. Puścił jej rękę, cofając się do tyłu, chociaż czarne oczy, te wciąż wpatrywały się w nią intensywnie. A kiedy to ona ruszyła do niego, to zmrużył powieki.
- Kiedy ja cię okłamałem Pilar? - raz. Gdy mieli po dziesięć lat, a on powiedział, że chyba jej nie kocha. Ale potem już nigdy. Potem wyznał jej całą prawdę. I zawsze był z nią szczery...
W przeciwieństwie do niej.
Zawsze miała być jego.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc, kiedy dźgnęła go palcem w klatkę piersiową.
- Mam kurwa oczy, to patrzę - warknął i przez chwilę się zamierzył do tego, żeby znowu zacisnąć palce na jej ręce, żeby złapać ten palec, który wbijała mu w tors, ale na opuszkach czuł jeszcze to dziwne, pojebane mrowienie.
Nie. Nie sięgnie do niej, chociaż cały już się spiął, każdy jeden jebany mięsień w jego ciele, każda żywa tkanka... chciała do niej.
- Co ty pierdolisz Pilar? Nigdy ci nic takiego nie powiedziałem... - a może powinien? Zanim kurwa tak bardzo stracił dla niej głowę? Może wtedy na tej plaży, zamiast wyznać jej prawdę i miłość to powinien kazać jej spierdalać. Ale czy by umiał?
Czy teraz mimo tego jak bardzo złamała mu serce, tym, że wyszła za mąż, że kurwa... Ona miała z tym facetem dziecko. Była jego wspaniałą żoną. A on i tak nie potrafiłby jej powiedzieć, że ma spierdalać.
- To ty kurwa wybrałaś... jego - szarpnął głową gdzieś tam w kierunku tłumu, gdzie Galen Wyatt pewnie brylował w towarzystwie, jak jakiś pierdolony diamencik, który wiecznie wiedział co powiedzieć.
A Madox nie zawsze wiedział i teraz też. Nawet nie miał pojęcia o co jej chodziło.
- Co ci się ubzdurało? - jaka taktyka? Jakie kłamstwa?
Jak on z nikim nigdy nie był tak szczery, tak szczęśliwy i taki... beztroski jak z nią. Wtedy. Kiedy myślał, że za dwa dni się pobiorą i już zawsze będzie tak.
A potem policja boleśnie uświadomiła mu, że nie... A potem ona miała go w dupie. Po tym jednym liście.
- Skończ pierdolić - warknął na nią i wyrwałby się do niej, szarpnął ją. Wyszarpał może, wplótł palce w czarne, zmierzwione kudły, ale wpadł na kelnera, a ten poleciał do tyłu na ten stolik z wieżą z kieliszków. Madox się odwrócił, ale tylko zobaczył jak szkło malowniczo spada w dół, prosto na nich. Jebany deszcz szkieł. Szarpnął Pilar na bok, w odruchu, bo przecież nie dlatego, że mu na niej zależało. Już nie...
Zasłonił ją ręką i nawet nie poczuł...
- Kurwa szkło... - odchylił do tyłu głowę, a potem sięgnął do sporego kawałka szkła, które wbiło mu się w przedramię i... je wyciągnął. Nie powinien tego robić, bo krew trysnęła na nich. I na jej odsłonięte udo, to na którym nosiła jasną szramę w kształcie litery T, w które też miałą wbite kawałek szkła - zostaw! - tylko, że Pilar chyba nie była tak głupia jak Madox, żeby wyciągać szkło, ale i tak musiał ją przestrzec, przesunął palcami po jej smagłej skórze zostawiając na niej czerwone ślady. I znowu byli cali upierdoleni we krwi. Z jednym szkłem siedzącym jej w udzie i rozcięciem na jego przedramieniu.
Oczywiście, że nagle obok znaleźli się Haddie i Galen, oboje spanikowani, chociaż chyba Haddie bardziej.
- Boże M. musimy z tym jechać do szpitala, wykrwawisz się - ściskała go mocno za ramię.
- Żadnego szpitala - warknął Madox.
- Pilar, musi to obejrzeć lekarza, chodź! - Galen nawet nie dał swojej żonie wyboru, tylko pociągnął ją na zewnątrz.
- Jedźmy moim... - przecież Noriega nie chciał jechać do szpitala, a jednak zaczepił Wyatta i jego żonę, kiedy wyszli przed budynek i wskazał im czerwonego Jaguara.
- Ty piłeś! Ja poprowadzę - pisnęła Haddie.
- Też piłaś - skwitował ją Madox.
I wtedy kurwa cały na biało na przód wyszedł jebany Galen Wyatt. Zimny wiatr zagrał w jego idealnie ułożonych włosach, a księżycowa łuna odbiła się w niebieskich oczach. Jebany super bohater, peleryny mu brakowało.
- Ja nie piłem, pojedziemy moim - no tak. Jakże by inaczej.
Chcieli, czy nie chcieli, to cała czwórka wylądowała w okropnym złoto-czarnym Lamborghini Urus Performante.
Z przodu bohater i jego wspaniała żona, a z tyłu antybohater i jego tępa dziwka.
Ella no le importaba, ¿verdad?