Strona 2 z 2

flames getting higher and you just watch it burn

: czw sie 27, 2026 4:43 pm
autor: Rhys Madden
Wiedział, że te same emocje, które przedzierały się teraz przez warstwy jego świadomości jednocześnie gościły w jej głowie. I że tym razem to ona wcisnęła przycisk stop, przywołując go z powrotem do rzeczywistości i ustalonego przez nich planu.
Byli ogniem i wodą, ale ich role nieustannie się zmieniały.
Na co dzień to on stopował jej ognisty temperament, on ją uziemiał gdy zaczynała wznosić się w stronę słońca. Wiedział jak ją powstrzymać, ale też jak przekierować jej energię w produktywny sposób. To on był tym stoickim partnerem, on dłużej wytrzymywał nim ponosiły go emocje.
Gdy jednak wreszcie w nim gościły, pozbawiały go resztek kontroli w ułamku sekundy.
Ogniem płonął rzadziej, ale zawsze, gdy to robił, brakowało mu posiadanych przez nią zabezpieczeń. Nie potrafił parzyć wyłącznie osób, które na to zasługiwały - eksplodował wszędzie wokół, raniąc też tych, na których należało mu najbardziej, raniąc s i e b i e. W tej tunelowej wizji widział wyłącznie Collinsa i wyłącznie wtedy, gdy wreszcie został wyprowadzony, gdy miała dopaść go sprawiedliwość, był w stanie znieść to, że nie jego ręka ją wymierzyła.
- Ostro - skwitował mężczyzna, mierząc ją spojrzeniem. - To twoje zwykłe techniki negocjacyjne, detektyw Mercer? - dodał, kąciki jego ust uniosły się w górę w pobłażliwym uśmiechu. - Zwykle działają?
Wiedział, że nie potrzebowała jego obrony - ale w tym samym geście, w którym jej palec musnął męską dłoń dyskretnie, teraz on przysunął się bliżej, dosłownie parę centymetrów. Na tyle, by znaleźć się przed nią, ale jej nie zasłaniać, w geście, który przypominał zwykłe przeniesienie ciężaru z jednej nogi na drugą.
- Wszyscy wiemy, że łasisz się na jego miejsce, Moretti - odparował, wyłącznie przez wgląd na nią nie łapiąc tego zarzuconego w ich stronę h a c z y k a. - Jak myślisz, kiedy dowie się tego Carbone?
Wysunął się naprzód, tym razem świadomie, tym razem pragnąc zwrócić na siebie całą uwagę mężczyzny. Jego głowa przekrzywiła się lekko, przebiegły wyraz wpełznął na twarz gdy mierzył mafioza spojrzeniem.
- I co wtedy zrobi?
Powieki Włocha zmrużyły się lekko, gdy któreś słowa znalazły podatny grunt w jego umyśle. Przez krótkie kilka sekund przy ich stoliku zapadła cisza - wyłącznie gwar otaczających ich ludzi wypełniał pustkę, przypominając o publice, która nieustannie ich oglądała nawet, jeśli nie mogła dosłyszeć treści ich rozmowy.
- Przemyślę to - przyznał, ale nie przed wypowiedzeniem krótkiego, obelżywego słowa wypowiedzianego w języku, którego żadne z nich nie rozumiało. - A na razie wynoście się z mojego lokalu.
Gdzieś w tle, w oddali, z zaplecza dobiegł ich cichy stukot. Przypominał coś głośnego, coś nagłego wytłumionego grubymi ścianami, muzyką i odgłosami rozmów. Madden powoli przeniósł swój wzrok na drzwi prowadzące na zaplecze nim przeniósł go w stronę stojącej obok Margo.
Jak daleko za jej osobistą granicę ją wyprowadził?
Teraz, gdy w pomieszczeniu obok prawdopodbnie doszło do m o r d e r s t w a?
- Jesteśmy w kontakcie - odrzucił, sucho, odwracając się częściowo do wyjścia, czekając jednak, aż kobieta ruszy do niego jako pierwsza nim wykonał choćby jeden krok w jego stronę.
Wsunął dłonie do kieszeni lekkiej kurtki, chowając zaróżowioną skórę knykci, których pieczenie nieustannie przypominało o tym, co działo się tu chwilę temu.

margo mercer

flames getting higher and you just watch it burn

: pt sie 28, 2026 11:28 am
autor: margo mercer
Nie wiedziała, co wydarzyło się po drugiej stronie drzwi, ale ten krótki, stłumiony dźwięk wystarczył, by jej ciało mimowolnie zareagowało. Spojrzenie uciekło w kierunku zaplecza, zatrzymując się na zamkniętych drzwiach, za którymi zniknął Collins - Moretti nie należał do ludzi, którzy długo zastanawiali się nad tym, co zrobić z kimś kto stawał się jego problemem, a na pewno nie pozwalał temu p r o b l e m o w i wychodzić z lokalu o własnych siłach.
Dosłownie na ułamek sekundy poczuła coś, czego nie potrafiła jednoznacznie nazwać. Może była to ulga pomieszana z niepokojem? Albo satysfakcja stająca w zaprzeczeniu do obrzydzenia czynem? Niemniej gdzieś pomiędzy tym wszystkim znajdowała się świadomość, że właśnie pozwolili, by ktoś inny zabił człowieka tuż obok, że z g o d z i l i się na coś, czego sami nigdy nie powinni robić.
Collins miał zapłacić za wszystko, co zrobił, a ona przez ostatnie tygodnie wyobrażała sobie tę chwilę zdecydowanie zbyt wiele razy, jednak rzeczywistość okazała się znacznie mniej satysfakcjonująca od wszystkich fantazji o sprawiedliwości. Nie chciała jego krwi na własnych rękach, ale nie chciała również nosić w pamięci obrazu człowieka, który właśnie zamknął za sobą drzwi zaplecza i nigdy nie miał już z niego wyjść.
Mimo, że nie czuła ulgi, której się spodziewała - być może właśnie tego potrzebowała, żeby wreszcie naprawdę zamknąć ten rozdział. Nie własnej ręki zaciśniętej na broni, ale świadomości, że pewne rzeczy potrafiły zakończyć się bez jej udziału. Chociaż tym razem cena za tę wygodę była wysoka, a człowiek stojący naprzeciw niej pozostawał o s t a t n i m, od którego powinna była oczekiwać jakiejkolwiek formy sprawiedliwości.
Podejmowanie z nim dyskusji, wchodzenie w pyskówkę, w którą ewidentnie pragnął ją wciągnąć było zupełnie bezsensowne. Zdawała sobie z tego sprawę, dlatego nie zareagowała, choć w każdej innej sytuacji zrobiłaby to bez wątpienia, gdy Rhys w oczywistym geście obronnym, zrobił krok na przód. Ona pozwoliła sobie tylko o s t a t n i raz spojrzeć na Morettiego i uśmiechnąć się złośliwie, bo może pół roku temu nie potrafiła grać w tę grę, ale przez ostatnie miesiące nauczyła się poruszać w ich świecie nazbyt dobrze. - Byle nie za długo. Pamiętaj, co o tobie wiem - nie Rhys, o n a. On zmienił treść jego akt, usunął nazwiska i dodał inne, pozwalając mu wyjść na zewnątrz - Moretti wiedział, że go nie zdradzi. Nie znał zaś jej, więc zasianie w nim ziarna niepewności było o wiele łatwiejsze.
Nie zamierzając tutaj zostawać ani chwili dłużej, odwróciła się i ruszyła w kierunku wyjścia, nie pozwalając myślom uciekać w kierunku zaplecza. Powietrze wewnątrz lokalu było cięższe z każdą kolejną sekundą, a zapach alkoholu, dymu i męskiego ego, przypominał jej, że właśnie spędzili zbyt wiele czasu w miejscu, do którego nigdy nie powinni byli wejść.
Zatrzymała się dopiero przy samochodzie, biorąc głęboki oddech. - Myślisz, że to wystarczy? - spojrzała na Rhysa, gdy stanął przy niej, prawdopodobnie robiąc to, co robił zawsze - wyciągał papierosa i odpalał go, wkładając pomiędzy usta. Kierowała rozmowę w oczywistą stronę, bo nie była pewna, czy chciała rozmawiać o Collinsie, czy w ogóle potrzebowała wiedzieć, co dokładnie wydarzyło się za tamtymi drzwiami.
Nie było w niej r a d o ś c i. Głównie, ku własnemu rozczarowaniu, czuła coś znacznie trudniejszego do zniesienia - świadomość, że dawna Margo, ta z niezachwianym kręgosłupem i przekonaniem, że pewnych granic nie wolno przekraczać bez względu na cenę wciąż gdzieś w niej istniała i patrzyła z zawodem na kobietę, którą się stawała.

Rhys Madden

flames getting higher and you just watch it burn

: pt sie 28, 2026 6:15 pm
autor: Rhys Madden
Wiedział, gdzie leżała jego osobista granica.
Tkwiła daleko na horyzoncie, tam, gdzie nie powinna być wytyczona ostateczna linia u kogoś, kto pałał się zawodem policjanta.
Jego kręgosłup moralny już dawno temu przestał przypominać stabilną strukturę - teraz plątał się, wił, uginał pod kątami, pod którymi każdy inny dawno temu uległby presji i pękł na pół. Był w stanie przetrwać wiele, tak samo, jak posiadający go detektyw potrafił przymknąć oko na w i e l e.
Zawsze jednak zastanawiał się gdzie leżała j e j granica.
Co było linią, której nie była w stanie przekroczyć - nawet dla niego, nawet dla wszystkich tych rzeczy i emocji, które ich łączyły. Od czego nie byłaby w stanie odwrócić wzroku, co spędzałoby jej sen z powiek i utrudniało dalsze funkcjonowanie.
Wcześniej myślał, że samo poznanie o nim prawdy wystarczyłoby. Że wystarczyłoby zdradzenie jej odrobiny swojego prawdziwego oblicza, ciążącej na jego barkach historii i czynów, których dokonał, by Mercer wyhamowała, gwałtownie się odsuwając od tej linii. Tymczasem ona się przesuwała.
Gdy opuścili zaduch tego przeklętego miejsca i przywitał ich rześki wiatr wieczoru w Toronto, jego wzrok błądził po kobiecym profilu, nagle dostrzegając w niej podobieństwa, których nie widział wcześniej. Umiejętność skupienia się tylko na tym, co było istotne w tej chwili - swojego rodzaju egoizm, który mieszał się z bezgranicznym oddaniem w zależności od osoby, która na niego spoglądała.
- Musi - odpowiedział krótko, zgodnie z jej przewidywaniami wyciągając z kieszeni paczkę papierosów.
Było w tym coś absurdalnie n o r m a l n e g o. Nawet w jego obolałych knykciach, noszących na sobie czerwone ślady spotkania ze szczęką policjanta, który prawdopodobnie w tej chwili był pakowany do bagażnika obcego samochodu.
Mogliby wciąż ich złapać, gdyby tylko wyszli na zaplecze.
Gdyby okrążyli budynek i zechcieli rzucić okiem na konsekwencje podjętych przez siebie decyzji. Może wtedy byłoby ciężej. Gdyby dostrzegli jego przerażoną twarz bądź usłyszeli błaganie o litość. Gdyby przed ich kolanami padł i prosił o wybaczenie, obiecując, że da się zamknąć w więzieniu i nie wciągnie do niego ich za sobą.
Jego wzrok przemknął po fasadzie budynku w roztargnieniu, na które pozwolił sobie tylko na chwilę.
Po tym odwrócił się, wskazując jej podbródkiem zaparkowany samochód stojący obok.
- Chcesz coś zjeść? - zapytał krótko, absurdalnie w kontekście do tego wszystkiego ale wiedział, że jeśli mieli wyjść z tego c a ł o w każdym tego słowa znaczeniu, musieli stąd pójść.
Gdziekolwiek - do niej, do niego, nad jezioro, do restauracji. Wszędzie, byle tylko nie tkwić tutaj, gdy Collins, bądź jego zwłoki, właśnie otrzymywał zapłatę za popełnione przez siebie grzechy.
A także za te, których nigdy nie popełnił. Te, które teraz znaczyły ich dusze, na zawsze splamione jak przysięga, którą składali odbierając swoją odznakę.

margo mercer

flames getting higher and you just watch it burn

: pn sie 31, 2026 8:00 am
autor: margo mercer
Robiła to wszystko dla n i e g o. To właśnie było w ich miłości najpiękniejsze, a jednocześnie najbardziej niebezpieczne - potrafili zrobić dla siebie rzeczy, których nigdy nie zrobiliby dla nikogo innego. Ich uczucie miało w sobie coś toksycznego, choć Margo długo nie chciała tego przed sobą przyznać. Obok całego dobra, które ze sobą niosło, uwydatniało również ich n a j g o r s z e cechy, przesuwało granice i zmuszało do podejmowania decyzji, których normalnie nie byliby w stanie nawet rozważyć. Nie miało znaczenia, gdzie kończyło się oddanie, a zaczynało zatracenie, bo za każdym razem, gdy stawiała przed sobą ten wybór - wybierała j e g o.
Mimo wszystkich znaków zapytania nie zmieniłaby tej decyzji. Wiedziała, że zrobili kolejny krok - byli o j e d e n krok bliżej końca, którego tak desperacko potrzebowali, bliżej wolności, która od dawna przestała być zwyczajnym marzeniem, a stała się czymś, o co byli gotowi walczyć na wszystkie sposoby.
Pozostawało jej wierzyć, że na końcu naprawdę czekało na nich to czego szukali. Z w y c z a j n e życie warte każdej podjętej decyzji. Miała nadzieję, że kiedyś nie spojrzy za siebie i nie zobaczy w tym wszystkim błędu i zbyt wysokiej ceny, a przede wszystkim, że ich miłość rzeczywiście okaże się wystarczająca, by udźwignąć wszystko, co po drodze na nich czekało.
Nie odpowiedziała mu od razu, ruszyła w stronę samochodu i zajęła miejsce po stronie pasażera, a sama cisza była wystarczającą odpowiedzią. Chciała tej n o r m a l n o ś c i równie mocno jak on, dlatego gdy tylko ruszyli, sięgnęła do radia, włączyła ich ulubioną stację i przez kilka minut muzyka wypełniała przestrzeń między nimi, udając, że wcześniej nie wydarzyło się nic, czego nie mogli za sobą zostawić.
- Zrobiłam to pierwszy raz - odezwała się wreszcie, spoglądając na niego. W jej głosie nie było smutku ani wyrzutu, zwyczajnie czuła potrzebę, by powiedzieć to na głos, bo od chwili opuszczenia Mimmo's nie dawało jej to spokoju. - Nigdy wcześniej nie odwróciłam wzroku, gdy ktoś kogoś zabijał. Nawet jeśli Collins na to zasługiwał - wiedziała, że on widział to niejeden raz i prawdopodobnie jeszcze więcej razy pozwolił, by takie rzeczy działy się tuż przed jego oczami. Wątpiła jednak, by do tego dało się przyzwyczaić. Wciąż bardziej pragnęła być tym dobrym gliną, który bronił słabszych i wierzył w sprawiedliwość, podejmując właściwą decyzję, nawet gdy żadna z dostępnych dróg nie była łatwa.
- Nie mam pojęcia jak się z tym czuję - przyznała w końcu, wyciągając dłoń w jego stronę, a jej palce delikatnie dotknęły stłuczonych kostek, przesuwając po nich ostrożnie. - To powód, żeby napić się złej whisky, a jednocześnie żeby wyciągnąć tę dobrą - wcześniej podejmowała decyzje, przekraczała kolejne granice i odkładała emocje na później, jakby można było zamknąć je w jakimś odległym miejscu i wrócić do nich wtedy, gdy cała sprawa wreszcie się skończy. Teraz jednak cisza, która zapadła po głuchym dźwięku dobiegającym zza metalowych drzwi baru, zaczynała ją dusić, zmuszając emocje do wyjścia na wierzch.

Rhys Madden

flames getting higher and you just watch it burn

: wt wrz 01, 2026 3:09 pm
autor: Rhys Madden
Może to było w tym najgorsze.
Świadomość tego, że gdyby nie on, Margo nigdy nie musiałaby dowiadywać się, gdzie leżała jej granica. Nigdy nie musiałabyś przymykać oka, ani lawirować po odcieniach szarości w miejscu, w którym wszystko powinno być czarno i białe.
Może nigdy nie musiałaby zjawiać się na spotkaniach z ludźmi, których powinna aresztować zamiast dopuszczać ich do głosu.
To była ta jedna rzecz, której nie mógł wypowiadać na głos. Nie dopuszczał jej do siebie, trzymał ją na pograniczu świadomości, w miejscu, w którym tkwiły wszystkie niewygodne prawdy w jego życiu. Wiedział, że mówienie o tym było bezproduktywne, tak samo jak wszystkie jego próby powstrzymania tego, co tak czy inaczej nadeszło.
Bo co miałby zrobić?
To nie był już wyłącznie jego krzyż do dźwigania. Margo wrosła w jego życie tak, jak on wrósł w jej. Wszystkie problemy, które wcześniej były indywidualne nagle zaczęły dotyczyć ich obojga.
Jedno prowadziło do drugiego i nagle tkwili w opuszczonym magazynie, w którym jeden brudny glina dogadywał się z mafiozem, podczas gdy drugi wyciągał broń by wycelować ją prosto w stronę  najważniejszej osoby w jego pieprzonym życiu.
Może brakowało mu tego elementu, który u ludzi wywoływał współczucie. Może coś było z nim fundamentalnie nie tak, gdy w chwili, w której Collins został zabierany, jego wszystkie obawy nie były związane z tym, co miało się mu stać, ale z tym jak Mercer mogła to znieść.
- Wiem - odpowiedział krótko, choć to było z b ę d n e, niczego nie wnosiło, ale też nigdy nie potrafił odnajdywać właściwych słów, które mogłyby w sytuacji takiej jak ta pomóc.
Splótł ich palce ze sobą na krótką chwilę, gdy wyczuł jej dotyk na czerwonych knykciach noszących na sobie ślady po krótkim starciu z mężczyzną. Westchnął, odwracając się w stronę samochodu, ciągnąc ją za sobą.
Nie było powodu, dla którego musieli tu dalej tkwić.
Nawet, jeśli obiad nie miał niczego zmienić, był lepszą alternatywą niż przebywanie w tym miejscu. Lepszą alternatywą było nawet siedzenie w jego samochodzie, w kolejnej warstwie oddzielającej ich od zaplecza, na którym działy się rzeczy, na które oni przymykali oczy.
- Prawo jest dziurawe, Margo - powiedział wreszcie, gdy drzwi zamknęły się za nimi, odcinając od świata zewnętrznego znajomym wnętrzem samochodu. Jego wzrok przemknął po wypranej tapicerce, bez trudu odnajdując punkt, w którym wcześniej tkwiły plamy krwi.
Jej krwi.
Może zniknęła dla gołego oka, ale on wciąż ją dostrzegał na materiale, wypaliła się na jego siatkówce. Samo jej wspomnienie sprawiało, że znajome iskierki złości zakradały się do jego świadomości, przypominając to, co w jego oczach przypieczętowało los brudnego gliny raz na zawsze.
- Collins w najlepszym wypadku wymanewrowałby się z tego gdybyśmy spróbowali go zatrzymać - dodał, łamiąc własną zasadę i zaciągając się papierosem wewnątrz samochodu. - W najgorszym pociągnąłby nas za sobą.
Uchylił okno, strzepując nadmiar popiołu na zewnątrz. Ciemniejące niebo zasłaniała gruba warstwa chmur, z których pierwsze krople deszczu ruszyły na spotkanie z maską samochodu. Wsunął kluczyk do stacyjki.
- Jesteś w stanie zrobić więcej dobrego pracując i aresztując dziesiątki innych osób, które na to zasługują niż tkwiąc w areszcie - zakończył, kolejnymi słowami, które były przecież zbędne i oczywiste.
Ale chciał, by je r o z u m i a ł a.

margo mercer

flames getting higher and you just watch it burn

: wt wrz 01, 2026 6:09 pm
autor: margo mercer
Robiła to świadomie.
Straciła prawo, by mieć do niego kiedykolwiek pretensje o to, że wciągnął ją w ten świat w chwili, w której zrobiła mimowolny, s a m o d z i e l n y krok w tę stronę, podczas gdy on wyraźnie ją przed tym ostrzegał. Wiedziała, że ze wszystkich złych rzeczy w swoim życiu, Rhys najbardziej żałował tej, w której pozwolił jej w tym uczestniczyć.
Nie dało się jednak powstrzymać czegoś, co już dawno przestało być wyłącznie jego problemem. Mogłaby nawet dzisiaj cofnąć się do chwili, w której poznała prawdę, mogłaby jeszcze raz usłyszeć wszystkie jego ostrzeżenia i tak zrobiłaby dokładnie to samo. W miłości było coś absurdalnego, co odbierało rozsądkowi jego znaczenie i sprawiało, że człowiek był gotowy wejść w ogień zanim w ogóle pomyślał o tym, że może się sparzyć. Margo wybrała go wtedy, a później konsekwentnie wybierała go każdego kolejnego dnia, nawet gdy kolejne decyzje coraz bardziej oddalały ją od kobiety, którą była wcześniej. Nie zrobiłaby tego dla nikogo innego. Być może właśnie w tym tkwiło całe szaleństwo ich uczucia.
Dopiero gdy wsiedli do samochodu, wzięła głęboki oddech. Prowizoryczna, niewidzialna bariera, którą przed nimi postawił, zamykając ich w tym ciasnym wnętrzu, była na tę chwilę wystarczająca. Pozwalała jej odciąć się od tego, co zostało za nimi, skupić na czymś innym i zafiksować na jego słowach, w które tak bardzo pragnęła wierzyć, że powtórzyła je cicho we własnej głowie. - Wiem o tym - nie musiał jej tego tłumaczyć. Sama doskonale wiedziała jakim człowiekiem był Collins - że prędzej czy później zginąłby tylko dlatego, że jego własne ego prowadziło go prosto nad skraj przepaści. Gryzł rękę, która go karmiła jednocześnie całując tę należącą do Carbone'a.
Rozumiała wszystko doskonale, a jednak pojawiało się ale - ta mała zadra, ta uporczywa drzazga wbita gdzieś pod skórę, nie dająca jej odetchnąć. - Rozumiem, co próbujesz zrobić i bardzo ci dziękuję - wiedziała przecież, że poza oczywistą racją, którą miał, próbował również sprawić, by poczuła się lepiej. Chciał, żeby nadal była sobą, może pragnął tego nawet bardziej niż ona sama.
Problem polegał na tym, że coraz częściej obawiała się, że ta droga może już nie istnieć. Może zbyt wiele razy zrobiła krok w przeciwnym kierunku, zbyt wiele razy świadomie wybrała ich zamiast wszystkiego, w co wierzyła wcześniej. Wątpiła, że można było wrócić do miejsca, z którego człowiek sam dobrowolnie odszedł, zwłaszcza gdy po drodze przyzwyczaił się już do życia po drugiej stronie.
Potrzebowała czasu, by zrozumieć czy tylko wydawało jej się, że bez problemu pociągnęłaby za spust, gdyby naprzeciwko niej stanął Carbone, skoro nawet śmierć Collinsa pozostawiła po sobie to dziwne, nieprzyjemne poczucie winy. Rhys miał własne demony, z którymi musiał się mierzyć, a ona musiała przetrawić to sama. Pogodzić się z kolejnym krokiem oddalającym ją od tego w co przez całe życie wierzyła i czemu ufała.
Na razie jednak odsunęła od siebie wszystkie te myśli, pozwalając, by widok Mimmo's zniknął za nimi. - Dokąd mnie zabierasz? - westchnęła, uśmiechając się lekko w jego kierunku. - Musisz zająć czymś moje myśl - dodała, przesuwając dłonią po jego przedramieniu, jakby tym prostym gestem chciała przypomnieć okłamać zarówno jemu, jak i sobie, że poza tym, że oboje dziś byli złymi glinami, wciąż pozostawali też z w y k ł ą parą.

Rhys Madden

flames getting higher and you just watch it burn

: wt wrz 01, 2026 6:43 pm
autor: Rhys Madden
Próbował przypomnieć sobie w jaki sposób czuł się on.
Moment, w którym pierwszy raz musiał przymknąć oko na coś, na co powinien zwrócić uwagę wydawał mu się tak odległy, jakby przynależał do zupełnie innego życia, oddalonego od wiele lat od tego kim był w tym momencie.
Kiedyś przecież był taki jak o n a.
Kiedyś trzymał z dumą swoje odznaczenia w szkatułach, w których zostały mu one wręczone - a nie, z lenistwa i potrzeby ich schowania, zamocowane permanentnie do jego galowego munduru wciśniętego w pokrowiec w głębi szafy. Kiedyś to on wierzył, że jego celem na tej ziemi jest stworzenie jakiejś pozytywnej różnicy.
Ale pewna wątpliwość tkwiła zasiana w nim już od dzieciństwa.
Od kolegi rodziny, policjanta, który zawsze przymykał oko na to, co wyrabiał jego ojciec.
Od najmłodszych lat tkwił w przekonaniu, że sprawiedliwość działała wybiórczo i nigdy w życiu nie była zagwarantowana. Margo nie miała takiego doświadczenia. Nie urodziła się już z tym ciężarem na sobie - zdobyła go dopiero później, wraz z doświadczeniem i latami spędzonymi w pracy.
Spotkał już jej rodzinę. Wiedział, że choć nie była idealna, była głośna, było jej dużo i wydawała się pełna miłości. Gdyby cofnęli się prawie trzydzieści lat wstecz, byłby o to cholernie zazdrosny. Teraz jednak go to cieszyło. Cieszyła go myśl, że nie musiała przechodzić przez to, przez co przechodził on.
Nawet, jeśli przez to teraz miała trudniej, niż on kiedykolwiek w ciągu swojej kariery.
- Robi to jakąś różnicę? - odrzucił lekko, wbrew temu, jakich użył słów. Westchnął, uśmiechając się półgębkiem i przekręcił kluczyk w stacyjce. Wyczuwał, że Collins był tematem, który musiała przemyśleć sobie bez jego dalszej ingerencji.
Z którym musiała wysiedzieć, spojrzeć w lustro następnego dnia i zastanowić się nad tym, czy odbicie, które na nią spoglądało dalej było dla niej znośne do zdzierżenia. Tej jednej decyzji, choćby chciał, nie był w stanie podejmować za nią.
- Gdzieś - odrzucił obojętnie, z zaczepką malującą się na ustach gdy warkot silnika wypełnił przestrzeń między nimi. - Daleko stąd.
Jego wzrok po raz ostatni skierował się na gmach stojącego przed nimi budynku. Błądził po jego fasadzie, spoglądał na obskurną nazwę z obdartymi z farby literami, których miał nadzieję nigdy więcej w swoim życiu nie widzieć gdy wycofywał samochód, kierując ich z dala.
Choć bardzo tego pragnął, wątpił, by wyjeżdżał z tego miejsca po raz ostatni.

margo mercer
koniec