Let's just say, I loathe it all
: pt sie 28, 2026 3:20 pm
Nie miał zamiaru przyznawać tego na głos, jednak Carmen była faktycznie zabawną osobą. Nie dostrzegał tego wcześniej, jednak miał wrażenie, że dziewczyna po prostu nie dawała mu takiej możliwości. Tyle miesięcy darli między sobą koty, tylko po to, aby teraz przekonywać się, że potrafią ze sobą normalnie porozmawiać? Dziwne. Wiedział, że wina leżała głównie po stronie Carmen, która zwyczajnie nie potrafiła zaakceptować go w roli chłopaka Summer, jednak – aby być kompletnie szczerym – Wes często i z czystą przyjemnością po prostu ją podpuszczał. Tego popołudnia robił podobnie, lecz mniej złośliwie i nawet dobrze mu to wychodziło. Za dobrze. — Nie jesteś dla mnie żadną konkurencją — powiedział pewnie, a uśmiech nie opuszczał jego twarzy. Miała potencjał, jednak nie aż taki.
Austen podniósł się z tafli lodu, by – tak jak mówił - zacząć już się zbierać. Przez tę chwilę kończyny mu trochę zdrętwiały, a on do tych temperatur był już przyzwyczajony. Zastanawiał się więc jak to będzie z Carmen, która ewidentnie jeszcze gorzej sobie z tym radziła. — Ja miałbym się martwić o ciebie? — prychnął. — Nie sądziłem, że potrzebujesz mojej troski — dodał, a w tym czasie dziewczyna podniosła się i chwiejnie ruszyła w stronę zejścia. Wesley podążył za nią. Żeby na pewno po raz kolejny nie wylądowała na lodzie.
Zeszła z lodowiska, a Welsey tuż za nią. Była dość mocno zmarznięta. Przez chwilę Wes nawet pomyślał, że zbyt długo ją na tym lodzie przetrzymał, szczególnie gdy tak dygotała. — Widzisz, taki ze mnie zimny drań, że niskie temperatury mi nie przeszkadzają — powiedział dumny ze swojego żartu. — Masz jeszcze jakąś kurtkę albo bluzę? — zapytał, kierując się do swojej szafki, z której wyciągnął buty na zmianę. Szybko je przebrał i pozbył się hokejowych akcesoriów, które wrzucił do torby. Nie narzucał na siebie bluzy. Wziął ją do ręki i wrócił do Carmen, która - tak jak się spodziewał - dalej siedziała na ławeczce. Rzucił jej bluzę dodając: Jak się przeziębisz, to nie będę za ciebie brał zmian — usprawiedliwiając swoje zachowanie. Bo tylko to go obchodziło. Chociaż teoretycznie więcej pracy potrzebował, to niekoniecznie w ten sposób chciał ją sobie łatwić. — Przy wyjściu są automaty. Napijesz się jakiejś kawy albo czekolady — dodał, poprawiając torbę, która powoli spadała mu z ramienia. Praktycznie zawsze po grze kupował sobie kubek gorącej czekolady – taka jego mała tradycja, którą - w ramach wyjątku - mógł z Carmen się podzielić. Skoro uchroniłoby go to od dodatkowych zmian. — Chyba nie muszę się bać o miejsce w drużynie, skoro tak źle znosisz niskie temperatury — powiedział z lekkim uśmiechem. — Chyba że dobierzemy ci lepszy sprzęt. Chociaż w stroju innym niż na randkę też byś lepiej to zniosła — skomentował. Odwrócił się w stronę wyjścia i ruszył w tym kierunku. Zerknął jeszcze przez ramię i widząc, że Carmen nie zbiera się, odezwał się: Długo mam na ciebie czekać? — Przytrzymał nawet bramkę, aby przeszła tuż przed nim.
Carmen Torres
Austen podniósł się z tafli lodu, by – tak jak mówił - zacząć już się zbierać. Przez tę chwilę kończyny mu trochę zdrętwiały, a on do tych temperatur był już przyzwyczajony. Zastanawiał się więc jak to będzie z Carmen, która ewidentnie jeszcze gorzej sobie z tym radziła. — Ja miałbym się martwić o ciebie? — prychnął. — Nie sądziłem, że potrzebujesz mojej troski — dodał, a w tym czasie dziewczyna podniosła się i chwiejnie ruszyła w stronę zejścia. Wesley podążył za nią. Żeby na pewno po raz kolejny nie wylądowała na lodzie.
Zeszła z lodowiska, a Welsey tuż za nią. Była dość mocno zmarznięta. Przez chwilę Wes nawet pomyślał, że zbyt długo ją na tym lodzie przetrzymał, szczególnie gdy tak dygotała. — Widzisz, taki ze mnie zimny drań, że niskie temperatury mi nie przeszkadzają — powiedział dumny ze swojego żartu. — Masz jeszcze jakąś kurtkę albo bluzę? — zapytał, kierując się do swojej szafki, z której wyciągnął buty na zmianę. Szybko je przebrał i pozbył się hokejowych akcesoriów, które wrzucił do torby. Nie narzucał na siebie bluzy. Wziął ją do ręki i wrócił do Carmen, która - tak jak się spodziewał - dalej siedziała na ławeczce. Rzucił jej bluzę dodając: Jak się przeziębisz, to nie będę za ciebie brał zmian — usprawiedliwiając swoje zachowanie. Bo tylko to go obchodziło. Chociaż teoretycznie więcej pracy potrzebował, to niekoniecznie w ten sposób chciał ją sobie łatwić. — Przy wyjściu są automaty. Napijesz się jakiejś kawy albo czekolady — dodał, poprawiając torbę, która powoli spadała mu z ramienia. Praktycznie zawsze po grze kupował sobie kubek gorącej czekolady – taka jego mała tradycja, którą - w ramach wyjątku - mógł z Carmen się podzielić. Skoro uchroniłoby go to od dodatkowych zmian. — Chyba nie muszę się bać o miejsce w drużynie, skoro tak źle znosisz niskie temperatury — powiedział z lekkim uśmiechem. — Chyba że dobierzemy ci lepszy sprzęt. Chociaż w stroju innym niż na randkę też byś lepiej to zniosła — skomentował. Odwrócił się w stronę wyjścia i ruszył w tym kierunku. Zerknął jeszcze przez ramię i widząc, że Carmen nie zbiera się, odezwał się: Długo mam na ciebie czekać? — Przytrzymał nawet bramkę, aby przeszła tuż przed nim.
Carmen Torres