Borrowed Lives
: czw sie 20, 2026 12:29 pm
Za daleko. Dziwne. Edward znajdował się przecież tak blisko, że widział własne odbicie w jego źrenicach. Małe, zdeformowane przez wypukłość oka. Gdyby przesunął się jeszcze trochę, ich nosy zetknęłyby się ze sobą w sposób raczej niezręczny niż romantyczny. Czuł ciepło cudzego oddechu na policzku. Mógł policzyć pojedyncze włoski jego brwi. A jednak Jude powiedział to z takim przekonaniem, że Edward odruchowo obejrzał się za siebie, jakby chciał sprawdzić tę odległość. Jakby pomiędzy nimi rzeczywiście ciągnął się jakiś korytarz, kilka zamkniętych pokoi, może całe piętro domu.
- Za daleko? - powtórzył. Nie zabrzmiało to nawet jak pytanie. Raczej jak próba sprawdzenia obcego słowa w ustach. Przez chwilę jeszcze się uśmiechał, ale uśmiech zgasł sam. Bez dramatyzmu. Po prostu nie był już potrzebny. Spojrzał na dłoń Jude’a, kiedy pojawiła się blisko jego twarzy. Nie cofnął się. Przeciwnie, przez ten krótki moment pozostawał zupełnie nieruchomy, jakby czekał na dotyk, który ostatecznie nie nastąpił. Śledził wzrokiem palce, a potem drogę, którą pokonały z powrotem. To było niemal irytujące. Nie sam brak dotyku. Raczej to, że przez ułamek sekundy spodziewał się go na tyle wyraźnie, że skóra zdążyła przygotować się na coś, co się nie wydarzyło. Ciało było pod tym względem żałośnie łatwowierne. Wystarczyło zbliżyć do niego rękę, żeby natychmiast zaczęło przewidywać jej temperaturę.
Mógł się odsunąć. Właściwie powinien. Cała jego pozycja zaczynała być niewygodna; ciężar ciała oparty na wyprostowanych rękach dawał znać w nadgarstkach, kolano wbijało się gdzieś pomiędzy dwie poduszki, a jedna ze świec stała zdecydowanie zbyt blisko rękawa koszuli. Mimo to pozostał na miejscu.
Nie mam dla ciebie nic, co mogłoby ci zaszkodzić. To zdanie podobało mu się znacznie mniej niż poprzednie. Może dlatego, że było prawdziwe. Żeby człowieka zranić, trzeba było najpierw znaleźć coś miękkiego. Jak przy obieraniu owocu: można było bez końca przesuwać nóż po skórce, ale dopóki ostrze się przez nią nie przedostało, nic właściwie się nie działo. Edward przez większość życia bardzo starannie zajmował się skórką. Potrafił powiedzieć o sobie rzeczy intymne, które wcale intymne nie były. Opowiadał o swoich kochankach, rodzinie, pieniądzach, strachu, śmierci. Czasem nawet o samotności. Ludzie mylili szczerość z dostępem i chyba właśnie dlatego działało to tak dobrze. Dostawali od niego historię, a wychodzili z przekonaniem, że dostali kawałek człowieka.Może sam też czasami w to wierzył.
- Tylko nie jestem pewien, czy „daleko” oznacza to samo co „bezpiecznie”. - Wrócił spojrzeniem do Jude’a. Teraz uśmiechnął się bardzo lekko.
- Ludzie potrafią zrobić sobie potworną krzywdę z naprawdę imponujących odległości. - Mógłby na tym skończyć. Zabrzmiałoby wystarczająco dobrze. Nawet trochę tajemniczo. Edward miał jednak nieprzyjemne wrażenie, że jeżeli teraz znowu schowa się za dobrze brzmiącym zdaniem, Jude natychmiast to zauważy. Westchnął więc cicho.
- I chciałbym żebyś zrobił mi… dosłowna krzywdę. Po prostu uderzył. - Słowa wyszły z niego spokojnie. Bez żartu, który zwykle pojawiłby się natychmiast po takim wyznaniu, żeby odebrać mu trochę znaczenia. Sam chyba był tym zaskoczony. Popatrzył gdzieś obok, na płomień świecy. Wosk przelewał się już przez krawędź butelki i powoli zastygał niżej. Warstwa po warstwie. Poprzednia kropla nie zdążyła dobrze ostygnąć, kiedy przykrywała ją następna. Po kilku godzinach nie było już wiadomo, gdzie właściwie znajdowało się szkło. Poczuł nagle bardzo wyraźnie zmęczenie w ramieniu. Ugiął łokieć i obniżył się trochę, przez co jego twarz znalazła się jeszcze bliżej. Tym razem nie było w tym wcześniejszej demonstracji. Po prostu tak było wygodniej.
Jude Iverson
- Za daleko? - powtórzył. Nie zabrzmiało to nawet jak pytanie. Raczej jak próba sprawdzenia obcego słowa w ustach. Przez chwilę jeszcze się uśmiechał, ale uśmiech zgasł sam. Bez dramatyzmu. Po prostu nie był już potrzebny. Spojrzał na dłoń Jude’a, kiedy pojawiła się blisko jego twarzy. Nie cofnął się. Przeciwnie, przez ten krótki moment pozostawał zupełnie nieruchomy, jakby czekał na dotyk, który ostatecznie nie nastąpił. Śledził wzrokiem palce, a potem drogę, którą pokonały z powrotem. To było niemal irytujące. Nie sam brak dotyku. Raczej to, że przez ułamek sekundy spodziewał się go na tyle wyraźnie, że skóra zdążyła przygotować się na coś, co się nie wydarzyło. Ciało było pod tym względem żałośnie łatwowierne. Wystarczyło zbliżyć do niego rękę, żeby natychmiast zaczęło przewidywać jej temperaturę.
Mógł się odsunąć. Właściwie powinien. Cała jego pozycja zaczynała być niewygodna; ciężar ciała oparty na wyprostowanych rękach dawał znać w nadgarstkach, kolano wbijało się gdzieś pomiędzy dwie poduszki, a jedna ze świec stała zdecydowanie zbyt blisko rękawa koszuli. Mimo to pozostał na miejscu.
Nie mam dla ciebie nic, co mogłoby ci zaszkodzić. To zdanie podobało mu się znacznie mniej niż poprzednie. Może dlatego, że było prawdziwe. Żeby człowieka zranić, trzeba było najpierw znaleźć coś miękkiego. Jak przy obieraniu owocu: można było bez końca przesuwać nóż po skórce, ale dopóki ostrze się przez nią nie przedostało, nic właściwie się nie działo. Edward przez większość życia bardzo starannie zajmował się skórką. Potrafił powiedzieć o sobie rzeczy intymne, które wcale intymne nie były. Opowiadał o swoich kochankach, rodzinie, pieniądzach, strachu, śmierci. Czasem nawet o samotności. Ludzie mylili szczerość z dostępem i chyba właśnie dlatego działało to tak dobrze. Dostawali od niego historię, a wychodzili z przekonaniem, że dostali kawałek człowieka.Może sam też czasami w to wierzył.
- Tylko nie jestem pewien, czy „daleko” oznacza to samo co „bezpiecznie”. - Wrócił spojrzeniem do Jude’a. Teraz uśmiechnął się bardzo lekko.
- Ludzie potrafią zrobić sobie potworną krzywdę z naprawdę imponujących odległości. - Mógłby na tym skończyć. Zabrzmiałoby wystarczająco dobrze. Nawet trochę tajemniczo. Edward miał jednak nieprzyjemne wrażenie, że jeżeli teraz znowu schowa się za dobrze brzmiącym zdaniem, Jude natychmiast to zauważy. Westchnął więc cicho.
- I chciałbym żebyś zrobił mi… dosłowna krzywdę. Po prostu uderzył. - Słowa wyszły z niego spokojnie. Bez żartu, który zwykle pojawiłby się natychmiast po takim wyznaniu, żeby odebrać mu trochę znaczenia. Sam chyba był tym zaskoczony. Popatrzył gdzieś obok, na płomień świecy. Wosk przelewał się już przez krawędź butelki i powoli zastygał niżej. Warstwa po warstwie. Poprzednia kropla nie zdążyła dobrze ostygnąć, kiedy przykrywała ją następna. Po kilku godzinach nie było już wiadomo, gdzie właściwie znajdowało się szkło. Poczuł nagle bardzo wyraźnie zmęczenie w ramieniu. Ugiął łokieć i obniżył się trochę, przez co jego twarz znalazła się jeszcze bliżej. Tym razem nie było w tym wcześniejszej demonstracji. Po prostu tak było wygodniej.
Jude Iverson