hello, sunshine
: pt sie 14, 2026 12:16 am
Skok za nią do wody był dla niego naturalnym odruchem. Nie znosił tego paraliżu strachu, jaki próbował go opanować na widok Zoi wypadającej z łodzi. Musiał działać.
Nie wiedział, jak bardzo bał się o nią, dopóki nie znalazła się z powrotem przy nim. Sam nie rozumiał, co właściwie było powodem jego troski, ale to już nie było istotne, gdy na jej ustach pojawił się uśmiech. Łagodne spojrzenie i ciepło bijące od jej ciała tworzyło wyjątkową chwilę, której idealnym zwieńczeniem był pocałunek.
Tak się jednak nie stało. Intymny moment popsuła płynąca do nich łódź, a widok znajomych twarzy na dobre rozmył atmosferę wokół tej dwójki, pozostawiając jedynie niedosyt i niezręczność.
Bo Lucien po raz kolejny zapomniał się przy Zoi. Zupełnie wyszło mu z głowy, że zatoka była miejscem spotkania z jego przyjaciółmi i że zamierzał wypłynąć żaglówką z zamiarem dobrej zabawy w towarzystwie bliskich. Ujrzawszy ciemnowłosą w przystani, uznał, że zabranie jej ze sobą będzie świetnym pomysłem, dzięki któremu spędzą ze sobą więcej czasu, a ona pozna trochę jego świata. Mógł się domyślić, że pozostanie sam na sam na łódce skończy się w podobny sposób - we własnych objęciach. Kobieta tak pochłonęła jego uwagę, iż zapomniał ją uprzedzić o gościach, którzy w końcu postanowili do nich dołączyć.
Na jej pytanie i zdezorientowany wyraz twarzy na kilka sekund się zawahał, próbując zebrać myśli w słowa. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążył przemyśleć niczego, co było z nimi związane, a wiedział przecież, że nie unikną pytań.
— Nie przypuszczałem, że spotkam Cię na molo — wyjaśnił na swoją obronę, mając nadzieję, że to na razie jej wystarczy. Umówił się z przyjaciółmi, zanim ją zobaczył i postanowił po prostu zabrać ze sobą na pokład. Jego rozsądek przy niej zdawał się działać wybiórczo.
Dziwna nerwowość dopadła go po wejściu z powrotem na pokład, ale nie zamierzał dać tego po sobie poznać. Mogłeś mnie nie zabierać. Na jej równie nerwową uwagę aż rozchylił wargi, na moment wstrzymując powietrze, bo znał na to odpowiedź. Nie mógł jej nie zabrać.
— Ale to zrobiłem — odparł w końcu głosem, który mówił, że co się stało, to się nie odstanie. I mimo tego, w jakich okolicznościach spotkali jego znajomych, wcale nie żałował swojej decyzji, co odbijało się w jego oczach, gdy zakładał na nią ręcznik. W tych jej dostrzegł za to czającą się panikę.
— Hej, spokojnie. Będzie dobrze. Można im ufać — zapewnił łagodnie, nie poddając się piętrzącym się pod skórą emocjom. Miał ją wprowadzić w swój świat i chciał, by czuła się możliwie jak najbardziej komfortowo. A żeby to zrobić, musiał wykazać opanowanie i przekonać tym Zoyę, że wszystko miał pod kontrolą.
Już miał odwrócić się w stronę przybyszy, żeby się z nimi przywitać, gdy ciemnowłosa złapała go za nadgarstek, mocno pociągając go do siebie. Odwrócił na nią spojrzenie i poruszył brwiami w zaskoczeniu, najpierw patrząc na kurczowo zaciśnięte dłonie wokół jego ręki, a potem na wyraźnie spanikowaną dziewczynę. Westchnął cicho i obdarzył ją łagodnym spojrzeniem.
— Po prostu bądź sobą — uśmiechnął się do niej kącikiem ust, wolną dłoń kładąc na jej w celu dodania jej otuchy. Właśnie ta jej naturalność sprawiała, że widział w niej coś, czego w większości innych kobiet nie potrafił dostrzec. — Tylko nie wspominaj o ciąży, dobrze? — Jeszcze jedno krótkie spojrzenie w jej niebieskie tęczówki, przelotne muśnięcie kciukiem jej skóry, i, finalnie wyswobodzony z jej kajdan, wyminął Zoyę, żeby wyjść gościom naprzeciw.
Pierwsza podeszła do niego ciemnowłosa, wysoka kobieta. Obdarzywszy go promiennym uśmiechem, bez skrępowania położyła mu na moment dłoń na piersi.
— Cześć, Przystojniaku — mruknęła i pochyliła się, by subtelnie pocałować go w policzek.
— Cześć Piękna. — Lucien odpowiedział jej pogodnym uśmiechem, na chwilę zatrzymując dłoń na jej talii i oddając jej buziaka.
Zaraz za Maggie z równie szerokim uśmiechem przywitała się z nim blondynka.
— Hej, Lucy — obdarzyła go szybkim buziakiem w policzek. — Nie mówiłeś, że będziesz mieć towarzystwo — zerknęła znacząco na Zoyę.
— To była spontaniczna decyzja — odparł Lucien bez zająknięcia swobodnym tonem, zbijając z Henry’m piątkę. Tak, jakby ta decyzja wcale nie miała dla niego większego znaczenia.
— Spontaniczna? Takie słowo istnieje w Twoim słowniku? — Elle rzuciła mu zaczepne spojrzenie, wyraźnie strojąc sobie z niego żarty, na co Lucien pokazał jej język.
Po tym szybkim przywitaniu, odwrócił się do Zoi. Kim była? Co mógł o niej powiedzieć? Żadne z określeń, które przychodziły mu do głowy, nie były dostatecznie dobre. Nie było chwili na wahanie.
— To jest Zoya. Moja przyjaciółka — przedstawił ją najprościej, jak potrafił, w przelocie posyłając jej lekki uśmiech.Matka mojego dziecka.
— Niemożliwe. To Ty masz innych przyjaciół poza nami? — Blondynka na chwilę uniosła wysoko brwi, by zaraz roześmiać się cicho w rozbawieniu. Żartobliwość udzieliła się także Lucienowi, który parsknął śmiechem, czując, jak napięcie w jego mięśniach zaczyna odpuszczać.
— Ukrywałem się z tym, żeby nie było wam przykro — uśmiechnął się łobuzersko w jej stronę, na co dziewczyna puściła mu oko.
— Jasne — zdążyła odpowiedzieć, kiedy przed nią wysunęła się wysoka ciemnooka, która wyciągnęła do Zoi rękę.
— Jestem Margaret. — Lekki, grzeczny uśmiech ozdobił jej twarz, lecz w jej uważnym spojrzeniu, z jakim przyglądała się Weasley, nie było cienia entuzjazmu. Blondynka przewróciła teatralnie oczami.
—Daj spokój, Maggie, nie bądź taka oficjalna — klepnęła Maggie w ramię, po czym przepchała się przed nią do Zoi. — Jestem Elle — wskazała dłonią na siebie. — A to Henry — przekrzywiła głowę, żeby wskazać na stojącego obok mężczyznę, który momentalnie posłał Zoi szeroki uśmiech, znacznie przyjemniejszy od tego Margaret i podał jej dłoń na znak, że miło było mu ją poznać.
Lucien przyglądał się temu wszystkiemu z boku, zadowolony z dobrego przyjęcia Zoi, gdy wtem przysunęła się do niego Maggie.
— To gdzie się poznaliście? — zapytała zaciekawionym, swobodnym głosem, spoglądając to na Spencera, to na Weasley. Mężczyzna zerknął na Zoyę, a jego tęczówki rozbłysły pod wpływem zawadiackich iskier.
— W klubie. Podobno spadłem jej z nieba — przyznał z rozbawieniem, odwracając głowę z powrotem na towarzyszy. Nie kłamał. Naprawdę tak było, a jednak brzmiało to komicznie, bo udało mu się tym rozbawić przyjaciół.
— Nie powiedziałabym, że jesteś aniołkiem — Maggie ściągnęła brwi, posyłając mu nieco zadziorny uśmieszek. Widząc to, Lucien przygryzł wargę, próbując powstrzymać mimowolny uśmiech. Wiedział dokładnie, co miała na myśli, ale zamierzał milczeć, jak grób. Co było, to było. A teraz obok stała Zoya.
Chociaż to przecież niczego nie zmieniało.
Zoya
Nie wiedział, jak bardzo bał się o nią, dopóki nie znalazła się z powrotem przy nim. Sam nie rozumiał, co właściwie było powodem jego troski, ale to już nie było istotne, gdy na jej ustach pojawił się uśmiech. Łagodne spojrzenie i ciepło bijące od jej ciała tworzyło wyjątkową chwilę, której idealnym zwieńczeniem był pocałunek.
Tak się jednak nie stało. Intymny moment popsuła płynąca do nich łódź, a widok znajomych twarzy na dobre rozmył atmosferę wokół tej dwójki, pozostawiając jedynie niedosyt i niezręczność.
Bo Lucien po raz kolejny zapomniał się przy Zoi. Zupełnie wyszło mu z głowy, że zatoka była miejscem spotkania z jego przyjaciółmi i że zamierzał wypłynąć żaglówką z zamiarem dobrej zabawy w towarzystwie bliskich. Ujrzawszy ciemnowłosą w przystani, uznał, że zabranie jej ze sobą będzie świetnym pomysłem, dzięki któremu spędzą ze sobą więcej czasu, a ona pozna trochę jego świata. Mógł się domyślić, że pozostanie sam na sam na łódce skończy się w podobny sposób - we własnych objęciach. Kobieta tak pochłonęła jego uwagę, iż zapomniał ją uprzedzić o gościach, którzy w końcu postanowili do nich dołączyć.
Na jej pytanie i zdezorientowany wyraz twarzy na kilka sekund się zawahał, próbując zebrać myśli w słowa. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążył przemyśleć niczego, co było z nimi związane, a wiedział przecież, że nie unikną pytań.
— Nie przypuszczałem, że spotkam Cię na molo — wyjaśnił na swoją obronę, mając nadzieję, że to na razie jej wystarczy. Umówił się z przyjaciółmi, zanim ją zobaczył i postanowił po prostu zabrać ze sobą na pokład. Jego rozsądek przy niej zdawał się działać wybiórczo.
Dziwna nerwowość dopadła go po wejściu z powrotem na pokład, ale nie zamierzał dać tego po sobie poznać. Mogłeś mnie nie zabierać. Na jej równie nerwową uwagę aż rozchylił wargi, na moment wstrzymując powietrze, bo znał na to odpowiedź. Nie mógł jej nie zabrać.
— Ale to zrobiłem — odparł w końcu głosem, który mówił, że co się stało, to się nie odstanie. I mimo tego, w jakich okolicznościach spotkali jego znajomych, wcale nie żałował swojej decyzji, co odbijało się w jego oczach, gdy zakładał na nią ręcznik. W tych jej dostrzegł za to czającą się panikę.
— Hej, spokojnie. Będzie dobrze. Można im ufać — zapewnił łagodnie, nie poddając się piętrzącym się pod skórą emocjom. Miał ją wprowadzić w swój świat i chciał, by czuła się możliwie jak najbardziej komfortowo. A żeby to zrobić, musiał wykazać opanowanie i przekonać tym Zoyę, że wszystko miał pod kontrolą.
Już miał odwrócić się w stronę przybyszy, żeby się z nimi przywitać, gdy ciemnowłosa złapała go za nadgarstek, mocno pociągając go do siebie. Odwrócił na nią spojrzenie i poruszył brwiami w zaskoczeniu, najpierw patrząc na kurczowo zaciśnięte dłonie wokół jego ręki, a potem na wyraźnie spanikowaną dziewczynę. Westchnął cicho i obdarzył ją łagodnym spojrzeniem.
— Po prostu bądź sobą — uśmiechnął się do niej kącikiem ust, wolną dłoń kładąc na jej w celu dodania jej otuchy. Właśnie ta jej naturalność sprawiała, że widział w niej coś, czego w większości innych kobiet nie potrafił dostrzec. — Tylko nie wspominaj o ciąży, dobrze? — Jeszcze jedno krótkie spojrzenie w jej niebieskie tęczówki, przelotne muśnięcie kciukiem jej skóry, i, finalnie wyswobodzony z jej kajdan, wyminął Zoyę, żeby wyjść gościom naprzeciw.
Pierwsza podeszła do niego ciemnowłosa, wysoka kobieta. Obdarzywszy go promiennym uśmiechem, bez skrępowania położyła mu na moment dłoń na piersi.
— Cześć, Przystojniaku — mruknęła i pochyliła się, by subtelnie pocałować go w policzek.
— Cześć Piękna. — Lucien odpowiedział jej pogodnym uśmiechem, na chwilę zatrzymując dłoń na jej talii i oddając jej buziaka.
Zaraz za Maggie z równie szerokim uśmiechem przywitała się z nim blondynka.
— Hej, Lucy — obdarzyła go szybkim buziakiem w policzek. — Nie mówiłeś, że będziesz mieć towarzystwo — zerknęła znacząco na Zoyę.
— To była spontaniczna decyzja — odparł Lucien bez zająknięcia swobodnym tonem, zbijając z Henry’m piątkę. Tak, jakby ta decyzja wcale nie miała dla niego większego znaczenia.
— Spontaniczna? Takie słowo istnieje w Twoim słowniku? — Elle rzuciła mu zaczepne spojrzenie, wyraźnie strojąc sobie z niego żarty, na co Lucien pokazał jej język.
Po tym szybkim przywitaniu, odwrócił się do Zoi. Kim była? Co mógł o niej powiedzieć? Żadne z określeń, które przychodziły mu do głowy, nie były dostatecznie dobre. Nie było chwili na wahanie.
— To jest Zoya. Moja przyjaciółka — przedstawił ją najprościej, jak potrafił, w przelocie posyłając jej lekki uśmiech.
— Niemożliwe. To Ty masz innych przyjaciół poza nami? — Blondynka na chwilę uniosła wysoko brwi, by zaraz roześmiać się cicho w rozbawieniu. Żartobliwość udzieliła się także Lucienowi, który parsknął śmiechem, czując, jak napięcie w jego mięśniach zaczyna odpuszczać.
— Ukrywałem się z tym, żeby nie było wam przykro — uśmiechnął się łobuzersko w jej stronę, na co dziewczyna puściła mu oko.
— Jasne — zdążyła odpowiedzieć, kiedy przed nią wysunęła się wysoka ciemnooka, która wyciągnęła do Zoi rękę.
— Jestem Margaret. — Lekki, grzeczny uśmiech ozdobił jej twarz, lecz w jej uważnym spojrzeniu, z jakim przyglądała się Weasley, nie było cienia entuzjazmu. Blondynka przewróciła teatralnie oczami.
—Daj spokój, Maggie, nie bądź taka oficjalna — klepnęła Maggie w ramię, po czym przepchała się przed nią do Zoi. — Jestem Elle — wskazała dłonią na siebie. — A to Henry — przekrzywiła głowę, żeby wskazać na stojącego obok mężczyznę, który momentalnie posłał Zoi szeroki uśmiech, znacznie przyjemniejszy od tego Margaret i podał jej dłoń na znak, że miło było mu ją poznać.
Lucien przyglądał się temu wszystkiemu z boku, zadowolony z dobrego przyjęcia Zoi, gdy wtem przysunęła się do niego Maggie.
— To gdzie się poznaliście? — zapytała zaciekawionym, swobodnym głosem, spoglądając to na Spencera, to na Weasley. Mężczyzna zerknął na Zoyę, a jego tęczówki rozbłysły pod wpływem zawadiackich iskier.
— W klubie. Podobno spadłem jej z nieba — przyznał z rozbawieniem, odwracając głowę z powrotem na towarzyszy. Nie kłamał. Naprawdę tak było, a jednak brzmiało to komicznie, bo udało mu się tym rozbawić przyjaciół.
— Nie powiedziałabym, że jesteś aniołkiem — Maggie ściągnęła brwi, posyłając mu nieco zadziorny uśmieszek. Widząc to, Lucien przygryzł wargę, próbując powstrzymać mimowolny uśmiech. Wiedział dokładnie, co miała na myśli, ale zamierzał milczeć, jak grób. Co było, to było. A teraz obok stała Zoya.
Chociaż to przecież niczego nie zmieniało.
Zoya