we, half dust, half deity
: wt paź 27, 2026 9:06 pm
Od początku towarzyszył im niezwykle okrutny paradoks – cała wyrozumiałość, jaką mieli dla siebie nawzajem, całe wsparcie, które sobie okazywali – wszystko to prowadziło do stwarzania odpowiednich warunków dla zaistnienia błędnego koła umacniania się w wyniszczeniu, jakiemu oboje oddawali się zupełnie instynktownie. Szczere uczucia, którymi się darzyli, zrozumienie, którym się obdarzali – całe to ciepło stanowiło motor mechanizmów wyuczonych traumatyczną młodością. Oboje przyzwalali sobie nawzajem na tkwienie w komforcie znajomego rozkładu.
Rena nigdy nie wpadłaby jednak na pomysł, by kwestionować słuszność tego narzeczeństwa. Bo przecież czuła się tak dobrze zrozumiana – czego chcieć więcej?
Herrera nie ma przecież pojęcia, że bezpieczeństwo może być pozbawione rygoru i samokrytyki. Albo że powinna móc oponować, gdy jej ukochany znów omija posiłek na rzecz mocnego espresso. Zapytać, gdy zauważa pogłębiające się cienie pod oczami. Skłonić do odpoczynku od morderczego terminarzu prób i koncertów. Musiałaby mieć w tym celu podobną łaskę dla samej siebie.
A przecież nie tak zostali wychowani.
Rena śmieje się dźwięcznie na jego słowa, które mogłyby równie dobrze zostać odczytane z kartek scenariusza. Przyjmuje go w swoje objęcia z zachłannością i tęsknotą, która niemal rozdziera ją od środka. Swoboda, z jaką oddaje się jego dłoniom stała na czele listy argumentów świadczących o tym, że Monty był dla niej odpowiednim człowiekiem.
Nigdy nie czuła się tak dobrze, dotykana pożądliwie męskimi dłońmi. Tylko przy nim uciskowi w podbrzuszu nie towarzyszyło przerażenie, a Herrera pozostawała w pełni obecna tu, z nim, zamiast zapaść w trans dysocjacji. Potrafiła pragnąć go tak, jak powinna.
Drżała z rozkoszy, a nie zażenowania. Wzdychała z przyjemności, a nie obowiązku. Przygarniała go do siebie z bezwstydną żądzą.
Wstyd pojawia się dopiero, gdy ta chwila zostaje przerwana. Rena wyczuwa niezadowolenie Montgomery'ego szybciej, niż uświadamia sobie własne. Chłód jego nagłej nieobecności przy jej ciele pogłębia wypieki na jej twarzy.
Herrera pozwala sobie tkwić w swoich emocjach tylko przez moment. Gdy Morin wraca z całym naręczem kwiatów, już wygląda, jakby miała na wszystko odpowiedź. Już uśmiecha się przewrotnie, już wyciąga ręce pote pieprzone kwiaty.
— Zajmę się nimi — obiecuje z pokorą schowaną pod niefrasobliwym tonem. — Zrób sobie to espresso. Nie zostało nam dużo czasu — zauważa z żalem. Przepraszający uśmiech jest szczery, w połowie schowany za pąkami barwnych plam.
Wrzuca całe naręcze kwiatów do wanny z niepotrzebnym impetem i wypełnia ją płytko wodą. Sporządza notatkę dla służby i zostawia spory napiwek, świadoma, że zazwyczaj sprzątanie nie obejmuje kompozycji kwiatowych do rozstawienia w każdym pomieszczeniu domu.
Gdy wychodzą na koncert, już znów udaje, że nic się nie stało – tak jak w przypadku zdewastowanej kuchni. Znów wszystko jest po staremu. Rena wspiera swojego ukochanego, zajmując najlepsze miejsce widowni. I jak zwykle – słucha zupełnie zahipnotyzowana.
Powoli, bardzo powoli dociera do niej dziwny ucisk pod mostkiem i że łzy cisną się do oczu w nieodpowiednim momencie skrzypcowego solo.
Tak jak podczas ich pierwszego spotkania podświadomie wychwytywała w muzyce ich podobieństwa – tak teraz zagnieżdża się tam ziarno przekonania, że coś jest nie tak.
Coś się zmieniło.
montgomery morin
Rena nigdy nie wpadłaby jednak na pomysł, by kwestionować słuszność tego narzeczeństwa. Bo przecież czuła się tak dobrze zrozumiana – czego chcieć więcej?
Herrera nie ma przecież pojęcia, że bezpieczeństwo może być pozbawione rygoru i samokrytyki. Albo że powinna móc oponować, gdy jej ukochany znów omija posiłek na rzecz mocnego espresso. Zapytać, gdy zauważa pogłębiające się cienie pod oczami. Skłonić do odpoczynku od morderczego terminarzu prób i koncertów. Musiałaby mieć w tym celu podobną łaskę dla samej siebie.
A przecież nie tak zostali wychowani.
Rena śmieje się dźwięcznie na jego słowa, które mogłyby równie dobrze zostać odczytane z kartek scenariusza. Przyjmuje go w swoje objęcia z zachłannością i tęsknotą, która niemal rozdziera ją od środka. Swoboda, z jaką oddaje się jego dłoniom stała na czele listy argumentów świadczących o tym, że Monty był dla niej odpowiednim człowiekiem.
Nigdy nie czuła się tak dobrze, dotykana pożądliwie męskimi dłońmi. Tylko przy nim uciskowi w podbrzuszu nie towarzyszyło przerażenie, a Herrera pozostawała w pełni obecna tu, z nim, zamiast zapaść w trans dysocjacji. Potrafiła pragnąć go tak, jak powinna.
Drżała z rozkoszy, a nie zażenowania. Wzdychała z przyjemności, a nie obowiązku. Przygarniała go do siebie z bezwstydną żądzą.
Wstyd pojawia się dopiero, gdy ta chwila zostaje przerwana. Rena wyczuwa niezadowolenie Montgomery'ego szybciej, niż uświadamia sobie własne. Chłód jego nagłej nieobecności przy jej ciele pogłębia wypieki na jej twarzy.
Herrera pozwala sobie tkwić w swoich emocjach tylko przez moment. Gdy Morin wraca z całym naręczem kwiatów, już wygląda, jakby miała na wszystko odpowiedź. Już uśmiecha się przewrotnie, już wyciąga ręce po
— Zajmę się nimi — obiecuje z pokorą schowaną pod niefrasobliwym tonem. — Zrób sobie to espresso. Nie zostało nam dużo czasu — zauważa z żalem. Przepraszający uśmiech jest szczery, w połowie schowany za pąkami barwnych plam.
Wrzuca całe naręcze kwiatów do wanny z niepotrzebnym impetem i wypełnia ją płytko wodą. Sporządza notatkę dla służby i zostawia spory napiwek, świadoma, że zazwyczaj sprzątanie nie obejmuje kompozycji kwiatowych do rozstawienia w każdym pomieszczeniu domu.
Gdy wychodzą na koncert, już znów udaje, że nic się nie stało – tak jak w przypadku zdewastowanej kuchni. Znów wszystko jest po staremu. Rena wspiera swojego ukochanego, zajmując najlepsze miejsce widowni. I jak zwykle – słucha zupełnie zahipnotyzowana.
Powoli, bardzo powoli dociera do niej dziwny ucisk pod mostkiem i że łzy cisną się do oczu w nieodpowiednim momencie skrzypcowego solo.
Tak jak podczas ich pierwszego spotkania podświadomie wychwytywała w muzyce ich podobieństwa – tak teraz zagnieżdża się tam ziarno przekonania, że coś jest nie tak.
Coś się zmieniło.
koniec