even the devil takes a holiday
: pn sie 17, 2026 3:39 pm
Nie istniał gorszy sposób na spędzenie poranku.
Nie liczył się nawet fakt tego, że tej nocy nie zmrużył oka i technicznie rzecz biorąc, start tego dnia był wyłącznie wyznacznikiem czasu, a nie tego, w jaki sposób się czuł. Niejednokrotnie zarywał w swojej branży nockę, byłby w stanie wtoczyć się w tej chwili na komisariat i funkcjonować wyłącznie na morderczym koktajlu kofeiny i tytoniu.
Ale jego limitem było pieprzone, lodowate j e z i o r o.
Lata w Toronto nie bywały szczególnie upalne ale ciężko było powiedzieć, by były zimne. Czym innym była jednak siódma rano i wnętrze zbiornika wodnego, które nie miało szans nagrzać się przez dzień. Zimno było orzeźwiające - tak mógłby je określić gdyby zachowywał jakieś pozytywne spojrzenie na to wszystko.
Przede wszystkim było jednak nieznośne.
Na swój sposób taki sam był jej śmiech, którym zaniosła się gdy tylko wylądował - z kawą, papierosem i całym swoim dobytkiem pochowanym w kieszeniach w jeziorze. A jednocześnie coś w jego wnętrzu rozgrzało się na jego dźwięk, tak beztroski, tak charakterystyczny dla niej, a ostatnimi czasy - tak rzadki.
Od tamtego wieczoru w dokach w ich życiu było zdecydowanie więcej napięcia i mniej okazji do niczym nieskrępowanej radości niż wcześniej. Nie, żeby on akurat był osobą, która okazywała ją w tak wylewny sposób, jak ona.
- Co powiedziałem? - prychnął, gdy złamała to jedno postanowienie, którym postanowił się z nią podzielić.
Nie uratowały jej ani kobiece dłonie wplecione w jego mokre włosy, ani zimny podmuch nadciągającego wiatru czy głosy znajdujących się nieopodal wędkarzy, ani nawet uroczy dołeczek, który uformował się w jej policzku od tak szerokiego uśmiechu.
Jego dłonie sięgnęły do ciała Mercer, oplotły jej talię i zbliżyły ją do niego - wyłącznie po to, by jego noga obróciła się na krawędzi podestu, obracając ich tym samym w miejscu. Gdy jej plecy znalazły się niebezpiecznie blisko podestu, z tym samym, złośliwym uśmiechem, który zdobił jej własną twarz, zbliżył się - a gdy ich usta zetknęły się w pocałunku, wypuścił ją z ramion, prosto w objęcia lodowatej toni.
- Z naszej dwójki ewidentnie to ty masz ten dar - zażartował, pochylając się niebezpiecznie blisko, zważając na to, że wciąż tkwił na krawędzi podestu - ociekając przy tym wodą. - Może tobie pójdzie lepiej z łowieniem gołymi rękami, skarbie?
Posypując solę tę ranę, skorzystał z okazji i tego, że znajdował się względnie nisko i, bezczelnie, sięgnął po jej kawę - wciąż nietkniętą, wciąż c i e p ł ą, w przeciwieństwie do jego papierowego kubka, który zatopiony wraz z zawartością pewnie teraz zmierzał gdzieś w stronę kamienistego dna.
margo mercer
Nie liczył się nawet fakt tego, że tej nocy nie zmrużył oka i technicznie rzecz biorąc, start tego dnia był wyłącznie wyznacznikiem czasu, a nie tego, w jaki sposób się czuł. Niejednokrotnie zarywał w swojej branży nockę, byłby w stanie wtoczyć się w tej chwili na komisariat i funkcjonować wyłącznie na morderczym koktajlu kofeiny i tytoniu.
Ale jego limitem było pieprzone, lodowate j e z i o r o.
Lata w Toronto nie bywały szczególnie upalne ale ciężko było powiedzieć, by były zimne. Czym innym była jednak siódma rano i wnętrze zbiornika wodnego, które nie miało szans nagrzać się przez dzień. Zimno było orzeźwiające - tak mógłby je określić gdyby zachowywał jakieś pozytywne spojrzenie na to wszystko.
Przede wszystkim było jednak nieznośne.
Na swój sposób taki sam był jej śmiech, którym zaniosła się gdy tylko wylądował - z kawą, papierosem i całym swoim dobytkiem pochowanym w kieszeniach w jeziorze. A jednocześnie coś w jego wnętrzu rozgrzało się na jego dźwięk, tak beztroski, tak charakterystyczny dla niej, a ostatnimi czasy - tak rzadki.
Od tamtego wieczoru w dokach w ich życiu było zdecydowanie więcej napięcia i mniej okazji do niczym nieskrępowanej radości niż wcześniej. Nie, żeby on akurat był osobą, która okazywała ją w tak wylewny sposób, jak ona.
- Co powiedziałem? - prychnął, gdy złamała to jedno postanowienie, którym postanowił się z nią podzielić.
Nie uratowały jej ani kobiece dłonie wplecione w jego mokre włosy, ani zimny podmuch nadciągającego wiatru czy głosy znajdujących się nieopodal wędkarzy, ani nawet uroczy dołeczek, który uformował się w jej policzku od tak szerokiego uśmiechu.
Jego dłonie sięgnęły do ciała Mercer, oplotły jej talię i zbliżyły ją do niego - wyłącznie po to, by jego noga obróciła się na krawędzi podestu, obracając ich tym samym w miejscu. Gdy jej plecy znalazły się niebezpiecznie blisko podestu, z tym samym, złośliwym uśmiechem, który zdobił jej własną twarz, zbliżył się - a gdy ich usta zetknęły się w pocałunku, wypuścił ją z ramion, prosto w objęcia lodowatej toni.
- Z naszej dwójki ewidentnie to ty masz ten dar - zażartował, pochylając się niebezpiecznie blisko, zważając na to, że wciąż tkwił na krawędzi podestu - ociekając przy tym wodą. - Może tobie pójdzie lepiej z łowieniem gołymi rękami, skarbie?
Posypując solę tę ranę, skorzystał z okazji i tego, że znajdował się względnie nisko i, bezczelnie, sięgnął po jej kawę - wciąż nietkniętą, wciąż c i e p ł ą, w przeciwieństwie do jego papierowego kubka, który zatopiony wraz z zawartością pewnie teraz zmierzał gdzieś w stronę kamienistego dna.
margo mercer