Strona 2 z 2

even the devil takes a holiday

: pn sie 17, 2026 3:39 pm
autor: Rhys Madden
Nie istniał gorszy sposób na spędzenie poranku.
Nie liczył się nawet fakt tego, że tej nocy nie zmrużył oka i technicznie rzecz biorąc, start tego dnia był wyłącznie wyznacznikiem czasu, a nie tego, w jaki sposób się czuł. Niejednokrotnie zarywał w swojej branży nockę, byłby w stanie wtoczyć się w tej chwili na komisariat i funkcjonować wyłącznie na morderczym koktajlu kofeiny i tytoniu.
Ale jego limitem było pieprzone, lodowate j e z i o r o.
Lata w Toronto nie bywały szczególnie upalne ale ciężko było powiedzieć, by były zimne. Czym innym była jednak siódma rano i wnętrze zbiornika wodnego, które nie miało szans nagrzać się przez dzień. Zimno było orzeźwiające - tak mógłby je określić gdyby zachowywał jakieś pozytywne spojrzenie na to wszystko.
Przede wszystkim było jednak nieznośne.
Na swój sposób taki sam był jej śmiech, którym zaniosła się gdy tylko wylądował - z kawą, papierosem i całym swoim dobytkiem pochowanym w kieszeniach w jeziorze. A jednocześnie coś w jego wnętrzu rozgrzało się na jego dźwięk, tak beztroski, tak charakterystyczny dla niej, a ostatnimi czasy - tak rzadki.
Od tamtego wieczoru w dokach w ich życiu było zdecydowanie więcej napięcia i mniej okazji do niczym nieskrępowanej radości niż wcześniej. Nie, żeby on akurat był osobą, która okazywała ją w tak wylewny sposób, jak ona.
- Co powiedziałem? - prychnął, gdy złamała to jedno postanowienie, którym postanowił się z nią podzielić.
Nie uratowały jej ani kobiece dłonie wplecione w jego mokre włosy, ani zimny podmuch nadciągającego wiatru czy głosy znajdujących się nieopodal wędkarzy, ani nawet uroczy dołeczek, który uformował się w jej policzku od tak szerokiego uśmiechu.
Jego dłonie sięgnęły do ciała Mercer, oplotły jej talię i zbliżyły ją do niego - wyłącznie po to, by jego noga obróciła się na krawędzi podestu, obracając ich tym samym w miejscu. Gdy jej plecy znalazły się niebezpiecznie blisko podestu, z tym samym, złośliwym uśmiechem, który zdobił jej własną twarz, zbliżył się - a gdy ich usta zetknęły się w pocałunku, wypuścił ją z ramion, prosto w objęcia lodowatej toni.
- Z naszej dwójki ewidentnie to ty masz ten dar - zażartował, pochylając się niebezpiecznie blisko, zważając na to, że wciąż tkwił na krawędzi podestu - ociekając przy tym wodą. - Może tobie pójdzie lepiej z łowieniem gołymi rękami, skarbie?
Posypując solę tę ranę, skorzystał z okazji i tego, że znajdował się względnie nisko i, bezczelnie, sięgnął po jej kawę - wciąż nietkniętą, wciąż c i e p ł ą, w przeciwieństwie do jego papierowego kubka, który zatopiony wraz z zawartością pewnie teraz zmierzał gdzieś w stronę kamienistego dna.

margo mercer

even the devil takes a holiday

: pn sie 17, 2026 7:00 pm
autor: margo mercer
Mogła się t e g o spodziewać.
Rhys był gnojkiem. Mogła go nazywać w ten sposób, gdy obdarowywała go czułym uśmiechem, pełnym miłości, kiedy przeżywali naprawdę miłe chwile; mogła tym rzucać w jego twarz również podczas jednej z wielu, głośnych kłótni, które mieli już za sobą. Niezaprzeczalnie jednak był g n o j k i e m na wiele sposobów.
Żaden mężczyzna, którego poznała wcześniej, żaden, z którym poszła na randkę albo była w krótkim związku, nie postąpiłby w ten sposób. Każdy z nich bałby się jej reakcji, najpewniej struchlałby na samą myśl o złości skierowanej w jego stronę, zwłaszcza gdyby chwilę wcześniej posłał ją prosto do lodowatej wody. Madden tymczasem doskonale wiedział z kim miał do czynienia i zamiast przejmować się konsekwencjami, najwyraźniej uznał, że jej wściekłość będzie znacznie zabawniejsza od s p o k o j u, który mogliby teraz wspólnie celebrować. Właśnie tym różnił się od wszystkich poprzednich - nie wycofywał się i z całą bezczelnością potrafił odpowiedzieć jej tym samym nawet jeśli doskonale wiedział, że pewnego dnia może się to skończyć dla niego źle.
A mimo wszystko tuż po parunastu sekundach, które zdawały się zamrozić ją w tej konkretnej chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Zabiję cię - całe szczęście nie było głęboko, bo n i e n a w i d z i ł a wody. Podpłynęła dość nieporadnie do pomostu, łapiąc jego skraj w dłonie, po czym wspięła się na wyprostowanych ramionach w górę, wciąż pozostając częściowo zanurzoną. - Możesz dzisiaj wrócić do swojego mieszkania. Będziesz tam bezpieczny - dodała, gdy dostrzegła go pochylającego się nad nią, a następnie złośliwie uderzyła dłonią w taflę wody, posyłając w jego stronę pokaźną ilość.
Dopiero wtedy wydostała się, ociekająca od stóp do głów i drżąca z zimna, choć jej humor najwyraźniej miał się doskonale. Podeszła do niego bez słowa, odebrała swój kubek, który wciąż dzierżył w dłoni i upiła kilka łyków ciepłej kawy, pozwalając, by przyjemne ciepło rozlało się po zmarzniętym ciele. Przez moment wyglądała n i e m a l niewinnie, zupełnie jakby zamierzała zakończyć całą tę absurdalną sytuację właśnie w ten sposób, jednak nigdy nie należała do osób, które potrafiły pozostawić ostatnie słowo komuś innemu.
Oddała mu kubek, po czym świadoma rozbawionych spojrzeń wędkarzy znajdujących się kilkadziesiąt metrów dalej, bez większego namysłu pozbyła się spodni, pozostając w czarnych, koronkowych stringach i koszulce, która przemokła tak samo jak cała reszta ubrań przez co jej piersi wyraźnie odznaczały się na jej tle. Nie wyglądała przy tym na zawstydzoną sytuacją - wręcz przeciwnie, jej szeroki uśmiech sugerował, że właśnie znalazła sposób na odwrócenie sytuacji na swoją korzyść. - Może wykorzystam ten dar i pójdę zapytać o jakiś ręcznik albo koc? - zapytała luźno, ignorując fakt, że wraz z nią do wody wpadł również telefon. - Jak myślisz, Skarbie? - dodała, a słowa ociekały złośliwością ukrytą za równie złośliwym uśmiechem.
Jeszcze przez chwilę patrzyła na niego, wyraźnie czekając na reakcję, po czym chwyciła za mokrą koszulkę i lekko zadarła ją ku górze, pozostawiając Maddenowi wybór między próbą powstrzymania jej kolejnego pomysłu a zaakceptowaniem faktu, że właśnie rozpętał kolejną, całkowicie niepotrzebną wojnę.

Rhys Madden

even the devil takes a holiday

: pn sie 17, 2026 9:50 pm
autor: Rhys Madden
Szaleństwo Margo miało pewną konkretną linię, której nie przekraczało. Musiał w to wierzyć, w innym wypadku pozostałoby mu zaakceptować to, że była nieobliczalna. Problem polegał w tym, że nigdy nie wiedział, gdzie ta linia dokładnie leżała i jak daleko ku niej planowała się posunąć.
I zwykle nie był skłonny jej na to pozwolić, bo jego własna znajdowała się dużo bliżej.
I właśnie teraz gdy zamknęła mu rozszerzone w uśmiechu usta plaśnięciem w wodę powoli orientował się w tym co uczynił. Prostując się by uniknąć kolejnego uderzenia lodowatej wody, odsunął się, robiąc jej miejsce na podeście gdy wyłaniała się z jeziora i właśnie wtedy jego wzrok powędrował w stronę mokrego materiału koszulki, opinającego ją we wszystkich w ł a ś c i w y c h miejscach.
Prawdopodobnie dlatego stracił w tej chwili skupienie - a wraz z nim, kubek kradzionej kawy, który zdążyła mu odebrać.
Prawdopodobnie, bo przecież był ponad takie rzeczy i widok Mercer nie powinien robić na nim aż takiego wrażenia, nie powinien sprawiać, że chłód był ostatnim doznaniem, jakie odczuwał w tym momencie, gdy w jego żyłach zawrzała krew.
- Co dokładnie zamierzasz zrobić? - spytał krótko, robotycznie wręcz, na widok jej dłoni sięgających do zapięcia spodni i zsuwających ciemny materiał w dół.
Może gdyby była piąta rano mogliby się zasłonić półmrokiem ledwo co wschodzącego słońca, może jego promienie ujawniałoby kształty jej sylwetki wyłącznie dla towarzyszącej im fauny i flory w bezludnej okolicy jeziora. Ale była pieprzona s i ó d m a.
- Margo - ostrzegawcze słowo wyrwało się z jego ust z prędkością tej jednej komórki mózgowej, która zdołała sformułować jakąkolwiek, sensowną odpowiedź gdy wyglądała w t e n sposób.
Ta jedna komórka mózgowa napędzana była nie tak odległymi odgłosami rozmów mężczyzn, którzy z pewnością nie odmówią sobie spektaklu - nawet, jeśli na ich haczykach w tej chwili znajdywały się jakieś zdobycze będące w ich zasięgu.
Nie wierzył, że była skłonna to zrobić.
Nie był, kurwa, w stanie w to uwierzyć, w to, że Mercer p ó ł n a g a uda się do grupy starszych, rubasznych facetów i poprosi ich o pieprzony kocyk.
A jednak gdy tylko jej dłonie sięgnęły by zdjąć kolejną, ochronną warstwę z siebie, jego własna ręka wystrzeliła i złapała ją za nadgarstek. I tym razem zapragnął sprawdzić gdzie leżała ta granica, upewnić się, że w ogóle istniała. Zapragnął to tą samą, złośliwą stroną własnego charakteru, która pozostawała przez lata w uśpieniu wyłącznie po to, by Mercer ją w nim uaktywniła, wyciągnęła na powierzchnię.
- Zaczekaj - poinformował ją, na tyle beztrosko, na ile pozwalała mu to wizja jej odejścia z tego pomostu, gdzie w z g l ę d n i e byli schowani. - Dziewczyna w tamtym food trucku z kawą była dla mnie b a r d z o miła - skłamał bez żadnego zająknięcia się. Szelmowski uśmiech przemknął po jego ustach gdy złapał za krawędź własnej koszulki, jednym, pośpiesznym ruchem zdejmując ją sobie przez głowę. - Na pewno jeśli poproszę, pożyczy mi uniform. Dla ciebie.

margo mercer

even the devil takes a holiday

: wt sie 18, 2026 8:33 am
autor: margo mercer
Margo prychnęła, a jej spojrzenie przesunęło się z jego twarzy na trzymaną przez niego koszulkę, jakby próbowała odnaleźć w całej tej historii choćby cień prawdy. Znała go zbyt dobrze, by uwierzyć, że podczas gdy ona czekała na niego na pomoście, on zdążył jeszcze prowadzić n i e w i n n e, poranne pogawędki z dziewczyną z budki z kawą, a już szczególnie nie zamierzała uwierzyć w wersję, w której jego urok osobisty zadziałał na nią na tyle skutecznie, by dostał w prezencie cokolwiek więcej niż kawę.
Rhys Madden, wbrew temu, co zarzucał jej - sam miał elokwencję pieprzonego b u l d o ż e r a i nie posądzała go o to, że potrafiłby rozróżnić jakikolwiek rodzaj uśmiechu, który posłała mu dziewczyna zza lady.
- Oczywiście - pokręciła głową z rozbawieniem, wyciągając dłoń w jego kierunku, by pchnąć go lekko w ramię. - Pójdziesz tam flirtować i wierzysz, że ona w ramach podziękowania za twoje towarzystwo postanowi oddać ci własny uniform? - uśmiech rozciągnął jej usta jeszcze szerzej, bo to brzmiało tak absurdalnie, że nawet gdyby Madden wypowiedział to z całkowitą powagą, nie potrafiłaby tego potraktować inaczej niż jako kolejnej próby odwrócenia sytuacji. - Muszę cię rozczarować, ale zakładam, że zrobiło jej się żal p o d s t a r z a ł e g o detektywa, który od rana marudził jej nad głową i dla świętego spokoju zrobiła ci kawę. Tylko tyle jesteś w stanie osiągnąć ze swoim urokiem - powstrzymała się przed zdjęciem przemoczonej koszulki tylko dlatego, że sobie tego nie życzył. Miała jakieś granice, potrafiła rozpoznać moment, w którym jej przekroczenie mogło być dla niego problemem.
Nie zamierzała jednak pozwolić, by ten gest zakończył ich małą wojnę. Choć ich samochód pozostawał najprostszym rozwiązaniem, dom znajdował się przecież w zasięgu kilku minut jazdy, ale powrót byłby przyznaniem, że całe to przedstawienie z wędkami zakończyło się j e j porażką.
Zamiast tego cofnęła się o krok, poprawiając mokry materiał na ramionach i przyglądając mu się z tym charakterystycznym błyskiem w oku. - W porządku... - oznajmiła po chwili ciszy, wskazując podbródkiem food trucka. - Idź tam i załatw coś, co sprawi, że będzie nam cieplej. Ja zrobię dokładnie to samo - przeniosła wzrok na grupkę wędkarzy, którzy dzielili swoją uwagę pomiędzy łowienie a ich potyczkę. - Zakład - wyciągnęła rękę przed siebie, zadzierając brew ku górze. - Kto pierwszy wróci z czymś, co pozwoli nam przetrwać najbliższe pół godziny ten wygrywa - uśmiechnęła się zadziornie. - Niech nagrodą będzie to, że przegrany przez cały dzień nie będzie mógł powiedzieć nie - w okamgnieniu znalazła setki c i e k a w y c h rzeczy, których mogłaby od niego zażądać, gdyby wygrała.
Nie czekając dłużej, ruszyła więc w stronę brzegu, nie oglądając się za siebie, choć po kilku krokach zatrzymała się jeszcze na moment, odwracając głowę przez ramię. - Nie próbuj mnie oszukać, Madden. Jeśli wrócisz z kolejną kawą, uznam, że przegrałeś - uśmiechnęła się z satysfakcją, po czym ruszyła dalej. Wiedziała, że wznieciła ogień, że znowu zmusiła go do wyboru między rozsądkiem a doskonale znaną mu już potrzebą udowodnienia jej, że tym razem również nie będzie miała ostatniego słowa.

Rhys Madden

even the devil takes a holiday

: wt sie 18, 2026 1:38 pm
autor: Rhys Madden
Oczywiście, że nie zamierzał jej na to pozwolić.
Na samą myśl o wygłodniałych spojrzeniach podstarzałych wędkarzy oblepiających jej ciało schowane pod półprzeźroczystym materiałem krew w jego żyłach zaczynała się gotować. Wiedział, że to wszystko było kolejną d a r e m n ą prowokacją z jej strony, taką, z jakich Mercer była już słynna. Może nie była skłonna zrobić wszystkiego, by wywołać w nim reakcję, ale z pewnością potrafiła sprawiać takie wrażenie.
Problem polegał na tym, że zaśmiała się może nieco zbyt szczerze gdy zasugerował, że mógłby zrobić to samo. Jego brwi unosiły się w górę milimetr po milimetrze wraz z każdym słowem wypowiedzianym w jego kierunku, osiągając swój szczyt przy podstarzałym detektywie.
- Zdefiniuj przetrwać - odgryzł się, bo dla niego zdobyty kubek kawy byłby wystarczającym sposobem na przetrwanie chłodu podczas gdy ich ciała powoli schły.
I gdyby znów wypowiedziała o kilka słów mniej, przyciągnąłby ją do siebie nim choćby zbliżyła się do grupki wędkujących. Zresztą, czy rozmawianie ze starszymi dziadami miało sprawić jej jakąkolwiek satysfakcję? Prawdopodobnie zwycięstwo miał w kieszeni, jeśli jego jedynym wyznacznikiem było dobre samopoczucie.
Odrzucił własną koszulkę na drewniany deptak, pozwalając, by światło słońca rozświetliło kropelki wody zatrzymane na wyrzeźbionej klatce piersiowej. Ostentacyjnie przeczesał palcami mokre włosy, układając je w sposób, w który nie opadały na jego czoło nim odwrócił się, ruszając w przeciwnym kierunku.
Budka z kawą znajdowała się zaledwie parę kroków dalej, za linią drzew. Tkwiąca w niej, urocza blondynka, która spóźniona dotarła na swoją zmianę nie miała nic przeciwko jego obecności, w przeciwieństwie do złośliwego właściciela.
Szybko jednak okazało się, że nie miała żadnego uniformu, który mogłaby z siebie zdjąć - choć bardzo skrzętnie sięgnęła po ręczniki papierowe, rozciągając ich komiczną ilość jakby dzięki nim mógł się całkowicie osuszyć.
Wiedział, że Mercer prawdopodobnie odniosła zwycięstwo.
I właśnie dlatego nie ruszył się z miejsca, wydłużając jej niefortunną konwersację z wędkarzami tak długo, jak tylko był w stanie. Gdy dostrzegł ją wracającą na pomost, uniósł beztrosko rękę by jej pomachać - wciąż pozbawiony koszulki, za to z kubkiem świeżej i darmowej kawy w dłoni.
- Allie miała tylko to - westchnął, zdrobniale używając imienia Allision i wyciągając rolkę ręcznika papierowego w stronę Margo.
Tkwił wciąż oparty o budkę, w której wnętrzu młodziutka dziewczyna stała oparta łokciami o blat zdecydowanie bliżej, niż powinno się obsługiwać klienta. Nieopodal, po wewnętrznej stronie pojazdu, tkwiła serwetka, na której zapisany był numer telefonu.
- Właśnie opowiadała mi o swoim ojcu, który łowi nieopodal - dodał niedbale, chowając szelmowski uśmiech za krawędzią papierowego kubka. - Może go spotkałaś?

margo mercer

even the devil takes a holiday

: śr sie 19, 2026 9:02 am
autor: margo mercer
Koc zdobyła bez większego problemu, przyglądając mu się i próbując ocenić czy rzeczywiście był c z y s t y. W końcu uznała, że na potrzeby tego pieprzonego zakładu musiał wystarczyć. Nie zdążyła jednak porządnie się nim okryć, bo jej uwagę skutecznie przyciągnęło zupełnie inne przedstawienie, rozgrywające się kilka metrów dalej.
Rhys f l i r t o w a ł. Nie było co do tego żadnych wątpliwości, choć znała go wystarczająco długo, by wiedzieć, że połowa tego przedstawienia została przygotowana wyłącznie dla n i e j. Madden nie uśmiechał się do przypadkowych ludzi, nie wdawał się w niezobowiązujące pogawędki i z całą pewnością nie bywał dla obcych kobiet przesadnie miły, gdy już je zauważył. Nie potrafił tego robić - w ich duecie to właśnie ona wychodziła na przód, kiedy trzeba było zdobyć informację od kogoś obcego w sposób, który nie wymagał gróźb, podnoszenia głosu ani dociskania rozmówcy do ściany. On natomiast miał własne metody, znacznie mniej subtelne i zdecydowanie bardziej skuteczne w sytuacjach, w których jej urok osobisty przestawał wystarczać.
Dlatego patrzyła na niego z coraz szerszym uśmiechem, bo im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej była pewna, że właśnie w ten sposób próbował zemścić się na niej za porażkę. Przewieszając koc przez ramię, ruszyła w jego stronę, zatrzymując się dopiero przy samej budce. - Annie? - powtórzyła niewinnie, celowo przekręcając imię dziewczyny, po czym spojrzała na nią z uprzejmym uśmiechem. - Uroczo. W sam raz dla nastolatki - jej wzrok przesunął się na chwilę w kierunku serwetki, a później wrócił do Maddena.
- To twój ojciec? - zapytała, wskazując obojętnie jednego z mężczyzn siedzących przy brzegu. - Ten mniej więcej w wieku m o j e g o narzeczonego? Ten sam, który oferował mi, że nauczy mnie sztuki łowienia? - sięgnęła po serwetkę, która jeszcze chwilę wcześniej tak znajdowała się w zasięgu ręki detektywa i zgniotła ją powoli między palcami, obserwując przy tym wyłącznie jego twarz. Następnie wyciągnęła ją w stronę blondynki z równie u p r z e j m y m uśmiechem. - Chyba się zawieruszyła. Wyrzucisz ją, proszę?
Dopiero wtedy rozłożyła koc i owinęła nim ramiona - była zmarznięta i przemoczona, co powinno wprawić ją w złość, a jednak odczuwała przyjemną satysfakcję, bowiem wygrała najgłupszy zakład jaki kiedykolwiek zawarli. - Skoro już wygrałam, przypominam ci o zasadach - rzuciła, poprawiając koc na ramionach. - Dzisiaj nie możesz powiedzieć mi nie. Ani razu - zerknęła na niego spod przymrużonych powiek, a złośliwy uśmiech powoli wrócił na jej usta. - Więc możesz teraz potwierdzić przy Annie, że miałam rację, że jesteś zazdrosny, a ten cały występ był wyłącznie dla mnie i że bardzo chciałbyś już wrócić ze mną do domu - przesunęła się bliżej i zupełnie bezczelnie, wsunęła mu w dłonie kubek z kawą, którą wcześniej od niego zabrała.
- No dalej, Skarbie. Przecież możesz powiedzieć tylko tak.

Rhys Madden

even the devil takes a holiday

: pt sie 21, 2026 3:00 pm
autor: Rhys Madden
F l i r t był bardzo mocnym słowem, ponieważ tak jak Margo słusznie zauważyła, Madden nieszczególnie potrafił go uskuteczniać.
Miał jednak wystarczająco dużo samoświadomości by wiedzieć, że zdjęcie mokrej koszulki było połączeniem przyjemnego z pożytecznym, tak samo jak przejechanie palcami przez włosy i ułożenie niesfornych, wilgotnych kosmyków by nie denerwowały go spadające mu na czoło krople wody.
Wszystko dalej było już z góry.
Annie była bardzo skora do konwersacji, a on przecież nie zamierzał rozpoczynać niewinnej rozmowy od oznajmienia jej, że był człowiekiem zajęty. Bo kto tak robił?
Wspomniał o tym dopiero gdy przesunęła w jego stronę serwetkę z napisanym numerem telefonu, właśnie dlatego zamiast w kieszeni, tkwiła teraz po jej stronie blatu, odrzucona ale wciąż niewyrzucona do śmieci. Nie zamierzał jednak tego Mercer mówić, bawił się zbyt dobrze słysząc złośliwość w jej głosie dla odmiany ukierunkowaną w kogoś innego.
To rozbawienie jednak usiłował skrzętnie ukrywać, co było trudne gdy naskoczyła na biedną blondynkę i, wygranym zakładem, natychmiast pociągnęła za wyobrażoną przez nią smycz, do której teraz powinien być uwiązany.
- Tak, oczywiście - odpowiedziała z automatu zaniepokojona dziewczyna bo sam ton Mercer, bądź schowane w nim niebezpieczeństwo, sprawiło, że jej barki cofnęły się, sylwetka wyprostowała a ręka natychmiast sięgnęła do serwetki, mnąc ją. - Ja nic nie...
- Kochanie, rozmawialiśmy o tym - westchnął, wbrew temu, jak jego spojrzenie przemknęło po jej sylwetce nim owinęła się szczelnie zdobytym kocem. A coś w jego wnętrzu przewróciło się na myśl o tym j a k go zdobyła. - Nie możesz wydawać ludziom rozkazów.
Ich z a k ł a d, ten najgłupszy jakiego dokonali dotychczas, wciąż tkwił formalnie niewypowiedziany, zwiększając jedynie zdziwienie Allie, która usiłowała połapać się w sytuacji i wyczuwając intensywność charakteru Mercer, oderwała od blatu, o który wcześniej stała oparta.
- Oczywiście, że zawsze masz rację - odparł z głębokim westchnieniem, ponownie, nawiązując kontakt wzrokowy z blondynką jakby próbował walczyć ze swoją agresywną żoną w sposób, który wymagał od niego przeproszenia całego otoczenia. - Też myślę, że powinniśmy już wracać.
Dopiero gdy odwrócił się od baristki, na jego twarzy zagościł przebiegły uśmiech. Pochylił się, nagle i niespodziewanie wsuwając dłonie pod jej nogi i podnosząc ją, jakby wymagała fizycznego usunięcia z tej kłopotliwej sytuacji.
- Czego sobie tylko życzysz, księżniczko - dodał rzeczowo, jedynie błysk w oku zdradzał schowaną w nim ironię. - Tylko nie rób nikomu krzywdy.

margo mercer

even the devil takes a holiday

: sob sie 22, 2026 3:32 pm
autor: margo mercer
Nie mogłaby żadnej kobiety obwiniać o to, że oglądałaby się na ulicy za t a k wyglądającym Maddenem. Tym w porannym wydaniu, w którym zrzucił już z ramion ciężar poranka, gdy jego usta wykrzywiały się w c o ś, co zaczynało przypominać uśmiech, a on sam chodził bez tej pieprzonej koszulki, prezentując w promieniach gorącego słońca idealnie wyrzeźbioną sylwetkę.
Wbrew powszechnej opinii - nie tylko mężczyźni byli wzrokowcami. Ona nawet nigdy specjalnie nie ukrywała, że kochała go za to, jaki był, ale w równym stopniu za to jak się prezentował. U w i e l b i a ł a ten widok, którym teraz karmiły się również oczy małolaty zza lady i choć doskonale rozumiała jej zainteresowanie, jednocześnie zawsze wyraźnie zaznaczała g r a n i c ę.
Na jego uwagę o tym, że nie może wydawać innym rozkazów, odpowiedziała wyłącznie uśmiechem skierowanym prosto do niego - t y m ich uśmiechem, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Potrafili rozmawiać nim bez słów, żartować, śmiać się, a nawet kłócić, pozostając dla postronnego obserwatora zupełnie niezrozumiałymi. - Przepraszam - skinęła głową, racząc mężczyznę złośliwym błyskiem w oku, dopiero po chwili przenosząc spojrzenie na Annie. - To zboczenie zawodowe - oznajmiła n i e w i n n i e, pochylając się i opierając ramiona na ladzie. - To samo robię, gdy zabieram ludzi na przesłuchanie na komisariat. Poczułam się, jakbym była w pracy, ale chyba nie mamy się czym przejmować, Annie? - powinna smażyć się w piekle.
Blondynka wyraźnie pobladła, wycofując się jeszcze bardziej i z niepokojem wypatrując innych, normalnych klientów. Najwyraźniej miała ich już dość i chciała jak najszybciej wrócić do swoich obowiązków, jednak bała się powiedzieć cokolwiek jeszcze, więc tylko skinęła głową. Kartkę z zapisanym numerem nie tylko wyrzuciła - najpierw porwała ją na kawałki, a dopiero później odwróciła się, żeby zająć się zmywaniem c z y s t y c h naczyń.
Kiedy Rhys podniósł ją w końcu do góry, zignorowała błysk w jego oku, który równie dobrze mógł oznaczać wszystko co złe, jak i kompletnie nic, po czym objęła go ramionami, wtulając się w jego wciąż mokre ciało. - Cześć, Annie. W razie jakichkolwiek kłopotów możesz na mnie liczyć, zapamiętałam numer - mrugnęła do niej nim przeniosła spojrzenie na Maddena.
Gdy oddalili się o kilkanaście metrów i zyskali złudne poczucie prywatności, sięgnęła dłonią do jego karku, przyciągając go do siebie i składając na jego ustach krótki, czuły pocałunek, zupełnie niepasujący do całej wcześniejszej złośliwości. Przez moment zatrzymała na nim wzrok z tym samym rozbawieniem w oczach, które towarzyszyło jej od chwili, w której wróciła z kocem. - Nie będziemy dziś pracować, nie będziemy rozmawiać o pracy - poinformowała, powtarzając to samo, co rano z tą różnicą, że teraz nie mógł odmówić. - Zorganizujesz ładną randkę - wydała kolejny r o z k a z, znowu pochylając się, by go pocałować, tym razem nieco dłużej.
Odsunęła się dopiero po chwili, unosząc brwi w oczekiwaniu, a jej uśmiech stał się coraz bardziej bezczelny. - I jeszcze jedno... przez cały dzień ani razu nie powiesz mi, że coś jest głupim pomysłem nawet jeśli będzie - przechyliła głowę, przyglądając mu się z udawaną powagą.

Rhys Madden