i dial drunk, i'll die a drunk, i'll die for you
: pt wrz 18, 2026 3:39 pm
Oczywiście, że wiedziała, jak trudno jest dostać midazolam. Jak wszystkie inne leki z grupy benzodiazepin. Szybko uzależniał i lekarz może go przepisać wyłącznie w uzasadnionych medycznie przypadkach. Dostęp nie był łatwy, ale nie był też nadzwyczaj trudny, kiedy miało się w rodzinie lekarza. Miller, dzięki swoim uprawnieniom, miała dostęp do takich psychotropów. Nigdy jednak nie wykorzystywała tego do własnych celów, choć naćpanie się midazolem bywało kuszące.
— Nie pierdol, Sherlocku — skomentowała krótko. Oczywiście w ich duecie to ona była Watsonem ze względu na wykształcenie. Nie musiał jej niczego tłumaczyć jak krowie na rowie. Może była pijana, ale nie była głupia.
Nie dała się również pokonać grawitacji. Była pijana, ale nie aż tak, żeby nie utrzyma równowagi. Na początkowo znosiło ją na lewo i prawa, ale ostatecznie zdołała utrzymać pion i dumnie zadarła podbródek, wpatrując się w Gardnera. Za to on był strasznie durny, skoro nie miał pojęcia, co co przed chwilą zapytała.
— Dobrze wiesz. Nie każ mi tego powtarzać — ostrzegła lojalnie. Bo inaczej co? Co mu zrobi? Obłoży pięściami, żeby przynajmniej na moment przestał myśleć o pracy? Przecież dobrze wiedziała, że to tak nie działało. Ktoś z wszczepiony pracoholizmem doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a Zaylee była uzależniona od pracy tak samo, jak od kawy. Trudno stwierdzić, od czego bardziej. Chyba jednak od pracy.
Miała do niego sentyment. Nieczęsto udawało jej się utrzymywać kontakt z byłymi partnerami. A przynajmniej nie na tyle, żeby wbijać im na chatę w środku nocy. To wszystko przez to, w jaki sposób rozstała się z Frankiem. A przecież rozeszli się w zgodzie, a ich drogi i tak splatały się na komisariacie. To właśnie wtedy stwierdziła, że nigdy więcej nie będzie spotykać się z nikim, z kim przyszło jej współpracować. A potem ożeniła się z Eviną. Jak widać, Miller miała dość spory problem z konsekwentnością. Ale skąd miała wiedzieć, że przyjdzie jej zakochać się w detektywce z wydziału zabójstw? To nie było coś, co można sobie po prostu przewidzieć.
Uniosła dłoń i poklepała go po ramieniu, urywając kontakt wzrokowy. Im dłużej tak na nią patrzył, tym czuła się jeszcze bardziej najebana. Albo to on pierdolił jej w głowie. Zmiana tematu wydawała się bezpieczna. Cokolwiek, byle odwlec jego myśli od sprawy Jane Doe.
— Wszystko wyśmienicie. Na początku roku zapisałyśmy go do szkółki pisarskiej. Ma wrodzony talent. W szkole też idzie mu nieźle, chociaż niedawno zostałyśmy wezwane przez wychowawczynię, bo zaczął gnębić innego dzieciaka. Chciał się popisać przed kolegami. To do niego niepodobne, bo sam kiedyś był dręczony. Do tej pory trudno mi powiedzieć, co nim kierowało, ale okazał skruchę i przeprosił tamtego kolegę — wyliczała pokrótce i opadła na kanapę. Jej miękkość mogłaby wessać Miller do środka. — W kwietniu skończył dziesięć. To już duży chłop. Jesteśmy już właściwie na finiszu — dodała odnośnie procedur. — Jeszcze miesiąc, może dwa i zamieszka z nami na stałe — dodała, włączając galerię w telefonie. Jeden z folderów był przeznaczony Samowi. Na jednej fotografii chłopiec trzymał piłkę, na innym nowy zestaw lego. Kolejne przedstawiało całą trójkę, a Sammy pozował do niego w objęciach Zaylee i Eviny.
Sięgnęła po szklankę z whisky i spojrzała na Gardnera, kompletnie zbita z tropu. Przeniosła wzrok na dokument o studentach z Idaho, a potem znów na Franka, tym razem ze ściągniętymi brwiami. Nie do końca wiedziała, o co mu teraz chodziło.
— O czym? — zapytała i szklanką wskazała na telewizor. — To rozwiązana sprawa. Zabił ich Bryan Kohberger. Jego ślady DNA znaleziono na etui noża pozostawionym na miejscu zbrodni — wyjaśniła, upijając kilka łyków alkoholu. No co ten Frank? Nie wiedział, jak zakończyło się jedno z głośniejszych śledztw sprzed czterech lat?
Francis Gardner
— Nie pierdol, Sherlocku — skomentowała krótko. Oczywiście w ich duecie to ona była Watsonem ze względu na wykształcenie. Nie musiał jej niczego tłumaczyć jak krowie na rowie. Może była pijana, ale nie była głupia.
Nie dała się również pokonać grawitacji. Była pijana, ale nie aż tak, żeby nie utrzyma równowagi. Na początkowo znosiło ją na lewo i prawa, ale ostatecznie zdołała utrzymać pion i dumnie zadarła podbródek, wpatrując się w Gardnera. Za to on był strasznie durny, skoro nie miał pojęcia, co co przed chwilą zapytała.
— Dobrze wiesz. Nie każ mi tego powtarzać — ostrzegła lojalnie. Bo inaczej co? Co mu zrobi? Obłoży pięściami, żeby przynajmniej na moment przestał myśleć o pracy? Przecież dobrze wiedziała, że to tak nie działało. Ktoś z wszczepiony pracoholizmem doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a Zaylee była uzależniona od pracy tak samo, jak od kawy. Trudno stwierdzić, od czego bardziej. Chyba jednak od pracy.
Miała do niego sentyment. Nieczęsto udawało jej się utrzymywać kontakt z byłymi partnerami. A przynajmniej nie na tyle, żeby wbijać im na chatę w środku nocy. To wszystko przez to, w jaki sposób rozstała się z Frankiem. A przecież rozeszli się w zgodzie, a ich drogi i tak splatały się na komisariacie. To właśnie wtedy stwierdziła, że nigdy więcej nie będzie spotykać się z nikim, z kim przyszło jej współpracować. A potem ożeniła się z Eviną. Jak widać, Miller miała dość spory problem z konsekwentnością. Ale skąd miała wiedzieć, że przyjdzie jej zakochać się w detektywce z wydziału zabójstw? To nie było coś, co można sobie po prostu przewidzieć.
Uniosła dłoń i poklepała go po ramieniu, urywając kontakt wzrokowy. Im dłużej tak na nią patrzył, tym czuła się jeszcze bardziej najebana. Albo to on pierdolił jej w głowie. Zmiana tematu wydawała się bezpieczna. Cokolwiek, byle odwlec jego myśli od sprawy Jane Doe.
— Wszystko wyśmienicie. Na początku roku zapisałyśmy go do szkółki pisarskiej. Ma wrodzony talent. W szkole też idzie mu nieźle, chociaż niedawno zostałyśmy wezwane przez wychowawczynię, bo zaczął gnębić innego dzieciaka. Chciał się popisać przed kolegami. To do niego niepodobne, bo sam kiedyś był dręczony. Do tej pory trudno mi powiedzieć, co nim kierowało, ale okazał skruchę i przeprosił tamtego kolegę — wyliczała pokrótce i opadła na kanapę. Jej miękkość mogłaby wessać Miller do środka. — W kwietniu skończył dziesięć. To już duży chłop. Jesteśmy już właściwie na finiszu — dodała odnośnie procedur. — Jeszcze miesiąc, może dwa i zamieszka z nami na stałe — dodała, włączając galerię w telefonie. Jeden z folderów był przeznaczony Samowi. Na jednej fotografii chłopiec trzymał piłkę, na innym nowy zestaw lego. Kolejne przedstawiało całą trójkę, a Sammy pozował do niego w objęciach Zaylee i Eviny.
Sięgnęła po szklankę z whisky i spojrzała na Gardnera, kompletnie zbita z tropu. Przeniosła wzrok na dokument o studentach z Idaho, a potem znów na Franka, tym razem ze ściągniętymi brwiami. Nie do końca wiedziała, o co mu teraz chodziło.
— O czym? — zapytała i szklanką wskazała na telewizor. — To rozwiązana sprawa. Zabił ich Bryan Kohberger. Jego ślady DNA znaleziono na etui noża pozostawionym na miejscu zbrodni — wyjaśniła, upijając kilka łyków alkoholu. No co ten Frank? Nie wiedział, jak zakończyło się jedno z głośniejszych śledztw sprzed czterech lat?
Francis Gardner