Strona 2 z 2

summer, pretty lover, won't you come my way?

: pt sie 21, 2026 6:10 pm
autor: Abby Wallace
Oczywiście, że postanowiła zaatakować go jego własną bronią.
Abby Wallace może przy pierwszym poznaniu wydawała się sympatyczną, miłą kobietą, ale każdy kto znał ją lepiej, doskonale wiedział, że tak naprawdę drzemał w niej mały skurwysyn prawdziwy diabełek. Pomimo tego, że na codzień ratowała życia, też potrafiła być złośliwa. Szczególnie kiedy w grę wchodziło utarcie nosa Millerowi, który myślał, że jednym zdjęciem koszulki była w stanie ją załatwić i rozłożyć na łopatki.
Chociaż torcie jednak był.
Bo kiedy tylko błysnął klatką piersiową, Abby zapatrzyła się na niego zdecydowanie dłużej niż powinna. I kiedy biegał po piłkę również, a gdy rzucał się nią do piachu… Abby chciała zostać tym piaskiem, wstrzymywała tylko powietrze i przystawała w miejscu. Całe szczęście Benito ogarniał na odpowiednim poziomie i produkował się praktycznie za dwóch na ich połowie boiska.
Dziwny to był mecz. Trochę jakby niektórzy grali w siatkówkę, a oni z Archiem… no właśnie, w co? Bo na pewno nie żaden zespołowy sport. Bardziej ich własną, niemą grę na wydłużone spojrzenia i ukradkowe uśmieszki. On prężył mięśnie, ona wyginała się w jego kierunku, zarzucając włosami i tak sobie czekali, kto pierwszy się złamie. Pierwszy co prawda złamał się Miller, kiedy pierwsze przywalił sobie w nos, a potem gdy razem z Pamelcią wylądowali razem w piachu. Chociaż w kolejnym secie o mały włos to Wallace była odniosłaby sromotną porażkę, bo gdy Miller zabrał się do ataku, ona tak zapatrzyła się na jego brzuch, że potknęła się o własne nogi. Całe szczęście Benito złapał ją w ostatniej chwili, zacisnął silne palce na jej biodrach, a potem wyrzucił ją do góry tuż przy siatce. Ona sama nic praktycznie nie musiała robić. Wystarczyło, że wyciągnęła ręce w górę i zablokowała Archiego.
To jest oszustwo!!! — oburzyła się Pamela, krzycząc tak głośno, że chyba słyszeli ich nawet na drugiej stronie plaży. — Przecież tak nie można robić.
A kto tak powiedział? — wtrąciła się Abby z szerokim uśmiechem na twarzy. Nie tyle chciała z nią dyskutować, co wciąż miała w sobie satysfakcję z zablokowania swojego przyjaciela, a że była trochę podchmielona… — Żebym ja ci nie powiedziała, czego też nie można robić na boisku! — dodała, a Pamela zrobiła się całą czerwona. Spojrzała gniewnie na Wallace. Już pewnie na końcu języka miała to no czego, ale spodziewając się argumentu świecić cyckami finalnie nie powiedziała nic i odwróciła się w stronę Archiego. Wbiła w niego intensywnie niebieskie spojrzenie, szpony wbijając w jego nagie ramiona.
Dlaczego ty mnie tak nie podnosisz, co? — fuknęła na niego oburzona, jakby miała do tego pełne prawo, tak się na niego wydzierać. Abby aż złapała więcej powietrza w płuca, bo co ona sobie myślała? Zabawa zabawą, ale szanujemy się. Tylko Wallace mogła się tak na niego wydzierać, bez wyjątków!
A może tak grzeczniej? — wtrąciła się, lekko oburzona.
A ty się lepiej zajmij swoją połówką boiska — Pamela momentalnie odpyskowała, zaciskając jeszcze mocniej palce na biednej, niczemu nie winnej skórze Archibalda.
Żebym tobą się nie zajęła ze to, że się tak wydzierasz na mojego… — przyjaciela? To chciała powiedzieć. Na pewno to, no bo co innego? Cóż, różne rzeczy w tym momencie przeszły jej przez głowę, gdy już prawie przebiegała pod siatką jak jakaś pijana lwica, która chciała przebić balony przeciwniczki. Całe szczęście Benito złapał ją w ostatnim momencie w pasie i ściągnął w tył. Pewnie Abby i tak finalnie nie zrobiła nikomu krzywdy, ale mogło to tak wyglądać.
Ei! Tranquilla!!! — krzyknął tym razem on, kręcąc Wallace jak jakimś workiem ziemniaków. — Za ładna jesteś, żeby się tak gniewać — wtrącił i chociaż Abby Miałą ochotę przewrócić oczami i waląc jakimś feministycznym tekstem o tym, jak płytkie było to, co właśnie powiedział, to zamiast tego po prostu delikatnie się do niego uśmiechnęła.
Dobra — mruknęła, a kiedy ją odstawił, podniosła piłkę i otrzepała ją z piasku. — Grajmy już — dodała, g r o m i ą c spojrzeniem Pamelę i jej wielkie cycki, które przyklejały się do Archiego. No, koleżankami to one nie zostaną, to już było wiadomo na sto procent. Ale jak potoczy się dalej ten mecz i czy ten set będzie finalnie ostatnim? Oby.

:lepa:

summer, pretty lover, won't you come my way?

: pt sie 21, 2026 8:02 pm
autor: Archie Miller
Abby Wallace była mądralą, taką co na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie ułożonej, sympatycznej i takiej dorosłej, a wisienką na torcie tego idealnego wizerunku była bardzo poważna praca, która wymagała przecież skupienia, wiedzy i odwagi. No i to wszystko się zgadzało, ale cholera… ta dziewczyna miała do zaoferowania to i o wiele, wiele więcej. I w tym wszystkim miała coś, przez co Archibald Miller dostawał zwarcia w mózgu. Wywalał się mu error, którego nie potrafił tak łatwo przeskoczyć i nawet nie chciał! Bo u w i e l b i a ł to oblicze Wallace, tego diabełka który przejmował nad nią kontrolę. Miller zamiast to hamować miał ochotę wtedy złapać ją pod ramię i zaciągnąć bóg wie gdzie, by zobaczyć na co jeszcze ją stać, gdy odpalała tryb małego skurywysna diabełka. Zadzierała wtedy głowę, a na jej twrazy pojawiał się delikatny uśmiech, ten który zwiastował czystą katastrofę, gdy tylko ktoś stanie jej na drodze. I to zacięcie w jej oczach, ten niebezpieczny błysk sprawiał, że wariował.
Teraz też w a r i o w a ł.
Sam prawdę mówiąc nie wiedział, kiedy cała sytuacja eskalowała do tego jednego konkretnego momentu, bo chyba był zbyt skupiony na tym, jak Pamela wbiła szpony w jego muśniętą słońcem skórę. Piekło, tym razem nie od nadmiaru słońca, a siły jaką w to włożyła Pameluszka, najwyraźniej napędzana walecznym nastawieniem Abby. Tym samym, które tak uwielbiał! Jednak nawet się nie gniewał, bo całkowicie przepadł, kiedy w tym pączkowym staniku i piaskiem gdzieniegdzie przyczepionym do jej wilgotnej skóry podbiegła do siatki, gotowa rozszarpać Pamelę w obronie swojego... — kogo? No właśnie, sam się zaciekawił!
Był z a f a s c y n o w a n y tym zjawiskiem.
Nią był zafascynowany.
Czuł wręcz rozpierająca go dumę, aż miał ochotę parsknąć śmiechem. W zasadzie parsknął, co nie spotkało się z radosnym odbiorem ze strony Pameli i jeszcze bardziej wbiła palce w jego skórę. — Słuchaj, gdybym ja cię tak podniósł to te twoje gnio… drogocenne kształty mogłyby nas przeważyć, a wtedy zamiast jednej piłki lecącej w ich stronę byłyby trzy. To dopiero byłoby oszustwo, nie sądzisz?! — zagadał zdając sobie sprawy, że oszustwo mogło być też genialną taktyką, o której nie pomyślał on, a na które wpadła cycolina. Zamiast jednak obmyślać nową taktykę na mecz zobaczył Srolito doskakującego do Abby i znów odpaliła się w jego głowie zazdrosna furia, a jak wiadomo w tym meczu nie skończyło się to zbyt dobrze.
Grajmy już.
Usłyszał z ust Wallace i trzeba było liczyć na to, że tym razem złość zadziała na ich korzyść. Problem w tym, że Miller odczuwał też irytację wobec Pameli, bo jej rozczarowany wyraz twarzy świadczył o tym, że obwiniała głównie jego, a to nie on pół meczu gmerał w cyckach!
Prawdopodobnie to sprawiło, że finalnie kolejna runda okazała się istnym a r m a g e d o n e m. Owszem, szli łeb w łeb z punktami, bo Miller grał jak nawiedzony starając się nadrobić wszystkie nieprzemyślane odbicia Pameli i gdy teraz zawisła nad nimi wizja decydującego punktu wiedział, że musi dac z siebie wszystko, by go nie stracili, bo przegrają. Benito odpalił mocny atak, a Archie rzucił się w kierunku piłki wiedząc, że zanurkuje gębą w piasku, ale udało się mu wybić ją w górę krzycząc. — Wstawaj! — do Pameli, ale ona zamiast użyć kurwa mózgu rąk i odbić normalnie ta piłke postanowiłą przyjąć ją na klatę. Piłka odbiła się od Basi, a może to była Stasia? Who knows, wyglądały identycznie! I uderzyła w nos Millera leżącego na piasku.

(っ'-')╮ =͟͟͞͞🏐 3:1

Przegrali.
To koniec.
No co ty Archie! Ale mi akcje spierdoliłeś! — Pamela uaktywniła bitch mode i stanęła nad nim z mordem oczach ignorując, że z jego nosa chlusnęła krew. — Przez ciebie przegraliśmy z tą wiedźmą! — wrzasnęła, a gdy tylko to usłyszał postanowił wstać tak, że podciął ją niby przypadkiem, by wylądowała dupą na piasku. Teraz to on spojrzał na nią z góry. — Wiesz co? Gniotki na targowisku odpustowym w Whitby są sto razy lepsze w dotyku od twoich cycków i kosztują kilkanaście dolarsów, a nie całą fortunę. PRZEPŁACIŁAŚ! — podsumował, a ona zamarła. Nagle w jej oczach pojawiły się olbrzymie łzy. — Ty potworze! Jesteś wredniejszy niż ta wiedźma. Pasujecie do siebie — wrzasnęła wycofując się, ale karma ją dosięgła. W tym całym dramatycznym odejściu finalnie wdepnęła w gówno. Dosłownie. To samo, które wcześniej podczas rozgrywek się ujawniło. — O nie! Kupa! BENITO, pomóż — wrzasnęła zalewając się jeszcze łazami, a Srolito słysząc dupa zamiast kupa liczył chyba, że sobie pomasuje. Ruszył na ratunek, jak na bohatera przystało i finalnie pomasował nie dupę, a cycki pameli, która błagała go o ocenę, po brutalnym werdykcie Millera. Jakby chciała upewnić się, czy naprawdę przepłaciła. Odeszli razem, Srolito poprowadził Pamelę z kupa na stopie w kierunku zachodzącego słońca, z rękami ulokowanymi na falujących piersiach.
Widok ich był… k o m i c z n y.
Spojrzał na Abby, która teraz stanęła przy nim i zwyczajnie zaczął się śmiać, przykładając do nosa swoją koszulkę i próbując zatamować krew. — Ratuj mnie, bo się wykrwawiam… to twoja nagroda za wygrany mecz — będzie robiła to co kocha najbardziej. Bo kocha ratować ludzi, co nie? Nie ma nic gorszego niż lekarz z przymusu.

summer, pretty lover, won't you come my way?

: wt sie 25, 2026 7:57 pm
autor: Abby Wallace
Złość zdecydowanie zadziała na korzyść Abigail Wallace.
Adrenalina w żyłach rozprowadziła się do tego stopnia, że już nic nie mogło jej zatrzymać, chociaż w finalnym rozrachunku najlepiej zadziałała na nią po prostu chęć utarcia nosa cycatej Pameli. Za grosz nie podobał jej się sposób, w jaki blondynka odzywała się do Millera. Tylko Wallace była uprzywilejowana do tego, by ucierać mu nosa, wypominać błędy i śmiać się głośno z jego niedoskonałości. Nikt więcej, a już na pewno nie jakaś laska, która ledwo co ich poznała, a zachowywała się, jakby pozjadała wszelkie umysłu świata.
Dlatego właśnie Abby włączyła w sobie jakieś dodatkowe pokłady desperacji, które wyniosły jąm a wyżyny siatkarskiego kunsztu. Biegała po piasku jak potłuczona. Była wszędzie, gdzie leciała piłka, podbijała jak szalona, wystawiała, a nawet kilka razy zdarzyło jej się zaatakować i WCALE nie celowała prosto w piersi Pameli. A b s o l u t n i e. Nie była przecież aż taka złośliwa. Była. A na pewno nie byłoby na trzeźwo. Sytuacja jednak mogła wyglądać zdeczke inaczej, biorąc pod uwagę, że wraz z Millerem wypili całkiem pokaźną ilośc szotów — i należy przypomnieć, ze jeden z nich dosłownie nazywał się jak bomba nuklearna — a jeśli dodać do tego jeszcze wysoką temperaturę i mocne natężenie słońca… cóż, to aż prosiło się o wyjątkowo mocne wstawienie. Było ono całe szczęście w stanie, który pomógł jej w ostatnim secie, a nie przeszkadzał, dzięki czemu wystawiła Benito ostatnią już piłkę na wygoranie meczu, a on zaatakował ją bez-błę-dnie. I chociaż Archie był gotowy walczyć dalej, Pamela postanowiła przyjąć uderzenie dosłownie na klatę, tym samym pozbawiając ich możliwości wygranej.
Brava!!! — krzyknął Marco kiedy tylko wynik wyniósł trzy do jednego. W zaledwie kilka sekund przebiegł przez pół boiska i rozłożył ręce w kierunku Wallace, unosząc ją za biodra wysoko w powietrze. — Ale wygraliśmy!!! — cieszył się jak głupi. Jego radość aż udzieliła się również Abby bo zaśmiała się głośno, chociaż szczerze mówiąc, najbardziej satysfakcjonował ją fakt, że w jej prywatnym starciu z Pamelą, to ona wyszła zwycięsko.
Nie wyszedł na tym dobrze jednak biedny, niczego niewinny Archie, który zaraz dostał opieprz za spierdolenie akcji blondynki. Otworzyła szerzej oczy, gdy Pamela nazwała ją wiedźma i aż spojrzała na zaskoczona na Benito, który tylko pokręcił głowa z uniesionymi rękami, że on nic takiego nie słyszał. Momentalnie złapała w płuca więcej powietrza, czując, jak na języku już formowała się jej s o l i d n a riposta, jednak uprzedził ją nie kto inny jak Archie Miller we własnej osobie.
Niesamowity.
Tylko to jedno słowo wierciło dziurę w jej głowie, gdy znajoma bulwa stanęła w jej obronie. I to wyciągając takie argumenty, że Wallace nie wymyśliłaby lepszych. Stali z Benito obok siebie, ramie w ramie i po prostu obserwowali scenę, która działa się przed ich oczami. Benito chyba martwił się o Pamelę, bo już chciał się wyrywać w jej kierunku, a Abby dla odmiany wpatrywała się w Millera z zachwytem wymalowanym na twarzy. Lubiła go takiego. W swojej walecznej wersji wyglądał jeszcze lepiej niż normalnie, kiedy na czole robiła mu się pojedyncza zmarszczka, a mięśnie na ciele zaciskały jeszcze mocniej. Też chciała się od niego wyrwać, ale z zupełnie innych powodów niż Benito do Pameli. Chociaż może właśnie tych samych?
Zacisnęła usta w wąską linię, gdy blondynka wdepnęła w kupę, przy zbieraniu się z piachu i naprawdę niewiele brakowało, a zaśmiałaby się jej prosto w twarz. Bezczelnie i bez najmniejszych ogródek. Całe szczęście ich towarzysze dość szybko oddalili się w stronę zachodzącego słońca. Wallace odprowadziła ich wzrokiem, a zaraz przeniosła go na Millera, który zanosząc się śmiechem wskazał na nos, który zaczął krwawić.
Aż tak mocno dostałeś? — uniosła brew ku gorze i ruszyła w jego kierunku. — Pytanie czy z piłki, czy może jednak z… — umieściła dłonie na własnych piersiach, jasno sugerując co miała na myśli, nawet jeśli całego zdania nie dane jej było skończyć. Alkohol pomieszany ze słońcem już na pełnej uderzał jej do głowy, dlatego kiedy Archie poprosił ją o pomoc, dociskając do nosa czerwoną już koszulkę, Wallace zamiast obejrzeć go jak na lekarza przystało, pchnęła go lekko na ławkę za jego plecami.
Siadaj — …a potem usiadła na nim. Bezczelnie wylądowała na jego kolanach okrakiem, napierając na niego ciałem, by spokojnie opadł na drewniane oparcie za jego plecami. — I pokaż tą moją nagrodę — mruknęła zadowolona. Wolną dłonią przytrzymała go za tył głowy, by nie odchylał jej za bardzo do tyłu, a drugą sięgnęła do koszulki, przez przypadek wcale nie spotykając własne palce z tymi jego. Materiał ukazał zakrwawiony kinol, chociaż na pierwszy rzut oka nie wyglądało to źle. Postanowiła go jednak jeszcze wymacać, żeby sprawdzić stan kości. — Nie jest złamany — wydała diagnozę. — Zaraz ci przejdzie, tylko trzeba to będzie czymś zatamować — oznajmiła zadowolona, rozglądając się za swoją torebką, którą gdzieś tu rzuciła. Nie było jej na ławce, ale za to znalazła się pod. I znowu — zmiast po prostu wstać i po nią sięgnąć, ona złapała Archiego za rękę. — Trzymaj mnie — i nachyliła się w dół, nurkując pod deski. Naprawdę mocno musiał ją trzymać, bo skubana była po drugiej stronie ławki. Całe szczęście jakimś cudem im się udało. Jednak co dwie pijane osoby to nie jedna!
Powiedz Miller... — zaczęła spokojnie, umieszczając torebusie miedzy ich nagimi brzuchami, co chwile podnosząc spojrzenie do jego pięknych, turkusowych oczu. — Miałeś kiedyś tampony w nosie? — spytała z pełną powagą i chociaż Archie mógł myśleć, że ona tylko żartowała, zaraz mógł zobaczyć jak jej zwinne rączki wyciągają jednorazowy pocisk, który lada moment wyląduje w jego nosie, żeby zatamować krwotok. Najlepszy i najbardziej praktyczny sposób na tego typu kontuzje. Stosowany między innymi w siatkówce!

miałeś kiedyś tampona w nosie?

summer, pretty lover, won't you come my way?

: pt wrz 04, 2026 1:42 pm
autor: Archie Miller
Przegrał i jeszcze długi czas będzie przeżywał swoją porażkę i fakt, że gdyby nie cycata Pamela to miałby naprawde szanse wygrać to starcie. Z Abby nie mieliby sobie równych, przecież widział jej zacięcie w tej ostatniej rozgrywce. Grała jak opętana! Benito to przy niej amator, a Pamela jedynymi piłkami jakimi powinna rozgrywać to tymi na swojej klatce. Było, minęło. Miller pomimo przegranej nie żałował żadnej decyzji, nawet tej, w której mieczem wojował i od miecza zginął. Sorry, ale dla tego pączkowego stroju Wallace było warto!
— Bardzo mocno — przytaknął formując usta w podkówkę niby na niby, ale prawdę mówiąc widok wypływającej krwi zmiękczył mu odrobinę nogi. Nie chciał jednak dać po sobie poznać, no bo trochę słabo mdleć na widok własnej krwi, aaaa stracił jej chyba dużo.
Poprawka — na pewno stracił dużo krwi. Świat mu w głowie zawirował, gdy Abby pchnęła go do tyłu i usiadł na ławce. Oczywiście można byłoby teraz dyskutować nad tym, czy do jego zawrotów głowy przyczyniła się nagła utrata krwi, czy może to wina słońca i nadmiernej ilości spożytego wcześniej alkoholu. Wybuchowego, swoją drogą! Cholera, tam nawet był krwotok mózgowy przecież w tych shotach. Całe szczęście, że poszło nosem, bo kto wie jakby to się skończyło, gdyby zalało mu mózg. Prawda jednak była taka, że ani ten krwotok, ani alkohol, ani nawet słońce nie wywołało u niego oczopląsu tak silnego, jak Wallace bezczelnie pakująca się na jego kolana.

Siadaj i pokaż tą moją nagrodę.

Głośno westchnął opierając się o ławkę. Już chciał jej palnąć, że jest cały do jej dyspozycji, bo przecież wiadomo, że najlepsza nagroda to cały on, po prostu, ale Abby Wallace skutecznie odebrała mu mowę. Dech zapierała! Error wywalała.

Obrazek


Chryste.

Patrzył na nią błyszczącymi ślepiami, pewnie od nadmiaru alkoholu albo łez, które automatycznie próbowały oczyścić jego oczy z piasku. Przez moment gapił się na nią jakby ktoś go zdzielił i urwał się mu kontakt z rzeczywistością, dopiero gdy dłonią wyczuł jej palce pozwolił odsunąć koszulkę od nosa, który choć wyglądał strasznie, na szczęście nie okazał się pogruchotany. Trochę byłoby szkoda, gdyby się mu skrzywił. Ciekawe czy plastyka nosa jest droższa od cycków? Dobrze, że nie musiał tego sprawdzać! Ba! On nawet o tym teraz nie myślał. Nie w chwili, gdy spojrzeniem przesunął się po jej brzuchu, na chwilę zatrzymując się na słodkim staniku w pączki, a potem zadzierając głowę do góry lekko, zatrzymując spojrzenie na twarzy wyraźnie zadowolonej Wallace. Miała w oczach to lekarskie zacięcie, a na twarzy pojawił się uśmieszek. ewidentnie cieszyła się z nagrody, a on? On niczego nie żałował. Chyba sam by sobie przywalił, gdyby widział zapowiedź tego co będzie w następnym odcinku, tuż po przegranej. Nie odpuściłby sobie tej chwili, w której czuł ciepło jej ciała, to jak bezczelnie i pewnie się na nim ułożyła, to jak nogi mocniej zacisnęła, by przypadkiem nie spaść, gdy nagle postanowiła odchylić się po torebkę. Jasne, że podał jej dłoń. Drugą nawet ułożył dla bezpieczeństwa na jej biodrze, przesunął na plecy, przycisnął mocniej… do siebie.

Chryste, po raz drugi.

— A ty się nie puszczaj — chyba, że ze mną heh, żart który nigdy nie śmieszy, a jednak bawi… przynajmniej Millera. Z a w s z e! A wiemy, że mogłaby się puszczać do woli, miała przecież zapas truskawkowych zabezpieczeń od Dorothy, prawda? No, ale to teraz nieistotne. Ważne jest, że się nie puściła, on też jej nie puścił. Nawet teraz, kiedy ponownie siedziała spokojnie na jego kolanach, to on i tak ręką wciąż ją obejmował i chyba niewiele myśląc kciukiem przesuwał po jej skórze na plecach jak gdyby nigdy nic, patrząc na nią tak, jakby roztaczała przed nim wizję wspaniałego dnia. — Myhym — wymruczał przymykając oczy, chyba zdecydowanie słońce już z zbyt mocno mu przygrzewało, albo zbyt wiele krwi z niego wypłynęło.

Miałeś kiedyś tampony w nosie?

Zamrugał, ocknął się najwyraźniej i spojrzał na nią raz jeszcze. — Chwila, co? — zapytał niepewny czy dobrze ją zrozumiał po czym spojrzał na jej dłonie, które już rozpakowywały mały, biały pocisk. Zamarł robiąc wielkie oczy, a po chwili już obdarzał ją tym swoim łobuzerskim uśmiechem. Oho, znów głupoty mu po głowie chodziły. — Nie, to mój pierwszy raz — dodał siląc się na powagę, z trudem prawdę mówiąc. — Słyszałem, że pierwsze razy mogą być bolesne… — yup, było to głupie i pozbawione sensu, ale czego można się spodziewać po wstawionym Millerze, który wbijał teraz swoje niewinne ślepia w Abby bezczelnie nieśmiało pytając. — Będzie bolało? — i zaraz druga dłoń sobie ułożył na jej udzie, przesunął nią do góry, zboczył na biodro, by w końcu dotrzeć do swojej drugiej ręki zamykając ją w swoich objęciach. — Rób co trzeba, w y t r z y m a m — bo faktycznie, to była taka katorga teraz dać sobie wepchnąć tampona w nochal! Nie protestował, pozwolił na to, by cudowne dłonie podchmielonej Wallace go uleczyły wpychając to małe ustrojstwo w jego nos, choć mama powtarzała od najmłodszych lat, że do nosa niczego się nie pcha! — I jak wyglądam? — zapytał uśmiechając się łobuzersko, ale nie czarujmy się, wyglądał źle. Nieco komicznie z tym tamponem, ale zdecydowanie źle. Był ubrudzony krwią, której posmak czuł wciąż w ustach, w dodatku wszędzie kleił się do niego piasek. — Myślisz, że w barze się zlitują i puszczą nas przodem jak mnie zobaczą? — szanse był marne, ale warto było spróbować. Był spragniony i bardzo chciał przepić ten paskudny smak krwi. — Trzymaj torebkę — polecił i nim zdążyła ogarnąć co chodzi mu po głowie wstał wraz z nią, nieco ja podrzucając na wstępie, by dłonie z pleców pewniej na jej pośladkach ułożyć, by przypadkiem nie gruchnęła mu na ziemię. W tym stanie pewnie nie powinien prowadzić jej nosić, ale raz się żyje. Parę razy niepewnie stanął na piasku, gdy pokonywali boisko, ale gdy już postawił nogi na pewniejszym gruncie szło się mu całkiem nieźle.

tylko delikatnie pani doktor, to mój pierwszy raz! 🩸🩹

summer, pretty lover, won't you come my way?

: sob wrz 05, 2026 4:41 pm
autor: Abby Wallace
Zdecydowanie nie miała zamiaru się puszczać.
Ani w formie łapania go za rękę, kiedy sięgała po torebkę znajdująca się pod ławką ani w żadnym innym tego słowa znaczeniu. Chociaż trzeba przyznać, że bliskość i ciepło bijące z ciała Archibalda różne myśli przywoływały do jej głowy. Te mniej i bardziej nieczyste, a jednak priorytetem w zaistniałej sytuacji było zatamowanie krwotoku, który puścił mu się z nosa.
Umiała się z skupić. Jej praca wymagała tego przez większość czasu, kiedy była na dyżurze. To samo tyczyło się wykonywania zawodu w trudnych warunkach. Co prawda głównie rozchodziło się o sytuacje zagrażające życiu, ale przecież to, co działo się między nią a Millerem można było spokojnie pod podobną podciągnąć. To jak rozpraszał ją na każdym kroku, jak czuła jego spojrzenie na swoim ciele i jak jego dłoń b e z c z e l n i e przesuwała się wzdłuż uda, przyprawiając Wallace o przyjemne mrowienie. To były przecież kuriozalne warunki. A jednak ona była w stanie wygrzebać z obszernej torebki (na miarę tej Hermiony Granger) tampona, którym błysnęła Archibaldowi prosto przed nosem.
Nie była zbytnio zdziwiona słysząc, ze to pierwszy raz kiedy będzie mieć coś takiego w nosie. Ludzie raczej używali go do innych rzeczy, chociaż akurat stosowanie tamponów do nosa była bardzo popularną praktyką w sporcie podczas krwotoków.
Wróciła spojrzeniem do Millera, gdy oznajmił, że słyszał, że pierwsze razy mogą być bolesne. Nie chciała doszukiwać wie w tym jakiegokolwiek podtekstu, a jednak widząc minę swojego przyjaciela, momentalnie kąciki ust Wallace uniosły się do góry.
Wszystko zależy od tego pod jakim kątem wsadzasz i jak delikatny jesteś — odparła spokojnie, wręcz lekarskim tonem, jakby faktycznie tłumaczyła mu jakąś chorobę. — Nie będzie boleć, Miller. Zrobimy to powoli — dalej rozmawiali o tamponach, prawda? Prawda. To dlaczego Abby mimowolnie patrząc w jego oczy, zacisnęła nogi? Dlaczego w okolicy jej podbrzusza rozlało się niekontrolowane ciepło, na które nie była w stanie nic poradzić? I dlaczego, kurwa, kiedy przesunął dłonią wzdłuż jej pleców, delikatnie zadrżała? Wolała chyba nie wiedzieć. Wolała zignorować te wszystkie sygnały, jakie wysyłało jej ciało i po prostu skupić się na robocie. Na tamponie, który zaciskała w palcach już tak mocno, że prawie go wykrzywiła.
Dobra, dawaj ten nos — poprawiła się na nim i wbiła jasne spojrzenie w miejsce krwawienia, a następnie wzięła głęboki oddech i zabrała się za delikatne wkręcanie pocisku do nosa Millera. Tak jak obiecała, robiła to p o w o l i. Ostrożnie na tyle, żeby mógł krzyknąć, gdyby coś faktycznie go bolało, chociaż przecież nie powinno.
Finalnie tak jak myślała: poszło całkiem gładko, a Archie już po chwili prezentował się z pięknym tamponem w nosie. Sznurek zwisał mu prawie do ust, przez co wyglądał…
Komicznie — skwitowała, patrząc na niego z rozbawieniem. — I tak, zdecydowanie myśle, że gdziekolwiek byś teraz nie poszedł, to by się nad tobą zlitowali — chociaż może to była kwestia jej personalnej słabości do tego osobnika? Może inni ludzie patrząc na niego z tym gównem w nosie wcale by się tak nie rozczulali? Kwestia sporna. I może nawet by mu o tym powiedziała, że może jednak to wszystko zależy, ale nim zdążyła porządnie otworzyć usta, Archie kazał jej trzymać torebkę.
Co? — tyle zdążyła powiedzieć, nim silne dłonie Millera nie przesunęły się po jej udach na pośladki. Czuła, jak wszystkie mięśnie w jej ciele momentalnie się spięły, a kiedy podniósł się do góry, mógł poczuć, jak spomiędzy jej ust wyleciało głośne westchnienie. — Archibald Miller! — krzyknęła, odruchowo zaplatając nogi za jego plecami i wolną dłonią podpierając się na jego szyi. — Przysięgam, ze jak nas wywalisz, to tampon w nosie będzie ostatnim z twoich zmartwień!! — niby go opieprzała, niby jej się to wielce nie podobało, a jednak… ryknęła głośnym śmiechem, gdy tak się z nią zataczał. Śmiała mu się prosto do ucha, jakby znowu miała dwanaście lat, a on chciał ją wrzucić do jeziora w ciuchach. I równie mocno jak wtedy trzymała się jego ciała, by przypadkiem ją nie puścił. Jedną różnicą w tym wszystkim był fakt, że… no byli nieco starsi i nieco bardziej świadomi bliskości, w jakiej się znajdowali. Że tym razem Abby czując jego oddech na własnej szyi reagowała zupełnie inaczej niż jako mała dziewczyna. Że teraz wcale nie był jej obojętny. Dokładnie jak to, kiedy wplotła dłoń w jego włosy i szarpnęła za nie delikatnie, kiedy wykorzystała te kilkanaście sekund na to, by przesunąć paznokciami po górze jego głowy i trochę go po-za-cze-piać. Sprawdzić, gdzie właściwie leżała granica.
Dużo jednak sprawdzić nie zdążyła, bo o dziwo po chwili faktycznie znaleźli się przy barze, a Archie posadził ją na jedynym wolnym hokerze, jaki był w okolicy. Co prawda chciała na nim usiąść jakaś dziewczyna, ale kiedy ich zobaczyła (i może ten nieszczęsny tampon!) to faktycznie zawróciła i stanęła bardziej z boku.
Archibald Express jak widać w formie — wtrąciła Wallace, dumna ze swojego środka transportu, że tym razem dał rade i się nie wykoleił, jak chociażby kilka dni temu w Whitby, gdy chciał przenieść ją przez rzekę.
Co tam gołąbeczki? Co dla was? — barman wyrósł nagle zza lady, nie co ich płosząc, a przynajmniej Abby, która wypatrywała się maślanymi oczami w Millera i łapała go między nogi, by go przy sobie przytrzymać. — Może macie ochotę na naszą popisową pijacka grę? — rzucił tajemniczo, poruszając energicznie brwiami, a Wallace się zastanowiła. Bo z jednej strony już mieli trochę wlane i pewnie dalsza libacja nie była najmądrzejszym rozwiązaniem, ale z drugiej strony… kiedy jak nie dzisiaj?
No i co powiesz, Miller? — zadarła brodę, przekręcając głowę delikatnie w bok i wpatrując się wyzywająco wyczekująco w swojego towarzysza. — Wchodzisz w to, czy pękasz?

Are you in or out? :podnieta:

summer, pretty lover, won't you come my way?

: śr wrz 09, 2026 8:00 pm
autor: Archie Miller
Zdecydowanie nie miała zamiaru się puszczać.
Dobrze, a jednak trochę szkoda. Gdyby jednak chciała to Archibald bez wątpienia byłby pierwszym zgłaszającym się na ochotnika, by jej w tym puszczaniu towarzyszyć. Czy można było się mu dziwić w tej sytuacji?! Może bilans tego popołudnia nie był na jego korzyść, bo zaliczył krwotok z nosa, poplamił ulubione kąpielówki w kaczki, nie mówiąc już o koszulce, a w dodatku porażka w siatkarskiej rozgrywce uderzyła w jego męskie ego, ale… kogo by to kurwa obchodziło, skoro na jego kolanach siedziała pączkowa Abby i jedyne o czym był w stanie teraz myśleć to to, jak zaciskała na nim swoje uda. Nic dziwnego, że w głowie włączył swój ulubiony błogi stan, w którym logiczne myślenie było spychane gdzieś na bok, tylko po to by ustąpić miejsce czystej, chłopięcej radości z faktu, że jego ulubiona bulwa, najwspanialsza pyskaczka i jedyna w swoim rodzaju pani doktor jest tak blisko.
Zbyt blisko.
Cholibka! Ileż to znów musiał wywołać w myślach zdechłych piesków, byleby się nie zdradzić ze swojego zadowolenia, to tylko on i bóg jeden wie!!! Czasami zastanawiał się, jak ona to u licha robi? Zachowuje ten profesjonalizm podczas jego wszystkich najdurniejszych sytuacji wypadkowych, choć wcale jej tego nie ułatwiał. Patrzył na nią od dołu, mrużył swoje podchmielone oczęta, uśmiechał się głupkowato i rzucał tekstami na miarę durnego nastolatka, nawiązując do pierwszych i bolesnych razy. Chciał wziąć ją pod włos, rozbawić, sprawić, że pęknie, a zamiast tego ledwo drgnął jej kącik ust w górę i odbiła mu piłeczkę.
Wszystko zależy od tego pod jakim kątem wsadzasz i jak delikatny jesteś.
I dokładnie teraz też miał właśnie taką chwilę gdzie naprawdę zastanawiał się, jak ona to robi?! Przecież on miał już na ustach lawinę głupich tekstów gotowych do wystrzelenia w jej stronę, gdy ona z tą śmiertelnie poważną miną ostrożnie wsadzała mu tampon do nosa, a raczej wkręcała. Dopiero w momencie gdy wyczuł jak zaciska uda, kiedy dłonią przemyka po jej plecach zrozumiał, że spora część jej zachowania to pozory. Poczuł to jak zadrżała i dostrzegł to jak próbowała ukryć to poprawiając się na nim. Poczuł… satysfakcję? Tak, zdecydowanie satysfakcję. Jakby okrył jej mały sekret. Mogła się kryć za tą lekarską maską, ale on ją już przejrzał. Wiedział, że tam w środku jest dziewczyna, która podobnie jak on walczyła z rozbawieniem i nie tylko, bo kto wie, może walczyła z nieodpowiednimi myślami podobnie jak Archie?
Z dumą godną pięciolatka przyjął jej komentarz o tym, że wygląda komicznie czując jednocześnie, że pomimo utraty krwi poziom jego energii gwałtownie podskoczył. Ciekawość zawsze tak na niego działała, a teraz był ciekawy tego, czy ludzie się nad nim zlitują. — Więc sprawdźmy to! — rozporządził nie dając jej nawet chwili na zastanowienie, bo zaraz po tych słowach poderwał się z nią do góry. Odpalił silnik swojego Archibald Express, który po ostatnich wydarzeniach w Whitby powinien zostać odstawiony do garażu i nie pożałował tej decyzji. Piasek może osuwał się mu pod stopami, a nogli plątały jak u pijanego — a to szok, huh — ale dla tego okrzyku Wallace: Achiblad Miller! i dla tych dłoni przemykajacych po jego karku i zaczepiających jego włosy… BYŁO WARTO. I cholera, dla tego śmiechu! Głośnego, beztroskiego, u l u b i o n e g o. Tego, który zawsze był zwieńczeniem ich głupot, które wspólnie odwalali. Było jak kiedyś, a zarazem było inaczej, bo choć nie chciał o tym zbyt wiele myśleć i analizować to czuł, kurwa czuł całym sobą jakąś dziką satysfakcję, że ma ją znów — podobnie jak w kuchni — tak blisko. I być może dlatego, nawet gdy odstawił ją już na ten przeklęty stołek przy barze to nie odsunął się o krok. Ba! Dał się złapać między jej nogi, oparł swoje wielkie dłonie na jej udach strzepując z nich odrobinę piasku i wzrokiem odprawił laskę, która ustąpiła im miejsca. — Pierwsza litościwa — skomentował odprowadzając ją wzrokiem, a sznureczek tamponu zabujał się radośnie, zaraz jednak szybko wrócił spojrzeniem do Abby i wtedy barman się wtrącił. Popisowa pijacka gra? Oczy jakby szerzej otworzył, bo z jednej strony chciał, z drugiej wiedział, że nie powinni w to brnąć. Może nawet wykazałby się odrobiną rozsądku taa, jasne ale słysząc jej wyzywające pytanie wchodzisz to czy pękasz w głowie miał tylko jedną odpowiedź. Archibald Miller nigdy nie pęka! Przynajmniej nie na widok drinków, bo na widok krwi i igieł to różnie bywa. — Prędzej cycuszki Pameluszki popękają niż ja — oznajmił zadzierając wypchany tamponem nochal do góry i spojrzał wymownie na barmana, by już im szykował po kolejce, a potem pochylił się w stronę Wallace na tyle blisko, że czubkiem nosa trącił jej ucho, a sznurek od tamponu połaskotał ją po szyi. — Tym razem nie dam za wygraną! — powiedział cicho i odsunął się obdarzając ją łobuzerskim uśmiechem. W końcu czas na rewanż, chociaż wsłuchując się w zasady wywnioskował, że jego nagrodą będzie co najwyżej konkretnie nawalona Wallace, ale w sumie... ta potrafiła niejednego zaskoczyć. Nigdy nie było wiadomo, które pijackie oblicze Wallace się mu przytrafi. Skinął szybko na barmana by im podsunął te dzieła, a on do niego, że już trzy kolejki z góry im przygotował. Okay, byli porobieni, ale trzy kolejki to zdecydowanie za mało, by któreś z nich odpadło. No chyba, że typ zza lady przyrządzał koktajle mocniejsze niż uderzenie bomby atomowej, ale nawet to już dzisiaj przerobili. Pili na przemian jeden za drugim i nie, nie odpadli. JESZCZE. Barman jednak już wysuwał kolejną tackę z szotami przed nimi, więc jeśli nie alkohol ich zabije to z pewnością tempo ich spożywania już tak. Był już w połowie kolejnej tacki, gdy chemik zza lady wystawił przed nich coś, co na pewno nie było mokrym snem Millera. Raczej istnym koszmarem! Co gorsza p o d p a l a n y m. Wokół nich zebrało się trochę gapiów, co poniektórzy zaczynali też grać w tę grę, ale jedyne co Archie dostrzegł było znajome zielone gówno. Ogórkowe ścierwo. Autentycznie poczuł, jak zawartość jego żołądka podskoczyła. — Chyba sobie jaja robicie! — pas. Pasuje. Przerwa. Zmiana, cokolwiek?!
RATUNKU?
Błagalne i przerażone — tego rodzaju spojrzenie posłał Wallace, która na pewno równie mocno ucieszyła się na widok tego smaku. Zdecydowanie mniej bał się ognia i nawet pochylił się w kierunku przyrządzonych alkoholi, by zobaczyć jakie dwa pozostałe smaki oferował, a sznurek od tamponu niefortunnie zawisnął nad płomieniem.


(っ-,-)つ🍹

summer, pretty lover, won't you come my way?

: pt wrz 11, 2026 10:29 pm
autor: Abby Wallace
Zdecydowanie nie powinni w to brnąć.
Było to nie tylko zapisane w gwiazdach, ale przede wszystkim w ich obecnym stanie upojenia. Już byli pijani. Wstawieni z pewnością. A do tego muśnięci słońcem do tego stopnia, że Wallace w osiemdziesięciu procentach była przekonana, że prawie dostała udaru grając w siatkówkę. Świat jej lekko wirował, a głowa płatała figle. Jak na przykład wtedy, gdy pod wpływem dotyku Millera całe jej ciało drżało. Gdy wzdłuż kręgosłupa przemieszczał się przyjemny dreszcz, gdy muskała przypadkiem skrawek jego ucha, podczas gdy on dzielnie niósł ją do baru, albo kiedy położył dłonie na jej odkrytych udach i przesunął się nieco wyżej, pozostawiając na skórze wyjątkowo intensywne mrowienie. To wszystko dało się zwalić na alkohol i jego nadmiar. Tylko czemu ona chciała dalej pić?
Nie miała pojęcia.
Może to był już ten moment, w którym człowiek nie umiał sobie odmówić, a może po prostu chciała mu pokazać, jak silną głowę miała. Szkoda tylko, że wcale. Że tak naprawdę była już bardziej wstawiona od niego, a do tego jeszcze wyjątkowo d o t y k a l s k a. Z pełną świadomością i premedytacją przesuwała kolana tak, by raz po raz się o niego ocierały. By ich nagie skóry wciąż pozostawały w kontakcie, podczas gdy jej jasne spojrzenie nawet na moment nie schodziło z jego twarzy.
Barman postawił kilka rozchodniaczków przed rozpoczęciem odpowiedniej rundy i chociaż miały one tylko lekko rozgrzać przełyk, tak Abby już czuła, że będą dla niej gwoździem do trumny. Albo do czegoś innego, bo kiedy Miller nachylił się do niej ucha, kiedy zaczepił ją czubkiem nosa, szepcząc jak to nie da za wygraną, to Wallace dostała porządny error. Do tego stopnia, że sama przykleiła policzek do tego Archiego, przytrzymując go przy sobie chwile dłużej.
No to pokaż na co cię stać, Miller — ci to jak zwykle więcej się nagadają niż faktycznie pokażą, ale taka już była ich natura. Chlusnęli po pierwszych szocikach, chwiejąc się przy tym niebezpiecznie, a kilka osób zebrało się dookoła, dołączając do zabawy. I wszystko byłoby świetnie… do momentu. Momentu krytycznego. Momentu, w którym na ladzie nie wylądował zielony, już dobrze im znajome ścierwo.
Ja pierdole — tylko tyle była w stanie z siebie wydusić. Ciężko już siedziało się jej na hokerze, bujała się na boki, a widząc to, aż poczuła, jak śniadanie podchodzi jej do gardła. W dodatku tym razem alkohol był podpalony. — Ty pierwszy! — od razu nachyliła się do Archiego, szarpiąc go za ramiona. Tak właściwie to chciała go tylko pogłaskać, ale za nic nie była w stanie wycelować i skończyło się na tym, że lekko go podrapała, przy tym popychając. I może Archie faktycznie pierwszy spróbowałby szota, ale wtedy sznurek z tempona zakręcił się niebezpiecznie nad ogniem i… podpalił.
JEZU ON PŁONIE!!! — krzyknęła jakaś dziewczyna, która stała tuż obok i czekała na swojego drinka. Wywaliła w górę ręce siejąc panikę, a Wallace jak na lekarza przystało i człowieka po alkoholu n i e u s t r a s z o n e g o, zerwała się z krzesła i od razu sięgnęła do niego ręką. Mały ogień na sznureczku bez problemu można było zamknąć w opuszkach, odcinając dostęp do powietrza płomieniom. I to właśnie zrobiła. Szkoda tylko, że w tym samym czasie spanikowana dziewczyna nie miała na tyle cierpliwości, by dać lekarzowi pracować i z momentem, w którym Abby zacisnęła się na sznurku, ona CHLUSNĘŁA w nich swoim Mohito. Prosto w ich twarze.
Boże, ugasiłam! — wydarła się do ludzi dookoła, po czym poklepała Archiego w nagie, mokre plecy. — Całe szczęście, ze tu byłam, jezu — przypisała sobie wszystkie zasługi, a Wallace tylko zamrugała wciąż zaskoczona obrotem spraw. Cała twarz ją piekła od zimna, które pozostawił rozkruszony lód. Miała go wszędzie, a najwięcej to w pączkowym staniku, do tego limonka przykleiła się jej do lewej piersi. Ale i tak to nie było najlepsze. Bo najlepiej to wyglądał Miller, który na poliku i środku czoła miał listki mięty. Przyległy do jego skóry, jakby właśnie tam było ich miejsce i do tego ten ugaszony tampon. Aż Abby musiała zacisnąć usta w wąską linię, by nie gruchnąć śmiechem.
Masz tu… trochę mięty — rzuciła z udawaną powagą, pokazując mu na własnej twarzy gdzie dokładnie, jednak po tym jak Miller nie był w stanie sam zlokalizować położenia listków, Wallace przysunęła się bliżej. — Czekaj, pokaż — sięgnęła do tego na czole palcami, a że w dłoniach już potem nie miała miejsca… wspięła się na palce i tego na poliku złapała własnymi ustami, muskając przy okazji jego skórę. Wargi zamrowiły przyjemnie jeszcze nim zdążyła złapać zieleninę między zęby i ściągając z policzka przyjaciela.
Mało. Naprawdę mało brakowało, by przesunęła się nieco bardziej na prawo w stronę jego ust. Musiała znaleźć w sobie resztki pokładów trzeźwości, by w końcu wrócić na pięty i spojrzeć na niego z dystansu. Na jego piękne, niebieskie oczy, którym uwadze chyba wcale nie uszedł kawałek limonki na jej piersiach.
Nie rób tego.
Nie rób tego.
Nie rób tego.

Nie krępuj się — rzuciła spokojnie, jeszcze bardziej bezczelnie wypinając piersi do przodu. Jezu, trzeźwa Abby w tym momencie zdzieliłaby pijaną Abby klapkiem, gdyby tylko mogła. Albo najlepiej czymś twardym, żeby zabolało albo żeby chociaż straciła przytomność i nie robiła więcej głupot. Niestety nie mogły istnieć jednocześnie i ta wstawiona wersja traciła powoli wszelkie hamulce. Szczególnie kiedy zachodzące słońce muskało pomarańczowym światłem umięśniona klatkę Millera, teraz dodatkowo m o k r ą od miętowego drinka.
Wyglądał dobrze.
Za dobrze.
Tak dobrze, że po chwili stwierdziła, że teraz jednak jej kolejka i odwróciła się do baru, złapała już wcale niepalącego się shota, po czym w przypływie odwagi i chęci odwrócenia uwagi od przyjaciela, przechyliła zawartość wlewając ją sobie prosto do gardła.
I to był błąd.
Kurwa, jak piecze — wyrwało się jej spomiędzy warg, gdy tylko poczuła, jak płyn dosłownie przepala jej przełyk. Smakował o wiele gorzej niż wcześniej. Był mocniejszy. Śmiertelny. I śmiertelnie wolno też przemieszczał się wewnątrz jej ciała, siejąc spustoszenie. Aż musiała wesprzeć się o blat i nachyliła w dół. Oczy momentalnie zaszły jej łzami, a płuca ciężko łapały powietrze. — Chyba umieram.
Trochę alarmujące stwierdzenie, jak na kogoś, kto był lekarzem.

summer, pretty lover, won't you come my way?

: wt wrz 15, 2026 10:31 am
autor: Archie Miller
Płonął — to fakt.
Przy niej, przez nią, dla niej.
Przecież czuł to narastające ciepło wewnątrz, które ona potęgowała całą sobą. Tym, jak dotykalska stała się, jak trącała go nagim kolanem, jak oddech zostawiała na jego skórze, gdy się pochylał w jej stronę. Czy robił cokolwiek, by to przerwać? Ta… jasne. Po cholerę? Nie przepadał za zimnem, lgnął za to do ciepła, do jej rozpalonej skóry, do jej rozgrzewającego spojrzenia, bo teraz zdecydowanie takie było. Miała w sobie ten błysk, któremu nie potrafił odmówić i który jedynie go napędzał do robienia głupot.
No to pokaż na co cię stać, Miller.
Na wiele go było stać, choć niekoniecznie w tym stanie upojenia i udowadnianie, że stać go na więcej było skrajną głupotą, ale nie był w stanie tego przerwać. Nie gdy swój policzek do jego przycisnęła i w zasadzie wystarczyłoby, że odrobinę by się wycofał, nieco w bok głowę zwrócił i stać by go było znów na jej gorące usta. Musiał jednak obejść się smakiem ust (nie pierwszy i nie ostatni raz), bo na ladę wjechało coś zupełnie przeciwnego do słodyczy Wallace.
Coś o k r o p n e g o.
Nieufnie pochylił się nad kieliszkami czując, że jeśli to wypije będzie po nim. W zasadzie to i bez picia mogło być po nim, bo nim sam się zorientował to już wszyscy wokół wiedzieli, że płonie. W chwili gdy sznurek od tamponu tlił się Archie stał jak sparaliżowany, trochę tak jakby oglądał kreskówkę w telewizji i z niecierpliwością czekał co się stanie, aż cały lont spłonie i dotrze do pocisku / bomby / tamponu, jak zwał tak zwał. Czy byłoby to takie złe? Pewnie nie. W końcu nie od dziś na pękanie i krwawiące naczynka stosuje się przypalanie, prawda? Nie protestował jednak, gdy Abby nie ulegając panice ostrożnie ugasiła ogień swoimi opuszkami wywołując tym samym w Archiem falę… zachwytu?
Miał być zachwyt, a było Mohito.
Zimne w dodatku, co mogłoby mu faktycznie sprzyjać ugasić na krótką chwilę te wszystkie wewnętrzne pożary. Mogłoby gdyby nie fakt, że mokra Wallace z drobinkami rozkruszonego lodu zsuwającego się po jej nagrzanej skórze i limonką przyklejona do piersi wyglądała g o r ą c o, apetycznie, aż chciał z niej spić resztki cudzego alkoholu. Ślinił się, może nie dosłownie, ale cały jego wyraz twarzy jasno wskazywał na to czego w tej chwili pragnie. Zdecydowanie był pijany, bo nie panował i nawet nie próbował zapanować nad swoją ekspresją. Jak barman otwarcie te shoty na tacy przed nimi wystawiał, tak on jasno całym sobą komunikował jak bardzo chce tą limonkę własnymi ustami z jej piersi zagarnąć. I pewnie zrobiłby to w tym momencie, gdyby nie fakt, że to ona wyrwała się do niego, by miętę z policzka zagarnąć. Dłoń swą na jej boku ułożył, palce nieco mocniej na jej skórze zacisnął. — Śmiało — mruknął, gdy poczuł jej usta na swojej skórze nie odrywając wzroku od limonki.
Nie krępuj się.
Przełknął ślinę z trudem, zagryzł zęby nieco mocniej, nosem nabrał powietrza, cały się spiął gdy oczy pociemniały mu z pożądania. Jakby te bezczelne trzy słowa rzucone przez Abby przesunęły go do krawędzi. Miejsca, gdzie na limonce pewnie by nie poprzestał. Już się pochylał w jej stronę podążając za pragnieniem i zostawiając w tyle trzeźwe oblicze Millera, które może do najrozsądniejszych nigdy nie należało, ale skutecznie powstrzymywało się przed skomplikowaniem ich przyjaźni. To, że on nie obracał się za resztkami własnego rozsądku nie powstrzymało jednak jej do odwrócenia się w stronę baru, niwecząc tym samym jego plany.
Cholera!
Usta oblizał i smakiem się obszedł, pięść jedną mocniej zacisnął chyba próbując wyhamować rozpędzone pragnienia. Słabo mu to wychodziło, więc idąc za przykładem Abby już sięgał po kolejnego shota, szczególnie gdy z planszy znikał ten ogórkowy, ale jej dramatyczne chyba umieram zatrzymało go i zamiast położyć dłoń na kieliszku ułożył ją na jej plecach. — Żadnego umierania Wallace — zaprotestował łapiąc ją pod ramiona żeby zaraz się mu tu na podłodze nie ułożyła na wieki wiekuiste, jednocześnie barmana poganiając, by schłodzoną wodę mu podał. — Siadaj — nie czekając na jej reakcję złapał ją, na krzesło podsadził i… nie zdążył zrobić nic więcej, bo nagle między nimi wyrósł jakiś tp w lnianej koszuli wołający z daleka, że jest lekarzem i bez pytania zaczął ją macać po szyi. Była czerwona, oczy wypełnione miała łzami i powietrze łapała tak ciężko, że Millera przez moment naprawdę obleciał strach. Szczególnie gdy doktor Mc. Dreamy wyskoczył z tesktem. — To może być poparzenie przełyku, proszę odchylić głowę — i cholera wie skąd wyciągnął nagle latareczkę, by jej do buzi poświecić. Złapał Abby za podbródek bez pytania i zaczął świecic prosto w twarz. — Otwórz usta i powiedz AAAA — polecił informując jednocześnie z powagą, by zgromadzeni i sama poszkodowana wiedziała co robi. — Sprawdzam drożność dróg oddechowych — przyświecając po jej jamie ustnej zacmokał. — Migdałki lekko podrażnione, błona śluzowa zaczerwieniona, ale brak większego obrzęku — ocenił i wyłączył swoją latareczkę chowając ja ponownie w kieszeni, uśmiechając się uroczo do pacjentki. — Najlepiej schładzać małymi łykami zimnej wody i nie pić już dzisiaj alkoholu — polecił i uprzedzając Archiego sięgnął po butelkę lodowatej wody, którą przyniósł barman. Otwarł ją i podał Abby uśmiechając się przy tym tak, jakby na coś sobie liczył. — Dziękujemy za diagnozę — wtrącił kulturalnie Miller mierząc go spojrzeniem, jakby chciał jsano zakomunikować: temu panu już dziękujemy napinając przy swoją jeszcze mokrą od mohito klatkę piersiową i przystępując do nich z boku biodrem trącił go trochę zbyt mocno, więc biedak by nie stracić równowagi i nie zaliczyć gleby musiał nagle się od niej odsunąć. Miller zaraz to wykorzystał stając znów naprzeciw niej nie kryjąc jednocześnie podziwu dla limonki, która po tych wojażach wciąż zajmowała to samo miejsce. to chyba zasługa stroju, za który delikatnie się wsunęła. W głowie wciąż słyszał słowa Abby: nie krępuj się. I nie, nie zamierzał. Niewiele myśląc pochylił się i zgarnął ustami cytrusowy łup z jej piersi, ustami muskając przy tym jej skórę. Zgniótł limonkę swoimi zębami i obnosząc się ze swoją zdobyczą złapał za butelkę wody z której Abby spijała małe łyki. — Schładzanie biorę na siebie — poinformował, gdy wysysał cały sok z limonki wrzucając jej resztki do pustej szklanki po jakimś drinku. Nim zdążyła zareagować już wsuwał dłonie pod jej pośladki tylko po to, by podrzucić ją do góry i zarzucić sobie przez ramię. — Co pan robi?! Ona potrzebuje fachowej opieki! — lekarz zaprotestował, ale Miller dumnie się uśmiechnął. — Niech pan się nie martwi, ja się nią dobrze zaopiekuję — choć bez koszulki i z tym ugaszonym w ostatniej chwili tamponie nie wyglądał zbyt przekonująco. Szczególnie gdy przy pierwszych trzech krokach mocno walczył o utrzymanie równowagi, ale wina na pewno nie była po jego stronie, tylko po stronie Abby, która wisząc głową w dół gibała się w niekontrolowany sposób na boki.
Mówiłem, że tym razem wygram — odparł dumnie klepiąc ją po… oh, po pośladku, bo akurat miał go pod ręką, gdy chwiejnym krokiem maszerował ze swoją pyskaczką zmierzając… no właśnie, gdzie on u licha w ogóle szedł?!
Chyba tego nie przemyślał.
Grunt, że zabrał ze sobą wodę. I Wallace!!!
Czego więcej mu potrzeba do szczęścia?

where do we go now sweet child o' mine