whatever works to put some joy in the engine
: śr sie 19, 2026 5:42 pm
Czy Lainey czułaby się jakoś szczególnie źle, dowiedziawszy się, że jej dzisiejsza randka umawia się z Milagros? Może odrobinę. Nie miała pojęcia, jak wielce zażyłą relacje miały dziewczyny, ale zwyczajowo nie tykała tego, co do niej nie należało. Nieważne, czy to kwestia pewnych szufladek, czy zwykłego podejścia. Gdyby Mila nie miała z tym problemu, być może i Lane puściłaby temat w zapomnienie; ale z pewnością stanie się dziwnie, jak tylko się dowie, bo przecież… dzielić mogły się paczką czipsów, no nie? Na całe szczęście dzisiaj nic o tym nie wiedziała i może się nawet wcale nie dowie, bo przecież w głowie Lainey była to zaledwie jednonocna przygoda. Bez przyszłości, bez późniejszego, przypadkowego wpadania na siebie, bo Toronto było ogromne i tylko pech musiałby znowu postawić Bremers na jej drodze.
A przed nimi była jeszcze cała, wspólna noc. Mogły poświęcić ją sobie w pełni, nie zastanawiając się nad niczym więcej i przecież o to chodziło. O pożądanie, które każdą z nich wypełniało już od stóp, do głów. O żarliwe pocałunki, wilgoć w bieliźnie i gotowość do zmierzwienia pościeli. Ach, Rosewood naprawdę nie mogła się doczekać. To nazwisko sprawiało, że miała tak gorącą krew. Była równie niecierpliwa, co jej starszy brat i równie bezwstydna w swoich żądzach. Rosewoodów nigdy nie nauczono wstydu, właśnie dlatego albo ich kochano, albo nienawidzono.
— Mandatem. I paskudnie wysoką karą dla zawodnika — odpowiedziała rozbawiona, zwilżając usta. Nie, żeby kilku takich Lane nie miała już na swoim koncie. Czasem wymsknęło jej się nazwanie innego zawodnika debilem, skrytykowanie swojego auta, zaśpiewanie piosenki, do której nie miała praw… ale kary za nagie cycki jeszcze nigdy nie dostała. Cóż, zawsze może być ten pierwszy raz, prawda? Byleby ją to nie zamroczyło na tyle, że i tak rozjebalaby swój bolid w drobny mak. Było to jednak niebezpieczne.
Na tyle niebezpieczne, co rozkoszne stęknięcia Coven, gdy dziewczyna przylegała do jej ciała i nogi. Lane pragnęła zobaczyć ją w akcji, najlepiej na swoich udach. Na komplement dotyczący działania nawet bez fury zaledwie się zaśmiała, a potem, na zewnątrz, skinęła głową na jej odpowiedź, wysuwając z niewielkiej nerki świeżą paczkę cienkich fajek i żarową zapalniczkę.
— Śmiało — wymruczała, gdy po odpaleniu fajki zaciągnęła się kilka razy, a potem podsunęła używkę Coven. Pochyliła się, aby otrzeć nosem o jej policzek, jakby nie mogła wytrzymać bycia zbyt d a l e k o, a potem potrząsnęła głową. — Już jedzie — i rzeczywiście, lada moment podjechała taksówka, a Lane wyrzuciła w połowie niedopalonego papierosa do studzienki. Droga na szczęście nie dłużyła się w nieskończoność, gdy usta Rosewood były przyciśnięte do szyi nowej koleżanki, a jej dłoń bezwstydnie błądziła po udach. Typ z ubera na szczęście nic nie mówił, więc Lainey zostawiła mu też napiwek, a gdy znalazły się już w odpowiednim miejscu, kompletnie nie zwracała uwagi na otoczenie. Fuczała niezadowolona, gdy Bremers męczyła się z zamkiem, a odetchnęła z ulgą dopiero, kiedy drzwi za nimi zatrzasnęła tyłkiem i popchnęła Coven na łóżko.
Butelkę i fajki odłożyła na jakiś nocny stolik, w drodze do łożka ściągając z siebie koszulkę. Nie miała biustonosza, więc już z nagą klatką piersiową wdrapała się na uda Bremers, pochylając się, by złączyć ich usta.
— Jesteś piękna, wiesz o tym? To mój szczęśliwy dzień — zaśmiała się krótko przy jej ustach, nim nie wsunęła dłoni pod jej koszulkę, aby ścisnąć piersi i czym prędzej pozbyć się niepotrzebnego materiału. — Do góry — poleciła, zbyt naturalnie wchodząc w ten nieco d o m i n u j ą c y ton głosu.
coven bremers
A przed nimi była jeszcze cała, wspólna noc. Mogły poświęcić ją sobie w pełni, nie zastanawiając się nad niczym więcej i przecież o to chodziło. O pożądanie, które każdą z nich wypełniało już od stóp, do głów. O żarliwe pocałunki, wilgoć w bieliźnie i gotowość do zmierzwienia pościeli. Ach, Rosewood naprawdę nie mogła się doczekać. To nazwisko sprawiało, że miała tak gorącą krew. Była równie niecierpliwa, co jej starszy brat i równie bezwstydna w swoich żądzach. Rosewoodów nigdy nie nauczono wstydu, właśnie dlatego albo ich kochano, albo nienawidzono.
— Mandatem. I paskudnie wysoką karą dla zawodnika — odpowiedziała rozbawiona, zwilżając usta. Nie, żeby kilku takich Lane nie miała już na swoim koncie. Czasem wymsknęło jej się nazwanie innego zawodnika debilem, skrytykowanie swojego auta, zaśpiewanie piosenki, do której nie miała praw… ale kary za nagie cycki jeszcze nigdy nie dostała. Cóż, zawsze może być ten pierwszy raz, prawda? Byleby ją to nie zamroczyło na tyle, że i tak rozjebalaby swój bolid w drobny mak. Było to jednak niebezpieczne.
Na tyle niebezpieczne, co rozkoszne stęknięcia Coven, gdy dziewczyna przylegała do jej ciała i nogi. Lane pragnęła zobaczyć ją w akcji, najlepiej na swoich udach. Na komplement dotyczący działania nawet bez fury zaledwie się zaśmiała, a potem, na zewnątrz, skinęła głową na jej odpowiedź, wysuwając z niewielkiej nerki świeżą paczkę cienkich fajek i żarową zapalniczkę.
— Śmiało — wymruczała, gdy po odpaleniu fajki zaciągnęła się kilka razy, a potem podsunęła używkę Coven. Pochyliła się, aby otrzeć nosem o jej policzek, jakby nie mogła wytrzymać bycia zbyt d a l e k o, a potem potrząsnęła głową. — Już jedzie — i rzeczywiście, lada moment podjechała taksówka, a Lane wyrzuciła w połowie niedopalonego papierosa do studzienki. Droga na szczęście nie dłużyła się w nieskończoność, gdy usta Rosewood były przyciśnięte do szyi nowej koleżanki, a jej dłoń bezwstydnie błądziła po udach. Typ z ubera na szczęście nic nie mówił, więc Lainey zostawiła mu też napiwek, a gdy znalazły się już w odpowiednim miejscu, kompletnie nie zwracała uwagi na otoczenie. Fuczała niezadowolona, gdy Bremers męczyła się z zamkiem, a odetchnęła z ulgą dopiero, kiedy drzwi za nimi zatrzasnęła tyłkiem i popchnęła Coven na łóżko.
Butelkę i fajki odłożyła na jakiś nocny stolik, w drodze do łożka ściągając z siebie koszulkę. Nie miała biustonosza, więc już z nagą klatką piersiową wdrapała się na uda Bremers, pochylając się, by złączyć ich usta.
— Jesteś piękna, wiesz o tym? To mój szczęśliwy dzień — zaśmiała się krótko przy jej ustach, nim nie wsunęła dłoni pod jej koszulkę, aby ścisnąć piersi i czym prędzej pozbyć się niepotrzebnego materiału. — Do góry — poleciła, zbyt naturalnie wchodząc w ten nieco d o m i n u j ą c y ton głosu.
coven bremers