Strona 2 z 2

No 678. An Unnecessary Morning

: ndz sie 30, 2026 6:43 pm
autor: Edward Wentworth
Poczuł jego palce na swoich i przez jedną, może dwie sekundy nie wydarzyło się nic. Potem zacisnął dłoń. Mocniej, niż wymagało przejście przez kałużę. Mocniej, niż wypadało człowiekowi, który jeszcze przed chwilą robił wszystko, żeby sprawiać wrażenie obojętnego. Kciukiem odruchowo przesunął po grzbiecie dłoni Doriana, po znajomych kostkach, i właśnie ten drobny ruch zdradził go bardziej niż cokolwiek, co powiedział wcześniej pod markizą. Ciało miało fatalną pamięć. Albo przeciwnie, doskonałą. Edward nigdy nie potrafił zdecydować, która możliwość była gorsza. Pamiętał te dłonie.
To było idiotyczne, ile rzeczy człowiek potrafił zapomnieć przez kilka lat. Numery telefonów. Nazwiska. Hasła. Całe miesiące życia potrafiły skurczyć się w pamięci do dwóch czy trzech obrazów, które właściwie mogły należeć do kogoś innego. A jednocześnie wystarczył dotyk, żeby nagle przypomnieć sobie nacisk cudzych palców. Temperaturę skóry. Sposób, w jaki Dorian obejmował jego nadgarstek, kiedy chciał go zatrzymać (lub robić inne rzeczy, o których jawnie nie rozmawiali!). Jak trzymał dłoń Edwarda pod stołem podczas kolacji, na której nie wolno im było trzymać się za ręce.
Wsiadł za nim do samochodu. W środku pachniało skórą, drewnem i czymś dyskretnie cytrusowym. Drzwi zamknęły się z głuchym, ciężkim dźwiękiem i deszcz natychmiast oddalił się od nich o kilka metrów, chociaż nadal znajdował się tuż za szybą. Krople przesuwały się po niej ukośnie. Kierowca złożył parasol, obszedł samochód i po chwili usiadł za kierownicą. Edward dopiero wtedy zauważył, że Dorian nadal trzyma go za rękę. Spojrzał na ich splecione palce. Powinien ją zabrać. To byłoby rozsądne. Odpowiedzialne. Dorosłe. Wszystkie trzy rzeczy znajdowały się jednak dość nisko na liście cech, które Edward szczególnie w sobie cenił. Zamiast tego odpowiedział uściskiem. Nie spojrzał przy tym na Doriana. Patrzył przez okno, jakby zainteresowała go witryna zamkniętej pralni po drugiej stronie ulicy. Jego palce zacisnęły się jednak mocno wokół cudzej (choć tak znajomej) dłoni. Prawie boleśnie. Jakby sprawdzał, czy Dorian rzeczywiście tam jest. Albo jakby za chwilę ktoś miał otworzyć drzwi i znowu go zabrać.
Musimy porozmawiać.
Edward przymknął oczy. Oczywiście, że musieli. Przez kilka lat prowadził tę rozmowę sam. W samolotach. W hotelowych łazienkach. Pod prysznicem. W listach. W łóżkach innych ludzi, co było szczególnie nieuprzejme wobec tych ludzi. Wymyślał Dorianowi argumenty, a potem z nimi polemizował. Czasami wygrywał. Czasami Dorian wygrywał. Najgorsze było to, że jego wyobraźnia znała go wystarczająco dobrze, żeby ten wymyślony Dorian mówił rzeczy całkiem przekonujące. Teraz ten prawdziwy siedział obok i prosił o szansę na wyjaśnienie. Edward spojrzał najpierw na tył głowy kierowcy.
- Chwileczkę. - Pochylił się i nacisnął przycisk przy podłokietniku. Przyciemniana szyba zaczęła bezszelestnie wysuwać się spomiędzy przednich i tylnych siedzeń. Kierowca nawet nie drgnął. Edward obserwował, jak jego odbicie znika kawałek po kawałku, aż zostali sami w niewielkim, ciepłym wnętrzu samochodu.
- Nie mam pojęcia, ile mu płacimy, ale na pewno nie wystarczająco, żeby musiał tego słuchać. - Dopiero wtedy odwrócił się do Doriana. Ich dłonie nadal leżały między nimi.
- Wyjaśnienie. - Powtórzył to słowo powoli. Bez kpiny, co było chyba bardziej niepokojące.
- Dorian, miałeś kilka lat. - Nie powiedział tego oskarżycielsko. To byłoby łatwiejsze. Powiedział prawie łagodnie, jak stwierdzenie faktu: pada deszcz, jest późno, miałeś kilka lat.
- Wiedziałeś, że tutaj jestem. - Spojrzał mu w oczy. To było stwierdzenie, do którego zresztą sam się przyznał. - Mogłeś zadzwonić. Mogłeś napisać. Mogłeś wysłać mi cholerną kartkę świąteczną z jeleniem i jednym zdaniem na odwrocie. - Kącik jego ust drgnął.
- Wesołych Świąt, Edwardzie. Nadal uważam, że jestem dla ciebie za stary. Dorian. Pokiwał głową z uznaniem. A wolną ręką udawał, że wypowiadane słowa pisze zamaszyście piórem.
- Eleganckie. Oszczędne. Bardzo w twoim stylu. - Żart nie pomógł. Nigdy nie pomagał, tylko dawał Edwardowi kilka dodatkowych sekund. Przesunął wzrokiem po twarzy Doriana. Z bliska wyglądał trochę inaczej, niż zapamiętał. Oczywiście. Wszyscy wyglądali inaczej po kilku latach. Było w tym coś bezczelnego, że czas dotknął Doriana bez jego zgody. Edward przez moment miał absurdalną ochotę przesunąć palcem po tych zmianach, sprawdzić je. Zamiast tego uniósł ich splecione dłonie odrobinę wyżej. Dopiero po chwili puścił jego dłoń. Nie gwałtownie. Powoli wysunął palce spomiędzy palców Doriana, jeden po drugim. Natychmiast poczuł brak jego ciepła i znienawidził się za to, że go zauważył. Oparł łokieć o drzwi.
- Możemy pojechać do ciebie. - Powiedział to lekko. Niemal niedbale.
- Albo do mnie. Chociaż u mnie istnieje ryzyko spotkania Marthy, która może rozsiać plotki po rodzinie. - Popatrzył na niego z tym swoim dawnym, bezczelnym półuśmiechem. Edward używał go zawsze wtedy, kiedy chciał sprawić, żeby coś poważnego wyglądało na grę.
- Nie musisz niczego wyjaśniać. Naprawdę. - Kłamstwo przyszło z zadziwiającą łatwością.
- Może ja po prostu źle to wtedy zrozumiałem. - Wzruszył ramieniem, prawie z teatralną obojętnością.
- Chciałem od ciebie rzeczy, których nie chciałeś mi dać. To się zdarza. Byłem młody. Nieznośny. - Zakochany. Tego słowa nie wypowiedział. Przez moment zobaczył siebie sprzed kilku lat z taką wyrazistością, że zrobiło mu się niemal niedobrze. Czekającego na telefon. Wymyślającego usprawiedliwienia. Zachwyconego każdym ochłapem wspólnego czasu, jakby Dorian robił mu wielką łaskę samym faktem, że otwierał drzwi. Edward kochał go wtedy w sposób zupełnie pozbawiony godności. Bez planu awaryjnego. Bez tej części człowieka, która powinna zostać na zewnątrz i obserwować sytuację z bezpiecznej odległości. Najgorsze było to, że gdzieś pod całym gniewem nadal rozpoznawał tamtego chłopaka.
- Ty byłeś rozsądniejszy. - Edward przechylił głowę. - Nie chciałeś związku. Nie chciałeś wspólnego życia. Nie chciałeś komplikacji. - Każde kolejne zdanie wypowiadał z równym spokojem. Niemal profesorskim tonem.
- Ale mnie chciałeś. - Spojrzał mu prosto w oczy. To było właściwie pytanie. Edward nie pozwolił jednak, żeby zabrzmiało jak pytanie.Przesunął się odrobinę bliżej. Nie na tyle, żeby go dotknąć. Tylko na tyle, żeby zniknęła bezpieczna przestrzeń między ich ramionami. Czuł jeszcze chłód deszczu bijący od mokrego ubrania Doriana.
- Więc może nie komplikujmy tego tym razem. - Jego spojrzenie na moment opadło na usta Doriana. Natychmiast wróciło do oczu.
- Dostaniesz dokładnie to, czego wtedy chciałeś. - Uśmiechnął się. Ładnie. Spokojnie. Prawie czarująco.
- Mnie. Bez całej reszty. Wyrażam w pełni świadomą zgodę żebyś mnie przeleciał bez zobowiązań. - Przez chwilę w samochodzie słychać było wyłącznie jednostajny szum deszczu na dachu. Edward odchylił się z powrotem na siedzeniu.
- To dokąd jedziemy, panie Hawthorne? - uniósł lekko brwi.

Dorian Hawthorne

No 678. An Unnecessary Morning

: czw wrz 03, 2026 12:05 pm
autor: Dorian Hawthorne
Dla niego w tym momencie istniała tylko ta chwila, dotyk, który czuł był niczym zbawienie prosto z niebios. Nie sądził, że Edward będzie chciał z nim rozmawiać po tym co mu zrobił a co dopiero dotykał, obawiał się, że spojrzy na niego jak na kogoś kto nie jest już ważną osobą w jego życiu. Czuł dotyk, który doskonale znał, który powodował, że ciarki pojawiały się na jego skórze, biegnąc wzdłuż kręgosłupa, na moment wstrzymał oddech gdy ich palce się splotły w znajomym uścisku. Tak kiedyś go łapał podczas ich zbliżeń, gdy emocje brały górę nad jego strutym rozumem, gdy chciał, żeby Edward wiedział, że ten był obok niego.
Gdy chciał coś poczuć.
Kiedy wsiedli do auta to on także nie patrzył na niego, wszystko dookoła było bardziej interesujące, niż sam Edward - cóż za bujda! W każdym razie Dorian delektował się tą chwilą gdy ich ręce były splecione, czując się jednocześnie jakby robił coś zakazanego. Niczym młody nastolatek, który przeżywał swoje pierwsze wzloty jeśli chodzi o intymną relację z płcią przeciwną trzymając ją za rękę. Jednak tutaj nie chodziło o to, tutaj chodziło o fakt, że Edward po prostu nie odtrącił jego dłoni i jeszcze przez jakiś czas mógł tak po prostu czuć jego dotyk na swojej skórze.
Czuł się spokojny, tak jakby jego obecność była czymś co powodowało w nim spokój ducha, że nie musiał się przejmować niczym bo siedzieli w jego samochodzie i nikt nie wiedział o tym. W tym właśnie tkwi cały problem, zawsze ukrywali, że coś ich połączyło a ich spotkania były głównie w domu Doriana bo tam miał pewność, że nikt ich nie nakryje
Wiedział, że będą musieli porozmawiać prędzej czy później, ta chwila miała nadejść i sam Dorian próbował się na nią przygotować, tylko że w momencie gdy coś chciał powiedzieć to brakowało mu słów, w jego wyobraźni to lepiej zdecydowanie brzmiało niż chciał powiedzieć na głos. To było dziwne, bo stojąc przed sędzią miał wiele do powiedzenia broniąc podejrzanego, tam naprawdę mógł być sobą i iść z wiatrem, ale przy Edwardzie nadzwyczaj w świecie brakowało mu słów.
Czekała aż ciemna szyba odłączy ich od kierowcy a na jego stwierdzenie o nim kiwnął delikatnie głową, nie chciał, żeby ktoś był świadkiem ich rozmowy, zwłaszcza że były to dla nich obojga delikatne tematy, on sam nie ufał jego pracownikom, każdy mógł donieść jego ojcu, że Dorian i Edward spędzają czas razem, nawet gdy teraz było to zupełnie przypadkowe.
Zmielił przekleństwo, które cisnęło się na jego usta, ten chłopak zawsze trafiał w samo sedno powodując, że czuł się tak jakby ktoś go ugodził nożem, w samo serce. Zaczerpnął lekko powietrza w płuca starając się na niego nie patrzeć, tak jakby widok za oknem był bardziej interesujący od samego Edwarda, tylko że naprawdę tak nie było, bał się na niego patrzeć, żeby zobaczyć jego minę.
Wiem, że spieprzyłem, nie musisz mi tego uświadamiać na każdym kroku, już to przerabiałem — jego głos był spokojny, ale tam w środku trząsł się od tych wszystkich cholernych emocji, ręka, którą dotykał w pewien sposób dawała mu siłę, nawet gdy za chwilę ten ją zabrał a chłód spowodował, że Dorian lekko zadrżał.
Jestem winny Ci wyjaśnienia, dawno powinienem to zrobić, zadzwonić do Ciebie czy… po prostu zrobić cokolwiek, tylko że uznałem, że beze mnie będziesz miał lepsze życie, że jak o mnie zapomnisz to… — no właśnie co? To będziesz szczęśliwy? On nie był szczęśliwy odkąd ten zniknął z jego życia, tęsknota głęboko wryła się w niego, nie był w stanie nikomu zaufać czy z kimkolwiek się związać, to nie było tak, żę nie chciał, ba nawet próbował ale nikt inny nie był nim. Zawsze wracał do niego myślami, tak jakby to właśnie ten chłopak siedzący obok niego był nieodłącznym aspektem w jego popapranym życiu.
Właśnie tak było i poniekąd to nienawidził samego siebie, że nie mógł o nim zapomnieć. Jego obecność działała na niego w pewien sposób kojąco bo przy nim nie musiał udawać, że był kimś innym. Edward widział go w zwyczajnym wydaniu w jego domu, widział go także skrytym za murem z garnituru, który przywdziewał na spotkania biznesowego z jego ojcem.
Chciałem Ci to dać, ale nie byłem odpowiedni dla Ciebie — na moment przymknął oczy, nadal uważał, że nie był ani trochę odpowiedni dla niego, ale ciągnęło go w jego stronę tak cholernie, że to bolało. Myślał, że nie będzie oddziaływał nigdy tak na drugiego człowieka, ale wystarczył sam dotyk, żeby sobie przypomniał te wszystkie spędzone wspólnie chwile, nawet gdy było ich niewiele i zawsze gdzieś w ukryciu.
Chwile, których nigdy nie żałował.
Wydaje mi się, że po prostu nie potrafię być w związku, mam wrażenie jakbym się dusił ale.. Chciałem być z Tobą — powiedział to na głos, chociaż w jego głowie brzmiało to zdecydowanie lepiej, skierował na niego swoje spojrzenie. — Chciałem Ciebie w każdym aspekcie i chciałem, żeby cały świat o tym wiedział, ale się bałem co powie Twoja rodzina.. — zawsze bał się opinii innych, bał się, że jego ojciec po prostu stwierdzi, że Dorian nie jest profesjonalny i go zwolni, że straci wszystko na co pracował przez te lata.
Nadal Cię chcę, tak jak wcześniej, nic się nie zmieniło — przesunął lekko językiem po swojej dolnej wardze opierając się wygodniej plecami o swój fotel, wbijając spojrzenie w jego twarz.
Dawał mu wybór.
Na moment nie wiedział jak się oddycha.
Bez zobowiązań.
Przymknął oczy i przez parę uderzeń serca walczył ze swoimi myślami, miał okazję znowu go mieć tylko dla siebie, chociaż na jedną noc a potem… no właśnie, co potem będzie? Po prostu rozejdą się w swoje strony i zapomną o tym? On nigdy nie zapomni, Edward żył na jego skórze, a znowu jego zapach miał zostać w jego łóżku przypominający mu o tym co utracił.
Podjął jednak chyba najbardziej egoistyczną decyzję w swoim życiu.
Jedziemy do mnie

Edward Wentworth

No 678. An Unnecessary Morning

: czw wrz 03, 2026 7:50 pm
autor: Edward Wentworth
Jedziemy do mnie. Edward patrzył na niego jeszcze przez chwilę, jakby Dorian odpowiedział na zupełnie inne pytanie. To było przecież dokładnie to, czego chciał. Sam zaproponował. Sam podał warunki, niemal jak człowiek przedstawiający umowę sporządzoną przez bardzo drogiego prawnika. Żadnych zobowiązań. Żadnych pytań o przyszłość. Żadnego wspólnego życia. Żadnego życia w ogóle, jeśli można było tego uniknąć. Kilka godzin wyjętych z czasu, po których każde wróci do swojej części miasta i będzie mogło udawać, że nic się nie wydarzyło. Powinien więc poczuć satysfakcję.
- Świetnie. - Tylko tyle. Żadnego zawahania, żadnego pytania, czy Dorian jest pewien. Jakby właśnie ustalili, do której restauracji pojadą na kolację. Edward pochylił się do przycisku przy podłokietniku i opuścił szybę oddzielającą ich od kierowcy.
- Zmiana planów. Jedziemy do pana Hawthorne’a. - Adres podał Dorian. Edward go pamiętał, oczywiście, ale nie widział powodu, żeby się z tym obnosić. Szyba ponownie ruszyła w górę. Przez chwilę widać było jeszcze oczy kierowcy w lusterku, potem zniknęły i zostali sami.
Samochód ruszył. Przez kilka minut patrzył przez okno. Miasto za mokrą szybą traciło swoją zwyczajną geometrię. Latarnie rozciągały się w pionowe smugi, czerwone światła samochodów rozpływały się po asfalcie, witryny sklepów pojawiały się i znikały, zanim można było przeczytać ich nazwy. Deszcz robił z Toronto miasto pozbawione szczegółów, a więc znacznie łatwiejsze do zniesienia. Edward wsparł skroń o dłoń. W głowie nadal miał słowa Doriana.
”Chciałem być z tobą”. “Nie byłem odpowiedni dla ciebie”. “Chciałem, żeby cały świat o tym wiedział”. “Nadal cię chcę”. To ostatnie było zdecydowanie najwygodniejsze. Słowa miały tę paskudną właściwość, że wypowiedziane nie znikały. Człowiek mógł potem całymi latami udawać, że ich nie pamięta, a one siedziały gdzieś cierpliwie, jak goście, którzy po przyjęciu nie zrozumieli aluzji i nie zamierzali wyjść.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej irytujące? - Odwrócił głowę w stronę Doriana i lekko potarł kciukiem dolną wargę.
- Że Ci wierzę. - Powiedział to spokojnie. Bez teatralnego ciężaru, którego takie wyznanie zapewne wymagało.
- Co stawia mnie w bardzo niezręcznej sytuacji, bo przez kilka lat pracowałem nad znacznie wygodniejszą wersją wydarzeń. - Przesunął się trochę na siedzeniu, obracając nieco ku niemu.
- W mojej wersji byłeś egoistą. - Zaczął odliczać na palcach. - Emocjonalnym kaleką. Człowiekiem o wyjątkowo ograniczonej wyobraźni. Raz przez jakieś trzy miesiące uważałem nawet, że masz narcystyczne zaburzenie osobowości, ale później przeczytałem pół artykułu i diagnoza przestała mi się zgadzać. - kącik jego ust drgnął odrobinę, uniósł się ledwie o parę milimetrów.
-Naprawdę bardzo porządnie Cię nienawidziłem. - zamilkł na chwilę. - To było przydatne. - Bo łatwiej było nienawidzić człowieka, który cię nie kochał, niż człowieka, który być może kochał cię źle. Ta druga możliwość była znacznie bardziej niebezpieczna. Nie dawała czystego cięcia. Zostawiała szczelinę, przez którą natychmiast zaczynały przedostawać się wszystkie idiotyczne rzeczy: nadzieja, współczucie, tęsknota. Całe paskudne robactwo ludzkiego przywiązania.
- Tylko nie rób ze mnie powodu, dla którego mnie zostawiłeś. To trochę bezczelne, nawet jak na ciebie. - Nie było w jego głosie gniewu. Raczej zmęczona pobłażliwość, jaką zachowuje się dla historii opowiedzianej już tyle razy, że człowiek zna wszystkie jej słabe miejsca.
- Jeśli się bałeś, powiedz, że się bałeś. Jeśli wybrałeś pracę, mojego ojca, reputację, święty spokój albo własną pieprzoną panikę, powiedz to. Mogę ci wybaczyć tchórzostwo. - Wzruszył lekko ramieniem.
- Sam jestem tchórzem w mniej więcej siedemnastu dziedzinach życia. - z cichym świstem wypuścił powietrze z płuc. Nie mogł się doczekać aż dotrą na miejsce.
- Ale nie mów, że zrobiłeś to dla mnie. Ja cię o to nie prosiłem. - Edward przez kilka lat prowadził prywatną komisję śledczą we własnej głowie i był jednocześnie oskarżycielem, świadkiem, ławą przysięgłych oraz wyjątkowo stronniczym sędzią.
Tyle.
Nie ciągnął tego dalej. Nie chciał spędzić drogi do domu Doriana na rozbieraniu ich dawnego związku na części, skoro za kilkanaście minut zamierzał robić coś znacznie przyjemniejszego. Wyciągnął rękę i poprawił zagięty kołnierz jego płaszcza. Zupełnie odruchowo. Palce przesunęły się po wilgotnym materiale, potem po jego szyi, ledwie ją muskając. Edward zatrzymał na nim wzrok. Dorian był nadal absurdalnie przystojny. To również było irytujące. (Ugh!) Czas powinien przynajmniej w tej jednej sprawie okazać się przyzwoity i wykonać za Edwarda trochę pracy. Dodać coś niekorzystnego. Zepsuć proporcje. Zabrać mu włosy. Cokolwiek. Tymczasem siedział obok dokładnie ten sam mężczyzna, którego Edward kiedyś potrafił obserwować przez pół kolacji zamiast słuchać rozmowy, tylko trochę starszy, a więc - ku jego osobistej krzywdzie - właściwie jeszcze bardziej w jego guście.
- Poza tym - powiedział, nie zabierając od razu dłoni - …moja rodzina uważała mnie za katastrofę długo przed tobą. Naprawdę przeceniasz swój wpływ. - Kciuk Edwarda przesunął się raz po skórze tuż pod linią szczęki. Tym razem zrobił to świadomie. Potem cofnął rękę. Nie musiał przecież udawać, że go nie chce. Cała konstrukcja tego wieczoru opierała się właśnie na tym, że chciał. To była jedyna rzecz, której nie trzeba było już ukrywać. Znacznie łatwiej było przyznać się do pożądania niż do tęsknoty. Pożądanie było proste. Miało ciało, temperaturę, początek i przewidywalny koniec. Nie wymagało rozmów o przyszłości. Nie zadawało pytań. Można było zaspokoić je w kilka godzin, a potem wziąć prysznic. Tęsknota była znacznie gorzej wychowana. Zostawała. (Tęsknota, nadrzędny nieproszony gość). Edward przesunął się bliżej. Tym razem bez żadnego udawania, że stało się to przypadkiem. Ich uda zetknęły się przez materiał spodni.
- Muszę przyznać, że ta część twojego wyjaśnienia, w której nadal mnie chcesz, jest zdecydowanie moją ulubioną. - Uśmiechnął się.
- Wreszcie coś praktycznego. - Jego spojrzenie zatrzymało się na ustach Doriana. Przez chwilę wyglądał tak, jakby zamierzał go pocałować. Nie zrobił tego. Jeszcze nie. Zamiast tego oparł głowę o zagłówek i spojrzał przed siebie, zadowolony z własnej powściągliwości w sposób zupełnie nieproporcjonalny do osiągnięcia. Samochód skręcił, a Edward rozpoznał ulicę natychmiast. Nie dał tego po sobie poznać. Niektórych miejsc człowiek nie pamiętał właściwie wzrokiem. Pamiętał je ciałem. Wiedział, kiedy samochód zwolni, zanim zwolnił. Wiedział, że za następnym skrzyżowaniem droga pójdzie lekko w dół. Wiedział, po której stronie pojawi się dom. Była to wiedza całkowicie bezużyteczna, przechowywana przez kilka lat przez jakiś wyjątkowo uparty fragment mózgu, który najwyraźniej nie otrzymał (albo nie przetworzył) informacji, że wszystko się skończyło. Tylko drzewa były większe. To zauważył jako pierwsze. Domy można było malować, remontować, sprzedawać. Ludzie mogli znikać. Drzewa natomiast przez cały ten czas robiły swoją prostą, bezczelną rzecz: rosły. Kolejny pierścień pod korą. Potem następny. Cała historia zapisana wewnątrz czegoś, co z zewnątrz wyglądało prawie tak samo. Wreszcie zobaczył dom Doriana.
- Nadal tu mieszkasz. - Wyprostował się odrobinę. Powiedział to z rozbawieniem, jakby odkrył jakąś uroczą wadę charakteru.
- Nie będę musiał uczyć się rozkładu pomieszczeń od początku. - Spojrzał na Doriana i uśmiechnął się bezwstydnie. Samochód zatrzymał się przed domem. Edward nie czekał. Otworzył drzwi niemal natychmiast i chłodne, wilgotne powietrze wdarło się do nagrzanego wnętrza samochodu. Deszcz osłabł, ale nadal wisiał w powietrzu drobną mgłą. Wysiadł i poprawił mokrą kurtkę, spoglądając na dom. Odwrócił się do Doriana z lekkim uśmiechem, wsunął dłonie do kieszeni.
- Prowadź. - Jakby nigdy wcześniej tam nie był.

Dorian Hawthorne

No 678. An Unnecessary Morning

: pn wrz 07, 2026 9:09 pm
autor: Dorian Hawthorne
Przez krótki moment po prostu miał wrażenie, że Edward się rozmyśli, że powie mu tak naprawdę, że nie chce tego, że po prostu zniknie z jego życia tak jak się w nim pojawił. W duchu liczył na to, że właśnie to zrobi, że przywróci go na ziemię i do świadomości, że nie miał u niego już żadnych szans. Na moment wstrzymał oddech i wypuścił go ze swoich płuc dopiero gdy ten potwierdził, że niech tak będzie. Czuł pewnego rodzaju… podekscytowanie? Sam nie wiedział jak ma nazwać to uczucie, dziwnie rozlewające się ciepło w jego ciele na to, że nie miał nic przeciwko, żeby po prostu pojechali do niego.
Do miejsca gdzie był wiele razy, gdzie robili rzeczy, które były tylko dla nich i gdzie Dorian czuł się nadzwyczaj w świecie po prostu szczęśliwy. Podał adres kierowcy kiedy szyba się opuściła po słowach mężczyzny siedzącego obok, przez moment widział odbicie oczu kierowcy w lusterku oraz jego minę, ale nic na to nie powiedział i kiedy znowu zostali sami w pewien sposób odetchnął z ulgą.
Cisza, która nastała po tym była dla prawnika najgorszym momentem, ale dzielnie w tym trwał nie wiedząc jak tak naprawdę ma zacząć tę rozmowę, zwykłe przepraszam, tutaj nie wystarczało wiedział, że spieprzył ich znajomość wtedy tak po prostu sobie odpuszczając, tłumacząc się różnicą wieku ale w obliczu uczucia czy tak naprawdę miało to znaczenie?
Pluł sobie w brodę, że szybciej się do niego nie odezwał, że nie napisał nawet głupiej wiadomości z pytaniem co u niego, ale z drugiej strony nie chciał usłyszeć, że po prostu Edward był szczęśliwy, z kimś innym.
Zagapił się na okno, spoglądając na mijane ulice Toronto, tak jakby wcale ich nie znał, jakby nie wiedział jakie stoisko stało za rogiem praktycznie każdego dnia, że niedaleko była kawiarnia gdzie mieli najlepsze ciastka z słonym karmelem.
Drgnął lekko na jego słowa i skierował wzrok na jego twarz, wcale nie skupiając się na jego ustach zwłaszcza w momencie gdy potarł kciukiem dolną wargę, starał się skupiać na jego oczach i na słowach.
Kącik jego ust drgnął lekko gdy zaczął wyliczać na palcach jaki to nie był, oczywiście to wszystko była prawda.
Co do wszystkiego masz rację, byłem tym wszystkim po trochu, nadal jestem. Jestem egoistą, emocjonalnym kaleką, który nie potrafi postawić na swoim i po prostu walczyć. — na moment zmielił przekleństwo w ustach, przesuwając lekko językiem po swojej dolnej wardze, nadal czuł dziwny posmak deszczu na ustach. — To musiał być bardzo ciekawy artykuł skoro zmieniłeś zdanie, może mi go kiedyś przeczytasz — czy liczył na to, że będzie tak jak dawniej?, wiedział, że nie mogło tak być z różnych powodów, ale miał nadzieję, że Edward będzie obecny w jego życiu, chociaż w jakimś minimalnym aspekcie, że tak naprawdę to nie rozstaną się po prostu na zawsze i każde pójdzie w swoją stronę.
Dorian próbował zapomnieć, naprawdę próbował, ale zawsze to właśnie on pojawiał się w jego wizjach i w snach, był niczym demon z przeszłości, który koniecznie chciał znowu wtargnąć do jego życia, który nie chciał dać mu spokoju na jeszcze długi czas.
Bo ciało nie zapomni, jego głupie serce, bijące mocno w klatce piersiowej nie zapomni. Na moment przymknął oczy, wiedział, że chłopak go znienawidził za to wszystko, ale tłumaczył sobie, że po prostu robił to dla jego dobra, bo wszystko co robił to robił właśnie dla niego.
Nadal mnie nienawidzisz? — otworzył oczy, żeby na niego spojrzeć, żeby wyczytać z jego twarzy czy nadal to uczucie mu towarzyszyło, nawet by się nie zdziwił gdyby nadal tam gdzieś się tliło. Jednak z nim rozmawiał co znaczyło, że nie do końca to wszystko było snem, bo miał wrażenie, że właśnie najlepszy sen jego życia tak po prostu rozgrywał się na jego oczach.
On był obserwatorem.
I wracamy do punktu, że byłem raczej egoistą uznając, że robię to dla Ciebie, bo wszystko co zrobiłem było dla Ciebie — wyrzekł po chwili milczenia, nawet chłopak nie wiedział jak ta rozmowa była dla niego po prostu ciężka, Dorian nie był osobą, która jeśli chodziło o uczucia czy emocje przebierała w słowach, przed ławą przysięgłych był doskonałym manipulatorem, osobą która może naprawdę wiele zdziałać ale przy nim…. Przy nim był zwykłym człowiekiem, który nie potrafił określić co takiego czuł i czego pragnął, nie był w stanie skupić się na niczym innym niż na jego dłoni, na tym przyjemnym uczuciu, które rozlewało się po jego brzuchu za każdym razem gdy go dotykał.
Niektórzy nazwali by to motylami, ale to była po prostu reakcja jego ciała na jego bliskość, był elektryzująca osobowością, która przyciągała jego spojrzenie, jego myśli. Wszystko się kręciło dookoła niego.
Ja nigdy tak nie uważałem — wyznał po chwili cicho, wpatrując się w niego uważnie. W przeciwieństwie do Edwarda ten jednak go nie dotknął, tak jakby w tym momencie było to zakazane, w pewien sposób to wszystko było zakazane ale nie od dzisiaj wiadomo, że właśnie taki owoc kusił najbardziej. Zmusił się, żeby podczas jego mówienia patrzeć mu w oczy, a nie na jego poruszające się usta.
Uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na niego jeszcze raz dopóki nie skręcili w właściwą ulicę i nagle obraz za oknem znowu stał się bardziej przyciągający, nadal jednak czuł bijące od niego ciepło w miejscu gdzie ich uda się stykały ze sobą i Dorian chyba świadomie się nie odsunął.
Gdzie miałbym mieszkać? Lubię ten dom ma… historię — wyrzekł po chwili, oczywiście wszystkie te historie były związane z nim.
Zmierzył go lekkim spojrzeniem gdy tylko wysiadł z auta i skinął lekko głową, wyciągając z kieszeni swoich dresowych spodni kluczyki, to że ich nie zgubił to zakrawa o cud, skierował swoje kroki w stronę drzwi powolnym, spokojnym krokiem, tak jakby dawał mu czas na wycofanie się.
Dawał mu po prostu wybór.
Rozległ się dźwięk przekręcanego klucza a po chwili drzwi do jego domu stanęły otworem, tak jak wiele razy gdy tutaj przychodził a on zawsze na niego czekał. Ręką dał mu gest, żeby wszedł pierwszy a zaraz zrobił to po nim zamykając drzwi za sobą. Ten moment po prostu wystarczył, Dorian skrzyżował z nim spojrzenie i zrobił jedyną rzecz, która jako pierwsza przyszła mu do głowy.
Pokonał dzieląca ich odległość chwytając go za skraj jego kurtki i złączył ich usta w żarliwym pocałunku popychając go na ścianę w korytarzu.

Edward Wentworth

No 678. An Unnecessary Morning

: wt wrz 08, 2026 10:43 am
autor: Edward Wentworth
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Dorian Hawthorne