Strona 2 z 2

You look like a ghost I used to love

: pn paź 12, 2026 1:22 pm
autor: Penelope O'Connell
Zniknął.
Liam wyjątkowo dobrze to wykorzystał. Od lat zawsze był gdzieś obok niej, cierpliwie krył się w cieniu Jonathana u jej boku. Zawsze gdzieś czekał w Toronto, przypominając o sobie późnymi wiadomościami, gdy spędzała piękne chwile z ukochanym w kamperze. Dzwonił przed południem sprawdzić jak tam poranek i upewniał się, że jeszcze żyje, jeszcze jest cała. Jeszcze nie jego. Czekał, jakby tropił okazje i d e a l n ą, by na nią się przyczaić, by się do niej dobrać, by zająć miejsce, o którym marzył od wielu wielu lat. Prawda była taka, że zawsze chciał ją mieć dla siebie. Przyjaźnili się od lat i choć znali się na wylot, to Penelope nigdy nie potrafiła dojrzeć w tym okazji na coś więcej. Liam był nieodłączną częścią jej życia, ale nigdy nie romantyczną. Szukała czegoś więcej. Kogoś, kto sprawi, że jej serce będzie wybijało rytm tylko dla niego. Kiedy Nate przystanął na jej drodze, szybko skradł jej uwagę. Jak w jakiejś pieprzonej komedii romantycznej, zaledwie w ciągu sekundy jedno spojrzenie w oczy zwiastowało wtedy katastrofę coś mocnego. Szkoda, że wtedy nie wiedziała, że mocny to będzie upadek po tym, jak szybko odda mu swoje serce. Była naiwna, młoda, z sercem rozdygotanym i bijącym dla niego. Sercem wyrywającym się do tych chwil spędzanych na progu kampera, gdy razem podziwiali wschody i zachody słońca, gdy dbali głównie o to, by każdy miał ulubioną kawę w ręku i tyle im wtedy wystarczyło do szczęścia. Tylko, że Jonathan pewnego dnia postanowił to szczęście zniweczyć, zrównać z ziemią, ba! Gorzej! Wykopać dół, wrzucić tam to pieprzone szczęście z obciążnikiem przywiązanym do kostek i zasypać ziemią, gnojem i jeszcze podlać wodą, by coś na tym jej pogrążonym w ciemności szczęściu jeszcze wyrosło.
I co?
I kurwa wyrosło!
Ku zdziwieniu wszystkim Liam wszedł na tę ziemię i posadził na niej pieprzone kwiatki. Wykopał ją z tego dołka, obmył ją z brudu i trzymał ją za rękę podczas wszystkich ataków paniki i wybuchów rozpaczy, których doświadczyła po tym, jak Nate po prostu wyparował. Zniknął z dnia na dzień, bez ostrzeżenia, bez słowa, bez jakiejkolwiek wiadomości. Zostawił po sobie jedynie ból, ciszę, starego vana i dwie kreski na teście ciążowym. I Penny zostawił. Swoją ukochaną Penny, rozbitą na pierdyliard kawałków, konającą z przerażenia, bo wtedy nie wiedziała czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy, czy w ogóle żyje.
Właściwie do dzisiaj nie wiedziała, ale przez pięć lat podczas których egzystowała w złotej klatce O’Connella, który dał jej bezpieczne życie w The Kingsway, dał jej dom i siebie jej dał, ona była zbyt zajęta odwdzięczaniem się mu za tą całą dobroć. Zbyt pochłonęło ją odgrywanie roli idealnej żony i dbanie o córkę, by popadać w spiralę myśli o tym gdzie jest Nate i czy w ogóle jeszcze jest. Zresztą nie mogła w nią popadać, bo gdyby to zrobiła… gdyby pozwoliła sobie na chwilę słabości rozsypałaby się, a nie mogła zrobić tego Liamowi. Nie po tym co on dla niej zrobił.
Do dziś jednak nie miała pojęcia czy Jonathan Welts jeszcze żyje.
Żył.
I siedział w jej samochodzie jak gdyby nigdy nic. Zupełnie niewzruszony siłą jej uderzenia w kierownicę, klaksonem przeszywającym ciszę parkingu, jej cichym płaczem, którego nie była w stanie zatrzymać, bo ja się okazało — żył. Dla niej to było jasne, skazał ją na te cierpienia, bo tak wybrał. Jedyne porzucenie jakie akceptowała to jego śmierć, reszta wydawała się niewytłumaczalna. Niemożliwa do usprawiedliwienia podłości wynikających z podjętych przez niego decyzji.
Co o mnie wiesz, Penny?
W końcu kurwa wiem, że żyjesz, zaledwie pomyślała, bo on już mówił dalej, nie dopuszczając jej do głosu.
A co właściwie wiedziała o nim?
Niewiele, ale wystarczało jej wtedy tyle ile jej dawał. Wiedziała, że jest prawnikiem, że obraca się wśród wpływowych ludzi, a i głupia nie była. Przeczuwała, jakby jakaś niebezpieczna aura wisiała nad nim, jakby bił od niego chłód. Nie do niej, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w świecie wielkich pieniędzy, spółek i fuzji mało kto dorabia się fortuny wyłącznie uczciwą pracą. I były momenty, w których potrafiła dostrzec w jego oczach mrok, ale wtedy nie miało to dla niej znaczenia. Ufała mu. Bezgranicznie. Ślepo kochała wierząc, że cokolwiek robi to robi to z głową i nie pozwoli, by wtargnęło między nich.
Naiwna była, to fakt.
Uczyła się jednak na błędach.
Słuchała więc jego opowieści o fuzjach, lokatach, kreatywnej księgowości, sprawach służbowych, stratach pieniężnych i rosyjskich skurwielach. Słuchała od początku do końca, uważnie. Dłonie zaciskając na kierownicy, aż zielone światło zamigotało, a ona ruszyła z impetem sunąc ulicami przed siebie, cholera wie gdzie… za miasto? Tak, kierowała się na wylotówkę.
Gdybym wtedy nie zniknął, Penny, to…
…to co? Miała sobie dopowiedzieć ciąg dalszy? rozczulić się?! Pisnąć, o boże, uratowałeś mi życie?! Wysilić się na jakąś odrobinę wdzięczności?
Niedoczekanie.
Parsknęła, czując jak na nowo narasta w niej wściekłość.
— Pojawiasz się nagle po pięciu latach, wsiadasz do mojego wozu jakby nigdy nic i opowiadasz bajeczkę o nieudanych inwestycjach swoich klientów, a na koniec dorzucasz rosyjskich szpiegów i myślisz, że to załatwi sprawę? — w dupie miała takie wyjaśnienia. Zrobiło się jej niedobrze, na myśl, że na którymś etapie tego tłumaczenia uznał, że to będzie dla niej wystarczające.
— Nie jestem idiotką, Welts! Myślisz, że nią jestem? — nie schodziła z tonu, który odzwierciedlał jej wściekłość bardzo dobrze. — Myślisz, że jak opowiesz mi o betonowych butach i rosyjskich szpiegach to padnę ci do stóp i podziękuję, że szlachetnie spierdoliłeś z naszego życia? — zapytała już nie zważając na to jak mówi, co mówi, zbyt łatwo oddała się emocjom, by w jakikolwiek sposób się kontrolować. — No to się mylisz. Podjąłeś decyzję ZA MNIE! — ooo, a więc o to tak naprawdę się rozchodziło. — Zostawiłeś mnie w cholernie trudnym momencie mojego życia i nie dałeś mi wyboru — dodała z trudem, głos łamał się jej w każdym kolejnym słowie. Skąd jednak mógł wiedzieć, że za trudem tamtego czasu kryła się ciąża. Nawet nie zdążyła mu o niej powiedzieć. — Uznałeś, że masz prawo zniknąć i sprawić bym myślała, że nie żyjesz!!! Płakałam po tobie jak po kurwa zmarłym, a ty patrzyłeś na to wszystko z boku — nie czuła tego jak niebezpiecznie nabierała teraz prędkości na prostej drodze. Czuła jedynie żal i wściekłość.
— A teraz wspaniałomyślnie zmartwychwstałeś i próbujesz wmówić mi, że zrobiłeś to dla mojego dobra — rzuciła pogardliwie w końcu po praz pierwszy od świateł obdarzając go spojrzeniem. Krótkim, bo nawet ułamek sekundy nieuwagi przy tej prędkości mógł się okazać dla nich zabójczy. Choć w tej relacji i tak są już ofiary śmiertelne. — Gdybyś chciał mojego dobra, to dałbyś mi chociaż jeden pieprzony znak, c o k o l w i e k… a nie jak psychopata przyglądał się z dystansu, jak cząstka mnie umiera — powiedziała już znacznie ciszej. — może uratowałeś moje ciało przed tymi… — nieważne kim — ale cząstkę mnie, która była dla ciebie zabiłeś.
Bezpowrotnie.

𝒴𝑜𝓊 𝓀𝒾𝓁𝓁𝑒𝒹 𝓂𝑒, 𝒲𝑒𝓁𝓉𝓈. 𝒮𝑜 𝓌𝒽𝒶𝓉 𝓃𝑜𝓌?

/ kazała mu zniknąć ze swojego życia i nigdy nie wracać, nie obserwować jej, po prostu odejść.


K O N I E C