i crashed my car into the bridge
: śr sie 19, 2026 11:55 am
Naprawdę chciała ją jakoś uchronić przed tym widokiem, ale nie miała większych szans, skoro April uparła się, żeby pójść razem z nią. Równie dobrze mogła zostać w samochodzie i upewnić się, że nikt w pobliżu nie potrzebuje pomocy. Teddy zdecydowanie musiała popracować nad swoją asertywnością. Dobrze, że przynajmniej miała dobrego psychoterapeutę, z którym narzeczona będzie mogła później przegadać swoje traumy po dzisiejszym dniu. Nieszczególnie ją to pocieszało, ale teraz i tak nie mogła już jej zawrócić. Była im tutaj potrzebna.
Darling pamiętała swoje pierwsze wyjazdy do zdarzeń masowych. Pamiętała, jak rwała się wtedy, żeby ratować wszystkich po kolei, a kapitan Whitman odciągał ją od poszkodowanych i tłumaczył, że nie mogą tego zrobić. Nie rozumiała, dlaczego mieli zostawić kogoś na pastwę losu, skoro można było go stamtąd wyciągnąć. Z czasem dotarło do niej, że chodziło przede wszystkim o czas, który mogliby zmarnować na człowieka, którego szanse na przeżycie były właściwie zerowe, podczas gdy w tym samym czasie mogli uratować kilka innych osób. Było to okropnie niesprawiedliwe, ale czy zawalony tunel i złamany wpół autobus miały cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością? Niekoniecznie. W takich sytuacjach trzeba było zachować zdrowy rozsądek, nawet jeśli wszystko w środku krzyczało, żeby zrobić coś zupełnie przeciwnego.
Słysząc głos Finch, przystanęła i podążyła wzrokiem za wiązką światła z latarki. Jej spojrzenie zatrzymało się na kilkuletniej dziewczynce, która skulona siedziała na podłodze i trzymała za rękę matkę przygniecioną przez fotele.
— Hej — odezwała się do niej i podeszła najbliżej, jak tylko było można. Od razu przykucnęła obok i zachęcająco wyciągnęła do niej dłoń. — Jesteś cała? Coś cię boli? — przyjrzała jej się uważnie, próbując dostrzec jakieś widoczne obrażenia, ale wszystko wskazywało na to, że dziewczynka nie odniosła większych obrażeń. Darling odwróciła głowę i uśmiechnęła się do narzeczonej, dając jej do zrozumienia, że świetnie się spisała. Gdyby nie jej spostrzegawczość, mogłyby przeoczyć dziecko i pójść dalej.
— Katie — mruknęła cicho dziewczynka. — Trochę mnie boli kolano — dodała, rozmasowując sobie wolną ręką nogę.
— Cześć, Katie. Ja jestem Teddy, a to jest April — wskazała podbródkiem na stojącą obok Finch. — Jest też z nami pani doktor — tym razem zerknęła na blondynkę, której imienia nie znała, a która właśnie pomagała wstać jakiemuś nastolatkowi. — Wydostaniemy cię stąd, dobrze? Chodź — zachęciła ją skinieniem głowy, ale dziewczynka skuliła się jeszcze bardziej.
— Nie zostawię mamy — oznajmiła stanowczo, wciskając się mocniej w kąt.
— Pomożemy jej, obiecuję — zapewniła strażaczka. To było głupie. Nie powinna niczego obiecywać, kiedy tak naprawdę były to obietnice bez pokrycia.
— Staniesz obok, pani doktor obejrzy później twoje kolano, a ja postaram się wyciągnąć twoją mamę. W porządku? — zapytała.
Katie niepewnie zerknęła najpierw na matkę, która posłała córce słaby, ale pokrzepiający uśmiech, później na Teddy, aż w końcu zatrzymała wzrok na Finch i kiwnęła głową. Niechętnie puściła dłoń kobiety, podniosła się z podłogi i pokuśtykała do April.
Strażaczka odsunęła się na bok i obeszła siedzenia. Już chciała chwycić za krawędź najbardziej wysuniętego fotela, kiedy poczuła nieprzyjemne ukłucie w przedramieniu. Spuściła wzrok i zobaczyła, że kawałek blachy rozciął jej rękę. Gdyby miała na sobie mundur, pewnie nie doszłoby do takiej sytuacji. Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać. Nie dała po sobie niczego poznać, tylko naparła biodrem na siedzenia i uniosła je na tyle, żeby narzeczona i lekarka mogły wyciągnąć spod nich kobietę.
we cause trauma, we suffer trauma
Darling pamiętała swoje pierwsze wyjazdy do zdarzeń masowych. Pamiętała, jak rwała się wtedy, żeby ratować wszystkich po kolei, a kapitan Whitman odciągał ją od poszkodowanych i tłumaczył, że nie mogą tego zrobić. Nie rozumiała, dlaczego mieli zostawić kogoś na pastwę losu, skoro można było go stamtąd wyciągnąć. Z czasem dotarło do niej, że chodziło przede wszystkim o czas, który mogliby zmarnować na człowieka, którego szanse na przeżycie były właściwie zerowe, podczas gdy w tym samym czasie mogli uratować kilka innych osób. Było to okropnie niesprawiedliwe, ale czy zawalony tunel i złamany wpół autobus miały cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością? Niekoniecznie. W takich sytuacjach trzeba było zachować zdrowy rozsądek, nawet jeśli wszystko w środku krzyczało, żeby zrobić coś zupełnie przeciwnego.
Słysząc głos Finch, przystanęła i podążyła wzrokiem za wiązką światła z latarki. Jej spojrzenie zatrzymało się na kilkuletniej dziewczynce, która skulona siedziała na podłodze i trzymała za rękę matkę przygniecioną przez fotele.
— Hej — odezwała się do niej i podeszła najbliżej, jak tylko było można. Od razu przykucnęła obok i zachęcająco wyciągnęła do niej dłoń. — Jesteś cała? Coś cię boli? — przyjrzała jej się uważnie, próbując dostrzec jakieś widoczne obrażenia, ale wszystko wskazywało na to, że dziewczynka nie odniosła większych obrażeń. Darling odwróciła głowę i uśmiechnęła się do narzeczonej, dając jej do zrozumienia, że świetnie się spisała. Gdyby nie jej spostrzegawczość, mogłyby przeoczyć dziecko i pójść dalej.
— Katie — mruknęła cicho dziewczynka. — Trochę mnie boli kolano — dodała, rozmasowując sobie wolną ręką nogę.
— Cześć, Katie. Ja jestem Teddy, a to jest April — wskazała podbródkiem na stojącą obok Finch. — Jest też z nami pani doktor — tym razem zerknęła na blondynkę, której imienia nie znała, a która właśnie pomagała wstać jakiemuś nastolatkowi. — Wydostaniemy cię stąd, dobrze? Chodź — zachęciła ją skinieniem głowy, ale dziewczynka skuliła się jeszcze bardziej.
— Nie zostawię mamy — oznajmiła stanowczo, wciskając się mocniej w kąt.
— Pomożemy jej, obiecuję — zapewniła strażaczka. To było głupie. Nie powinna niczego obiecywać, kiedy tak naprawdę były to obietnice bez pokrycia.
— Staniesz obok, pani doktor obejrzy później twoje kolano, a ja postaram się wyciągnąć twoją mamę. W porządku? — zapytała.
Katie niepewnie zerknęła najpierw na matkę, która posłała córce słaby, ale pokrzepiający uśmiech, później na Teddy, aż w końcu zatrzymała wzrok na Finch i kiwnęła głową. Niechętnie puściła dłoń kobiety, podniosła się z podłogi i pokuśtykała do April.
Strażaczka odsunęła się na bok i obeszła siedzenia. Już chciała chwycić za krawędź najbardziej wysuniętego fotela, kiedy poczuła nieprzyjemne ukłucie w przedramieniu. Spuściła wzrok i zobaczyła, że kawałek blachy rozciął jej rękę. Gdyby miała na sobie mundur, pewnie nie doszłoby do takiej sytuacji. Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać. Nie dała po sobie niczego poznać, tylko naparła biodrem na siedzenia i uniosła je na tyle, żeby narzeczona i lekarka mogły wyciągnąć spod nich kobietę.
we cause trauma, we suffer trauma