traced my steps back to where we first met
: śr wrz 02, 2026 4:58 pm
Pamięta czasy, kiedy byli najlepszymi przyjaciółmi. Wcale nie tak odległe, chociaż teraz, patrząc na zmienioną przez te cztery lata twarz Lauriego, wydaje się, jakby znali się w innym życiu. W pewien sposób tak właśnie jest; moment, w którym wstąpili do Toronto FC, marząc o wielkiej karierze, dziś jest na tyle odległy, że aż surrealistyczny. Wracając do tej chwili, do ich początków, Franklin z trudem rozpoznaje samego siebie. Naprawdę był taki niedoświadczony? Tak kiepsko grał? Tak entuzjastycznie patrzył w przyszłość?
Pytanie Lauriego ginie bez odpowiedzi. W pretensjach, niezrozumieniu i żalu wcale nietrudno jest je zignorować. Jakby tego było mało, w ich kierunku nadchodzi Fraser. Jego widok zmusza Franka do wygładzenia czoła i przyjęcia na twarz lekkiego uśmiechu. Nie zamierza, oczywiście, wciągać trenera w ich osobiste nieporozumienia. To nie tyle zawstydzające, co nieprofesjonalne. Cosgrove spędził zbyt wiele czasu w porządnej, europejskiej drużynie, żeby o tym nie wiedzieć.
Przez chwilę obawia się, że Laurie wybuchnie, ale ostatecznie udaje mu się skłamać. Wymuszony uśmiech sprawia, że jego oczy marszczą się w zupełnie inny sposób niż wtedy, kiedy naprawdę jest z czegoś zadowolony. Ten widok wystarcza, aby Franklin poczuł nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. Przenosi go na Frasera i kiwa głową. Chce wyrzucić z siebie to, co ciąży mu odkąd zobaczył słowo Toronto wydrukowane na karcie pokładowej, którą wręczył mu pracownik lotniska – że mimo jakiegoś dziwnego dyskomfortu i strachu na myśl o Louise jest też podekscytowany, bo przez te wszystkie lata nikogo nie brakowało mu na boisku tak bardzo, jak Lauriego. Czuje jednak, iż wypowiedzenie tych słów zniszczy spokojną, wzniesioną specjalnie dla Frasera fasadę Mathesona, więc tłamsi w sobie prawdę. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
W chwilach takich jak ta zawsze potrzebne są frazesy. Franklin na szczęście ma ich na pęczki.
– Damy z siebie wszystko – zapewnia, a Fraser śmieje się i klepie go po ramieniu.
– Nie macie wyjścia. Pamiętacie mecz z Nowym Jorkiem w dziewiętnastym?
– Cztery-zero? – dopytuje Frank, poprawiając sportową torbę, która zwisa mu z ramienia. Po przyjacielskim uderzeniu Frasera jest trochę przekrzywiona.
– Dokładnie ten. – Fraser uśmiecha się do Lauriego. – Niedawno go oglądałem.
– Niedawno oglądał pan tak stary mecz?
– Musiałem przypomnieć sobie jak dobrze razem gracie. To naprawdę niesamowite – głos trenera jest pełen podziwu. – Frank ledwo ruszał, a ty, Laurie, od razu wiedziałeś w którą stronę pobiegnie.
Utrzymanie uśmiechu nagle staje się strasznie trudne. Frank patrzy na ziemię; na kałużę, która odbija fragment podwozia samochodu Lauriego.
Wspomnienia nie są w stanie zadać mu bólu, o ile nie znajdują się tuż przed nim. Tym razem, z taką lekkością wyciągnięte na wierzch przez Frasera, kaleczą i wbijają się Franklinowi pod skórę. Zwykle trzyma Lauriego zamkniętego w małym, specjalnym pudełku swojej pamięci i po prostu do niego nie zagląda. Tego dnia jednak trener mniej lub bardziej świadomie uchyla wieko i wypuszcza na wierzch wspomnienia.
Pierwszy trening, po którym poszli do KFC na shake’a o smaku masła orzechowego. Impreza integracyjna zakończona chwiejnym szwendaniem się po Toronto. Godziny spędzane na omawianiu gry innych klubów i prowadzeniu dyskusji o technikach różnych zawodników. Nocowanie na swoich kanapach, gdy ich rozmowy przeciągały się do nieludzkich godzin. Układanie Lego przy stole w starym domu Franklina (jesionowe drewno średnio znosiło nieuwagę swojego właściciela i całe pokryte było okrągłymi śladami po butelkach wiśniowych, mocno schłodzonych Clearly Canadian). Wspólne wyjścia na siłownię i zakłady o to, który z nich podniesie większy ciężar (śmieszne – w tamtym okresie obaj byli bardzo przekonani o swojej sile, chociaż wyglądali najgorzej z całej drużyny). Wiadomości wymieniane nawet w przerwach międzysezonowych, gdy Laurie wracał do Dartmouth, a Frank do Ottawy i zamiast ciągle widywać się ze swoimi przyjaciółmi albo rodzicami, spędzał całe dnie wpatrzony w telefon, wyczekując ze strony Mathesona jakiegokolwiek znaku potwierdzającego to, że on też chciał już wrócić na boiskoi że za nim tęsknił. Ich pierwsza kłótnia – gdy pewnego dnia, składając z klocków piracki okręt kapitana Jacka Sparrowa, Laurie uderzył łokciem w świeżo złożony przez Frankiego kadłub, posyłając go na podłogę i tym samym bezpowrotnie zawieruszając parę mniejszych części, które wleciały pod niemożliwe do odsunięcia meble. Co śmieszne, przez długi czas Franklin był przekonany, że spór o cholerne Lego i to, kto ponosił winę za to, że w celu utrzymania okrętu Jacka Sparrowa w pionie należało oprzeć go o ścianę, okaże się ich jedynym, poważnym zgrzytem. W końcu jak oni, najlepsi przyjaciele, mogliby pokłócić się o cokolwiek innego?
Franklin nerwowo zerka na Lauriego. Tej ironii losu nie przewidział.
laurie matheson
Pytanie Lauriego ginie bez odpowiedzi. W pretensjach, niezrozumieniu i żalu wcale nietrudno jest je zignorować. Jakby tego było mało, w ich kierunku nadchodzi Fraser. Jego widok zmusza Franka do wygładzenia czoła i przyjęcia na twarz lekkiego uśmiechu. Nie zamierza, oczywiście, wciągać trenera w ich osobiste nieporozumienia. To nie tyle zawstydzające, co nieprofesjonalne. Cosgrove spędził zbyt wiele czasu w porządnej, europejskiej drużynie, żeby o tym nie wiedzieć.
Przez chwilę obawia się, że Laurie wybuchnie, ale ostatecznie udaje mu się skłamać. Wymuszony uśmiech sprawia, że jego oczy marszczą się w zupełnie inny sposób niż wtedy, kiedy naprawdę jest z czegoś zadowolony. Ten widok wystarcza, aby Franklin poczuł nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. Przenosi go na Frasera i kiwa głową. Chce wyrzucić z siebie to, co ciąży mu odkąd zobaczył słowo Toronto wydrukowane na karcie pokładowej, którą wręczył mu pracownik lotniska – że mimo jakiegoś dziwnego dyskomfortu i strachu na myśl o Louise jest też podekscytowany, bo przez te wszystkie lata nikogo nie brakowało mu na boisku tak bardzo, jak Lauriego. Czuje jednak, iż wypowiedzenie tych słów zniszczy spokojną, wzniesioną specjalnie dla Frasera fasadę Mathesona, więc tłamsi w sobie prawdę. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
W chwilach takich jak ta zawsze potrzebne są frazesy. Franklin na szczęście ma ich na pęczki.
– Damy z siebie wszystko – zapewnia, a Fraser śmieje się i klepie go po ramieniu.
– Nie macie wyjścia. Pamiętacie mecz z Nowym Jorkiem w dziewiętnastym?
– Cztery-zero? – dopytuje Frank, poprawiając sportową torbę, która zwisa mu z ramienia. Po przyjacielskim uderzeniu Frasera jest trochę przekrzywiona.
– Dokładnie ten. – Fraser uśmiecha się do Lauriego. – Niedawno go oglądałem.
– Niedawno oglądał pan tak stary mecz?
– Musiałem przypomnieć sobie jak dobrze razem gracie. To naprawdę niesamowite – głos trenera jest pełen podziwu. – Frank ledwo ruszał, a ty, Laurie, od razu wiedziałeś w którą stronę pobiegnie.
Utrzymanie uśmiechu nagle staje się strasznie trudne. Frank patrzy na ziemię; na kałużę, która odbija fragment podwozia samochodu Lauriego.
Wspomnienia nie są w stanie zadać mu bólu, o ile nie znajdują się tuż przed nim. Tym razem, z taką lekkością wyciągnięte na wierzch przez Frasera, kaleczą i wbijają się Franklinowi pod skórę. Zwykle trzyma Lauriego zamkniętego w małym, specjalnym pudełku swojej pamięci i po prostu do niego nie zagląda. Tego dnia jednak trener mniej lub bardziej świadomie uchyla wieko i wypuszcza na wierzch wspomnienia.
Pierwszy trening, po którym poszli do KFC na shake’a o smaku masła orzechowego. Impreza integracyjna zakończona chwiejnym szwendaniem się po Toronto. Godziny spędzane na omawianiu gry innych klubów i prowadzeniu dyskusji o technikach różnych zawodników. Nocowanie na swoich kanapach, gdy ich rozmowy przeciągały się do nieludzkich godzin. Układanie Lego przy stole w starym domu Franklina (jesionowe drewno średnio znosiło nieuwagę swojego właściciela i całe pokryte było okrągłymi śladami po butelkach wiśniowych, mocno schłodzonych Clearly Canadian). Wspólne wyjścia na siłownię i zakłady o to, który z nich podniesie większy ciężar (śmieszne – w tamtym okresie obaj byli bardzo przekonani o swojej sile, chociaż wyglądali najgorzej z całej drużyny). Wiadomości wymieniane nawet w przerwach międzysezonowych, gdy Laurie wracał do Dartmouth, a Frank do Ottawy i zamiast ciągle widywać się ze swoimi przyjaciółmi albo rodzicami, spędzał całe dnie wpatrzony w telefon, wyczekując ze strony Mathesona jakiegokolwiek znaku potwierdzającego to, że on też chciał już wrócić na boisko
Franklin nerwowo zerka na Lauriego. Tej ironii losu nie przewidział.
laurie matheson