You want a friend in Toronto? Get a dog.
: śr wrz 23, 2026 4:43 pm
Zdecydowanie nie należał do tych wstydliwych. Przebieranie się przy innych było dla niego czymś naturalnym. Może nie miał aż tylu okazji robić tego przy kobietach, co przy kumplach z pracy, ale skłamałby, mówiąc, że tylko parę osób na tym świecie widziało go zupełnie nago. Zresztą to była tylko górna część garderoby. Często biegał w samych spodenkach i nawet nie pomyślał, że jego pewność siebie mogła sprawić, że Zoya poczuła się nieco skrępowana. Często coś robił, zanim pomyślał. Głupi nawyk.
W ostatnim czasie trochę się poszerzył. Wprawdzie nie chodził częściej na siłownię ani nie trzymał jakiejś specjalnej diety, ale regularność robiła swoje. Zaczął to zauważać po własnych ciuchach, które tu i ówdzie zaczęły być nieco za wąskie. Nie lubił zmieniać garderoby zbyt często, więc perspektywa kupowania nowych ubrań mu się nie uśmiechała. Co prawda nie był z tych gości, którzy za karę chodzili po sklepach, ale zdecydowanie należał do tych, którzy byli w tym bardzo efektywni. Zawsze przeglądał, co chciał kupić, przed wyjściem z domu, sprawdzając, czy sklep ma jego rozmiar, i wchodząc do niego, nawet niczego nie przymierzał, tylko brał to, co wcześniej sobie upatrzył.
Niestety, praca czasem nie mogła zaczekać, a już na pewno nie w takiej sytuacji. Owszem, był na zastępstwie przy tej akcji – nie należał nawet do tego oddziału – ale musiał odhaczyć papierologię, czy chciał tego, czy nie. A przy rannym psim funkcjonariuszu było jej jeszcze więcej. Alkohol musiał zaczekać na lepszą okazję.
– Trudno się z tobą nie zgodzić. Już mało sypiam, a teraz jeszcze to – skomentował z niezadowoleniem, zerkając ukradkiem na telefon i upewniając się, że nikt nie zasypał go jeszcze połączeniami lub wiadomościami tekstowymi. – Ale to też nie tak, że ciągle pracuję, że nie mam czasu na zabawę czy że nie piję alkoholu. Dzisiaj to po prostu wyjątkowa sytuacja.
W końcu nawet nie planował wizyty w lecznicy z rannym psem, za którego nawet nie był odpowiedzialny. Gdyby nie to, pewnie już kończyłby raport i powoli zwijałby się do domu. Wtedy jednak nigdy by się nie poznali. No i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie siedziałby w jej mieszkaniu.
Machnął ręką z przyzwyczajenia, choć wiedział, że kobieta nawet nie mogła tego dostrzec.
– W sumie nie pomyślałem wcześniej, a mogłem poprosić, byś kupiła dla mnie piwo bezalkoholowe – nieco się zakłopotał, dopiero teraz myśląc o czymś tak prostym i oczywistym. – Mojito to doskonały pomysł.
Nie chciał też fatygować kobiety. Mógł sam o tym wcześniej pomyśleć albo nawet zabrać się z Zoyą do sklepu. Pretensje mógł mieć tylko i wyłącznie do siebie.
Przyjął od niej szklankę i skinął w podziękowaniu. Zsunął się po chwili z narożnika kanapy na siedzisko. Pośladki zdecydowanie mu za to podziękują.
– Don Mills w North York. Wcześniej, już jakiś czas temu, przez wiele lat mieszkałem w Nowym Orleanie, w USA – kobieta pewnie nie potrzebowała takich szczegółów, ale jakoś naturalnie się nimi dzielił. Mimo że minął już szmat czasu od jego powrotu, wciąż czasem czuł, że powinien o tym wspomnieć podczas rozmowy. Nawet jeśli nie do końca wiedział dlaczego. – Niee, ma innego opiekuna. Brałem udział w tej akcji w ramach zastępstwa. To ja wpadłem z nim do kliniki, bo jako jedyny miałem własny samochód, a oddział miał tylko furgonetkę, w której musieli upakować zwyrola, który ranił Rexa.
Mimowolnie, gdy o tym pomyślał, zrzedła mu mina i nieco zmienił mu się ton głosu. Nie był zły ani agresywny, ale wspomnienie tamtego wydarzenia zdecydowanie budziło w nim negatywne emocje. Może i słusznie.
– A co się stało, że sama zostałaś o tak późnej porze w klinice? – zapytał, szczerze zainteresowany. Raczej spodziewał się, że ludzie przyjeżdżają w nocy głównie z nagłymi przypadkami, które często wymagają rozległej wiedzy i doświadczenia. Nie rozumiał, jak weterynarz prowadzący mógł zostawić ją bez wsparcia.
Wziął łyk już dobrze schłodzonego napoju, który przez niską temperaturę musnął go nieprzyjemnie po zaciśniętym przełyku. W sumie, poza kawą kilkanaście minut temu, niewiele w ciągu dnia pił.
Rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu, jakby dopiero teraz zauważył, że wyglądało na zamieszkane nie przez jedną, lecz przez kilka osób. Nie chciał być wścibski, ale uznał, że skoro już padają prywatne pytania, to on też nie będzie się w nich ograniczał.
– A jak to jest z tobą? Sama tu mieszkasz? – zapytał dyplomatycznie, nie chcąc z góry sugerować, że ma kogoś i zaprasza obcych facetów do ich wspólnego mieszkania. – W ogóle, jako glina, muszę cię upomnieć, że w dzisiejszych czasach bardzo nierozsądne jest spraszanie do siebie obcych facetów.
Zrobił groźną, może nawet niepocieszoną minę, po czym roześmiał się, nie potrafiąc zachować powagi. Nigdy nie był w tym najlepszy.
Zoya Weasley
W ostatnim czasie trochę się poszerzył. Wprawdzie nie chodził częściej na siłownię ani nie trzymał jakiejś specjalnej diety, ale regularność robiła swoje. Zaczął to zauważać po własnych ciuchach, które tu i ówdzie zaczęły być nieco za wąskie. Nie lubił zmieniać garderoby zbyt często, więc perspektywa kupowania nowych ubrań mu się nie uśmiechała. Co prawda nie był z tych gości, którzy za karę chodzili po sklepach, ale zdecydowanie należał do tych, którzy byli w tym bardzo efektywni. Zawsze przeglądał, co chciał kupić, przed wyjściem z domu, sprawdzając, czy sklep ma jego rozmiar, i wchodząc do niego, nawet niczego nie przymierzał, tylko brał to, co wcześniej sobie upatrzył.
Niestety, praca czasem nie mogła zaczekać, a już na pewno nie w takiej sytuacji. Owszem, był na zastępstwie przy tej akcji – nie należał nawet do tego oddziału – ale musiał odhaczyć papierologię, czy chciał tego, czy nie. A przy rannym psim funkcjonariuszu było jej jeszcze więcej. Alkohol musiał zaczekać na lepszą okazję.
– Trudno się z tobą nie zgodzić. Już mało sypiam, a teraz jeszcze to – skomentował z niezadowoleniem, zerkając ukradkiem na telefon i upewniając się, że nikt nie zasypał go jeszcze połączeniami lub wiadomościami tekstowymi. – Ale to też nie tak, że ciągle pracuję, że nie mam czasu na zabawę czy że nie piję alkoholu. Dzisiaj to po prostu wyjątkowa sytuacja.
W końcu nawet nie planował wizyty w lecznicy z rannym psem, za którego nawet nie był odpowiedzialny. Gdyby nie to, pewnie już kończyłby raport i powoli zwijałby się do domu. Wtedy jednak nigdy by się nie poznali. No i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie siedziałby w jej mieszkaniu.
Machnął ręką z przyzwyczajenia, choć wiedział, że kobieta nawet nie mogła tego dostrzec.
– W sumie nie pomyślałem wcześniej, a mogłem poprosić, byś kupiła dla mnie piwo bezalkoholowe – nieco się zakłopotał, dopiero teraz myśląc o czymś tak prostym i oczywistym. – Mojito to doskonały pomysł.
Nie chciał też fatygować kobiety. Mógł sam o tym wcześniej pomyśleć albo nawet zabrać się z Zoyą do sklepu. Pretensje mógł mieć tylko i wyłącznie do siebie.
Przyjął od niej szklankę i skinął w podziękowaniu. Zsunął się po chwili z narożnika kanapy na siedzisko. Pośladki zdecydowanie mu za to podziękują.
– Don Mills w North York. Wcześniej, już jakiś czas temu, przez wiele lat mieszkałem w Nowym Orleanie, w USA – kobieta pewnie nie potrzebowała takich szczegółów, ale jakoś naturalnie się nimi dzielił. Mimo że minął już szmat czasu od jego powrotu, wciąż czasem czuł, że powinien o tym wspomnieć podczas rozmowy. Nawet jeśli nie do końca wiedział dlaczego. – Niee, ma innego opiekuna. Brałem udział w tej akcji w ramach zastępstwa. To ja wpadłem z nim do kliniki, bo jako jedyny miałem własny samochód, a oddział miał tylko furgonetkę, w której musieli upakować zwyrola, który ranił Rexa.
Mimowolnie, gdy o tym pomyślał, zrzedła mu mina i nieco zmienił mu się ton głosu. Nie był zły ani agresywny, ale wspomnienie tamtego wydarzenia zdecydowanie budziło w nim negatywne emocje. Może i słusznie.
– A co się stało, że sama zostałaś o tak późnej porze w klinice? – zapytał, szczerze zainteresowany. Raczej spodziewał się, że ludzie przyjeżdżają w nocy głównie z nagłymi przypadkami, które często wymagają rozległej wiedzy i doświadczenia. Nie rozumiał, jak weterynarz prowadzący mógł zostawić ją bez wsparcia.
Wziął łyk już dobrze schłodzonego napoju, który przez niską temperaturę musnął go nieprzyjemnie po zaciśniętym przełyku. W sumie, poza kawą kilkanaście minut temu, niewiele w ciągu dnia pił.
Rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu, jakby dopiero teraz zauważył, że wyglądało na zamieszkane nie przez jedną, lecz przez kilka osób. Nie chciał być wścibski, ale uznał, że skoro już padają prywatne pytania, to on też nie będzie się w nich ograniczał.
– A jak to jest z tobą? Sama tu mieszkasz? – zapytał dyplomatycznie, nie chcąc z góry sugerować, że ma kogoś i zaprasza obcych facetów do ich wspólnego mieszkania. – W ogóle, jako glina, muszę cię upomnieć, że w dzisiejszych czasach bardzo nierozsądne jest spraszanie do siebie obcych facetów.
Zrobił groźną, może nawet niepocieszoną minę, po czym roześmiał się, nie potrafiąc zachować powagi. Nigdy nie był w tym najlepszy.
Zoya Weasley