Strona 2 z 2

You want a friend in Toronto? Get a dog.

: śr wrz 23, 2026 4:43 pm
autor: Cree Bellerose
Zdecydowanie nie należał do tych wstydliwych. Przebieranie się przy innych było dla niego czymś naturalnym. Może nie miał aż tylu okazji robić tego przy kobietach, co przy kumplach z pracy, ale skłamałby, mówiąc, że tylko parę osób na tym świecie widziało go zupełnie nago. Zresztą to była tylko górna część garderoby. Często biegał w samych spodenkach i nawet nie pomyślał, że jego pewność siebie mogła sprawić, że Zoya poczuła się nieco skrępowana. Często coś robił, zanim pomyślał. Głupi nawyk.
W ostatnim czasie trochę się poszerzył. Wprawdzie nie chodził częściej na siłownię ani nie trzymał jakiejś specjalnej diety, ale regularność robiła swoje. Zaczął to zauważać po własnych ciuchach, które tu i ówdzie zaczęły być nieco za wąskie. Nie lubił zmieniać garderoby zbyt często, więc perspektywa kupowania nowych ubrań mu się nie uśmiechała. Co prawda nie był z tych gości, którzy za karę chodzili po sklepach, ale zdecydowanie należał do tych, którzy byli w tym bardzo efektywni. Zawsze przeglądał, co chciał kupić, przed wyjściem z domu, sprawdzając, czy sklep ma jego rozmiar, i wchodząc do niego, nawet niczego nie przymierzał, tylko brał to, co wcześniej sobie upatrzył.
Niestety, praca czasem nie mogła zaczekać, a już na pewno nie w takiej sytuacji. Owszem, był na zastępstwie przy tej akcji – nie należał nawet do tego oddziału – ale musiał odhaczyć papierologię, czy chciał tego, czy nie. A przy rannym psim funkcjonariuszu było jej jeszcze więcej. Alkohol musiał zaczekać na lepszą okazję.
– Trudno się z tobą nie zgodzić. Już mało sypiam, a teraz jeszcze to – skomentował z niezadowoleniem, zerkając ukradkiem na telefon i upewniając się, że nikt nie zasypał go jeszcze połączeniami lub wiadomościami tekstowymi. – Ale to też nie tak, że ciągle pracuję, że nie mam czasu na zabawę czy że nie piję alkoholu. Dzisiaj to po prostu wyjątkowa sytuacja.
W końcu nawet nie planował wizyty w lecznicy z rannym psem, za którego nawet nie był odpowiedzialny. Gdyby nie to, pewnie już kończyłby raport i powoli zwijałby się do domu. Wtedy jednak nigdy by się nie poznali. No i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie siedziałby w jej mieszkaniu.
Machnął ręką z przyzwyczajenia, choć wiedział, że kobieta nawet nie mogła tego dostrzec.
– W sumie nie pomyślałem wcześniej, a mogłem poprosić, byś kupiła dla mnie piwo bezalkoholowe – nieco się zakłopotał, dopiero teraz myśląc o czymś tak prostym i oczywistym. – Mojito to doskonały pomysł.
Nie chciał też fatygować kobiety. Mógł sam o tym wcześniej pomyśleć albo nawet zabrać się z Zoyą do sklepu. Pretensje mógł mieć tylko i wyłącznie do siebie.
Przyjął od niej szklankę i skinął w podziękowaniu. Zsunął się po chwili z narożnika kanapy na siedzisko. Pośladki zdecydowanie mu za to podziękują.
– Don Mills w North York. Wcześniej, już jakiś czas temu, przez wiele lat mieszkałem w Nowym Orleanie, w USA – kobieta pewnie nie potrzebowała takich szczegółów, ale jakoś naturalnie się nimi dzielił. Mimo że minął już szmat czasu od jego powrotu, wciąż czasem czuł, że powinien o tym wspomnieć podczas rozmowy. Nawet jeśli nie do końca wiedział dlaczego. – Niee, ma innego opiekuna. Brałem udział w tej akcji w ramach zastępstwa. To ja wpadłem z nim do kliniki, bo jako jedyny miałem własny samochód, a oddział miał tylko furgonetkę, w której musieli upakować zwyrola, który ranił Rexa.
Mimowolnie, gdy o tym pomyślał, zrzedła mu mina i nieco zmienił mu się ton głosu. Nie był zły ani agresywny, ale wspomnienie tamtego wydarzenia zdecydowanie budziło w nim negatywne emocje. Może i słusznie.
– A co się stało, że sama zostałaś o tak późnej porze w klinice? – zapytał, szczerze zainteresowany. Raczej spodziewał się, że ludzie przyjeżdżają w nocy głównie z nagłymi przypadkami, które często wymagają rozległej wiedzy i doświadczenia. Nie rozumiał, jak weterynarz prowadzący mógł zostawić ją bez wsparcia.
Wziął łyk już dobrze schłodzonego napoju, który przez niską temperaturę musnął go nieprzyjemnie po zaciśniętym przełyku. W sumie, poza kawą kilkanaście minut temu, niewiele w ciągu dnia pił.
Rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu, jakby dopiero teraz zauważył, że wyglądało na zamieszkane nie przez jedną, lecz przez kilka osób. Nie chciał być wścibski, ale uznał, że skoro już padają prywatne pytania, to on też nie będzie się w nich ograniczał.
– A jak to jest z tobą? Sama tu mieszkasz? – zapytał dyplomatycznie, nie chcąc z góry sugerować, że ma kogoś i zaprasza obcych facetów do ich wspólnego mieszkania. – W ogóle, jako glina, muszę cię upomnieć, że w dzisiejszych czasach bardzo nierozsądne jest spraszanie do siebie obcych facetów.
Zrobił groźną, może nawet niepocieszoną minę, po czym roześmiał się, nie potrafiąc zachować powagi. Nigdy nie był w tym najlepszy.

Zoya Weasley

You want a friend in Toronto? Get a dog.

: pn wrz 28, 2026 12:11 am
autor: Zoya Weasley
— Nie musisz mi się przecież tłumaczyć — rzuciła lekko, machając przy tym ręką. Zoya chciała dać mu do zrozumienia, że nie zamierzała oceniać go przez pryzmat tej jednej sytuacji, w której odmówił jej wspólnego drinka.
Sama po prostu potrzebowała się odprężyć po tym wszystkim, co się wydarzyło. Miała wystarczająco dużo zmartwień na głowie, a do tego doszło jeszcze nagłe szycie psa i reprymenda od przełożonego. O tej porze również dawało o sobie znać zmęczenie.
— A ja nie pomyślałam, aby najpierw cię zapytać — przyznała zgodnie z prawdą i nawet sama sobie potaknęła z wyraźną dezaprobatą. Normalnie nie kupowała do mieszkania alkoholu ani produktów alko-podobnych, więc nawet nie miała czym poczęstować Cree. Musiał zadowolić się tą podróbką mojito, którą na szczęście zdecydował się przyjąć.
— Och, to spory kawałek stąd — stwierdziła, po czym upiła łyk swojego drinka. — Ja pochodzę z Huntsville. To jakieś dwie godziny drogi od Toronto — dodała, dzieląc się z Cree tą ciekawostką w zamian za to, że sam zdecydował się opowiedzieć jej coś bardziej osobistego. Po tych słowach ponownie skosztowała swojego napoju.
Zoya w ostatnim czasie dość często odwiedzała rodzinną miejscowość, choć w dniu, w którym opuściła gospodarstwo, zarzekała się, że długo się tam nie pojawi. Nie potrafiła jednak wyzbyć się poczucia przynależności do Weasleyów i za każdym razem wracała, gdy Charles, jej niebiologiczny ojciec, potrzebował pomocy. To wszystko było skomplikowane, ale przecież właśnie tam spędziła większość życia; wśród tych ludzi. I... niezależnie od tego, co się wydarzyło, nie potrafiła tak po prostu przestać ich kochać.
Na wzmiankę Cree odnoszącą się do Rexa, mimowolnie pokiwała głową i ponownie upiła łyk drinka. Potrzebowała p r z e ł k n ą ć informację o zwyrolu. To było straszne, że po świecie wciąż chodzili tak podli ludzei; tacy, którzy bez mrugnięcia okiem potrafili kogoś skrzywdzić, niezależnie od tego, czy to człowiek, czy zwierzę.
— Lekarz dyżurujący musiał pojechać do dzikiego zwierzęcia, które zostało potrącone. Mamy sezon urlopowy, więc w klinice brakuje personelu i w większości pracujemy na zakładkę. — wyjaśniła pobieżnie. Co jak co, ale zgodnie z procedurami, w przypadku braku weterynarza Zoya powinna odesłać Cree i Rexa do innej kliniki. Problem polegał na tym, że szczerze wątpiła, aby pies zdołałby do niej dotrzeć żywy. — Nie powinnam was przyjąć — powiedziała to, co prawdopodobnie i tak już zwiedział.
Kiedy Zoya już ochłonęła zarówno dzięki temu, że opuścili szpital, jak i dzięki kojącemu działaniu alkoholu, jeszcze mocniej utwierdziła się w przekonaniu, że postąpiła właściwie. I że gdyby zaszła taka potrzeba, zrobiłaby dokładnie to samo.
— Wynajmuję mieszkanie. Dzielę je z drugim współlokatorem, ale on często wyjeżdża do rodziny — odpowiedziała. — Równocześnie nierozsądnie jest zgadzać się na zaproszenie osoby, której się nie zna — prychnęła odrobinę rozbawienia. — Płeć nie gra tu żadnej roli, panie detektywie — dodała i wyciągnęła palec, aby następnie ostrzegawczo pokiwać nim przed twarzą mężczyzny.
To dziwne, ale czuła się przy nim swobodnie i bezpiecznie, pomimo że poznali się zaledwie godzinę, może dwie wcześniej. Widocznie tragizm całej sytuacji sprawił, że Zoya szybko obdarzyła Cree zaufaniem.
— Dlaczego właściwie zostałeś policjantem? — zadała kolejne pytanie, ponownie upijając łyk drinka, po czym zamieszała szklanką. — To będzie kolejna historia z cyklu, że po prostu chciałeś zostać bohaterem w dzieciństwie?

Cree <3

You want a friend in Toronto? Get a dog.

: czw paź 01, 2026 3:48 pm
autor: Cree Bellerose
Nie chciał być niemiły, odmawiając gościny, ale jeszcze bardziej nie chciał wyjść na jednego z tych nadętych panów detektywów, którzy nie wiedzieli, co to znaczy zabawa. Może i powoli zaczynał się stawać takim nieco mniej wesołym panem gliną, który częściej przesiadywał w biurze, niż powinien. Jeśli miał wybierać między dokończeniem raportu a wyjściem ze znajomymi, musiał się nad tym dwa razy zastanowić. Głupio z jego strony. Zamiast od razu odpowiedzieć, że praca nie ucieknie, że papiery dokończy rano, a dziś poświęci czas czemuś równie ważnemu – życiu prywatnemu. Nie przychodziło mu to jednak łatwo. Nie tylko przez pracoholizm, ale też przez zwykły perfekcjonizm. Nie lubił zostawiać niedokończonych rzeczy na swoim biurku. Później tylko o nich myślał i niepotrzebnie psuł sobie humor.
Na jej a ja nie pomyślałam, aby najpierw cię zapytać nie mógł się powstrzymać od riposty:
– No i kto teraz komu się tłumaczy? – Uniósł pytająco jedną brew, po czym się zaśmiał. Obie strony czegoś nie przemyślały i w sumie nie było w tym nic dziwnego. Zmęczenie, stres, bardzo nerwowa sytuacja. Człowiek po czymś takim po prostu się wyłączał. Potrzebował odpocząć i nie myśleć o niczym skomplikowanym, a pytanie o to, czy ma jeszcze coś do zrobienia i czy pije alkohol, należało już do tych bardziej wymagających tego wieczoru. Bezalkoholowy drink przygotowany przez kobietę był w sam raz – dobrze gasił pragnienie i pozwalał mu wsiąść za kółko.
– Co więc skłoniło cię do przeniesienia się do Toronto? Strasznie drogie zrobiło się to miasto – zapytał z ciekawością. Sam pewnie nigdy nie wróciłby w te strony, gdyby nie to, że rodzice podarowali mu dom w spadku. A tak naprawdę chcieli, żeby się nim zajął, bo stał trochę zaniedbany, a nikt poza jednym z jego rodzeństwa nie mieszkał w Kanadzie. Zresztą nawet nie mieszkali w tej prowincji, a z Vancouver do Toronto leciało się kilka godzin. – Gdyby nie to, że drogi tutaj są mi znajome i że mają tu jeden z najlepszych oddziałów policji w kraju, to pewnie bym się nie zdecydował na powrót. Może Alberta i Calgary? Też nie najtaniej, ale dużo spokojniejsze życie niż tutaj.
Nie był jednak pewien, czy tego typu zmiana byłaby dla niego. Może i nie był zapatrzonym w miejskie życie gościem – wieś mogłaby mu pasować – ale obawiał się pracy w policji w mniejszych społecznościach. Że nie będzie miał co robić. Że nie będą potrzebować detektywów. Że prawdopodobnie jego wypłata byłaby mierna. Gdyby chciał się wtedy rozwijać i awansować, musiałby i tak przenieść się do większej aglomeracji. Pewnie ostatecznie wylądowałby w dużym mieście. Czemu więc nie od razu Toronto?
– Och, czy miało to coś wspólnego z ucieczką zwierząt z zoo? Wiadomości aż o tym krzyczały – zapytał, bardzo dobrze orientując się w wątku. Przecież sam był uczestnikiem tej przygody. Trochę przypadkowo, ale jednak strachu się najadł. – Miałem nieprzyjemność napotkać dużą kicię, która im czmychnęła. Chyba żadna sprawa w moim zawodzie nie dostarczyła mi tyle adrenaliny, co tamto spotkanie.
Wolał nie wdawać się w szczegóły o tym, że prawie został rozszarpany przez tego tygrysa, gdy próbował przedostać się z powrotem do samochodu, a ten go zauważył. Na szczęście finalnie nikt nie ucierpiał, ale zdecydowanie wolałby uniknąć podobnych wrażeń w przyszłości.
– Domyśliłem się. Niestety, chyba żadne z nas nie miało w tamtej sytuacji innego wyjścia. Rex może i nie był poważnie ranny, ale stracił sporo krwi i raczej nie zdążyłbym go zawieźć do innej kliniki. A szkoda byłoby tak dobrego psa. Uratował niejedno życie – czworonożny funkcjonariusz i tak powoli zbliżał się do emerytury, ale Cree wolał, żeby zwierzak spędził swoje ostatnie lata, biegając za patykiem w ogródku u jakiejś kochającej go rodziny, a nie ginął przedwcześnie podczas akcji policyjnej. Był jej też niesamowicie wdzięczny, że nie postąpiła zgodnie z procedurami. – Dlatego dziękuję, że się tego podjęłaś, nawet jeśli nie musiałaś.
Posłał jej szczery, ciepły uśmiech, który nie przypominał już tego zmęczonego sprzed chwili. Po czym podrapał się po karku, nieco przyparty do muru jej argumentami, bo może źle się wcześniej wyraził.
– Ha, to nie tak. Ale muszę ze smutkiem zauważyć, że moja płeć ma więcej grzechów na sumieniu w tej dziedzinie – mówił to z doświadczenia. Zdecydowana większość zgłoszeń dotyczących zabójstw, znęcania się nad kimś czy gwałtów, obciążała mężczyzn. Kobiety też popełniały te przestępstwa, ale dysproporcja była ogromna. – Ale fakt, powinienem cię wcześniej sprawdzić. Może dosypałaś mi czegoś do napoju? Zasnę, a obudzę się gdzieś w parku z wyciętą nerką.
Uwielbiał droczyć się z ludźmi, nawet jeśli stosował przy tym trochę za dużo czarnego humoru. Jego myślenie jednak odbiegało od rozumowania zwykłego człowieka. Po latach pracy w policji i już niemałym czasie spędzonym codziennie nad aktami morderstw, chemia w jego mózgu nieco się zmieniła i do pewnych spraw podchodził dużo bardziej pobłażliwie, niż wypadało. Mógł to porównać do codzienności patologów – oni też potrafili umawiać się na randki nad ciałem ofiary jakiejś brutalnej zbrodni. Do pewnych rzeczy człowiek się przyzwyczajał. Ot tak. Nawet jeśli z perspektywy osoby trzeciej wyglądało to trochę niepokojąco.
– Raczej nie? – Zaczął, bardziej rozbawiony jej komentarzem niż samym pytaniem. – Tu padnie raczej prosta odpowiedź – za dużo filmów i seriali kryminalnych. Po szkole średniej poszedłem do akademii policyjnej i już tak zostało. Po prostu chciałem wykonywać ten zawód. Czułem, że to coś, w czym dobrze się odnajdę i będę przyzwoitym gliną.
Zdecydowanie nie należał do ludzi, których historia wyboru życiowego zajęcia była szczególnie interesująca. W tej kwestii był prostym facetem.
– A jak to było z tobą? – Odbił piłeczkę. Był ciekawy, czy była to zwyczajnie miłość do zwierząt, czy może stał za tym jakiś inny powód.

Zoya Weasley