summer wine
: ndz paź 18, 2026 12:28 pm
Właściwie to Peach miała sporo racji w tym swoim wywodzie o chłopakach, kochankach i związkach. Mógłbym teraz przedstawić jej swój punkt widzenia, ale czy to aby na pewno była odpowiednia okazja? Nie, kiedyś może jej to zaprezentuję na jakiejś prezentacji pod tytułem kilka zasad otwartych relacji, albo coś w tym guście. Teraz jednak tylko się gryzę w język, żeby znowu nie zaczynać. Zamiast tego wracamy do sąsiadów, a potem to już całą wesołą zgrają idziemy prosto nad jezioro, gdzie słońce opala nasze ciała ostatnimi promieniami, woda idealnie chłodzi rozgrzaną skórę, a żołądek trawi magiczne grzybki, które coraz mocniej uderzają do głowy. Wszyscy zanurzają się chociaż na chwilę, czuję bardzo wyraźnie krople wędrujące w dół po twarzy, szyi i całym ciele. Usta wyciągają mi się w szerokim uśmiechu, bo gdzieś na niebie dostrzegam jakąś facjatę, z początku nieznajomą, więc wskazuję na nią palcem i rzucam między kolejnymi salwami śmiechu - Buzię widzę! Peach, zobacz!... - odwracam się do Pepper, a tam Pepper nie ma. Jak to? Rozglądam się i kiedy dostrzegam jej ciało dryfujące po tafli jeziora to dosłownie wszystkie flaki podchodzą mi do góry, ruszam w jej kierunku tylko mam wrażenie, że jakieś okropne fale ciągną mnie w przeciwną stronę, zresztą poruszam się jak w zwolnionym tempie w tej jebanej wodzie, co w aktualnej chwili zaczyna mnie wkurwiać. W końcu jednak dopadam do Peach i łapię ją za ramię wyciągając ponad taflę. Otwieram usta, żeby się zapytać czy żyje, chociaż chyba żyje skoro krztusi się wodą i po omacku zgarnia z twarzy mokre kosmyki włosów, w międzyczasie gadając coś o Madoxie? - Co? Kto? Peach, to ja, William - kiedy ona opiera mi dłoń na szyi, to ja łapię ją za ramiona i potrząsam lekko. Tylko zdążyła już zaszczepić ziarno w moim przećpanym umyśle i jak rozglądam się dookoła to dosłownie wszyscy nagle mają twarz Noriegi. Nawet ta buzia na niebie należy do niego i się do nas wesoło szczerzy. Zamykam na moment ślepia, żeby pozbyć się tego widoku, tylko pod zamkniętymi powiekami nawiedza mnie coś dużo gorszego. Nadal widzę kumpla, w dodatku w bardzo wyuzdanej sytuacji i to ze mną. O kurwa. Otwieram szybko oczy, mrugam kilka razy, ale już za późno, już to widziałem - Jezus kurwa Peach, musisz iść ze mną, muszę ci coś powiedzieć, na osobności - nie to, żeby każdy dosłownie zajmował się teraz sobą i miał wywalone na innych. Nieźle czeszą beret te meksykany, zresztą w spojrzeniu swojej przyjaciółki też widzę, że zadziałało, źrenice rozpłynęły się jej na całe tęczówki sprawiając, że oczy ma jeszcze ciemniejsze niż zwykle. Łapię ją mocno za rękę i prowadzę wzdłuż brzegu, gdzieś w okolicy stoi drewniana łódka z jednym wiosłem, więc to tam kieruję nasze kroki. Pokazuję Peach, że ma się ładować do środka, natomiast kiedy zajmuje miejsce to wypycham łódź trochę dalej od brzegu, w międzyczasie gadam - Peach, bo ja miałem wizję, to znaczy... Wydaje mi się, że to nie była wizja, tylko wspomnienie, które mój mózg do tej pory starał się wypierać - no i wcale mnie to nie dziwi. Wskakuję na pokład po czym chwytam za wiosło i zanurzam je we wodzie, z wolna płyniemy zakrzaczonym brzegiem - Kurwa, jeśli to jest prawda to się chyba popłaczę, powiem ci, ale musisz mi przysiąc na własne życie i na życie Moto i twoich rodziców, że nikomu o tym nie powiesz, NIKOMU - powtarzam, wpływamy pod baldachim z długich gałęzi wierzby płaczącej, uderzają w nasze nagie ciała jak jakieś bicze dosłownie, chyba tylko na filmach wygląda to romantycznie, ale kiedy mijamy pierwsze przeszkody w ich postaci i wpływamy w odcięte od reszty świata zacisze to nagle robi się jakby trochę spokojniej. Odwracam twarz w kierunku dziewczyny i uderza mnie zupełnie inna myśl. Peach Pepper wygląda przepięknie w tej scenerii - jezioro zdążyło już połknąć prawie całą kulę słońca, ale jego ostatnie promienie iskrzyły się cudownie na wodzie, muskały śniadą skórę mojej towarzyszki, wokół pulsujące równomiernie rośliny, wyglądały jakby oddychały, a gdzieś między kolejnymi zaczerpnięciami powietrza szeptały mi wprost do ucha, tak cicho, że chyba tylko ja mogłem to usłyszeć sialalala całuj ją. Przesuwam spojrzeniem po dziewczęcej sylwetce, wygląda dosłownie jak jakaś bogini o czekoladowej skórze, długie, ciemne pukle mokrych włosów układają się w przedziwne wzory na jej szczupłych ramionach i nieśmiało przysłaniają piersi, a te oczy, wielkie, błyszczące, otoczone dwoma kurtynami czarnych rzęs, wpatrzone we mnie tak, że w jednej chwili tracę wątek. Nie wiem co chciałem jej powiedzieć - Peach, bo ja - zaczynam, ale nic nie przychodzi mi do głowy, słyszę tylko te przeklęte podszepty przyrody - Po co my tu jesteśmy? - pytam głupkowato, przygryzając lekko dolną wargę, po czym bardzo powoli pochylam się w jej stronę, jakbym chciał zrealizować plany, które ma względem nas natura. Dalej, całuj ją.
Peach J. Pepper
Peach J. Pepper