Strona 2 z 2

Hasta el Amanecer

: wt wrz 15, 2026 8:12 pm
autor: Carmen Torres
Carmen mogłaby śmiało stwierdzić, że ich przyjaźń była idealnie zbalansowana. Potrafiły nie rozmawiać ze sobą przez paręnaście dni, będąc całkowicie pochłoniętymi swoimi sprawami, by potem spotkać się jednej nocy, dokładnie tak jak dzisiaj i wszystko dokładnie przegadać. A czasem w ogóle nie rozmawiały o tym, co ich męczy, jedynie dotrzymując sobie towarzystwa i dając sobie to słodkie poczucie, że w razie potrzeby, zawsze jest się tuż obok. Mogły balować do białego rana, a Torres mogła wpadać w jej ramiona, gdy tylko potrzebowała przyjacielskiej czułości i mogły pokłócić się o najgłupszą pierdołę, używając wszystkich znanych im przekleństw. I to w każdym języku, jaki tylko znały. Meksykanka naprawdę to ceniła; całą tę wybuchowość i jednoczesny stoicyzm ich relacji, która dawała jej komfort, niezależnie od tego, na jakim etapie życia właśnie była.

Torres nie mówiła już tak chętnie o swojej rodzinie jak kiedyś. Nie kłamała, mówiąc, że ma bliskich w rodzinnym kraju, w tym dość problematycznych braci, ale zwykle nie wgłębiała się w szczegóły. Ruelle oczywiście wiedziała o ich relacji i o tym, jak toksyczny i zły wpływ mieli na jej codzienność. Nie poruszała jednak tego na każdym spotkaniu, dochodząc do wniosku, że spotykała się z Prescott właśnie po to, żeby jak najbardziej móc się od tego odciąć. I chyba dlatego też, nie chciała głębiej ją w to wciągać. Chyba podświadomie obawiała się, że im więcej ludzi będzie znać szczegóły, tym więcej osób z jej otoczenia mogłoby być potencjalnie zagrożonych.
— Słodka jesteś — stwierdziła, uśmiechając się przy tym z rozbawieniem, zanim uniosła palce, by założyć kosmyk ciemnych włosów Rue za ucho. — Ale chyba nie chciałabym, żeby zwęszyli, gdzie mieszkasz — westchnęła, bo w takim wypadku, musiała brać wszystko pod uwagę. — Nie chcę martwić się jeszcze o bliskich — mruknęła, marszcząc lekko nos. Albert sobie poradzi. Rue na pewno też, ale po co wystawiać ją na zbędne ryzyko, prawda?

Plany wyjazdowe, o których rozmawiało się po pijaku zwykle nie wychodziły, to prawda. Szczególnie, jeśli snuła je Torres, która dziewięćdziesiąt procent swojego czasu spędzała w pracy. Jednej, drugiej albo trzeciej, ale tym razem... Naprawdę chciała to zrobić. To byłoby lepsze od tych wszystkich terapii. Kolejnego dnia, jak tylko kac morderca minie, dziewczyna od razu zabierze się za planowanie. Ot co. — Też wolałabym domki. Może uda się znaleźć takie budżetowe — mruknęła w namyśle, stukając się palcem wskazującym po brodzie. — Och, nasz pierwszy wyjazd. Qué emoción! rzuciła zachwycona swoim własnym pomysłem. Samouwielbienie.

— Admítelo, soy tu favorita — parsknęła na jej słowa. Na wspomnienie o tym jej wyjątkowym instynkcie, Carmen po raz kolejny zaśmiała się pod nosem, bo to też nie było dla niej nic szokującego. Ach, ten latynowski temperament... Kiedyś wpędzi je obie do grobu. — Ale zakładam, że już się pogodziłyście? — mruknęła, mierząc ją uważnym spojrzeniem. — Boże, dlatego właśnie uczucia między dwoma kobietami są tak przejebane. To jak walka ognia z ogniem — rzuciła. Torres chyba wyrwałaby sobie włosy z głowy, gdyby musiała przez to przechodzić, a o potencjalnych kłótniach, usłyszałoby całe Toronto.

Carmen objęła ją w talii i zaczęły tańczyć. Muzyka przenikała ją aż do kości, a alkohol przyjemnie rozgrzewał jej ciało. Zupełnie straciła poczucie czasu — nie wiedziała, ile już szalały na parkiecie, ale w pewnym momencie zrobiło się tak tłoczno i duszno, że Torres zdecydowała się wyciągnąć Ruelle tylnym wyjściem na zewnątrz. Dopiero tam puściła jej nadgarstek, opadając tyłkiem na chodnik z tyłu budynku. Oparła dłonie za swoimi plecami i spojrzała w gwiazdy, rozpościerające się nad ich głowami. — Puta madre, qué hermosas estrellas! — westchnęła. Zawsze miała do nich słabość.

Ruelle