Strona 2 z 2

don't let it in with no intention to keep it

: ndz paź 04, 2026 8:26 pm
autor: joe grainier
Dobry plan.
Ku jej niemałemu zdumieniu, Joan poczuła, jak całe jej ciało próbuje wyprężyć się w kierunku, z którego padły te słowa - w kierunku Carlosa - wytężając śmieszne resztki energii jakie jeszcze ostały się w jej organizmie. Umysł rozjaśnił się na krótko - na literalny ułamek sekundy - a myśli rozplątały na moment jak zamotany kłębek wełny, jak gdyby Salazar pociągnął właśnie za odpowiedni kraniec wystający z całego tego chaosu, który kłębił się pod sklepieniem jej czaszki.
Prysznic to dobry plan. Nie wiedziała, że potrzebuje afirmacji; że pragnie, żeby ktokolwiek -
Nie. Żeby ten właśnie mężczyzna, który spoglądał na nią teraz z jakąś fuzją winy i troski, jakiej Joe nigdy wcześniej nie widziała u nikogo oprócz miłej funkcjonariuszki policji, gdy ta przyszła poinformować Grainierów o losie ich ojca, rzucił jej nagle jakiś ochłap pochwały. Jakieś zapewnienie, że Joe - Joe, która czuła się, jakby ktoś wytrzebił z niej resztki jej własnego człowieczeństwa, pozostawiając tylko marną, bladą, trochę tragikomiczną w kształcie łuskę - wie co robi. Że nadal potrafi snuć plany, i to w dodatku dobre.
Zupełnie automatycznie, przytrzymywała się teraz jego słów tak kurczowo, że nawet nie zarejestrowała dokładnej chwili, w której Carlos po nią sięgnął, zamykając kant jej twarzy w ciepłej kołysce dłoni. Dopiero ruch jego palców - krwista sygnatura złożona zatrważająco łagodnym ruchem kciuka - pozwoliła jej na powrót wynurzyć się na chwilę z odmętów dysocjacji. Poczuć to ciało, w którym trwała, jako własne. Dopuścić do siebie chłód, który ogarniał jej skórę, i pierwsze zwiastuny bólu, który miał dopaść ją dopiero we wszystkich tych miejscach, w których ramiona i plecy spotkały się z podłogą, a wierzgające stopy zahaczyły o kant tego czy innego mebla.
- Okay - Powiedziała słabo, zmusiwszy się do nikłego skinięcia głową; każdy ruch był heroicznym w skali aktem, walką Syzyfa z niesprzyjającym mu losem. Chciała krzyczeć, płakać i piszczeć jak rozkapryszone dziecko. Rzucić się, może, ku schodom, w żałosnej próbie zagrodzenia brunetowi drogi. Mogła spróbować go powstrzymać, rzucając mu się na szyję i ściągając go, jakimś cudem, do poziomu podłogi, polegając tym samym wyłącznie na elemencie zaskoczenia. Ale prędzej, niż zdążyłaby zareagować w którykolwiek z tych sposobów, rozsądek zaoponował gwałtownie, ograniczając jej ruchy do absolutnego minimum. Co, w końcu, gdyby zamiast skutecznie go przy sobie zatrzymać, raczej odstraszyłaby Salazara takim właśnie aktem dziewczęcej histerii? Udowodniła mu, że jest szalona - tak samo jak jej matka; i że zasługuje na taki sam los, jaki spotkał i ją. Zastygła więc w niemal perfekcyjnym bezruchu, oczekując na powrót mężczyzny, i starając się odeprzeć atak wszelkich intruzywnych myśli, które nadal atakowały jej wyobraźnię w brutalnej szarży. Może Carlos nie wróci... Może kłamał, tylko po to by móc wyślizgnąć się w objęcia nocy i, tym samym, spod ciężaru odpowiedzialności o jej bezpieczeństwo. Może był, mimo wszystko, dokładnie taki jak ci mężczyźni - te pozbawione twarzy i imienia sylwetki, które w kolejnych miesiącach miały czaić się na nią w cieniach i szmerach nocy - przed którymi rzekomo miał ją obronić.
Musiała jednak ufać. Musiała wierzyć, że mówił prawdę. Nie miała siły na nic więcej - na podejrzliwość, na kalkulacje, na ostrożność. Utrzymywanie zmordowanego ciała w pionie okazywało się być wystarczająco trudne.

Nie miała pojęcia co robił, gdy została sama - ani siły by próbować to sobie wyobrazić. Schwytana we wnyki stuporu, nie potrafiła nawet stwierdzić ile dokładnie na niego czekała - sekundy? minuty? dni? Mogły upłynąć całe lata, całe dekady albo i wieki. Joe czuła się skamieniała, jak relikt dawnego, utraconego dzisiejszej nocy raz na zawsze życia. Nie ośmieliłaby się zrobić więcej niż paru kroków bez jego kurateli, bez sposobu, w który obejmując ją samym spojrzeniem, Salazar zdawał się nadawać jej kształt. Gdy więc do niej ponownie powrócił - z naręczem ubrań, których Joan nawet nie zarejestrowała (a więc i nie miała szansy, by pokryć się głębokim rumieńcem jeśli jej wzrok padłby na cieniutką warstwę koronki, którą nosiła czasem pod ubraniem, w sekrecie przed wszystkimi oprócz - a i to z rzadka - Levi'ego) - prawie w ogóle nie zmieniła pozycji, zbliżając się jedynie do jednej ze ścian, i wspierając o nią nadal lekko drżącą dłoń.
Pójdziemy pod prysz...
...nic.
Gdyby miała na to siłę, mogłaby się teraz roześmiać. Rozchichotać tym rodzajem wisielczego humoru, który czasem dopadał ją w najbardziej niedorzecznych, najbardziej beznadziejnych kontekstach na szpitalnym oddziale. Nawet tragedie miały czasem w sobie coś zabawnego. Nawet to, że Carlos, który przed chwilą najpewniej uratował jej życie, teraz odrobinę plątał się we własnych słowach, mogłoby rozbawić ją do łez. Ale nie teraz. Jeszcze nie. Kto wie, może kiedyś - przy odrobinie mało prawdopodobnego szczęścia - będą potrafili obrócić to wszystko w jakiś (okrutny) żart?
- Zostań - Potwierdziła jednym słowem, gdyby Carlos potrzebował więcej przyzwoleń niż desperacja widoczna w jej, uniesionym ku niemu, spojrzeniu. W niedorzecznym przypływie gniewu, Joe wściekała się teraz na własnych rodziców - na to, że nigdy nie przeszkadzał im brak dodatkowej łazienki, że nigdy nie wpadli na pomysł, by zbudować dodatkową toaletę. Jakże to wszystko musiało być dla niego niezręczne?! Jakże absurdalne?!
Sama Joe nie miała siły dbać o własny honor. Jaki honor zresztą, na miłość boską? Jakieś jego smutne szczątki mogły pozostać, o ironio, właśnie po drugiej stronie łazienkowych drzwi, tam, gdzie kryła się ledwie w bieliźnie, zanim wyważył je napastnik.

Zasuwając za sobą drzwi kabiny, Joe poczuła jakiś rodzaj rezygnacji. Carlos tyle już widział, że smutny błysk bladego pośladka pochwycony w tafli lustra, w której się przeglądał, nie zrobiłby już żadnej różnicy. Nie pogorszyłby sytuacji. Czy powinna teraz myśleć o tym, że nie było już żadnych szans by kiedykolwiek jeszcze zobaczył w niej po prostu kobietę - nie teraz, kiedy doświadczył jej jako ofiary. Swojej własnej, albo tamtego obcego człowieka - nieważne.
Strumień wody przynosił zarówno ból jak i ulgę, rozbijając się o wycieńczone ciało. Joe zwiesiła głowę i trwała, wspierając się o kafelki rozczapierzonymi palcami obu dłoni. Czuła obecność Carlosa, choć nie pozwoliłaby sobie na zuchwałość potrzebną by sprawdzić, czy patrzył. Zarówno tak, jak i nie, byłoby teraz błędną, bolesną odpowiedzią. Starała się tylko oddychać miarowo i nie myśleć, i wkrótce znów ogarnął ją ten bezmiar upływającego czasu. Naprawdę nie potrafiłaby osądzić ile spędziła pod prysznicem, zanim wreszcie przymusiła się do sięgnięcia po wiszący na haczyku ręcznik.
- Wyręczyłeś mnie - Powiedziała pierwszą rzecz, jaką ślina naniosła jej na język. Miała świadomość, że stoi przed nim teraz boso, z wilgotnymi włosami okalającymi twarz w brzydkich strąkach, i fiołkowym ręcznikiem owiniętym wokół szczupłego chudego ciała. - To nie fair.
Chciała się gniewać, ale nie miała siły. Może, jeśli los pozwoli, odzyska ją rano - i o ile Carlos jeszcze wtedy przy niej będzie, spotka go prawdziwy atak dziewczęcego rozżalenia.
- Muszę się ubrać - Dodała zaraz, głupio, bez związku z poprzednim stwierdzeniem. Sięgnęła po przyniesione jej przez Salazara ubrania na oślep. - Nie patrz.

Carlos Salazar