Live fast, die young, and leave a good looking corpse
: pt paź 16, 2026 6:13 pm
Cree wywrócił oczami, słysząc, że tonący brzytwy się chwyta. W jakiś dziwny sposób zbliżył się do tego mężczyzny i nawet go polubił, więc podobne zagrywki wcale go nie denerwowały. Nie czuł się urażony. Gdyby usłyszał to od kogoś innego, pewnie ostro by się podirytował, bo najbardziej nie znosił, gdy ktoś bawił się z nim w gierki. Jeśli ktoś czegoś od niego chciał, powinien walić prosto z mostu. Nie chować się za komplementami, a gdy zawodzą, nie wjeżdżać mu na ambicje. Nie należał do ludzi, na których takie metody działały. Oczywiście ruszały go i potrafiły wywołać nieprzyjemne ukłucie w sercu, ale nie reagował. Nie dawał się ponieść emocjom, gdy były zupełnie nieprzydatne w danej sytuacji. A w tej ich nie potrzebował.
Niczego przed nim nie ukrywał i nie próbował odwieść Dilliona od tematu, bo wiedział, że to nic nie da. Organista był uparty, pewnie nie mniej niż on sam. Ale naprawdę nie mógł zrobić dla niego nic więcej niż sprawdzić, czy zdjęcia zrobione przez techników nadadzą się na otwarcie sprawy. A jeśli nie, będzie musiał odmówić dalszej pomocy. Nie dlatego, że nie wierzył Harry'emu. Po prostu za dobrze rozumiał zasady. Prawo nie działało w ten sposób. Trybiki w tej maszynie nie ruszały na czyjeś dane słowo. To nie był obóz harcerski, a przysięgam nie miało tu żadnej wartości. Czasem miał wrażenie, że w sądzie również, ale to była zupełnie inna para kaloszy.
Przez moment musiał się zastanowić nad pytaniem organisty, choć przecież znał odpowiedź. Miewał problemy z zasypianiem. Częściej, niż chciałby się do tego przyznać. Czasem sam je sobie fundował, gdy siedział po nocach nad papierami i tak przyzwyczajał oczy do sztucznego światła, że nawet po ich zamknięciu nie potrafił zasnąć. Innym razem śledztwo było na tyle dobijające, czy to przez brak dowodów, czy przez jego skalę lub brutalność, że trudno mu było przespać całą noc. W takich chwilach naprawdę chciał mieć to wszystko za sobą. Znaleźć mordercę, wsadzić go za kraty i odpocząć. Nie zawsze było to jednak takie proste.
– Zdarzają się. Praca detektywa, szczególnie w moim wydziale, nie należy do najłatwiejszych. I nie mówię tu nawet o tym, jak czasem trudno jest znaleźć sprawców. Bardziej o tym, czego człowiek musi czasami doświadczyć na miejscu zbrodni – wzdrygnął się na samą myśl, chociaż zawsze sobie powtarzał, że już się przyzwyczaił. Że mało co jest w stanie go zaskoczyć. Może nawet i tak było? Co nie zmieniało faktu, że wciąż nie potrafił się z tym pogodzić. Nie stało się to dla niego codziennością. Z czego nawet się cieszył, bo gdyby stał się na to wszystko nieczuły, straciłby trochę ze swojego człowieczeństwa. – Pchasz się w kłopoty częściej, niż powinieneś, jak na kogoś, kto ma siedzieć cicho jak mysz pod miotłą. Kiedyś cię to ugryzie w zadek.
Kiwnął tylko głową w odpowiedzi na podziękowanie, bo nie chciał już ciągnąć tego tematu. Samym gadulstwem i tak niewiele zmieni, a nie mógł mu niczego obiecać. Z reguły starał się dotrzymywać obietnic, a tutaj nie było pewności, czy cokolwiek ruszy do przodu. O wszystkim przekona się dopiero na komendzie.
Wysłuchał przyjaciela do końca, gdy ten opowiadał mu swoją historię rodem z filmów przygodowych o poszukiwaniu skarbów. Jego ciekawość była zatrważająco nieodpowiedzialna. Z drugiej strony cieszył się, że nie grzebał w tym bardziej, niż powinien, bo skończyłoby się to jak z trupem z niewłaściwych czasów. No, a przynajmniej tak myślał, do momentu, gdy Harry zaproponował, że jednak zerknie do dziury jeszcze raz i pokaże mu, co się w niej znajduje. Cree próbował go nawet przez moment zatrzymać, łapiąc za rękaw, ale organista wymknął mu się w chwili, gdy wyciągał ku niemu rękę. Przeklął pod nosem i, nie mając wyjścia, przesunął się pośladkami po ławie, a gdy znalazł się na jej końcu, wstał, poprawił kurtkę i ruszył w stronę mężczyzny, który, nie czekając na niego, już świecił latarką z telefonu w głąb otworu po płytce.
– Nie boisz się, że jak będziesz wkładał palce w losowe otwory, to w końcu coś cię w nie ugryzie? – zapytał rozbawiony, opierając się o ambonę. Nie miał pojęcia, czy nie robił w tym momencie czegoś, za co ksiądz by go opierdzielił z góry do dołu, ale jego podejście do tych religijnych spraw było na tyle obce, że nie znał tych wszystkich nakazów, zakazów czy tego, co wypadało. – Jestem gliną. Dla mnie takie wpychanie łap, gdzie nie trzeba, najczęściej kończy się znajdowaniem niezabezpieczonych igieł. Dobrze, że nigdy nie robię tego gołą ręką. Cholera wie, co bym przytargał ze sobą do domu.
Mordercy potrafili ukrywać narzędzia zbrodni i inne ważne poszlaki wszędzie tam, gdzie wyobraźnia podpowiadała im, że będzie trudno je znaleźć. Kreatywności odmówić im nie mógł. Ale doświadczenie też robiło swoje. Wiedział, gdzie sprawdzać, nawet jeśli technikom na miejscu nie przyszłoby to do głowy.
Harry Dillion
Niczego przed nim nie ukrywał i nie próbował odwieść Dilliona od tematu, bo wiedział, że to nic nie da. Organista był uparty, pewnie nie mniej niż on sam. Ale naprawdę nie mógł zrobić dla niego nic więcej niż sprawdzić, czy zdjęcia zrobione przez techników nadadzą się na otwarcie sprawy. A jeśli nie, będzie musiał odmówić dalszej pomocy. Nie dlatego, że nie wierzył Harry'emu. Po prostu za dobrze rozumiał zasady. Prawo nie działało w ten sposób. Trybiki w tej maszynie nie ruszały na czyjeś dane słowo. To nie był obóz harcerski, a przysięgam nie miało tu żadnej wartości. Czasem miał wrażenie, że w sądzie również, ale to była zupełnie inna para kaloszy.
Przez moment musiał się zastanowić nad pytaniem organisty, choć przecież znał odpowiedź. Miewał problemy z zasypianiem. Częściej, niż chciałby się do tego przyznać. Czasem sam je sobie fundował, gdy siedział po nocach nad papierami i tak przyzwyczajał oczy do sztucznego światła, że nawet po ich zamknięciu nie potrafił zasnąć. Innym razem śledztwo było na tyle dobijające, czy to przez brak dowodów, czy przez jego skalę lub brutalność, że trudno mu było przespać całą noc. W takich chwilach naprawdę chciał mieć to wszystko za sobą. Znaleźć mordercę, wsadzić go za kraty i odpocząć. Nie zawsze było to jednak takie proste.
– Zdarzają się. Praca detektywa, szczególnie w moim wydziale, nie należy do najłatwiejszych. I nie mówię tu nawet o tym, jak czasem trudno jest znaleźć sprawców. Bardziej o tym, czego człowiek musi czasami doświadczyć na miejscu zbrodni – wzdrygnął się na samą myśl, chociaż zawsze sobie powtarzał, że już się przyzwyczaił. Że mało co jest w stanie go zaskoczyć. Może nawet i tak było? Co nie zmieniało faktu, że wciąż nie potrafił się z tym pogodzić. Nie stało się to dla niego codziennością. Z czego nawet się cieszył, bo gdyby stał się na to wszystko nieczuły, straciłby trochę ze swojego człowieczeństwa. – Pchasz się w kłopoty częściej, niż powinieneś, jak na kogoś, kto ma siedzieć cicho jak mysz pod miotłą. Kiedyś cię to ugryzie w zadek.
Kiwnął tylko głową w odpowiedzi na podziękowanie, bo nie chciał już ciągnąć tego tematu. Samym gadulstwem i tak niewiele zmieni, a nie mógł mu niczego obiecać. Z reguły starał się dotrzymywać obietnic, a tutaj nie było pewności, czy cokolwiek ruszy do przodu. O wszystkim przekona się dopiero na komendzie.
Wysłuchał przyjaciela do końca, gdy ten opowiadał mu swoją historię rodem z filmów przygodowych o poszukiwaniu skarbów. Jego ciekawość była zatrważająco nieodpowiedzialna. Z drugiej strony cieszył się, że nie grzebał w tym bardziej, niż powinien, bo skończyłoby się to jak z trupem z niewłaściwych czasów. No, a przynajmniej tak myślał, do momentu, gdy Harry zaproponował, że jednak zerknie do dziury jeszcze raz i pokaże mu, co się w niej znajduje. Cree próbował go nawet przez moment zatrzymać, łapiąc za rękaw, ale organista wymknął mu się w chwili, gdy wyciągał ku niemu rękę. Przeklął pod nosem i, nie mając wyjścia, przesunął się pośladkami po ławie, a gdy znalazł się na jej końcu, wstał, poprawił kurtkę i ruszył w stronę mężczyzny, który, nie czekając na niego, już świecił latarką z telefonu w głąb otworu po płytce.
– Nie boisz się, że jak będziesz wkładał palce w losowe otwory, to w końcu coś cię w nie ugryzie? – zapytał rozbawiony, opierając się o ambonę. Nie miał pojęcia, czy nie robił w tym momencie czegoś, za co ksiądz by go opierdzielił z góry do dołu, ale jego podejście do tych religijnych spraw było na tyle obce, że nie znał tych wszystkich nakazów, zakazów czy tego, co wypadało. – Jestem gliną. Dla mnie takie wpychanie łap, gdzie nie trzeba, najczęściej kończy się znajdowaniem niezabezpieczonych igieł. Dobrze, że nigdy nie robię tego gołą ręką. Cholera wie, co bym przytargał ze sobą do domu.
Mordercy potrafili ukrywać narzędzia zbrodni i inne ważne poszlaki wszędzie tam, gdzie wyobraźnia podpowiadała im, że będzie trudno je znaleźć. Kreatywności odmówić im nie mógł. Ale doświadczenie też robiło swoje. Wiedział, gdzie sprawdzać, nawet jeśli technikom na miejscu nie przyszłoby to do głowy.
Harry Dillion