Strona 2 z 2

the bitter breeze from the wounds and melodies

: wt wrz 15, 2026 1:12 am
autor: Rhys Madden
Nie należał do elastycznych osób.
Wiele rzeczy go zwyczajnie nie obchodziło i pozwalał innym podejmować za siebie decyzje, ale nie należało tego mylić z jakąkolwiek plastycznością. Madden był człowiekiem mniejszych lub większych rytuałów, który w tych paru miejscach, które były dla niego istotne, nie potrafił ustąpić.
Nie byłby w stanie zmienić swojego miejsca pracy, miałby problem ze zmianą mieszkania, do którego przywykł. Kupował w tym samym miejscu kawę jeśli wyjeżdżał w teren i od dwudziestu lat palił te same fajki.
Gdy jednak zasiadali na miejscu, przy Mercer radośnie tworzącej wizję przyszłości, która wyglądała absolutnie paskudnie, kącik jego ust sam unosił się w górę, a umysł docierał do pewnych wniosków. Dom na obrzeżach miasta, mieszkanie w centrum. Psy, koty, dzieci, brak dzieci - cholera, Kanada, a może inne miejsce na tej ziemi.
Było mu wszystko jedno, byle tylko był z n i ą.
Byłby w stanie odnaleźć się nawet w tym, co teraz plotła - w układzie, który nie miałby racji bytu, bo charakter Mercer nie przeszedłby próby wypełniania tradycyjnej roli kobiety w domu. Nie dbał o to, w jaki sposób miały wyglądać następne lata tak długo, jak miałby ją obok.
- Nie wiedziałem, że jesteś taka udomowiona - zauważył zaczepnie, ignorując kelnerkę, która wzrokiem usiłowała wybadać, czy są zainteresowani czymś, co mogłaby im polecić - a gdy tego potwierdzenia nie odnalazła na tej "pierwszej randce", dała im odrobinę prywatności zostawiając wyłącznie własne towarzystwo i szum fal rozbijających się gdzieś pod ich nogami.
- W niedzielę nie chodzi się na pikniki, tylko do kościoła - wytknął jej, podświadomie sięgając po słowa własnej matki, która o chodzeniu do kościoła mówiła bardzo wiele - a faktycznego uczęszczania do niego rzadko kiedy można było jednak doświadczyć. - Dwójka dzieci, sami synowie - dodał, poprawiając ją w tej jakże istotnej dla niego kwestii.
Kelnerka pojawiła się gdzieś w kącie ich pola widzenia, niosąc dwa kieliszki - białego wina? Szampana? - na które musiał chyba przytaknąć gdy coś do nich mówiła, lub które dopisała im do rachunku z własnej inicjatywy.
Coś kusiło go, by odmówić przyjęcia i poprosić o z w y k ł e piwo, ale jednak dużo większa była w nim potrzeba pozbycia się kelnerki i skupienia na kobiecie siedzącej naprzeciw, niż wciąganie jej w ich g r ę.
- Jestem wolnym ptakiem - odrzucił, ostentacyjnie rozkładając ręce na boki. - Myślę, że nie będzie mnie zbyt wiele w domu. Żadna kariera na miejscu nie da nam wystarczająco pieniędzy by utrzymać twój nałóg robienia zakupów.
Westchnął ostentacyjnie, gdy gdzieś między jednym słowem a drugim, ich pierwsza randka przekształciła się w czterdzieści lat wspólnego małżeństwa pełnego obopólnego zgorzknienia.
- Ciągnie mnie na morze. Może będę pracować na platformie wiertniczej? Albo zostanę kierowcą tira? - kontynuował, sięgając po kieliszek i kręcąc nim w dłoni nim uniósł go do ust i upił łyk absolutnie obrzydliwego alkoholu, w którym nie było ani krzty fantazji - wyłącznie smak zakiszonych winogron. - Kto wie, może zaciągnę się do wojska żeby uniknąć spędzania czasu w domu i nigdy z niego nie wrócę?
Spojrzał na nią znad krawędzi szkła w sposób wysoce oceniający, jakby faktycznie sprawdzał, czy była dla niego adekwatną partnerką. Wyobrażał sobie, że w ten sposób zachowywali się ludzie w jego ich wieku na Tinderze. Nie był pewny, ponieważ nigdy z niego nie korzystał, preferując odnajdywanie kobiet w staromodny sposób ignorowania ich w barze.
- Poradzisz sobie z wychowaniem n a s z y c h dzieci, prawda? - zagadnął, wyciągając ku niej kieliszek w propozycji toastu tejże jakże ponurej perspektywy na przyszłość.

już nigdy mnie nie zostawiaj

the bitter breeze from the wounds and melodies

: wt wrz 15, 2026 8:37 am
autor: margo mercer
Rozsiadła się wygodniej na krześle i przyglądała się Maddenowi z tym uśmiechem, który pojawiał się na jej twarzy, gdy podsuwał jej pod nos idealną okazję do wbicia szpilki.
- Brzmi świetnie - przyznała z pełnym przekonaniem, jakby właśnie dobili najlepszego w życiu targu. - Im mniej będzie cię w domu, tym mniejsze ryzyko, że zdążysz mi się znudzić. To całkiem rozsądny układ - upiła łyk alkoholu bez najmniejszego skrzywienia. Nie była wielką fanką białego wina, właściwie nigdy go nie zamawiała, ale kiedy kelnerka postawiła je przed nimi - nie chciała protestować. W chwilach takich ja ta, gdy oboje w pełni wchodzili w grę, wszystko inne wokół przestawało mieć dla niej znaczenie. Skupiała się na w y g r a n e j.
- Możesz więc śmiało zostać kierowcą tira - wzruszyła ramionami, odstawiając kieliszek. - Każda z opcji brzmi świetnie. Im dalej, tym lepiej. Będę miała spokój, a ty będziesz mógł udawać, że jesteś kawalerem tam, gdzie akurat wylądujesz - kącik jej ust drgnął wyżej. - Tylko musimy ustalić jedną rzecz - pochyliła się lekko w jego stronę, jakby w tym całym absurdzie nie chciała, by usłyszał ich ktokolwiek inny, mimo, że n i k o g o poza nimi tutaj nie było. - W weekendy musisz być w domu. To podstawa - sięgnęła po kieliszek ponownie, ale nie przyłożyła go do ust, nie mając najmniejszej ochoty, by dopić alkohol do końca. - Nasi sąsiedzi z naprzeciwka muszą widzieć, że jesteśmy szczęśliwym małżeństwem - kontynuowała zupełnie poważnym tonem. - Muszą nam zazdrościć - jej twarz rozciągnęła się w pełnym rozbawienia uśmiechu, bo wszystko o czym mówili było niemożliwie sprzeczne z ich naturą.
Doskonale bawiła się tym, jak łatwo udało im się przejść od pierwszej randki do ustalania zasad wieloletniego małżeństwa. Jeszcze kilka minut wcześniej zastanawiali się czy pasowaliby do siebie na Tinderze, a teraz negocjowali częstotliwość wizyt w domu i obowiązki wobec przyszłych dzieci. Margo była pewna, że gdyby dali sobie jeszcze pół godziny, zdążyliby pokłócić się o podział wyimaginowanego majątku.
- Poza weekendami proponuję pełną swobodę - brnęła w to dalej. - Jeśli chcesz mieć Tindera, nie mam nic przeciwko. Ja też nie zamierzam ograniczać sobie możliwości poznawania nowych ludzi. W końcu skoro nie będzie cię w domu tak często, ktoś inny będzie musiał mnie czasami wieczorem zabierać na kolację - posłała mu n i e w i n n y uśmiech, który zdecydowanie nie miał w sobie niczego niewinnego. - Oczywiście wszystko z zachowaniem odpowiednich pozorów. Nie chcemy przecież, żeby dzieci dowiedziały się o naszym układzie przed wyprowadzką z domu - kelnerka pojawiła się przy ich stoliku dokładnie w momencie, w którym Mercer była gotowa dorzucić do ich małżeńskiej umowy kolejny, równie idiotyczny punkt. Kobieta zapytała czy zdecydowali się już na coś z menu, więc zerknęła na kartę tylko przelotnie, po czym wskazała palcem pierwszą pozycję, która wpadła jej w oczy.
- To - rzuciła, a gdy kelnerka odeszła, ponownie przeniosła wzrok na Rhysa, bo ich rozmowa była zdecydowanie ważniejsza niż jedzenie. - Jedna córka jest dla mnie podstawowym wymaganiem. Jeżeli nie chcesz, nie ma problemu. Znajdę kogoś z kim się o nią postaram, a ty po prostu to zaakceptujesz - nieświadomie upiła kolejny łyk wina, krzywiąc się lekko. - Z mojej strony, to tyle. Wydaje mi się, że to całkiem rozsądne wymagania jak na pierwszą randkę - pochyliła się, wyciągając przed siebie dłoń, by spleść ich palce w jedność.

skaranie boskie