la noche de terror
: ndz paź 04, 2026 3:12 am
Zabawne jak odmienny wpływ miały na nich te same doprawione ziołem wypieki. Może jednak wynikało to z faktu, że Ruelle nie miała absolutnie żadnych powodów do paniki i wiedziała, co robi, a Franklin dowiedział się o tym dopiero w trakcie? Tak też mogło być. Prescott nie zdawała sobie nawet sprawy z tego jak dawno piłkarz sięgnął po jej smakołyki, ani tym bardziej ile ich zjadł. Przy trupie traciła poczucie czasu, a w dodatku to nawet nie obserwowała jego poczynań.
Wyglądało na to, że Cosgrove dokonał nagle pewnego odkrycia w kwestii rasy jego własnej przyjaciółki. Może i nie wyglądała zbyt biało, ale z francuskim imieniem i angielskim nazwiskiem mogła kogoś zwieść. Nie była jednak w stanie w pełni wyprzeć się swoich korzeni.
- Puerto Rico - odpowiedziała, a jej głos automatycznie uciekł bardziej w stronę znajomego portorykańskiego akcentu, który pojawiał się, gdy tylko wymawiała słowa zaczerpnięte z hiszpańskiego.
Gdyby tylko wiedziała jakie właściwie myśli przemykały przez głowę piłkarza to by go wyśmiała. Zwykle tego nie robiła, więc pewnie tym bardziej przybrałaby w jego mniemaniu postać złoczyńcy na miarę disneyowskich czarnych charakterów, ale zamiast tego mogła jedynie ściągnąć brwi po wzmiance o przypadku Escobara.
- Wiem. Niepowiązany. Czemu w ogóle o nim teraz gadasz? - zapytała, bo jak dla niej to nie miało żadnego sensu.
Uruchomiła mu w głowie jakąś trivię? Nie interesowała się na tyle piłką, aby chcieć wymierzać mu sprawiedliwość za jakiegoś zmarnowanego gola lub coś podobnego. Trudno zresztą było ocenić jakimi ścieżkami kroczyły teraz ich umysły. Mogły się okropnie rozmijać, a mogły też się spotykać na jakimś kompletnie nieprzewidzianym skrzyżowaniu.
- Straszne to są dni okołowalentynkowe, gdy wszyscy cię bombardują kiczowatym różem i nakręcają się gadkami o największej miłości - odpowiedziała, bo chyba w jej przypadku zioło odblokowało jakieś nowe pokłady szczerości.
Dobra, mieli jakieś inne standardy tego, co można było uznać za straszne. Czemu jakoś jej to specjalnie nie dziwiło?
Mogłoby być naprawdę dobrze. Mogłoby być spokojnie, ale nie. Los ich pokarał i postanowił im uprzykrzyć życie dodatkowo tym, że zabrakło prądu pod wpływem szalejącej gdzieś w mieście burzy. Nawet nie mieli pojęcia jak rozległa była ta awaria i jak długo potrwa.
Milczała przez taktyczną chwilę, rozglądając się wokół, aby spróbować coś dojrzeć. Niestety wszystko wydawało się być pochłonięte przez egipskie ciemności, w których nie sposób było dostrzec czegokolwiek. Chyba nawet przez moment zapomniała o obecności chłopaka. Przypomniała sobie dopiero, gdy się odezwał, aby zapewnić, że to nie jego wina.
- Wiem, że nie ty, tonto. Patrzyłam ci na łapy - stwierdziła, bo akurat nie było możliwości, aby chłopak zrobił coś, co pozbawiłoby ich prądu na jej oczach.
Przez moment nawet rozważała czy nie ma on zdolności paranormalnych, ale nie sądziła, aby to jednak był ten przypadek. Chociaż? Pewności nigdy nie mogła mieć. Zwłaszcza, że zaraz też Frank powiedział coś, czego z pewnością nie spodziewała się usłyszeć.
- Nie… Ciebie nie malowałam… Malowałam? - słowa zdają się brzmieć dziwnie w jej ustach i nie ma pojęcia dlaczego.
Czy to akcent? Czy może po prostu brzmią wyjątkowo śmiesznie i nie do końca normalnie? Nie miała pojęcia. Udało jej się za to odnaleźć w ciemnościach piłkarza, do którego się zbliżyła i uniosła dłonie, aby ująć jego twarz w dłonie i przyciągnąć bliżej siebie. Chociaż tego nie widział to ściągnęła też brwi z konsternacją nim się odezwała.
- Nie jesteś trupem, Franek. Jesteś ciepły. Trupy nie są - stwierdziła i było to chyba najlepsze pocieszenie na jakie było ją stać w tym momencie.
franklin cosgrove
Wyglądało na to, że Cosgrove dokonał nagle pewnego odkrycia w kwestii rasy jego własnej przyjaciółki. Może i nie wyglądała zbyt biało, ale z francuskim imieniem i angielskim nazwiskiem mogła kogoś zwieść. Nie była jednak w stanie w pełni wyprzeć się swoich korzeni.
- Puerto Rico - odpowiedziała, a jej głos automatycznie uciekł bardziej w stronę znajomego portorykańskiego akcentu, który pojawiał się, gdy tylko wymawiała słowa zaczerpnięte z hiszpańskiego.
Gdyby tylko wiedziała jakie właściwie myśli przemykały przez głowę piłkarza to by go wyśmiała. Zwykle tego nie robiła, więc pewnie tym bardziej przybrałaby w jego mniemaniu postać złoczyńcy na miarę disneyowskich czarnych charakterów, ale zamiast tego mogła jedynie ściągnąć brwi po wzmiance o przypadku Escobara.
- Wiem. Niepowiązany. Czemu w ogóle o nim teraz gadasz? - zapytała, bo jak dla niej to nie miało żadnego sensu.
Uruchomiła mu w głowie jakąś trivię? Nie interesowała się na tyle piłką, aby chcieć wymierzać mu sprawiedliwość za jakiegoś zmarnowanego gola lub coś podobnego. Trudno zresztą było ocenić jakimi ścieżkami kroczyły teraz ich umysły. Mogły się okropnie rozmijać, a mogły też się spotykać na jakimś kompletnie nieprzewidzianym skrzyżowaniu.
- Straszne to są dni okołowalentynkowe, gdy wszyscy cię bombardują kiczowatym różem i nakręcają się gadkami o największej miłości - odpowiedziała, bo chyba w jej przypadku zioło odblokowało jakieś nowe pokłady szczerości.
Dobra, mieli jakieś inne standardy tego, co można było uznać za straszne. Czemu jakoś jej to specjalnie nie dziwiło?
Mogłoby być naprawdę dobrze. Mogłoby być spokojnie, ale nie. Los ich pokarał i postanowił im uprzykrzyć życie dodatkowo tym, że zabrakło prądu pod wpływem szalejącej gdzieś w mieście burzy. Nawet nie mieli pojęcia jak rozległa była ta awaria i jak długo potrwa.
Milczała przez taktyczną chwilę, rozglądając się wokół, aby spróbować coś dojrzeć. Niestety wszystko wydawało się być pochłonięte przez egipskie ciemności, w których nie sposób było dostrzec czegokolwiek. Chyba nawet przez moment zapomniała o obecności chłopaka. Przypomniała sobie dopiero, gdy się odezwał, aby zapewnić, że to nie jego wina.
- Wiem, że nie ty, tonto. Patrzyłam ci na łapy - stwierdziła, bo akurat nie było możliwości, aby chłopak zrobił coś, co pozbawiłoby ich prądu na jej oczach.
Przez moment nawet rozważała czy nie ma on zdolności paranormalnych, ale nie sądziła, aby to jednak był ten przypadek. Chociaż? Pewności nigdy nie mogła mieć. Zwłaszcza, że zaraz też Frank powiedział coś, czego z pewnością nie spodziewała się usłyszeć.
- Nie… Ciebie nie malowałam… Malowałam? - słowa zdają się brzmieć dziwnie w jej ustach i nie ma pojęcia dlaczego.
Czy to akcent? Czy może po prostu brzmią wyjątkowo śmiesznie i nie do końca normalnie? Nie miała pojęcia. Udało jej się za to odnaleźć w ciemnościach piłkarza, do którego się zbliżyła i uniosła dłonie, aby ująć jego twarz w dłonie i przyciągnąć bliżej siebie. Chociaż tego nie widział to ściągnęła też brwi z konsternacją nim się odezwała.
- Nie jesteś trupem, Franek. Jesteś ciepły. Trupy nie są - stwierdziła i było to chyba najlepsze pocieszenie na jakie było ją stać w tym momencie.
franklin cosgrove