Strona 2 z 2

and we're turnin' the floor into a zoo

: pn wrz 07, 2026 3:26 pm
autor: teddy darling
Skinęła głową, dając znać narzeczonej, że powinny zachowywać się spokojnie i przede wszystkim nie robić niczego, co mogłoby dodatkowo sprowokować orangutana. Zwierzę i tak znajdowało się w dość nietypowej sytuacji, bo było poza swoim wybiegiem, otoczone przez bodźce, których przecież na co dzień nie doświadczało w taki sposób. Teddy podejrzewała, że orangutan nie byłby szczególnie zachwycony, gdyby ktoś zaczął się do niego zbliżać albo próbował zwrócić na siebie jego uwagę.
Niech sobie spokojnie tutaj siedzi, dopóki ktoś nie przyjedzie go zabrać — oznajmiła, w ogóle nie zastanawiając się nad tym, dlaczego był tutaj całkiem sam. Orangutany, w przeciwieństwie do goryli, były samotnikami i całe życie spędzają w pojedynkę. Tak czy siak lepiej było go nie zaczepiać. To wydawało się najrozsądniejszym rozwiązaniem. Żadnego podchodzenia ani machania łapami przed pyskiem małpiszona. Strażaczka była pewna, że prędzej czy później znalazłby się jakiś kretyn, który wpadłby na genialny pomysł, żeby zaczepić kilkusetkilogramowe zwierzę tylko po to, żeby zobaczyć, jak zareaguje.
Oczywiście Teddy - pomimo bycia kretynką - nawet przez myśl nie przeszło, żeby robić coś podobnego! Im dłużej patrzyła na orangutana, tym bardziej dochodziła do wniosku, że najlepiej byłoby dać mu święty spokój. Nie zdziwiłaby się jednak, gdyby w końcu się wkurwił. Najbardziej obawiała się jednak grupki dzieciaków, która kręciła się w pobliżu. One na pewno potraktują orangutana jak atrakcję na placu zabaw. A potem któryś wpadnie na pomysł, żeby rzucić w niego czymś dla zabawy. Dzieciaki miały czasami zadziwiający talent do sprawdzania, jak daleko mogą posunąć się w robieniu czegoś skrajnie głupiego, zanim dorosły zdąży im powiedzieć, żeby przestały.
Chyba do tej pory nie zdarzyło się, żeby zwierzęta zbiegły z zoo? A przynajmniej nie odkąd pracuję w jednostce. Kiedyś wyłapywaliśmy konie, które uciekły ze stadniny po podpaleniu. Dwa tygodnie potrwało, zanim zdołaliśmy wszystkie zabezpieczyć i odstawić do właściciela — westchnęła pod nosem na wspomnienie tamtej akcji. Niby April miała rację, bo to zawsze coś nowego, ale szczerze mówiąc, Teddy wolałaby już skakać w płomienie. Uganianie się za zwierzętami zdecydowanie nie dostarczało jej wystarczającej ilości adrenaliny.
Odwróciła głowę w kierunku, z którego dobiegały dziecięce chichoty, do czego dodatkowo zachęciła ją Finch, kładąc jej dłoń na ramieniu. Faktycznie, na gałęzi leżał straszny słodziak! Teddy aż podskoczyła z ekscytacji na widok pandy czerwonej. Najchętniej wzięłaby ją na ręce i ścisnęła tak mocno, aż wypadłyby jej oczy. Nie no, tak to nie! Obchodziła się z każdym napotkanym zwierzakiem bardzo delikatnie, ale ta panda wywołała w niej zdecydowanie zbyt silny atak cute aggression. Zupełnie jak April! Właściwie zaczynała rozumieć, dlaczego ludzie mieli ochotę na widok czegoś uroczego robić rzeczy kompletnie nieadekwatne do sytuacji. W tym przypadku Teddy musiała jednak zadowolić się patrzeniem.
Z tej perspektywy przypomina kota. No popatrz tylko, ma uszy jak Liara — wskazała podbródkiem na pandę, która najwyraźniej próbowała właśnie uciąć sobie drzemkę.
Przez chwilę jeszcze przyglądała się jej z szerokim uśmiechem, aż w końcu przypomniała sobie o rozwrzeszczanej gromadce dzieciaków.
Trzeba im powiedzieć, żeby jej nie dokuczali — stwierdziła, zerkając pobłażliwie na mikroludzi. Ostrożnie wycofała się z zasięgu wzroku orangutana i ruszyła w stronę drzewa. Nie chciała robić większego zamieszania, zwłaszcza że zwierzę i tak miało już wystarczająco dużo powodów, żeby czuć się nieswojo. — Jak będziecie tak piszczeć, to ją spłoszycie — pouczyła całą gromadkę.
Ruda jak sama panda dziewczynka skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na strażaczkę spod przymrużonych powiek, jakby właśnie miała do czynienia z najbardziej nudnym dorosłym na świecie.
Wcale że nie. Jej to się podoba — stwierdziła przemądrzałym tonem. Reszta dzieci natychmiast ją poparła, ochoczo kiwając łepetynami.

April Finch

and we're turnin' the floor into a zoo

: pn wrz 07, 2026 6:04 pm
autor: April Finch
Walka z orangutanem zdecydowanie nie była czymś, w co April chciała się angażować. Wiedziała przecież, że nie miałaby większych szans, więc po co w ogóle się tak męczyć? Obawiała się jednak, że nie brakuje ludzi, którzy uznają, że warto przetestować ten pomysł. Na pewno znajdzie się jakiś durny chłop, który uzna, że położy go w zapasach czy coś. Niektórym przecież wydawało się, że mieli prawdziwe szansę z niedźwiedziem, więc czemu nie z orangutanem? Tacy też stanowili zagrożenie dla zwierzaków! Prawdopodobnie byliby pijani, a tacy są przecież nieprzewidywalni. Co też ta organizacja najlepszego narobiła? Banda debili, no jak słowo daję. Z każdym momentem April była na nich coraz bardziej zirytowana. Jeszcze chwila i uzna, że muszą wymienić samochód na jakiegoś jeepa, żeby dokurwić planecie na złość tym wariatom. Nie no, bez przesady. Po prostu następnym razem w kawiarni weźmie słomkę, choć od jakiegoś czasu starała się je ograniczać. A co, weźmie nawet taką plastikową, jebać te żółwie morskie.
— Nauczyłaś się przy okazji jeździć? — Spojrzała na nią z zaciekawieniem. Nigdy nie widziała Teddy ujeżdżającej konia, ale może po prostu ją coś ominęło? Aż dziwne, że Finch tego nie potrafiła! To taki pretensjonalny sport, idealny dla jej rodziny. Ale też nigdy nie była fanatyczką koni, nigdy nie namawiała rodziców, by zapisali ją na zajęcia, co pewnie by zrobili, gdyby ładnie poprosiła. Zamiast tego miała przecież fortepian. Nie kojarzyła też, żeby jarało to którąkolwiek z jej sióstr. Kira wolała konie mechaniczne, a ta środka chuj wie, co wolała.
— Ojejku, adoptujmy ją! Znaczy ja wiem, że to dzikie zwierzę i tak się nie robi. Generalnie to tego nie popieram, ale no może jednak zrobimy wyjątek i ją adoptujemy? — zaproponowała. Uśmiechnęła się nawet szeroko, by nieco zachęcić narzeczonej do zaangażowania się w ten poroniony pomysł. Normalnie postukałaby się tylko w głowę. Nie jarała się, gdy widziała filmiki na TikToku, na któryś ktoś chwalił się, że trzyma w domu zwierzęta zazwyczaj żyjące na wolności. Cztery ściany nie były im przeznaczone i pora się z tym pogodzić. Udomowiliśmy kilka gatunków, nie ma co zajmować się kolejnymi. Tyle, ile jest, nam wystarczy. Ale czy taka jedna, słodka, mała, ruda pandziuszka zrobiłaby komuś krzywdę? Na pewno nie! Mogła by być takim jednym, małym wyjąteczkiem. Ostatnim!
Poszła za narzeczoną w stronę drzewa, chcąc zobaczyć pandę z bliska. I wesprzeć Teddy w rozmawianiu z dzieciakami, ale to tak przy okazji. Od razu pstryknęła rudej kilka fotek (tej na drzewie, nie pod) i dała sobie moment na rozpływanie się nad jej słodziutkim futerkiem. Dopiero po chwili dotarło do niej, że te bachory nadal tu sterczą i zachowują się jak... małpy z zoo? Nie, tak nie wypada powiedzieć.
— Jakby jej się podobało, to by nie próbowała zasnąć, a ona ma was trochę dość. Musicie się ogarnąć, bo się obrazi — poinstruowała może nieco zbyt ostro. Trudno! Cudze dzieciaki przegrywały poziomem uroku osobistego z pandą rudą. Prosty rachunek.

teddy darling

and we're turnin' the floor into a zoo

: pn wrz 07, 2026 6:43 pm
autor: teddy darling
Nie miała siły ani ochoty wściekać się na zaistniałą sytuację. Stało się, a one nie miały na to żadnego wpływu. Mogły jedynie uważać, żeby nie rzucić się w łapska orangutana, co uchroniłoby je przed pogryzieniami i bęckami. Jakie zwierzęta jeszcze napotkają na spacerze? Kangura, który będzie miał rękawice bokserskie jak Kao? Wtedy to na pewno dostałyby wpierdol. No i przede wszystkim powinny zawiadomić służby, które odpowiednio zaopiekują się uciekinierami. Teddy naprawdę nie przypuszczała, że po powrocie z Vermont znów przytrafi im się jakaś dziwaczna przygoda. O tyle dobrego, że tym razem nie był to zawalony tunel. Z dwojga złego chyba wolała ganiać po mieście za orangutanem niż zastanawiać się, czy zaraz coś nie runie jej na głowę.
Może tak właśnie miało wyglądać ich wspólne życie? Przynajmniej żadna z nich nie mogła narzekać na nudę. Ledwo wróciły z jednego wyjazdu, a Toronto postanowiło zapewnić im kolejną atrakcję. Darling zaczynała podejrzewać, że normalność po prostu nie była im pisana. Podejrzewała również, że ta cała ekologiczna organizacja Wild Exit nie pomyślała, że może narobić tyle szkód. No właśnie - nie pomyślała. To akurat było w tym wszystkim kluczowe. Bo można było mieć szczytne idee, wielkie hasła i przekonanie, że robi się coś dla dobra zwierząt, ale jeśli po drodze wypuszczało się na ulice metropolii pół zoo, to chyba warto było przez chwilę zastanowić się, co może pójść nie tak. A jak się okazało - całkiem sporo.
Nigdy nie jeździłam konno. A co? Wyobraziłaś sobie, jak chwytam jednego na lasso i wskakuję na niego w locie? — spojrzała na narzeczoną z rozbawieniem. Finch zdecydowanie za dużo grała w Red Dead Redemption, skoro wyobrażała sobie Teddy w roli jakiejś kowbojki z Dzikiego Zachodu. — Musieliśmy zaganiać je w jedno miejsce i zabezpieczać teren. Niestety nie miałam czasu, żeby zostać dżokejką — dodała z lekkim żalem, bo kto wie? Może właśnie odkryłaby w sobie ukryty talent jeździecki i zrobiłaby oszałamiającą karierę? Może nawet wystartowałaby kiedyś w zawodach? A tak? Wielka życiowa szansa po prostu spierdoliła jej koło nosa, zanim zdążyła się zorientować, że w ogóle ją miała. Za to musiała przyznać, że takie hobby czy tam sport doskonale pasowałoby do burżuazyjnych Finchów! Na bank, ktoś w jej rodzinie uprawiła jeździectwo. Może właśnie ta środkowa siostra, która znów się zdezaktywowała, ech. Trzeba ją wysłać na jakąś misję do Afryki. Tam będzie mogła zajmować się hodowlą koni berberyjskich.
April nie powinna tego robić. Nie powinna patrzeć na nią tymi swoimi dużymi, zielonymi oczami, do których strażaczka miała taką słabość. Niewiele brakowało, a naprawdę zgodziłaby się na adopcję tej pandy! Już miała powiedzieć, że oczywiście zabierają ją do domu, ale w porę oprzytomniała.
Chyba nałożyliby na nas jakąś horrendalną karę. No i nie ma pewności, czy dogadałaby się z Liarą. Jest jedynaczką i doskonalę ją rozumiem! To trochę tak, jakby rodzice nagle postanowili sprawić mi rodzeństwo — wytłumaczyła spokojnie, żeby nie sprawić narzeczonej przykrości. Dobrze wiedziała, jak to jest, kiedy na coś się nakręci.
Dzieciakom spod drzewa ani trochę nie podobało się, że przylazły do nich jakieś stare baby i mówiły im, co mają robić. Ruda była bardzo buńczuczna i chyba przewodziła całej grupie. A że była ruda, to od razu wiadomo, ze wredna!
Nieprawda, kłamiesz — wycelowała oskarżycielsko palcem w Finch. — Nie obrazi się, bo już łapałam ją za ogon i nic sobie z tego nie zrobiła — poinformowała dumnie, najwyraźniej uznając, że tym sposobem zyskała sympatię pandziochy.
Nie możesz jej łapać za ogon. Zwierzęta tego nie lubię. A poza tym to dzikie stworzenie. Nawet nie wiemy, czy nie jest wściekła. Wiesz, co się stanie, jak cię dziabnie? — Teddy ściągnęła brwi, spoglądając na dziewczynkę i jej kolegów.
No co takiego? — Ruda, która miała na oko ze dwanaście lat, skrzyżowała ręce na piersiach. Strażaczka pospiesznie przeniosła wzrok na narzeczoną. Ona była dobra w wymyślanie, na pewno wykombinuje coś, czym zastraszy gówniarzerię, żeby nie brzmiało to tylko jak choroba wirusowa atakująca ośrodkowy układ nerwowy, bo z takiej wścieklizny nic sobie nie zrobią.

April Finch

and we're turnin' the floor into a zoo

: pn wrz 07, 2026 8:37 pm
autor: April Finch
Dobrze, że przeżywały razem tyle przygód. Żadna z nich nie lubiła nudy i na pewno nie chciałaby w nudzie funkcjonować. Lepiej odnajdowały się w chaosie. Takim w granicach jakiejś dziwnej normy, wiadomo. Praca Teddy była trochę zbyt szalona, ale do zniesienia. Czy April powinna się martwić o tę całą akcję wyłapywania zwierząt? To pewnie będzie mniej niebezpieczne niż robienie fikołków między płomieniami czy co tam Darling robiła na co dzień. Polowanie na takiego pancernika na pewno nie będzie trudne, szczególnie, że będą pewnie współpracować z jakimiś weterynarzami, policją i będą korzystać ze strzałek usypiających. W grupie i z planem wszystko było do zrobienia. Gorzej, jak Teddy będzie w tej grupie, której akurat dostanie się jakiś tygrys albo inne krwiożercze cholerstwo. Finch wolałaby, żeby zajęła się samymi słodziakami. Miała doświadczenie w zajmowaniu się słodziakami. Od piętnastu lat zajmowała się samą April, a teraz jeszcze Liarą.
— Mniej więcej tak jak opisałaś — przyznała, a jej ton bardzo płynnie przeszedł na mrukliwy i ewidentnie rozkojarzony tą koniarską wizją. Zbliżyła się do narzeczonej i przesunęła paznokciami po jej karku, udając, że chciała ją tylko grzecznie pogłaskać. Gest nie był jednak w pełni niewinny. Wizja Teddy wskakującej na takiego rumaka była bardzo ciekawa. Chętnie zobaczyłaby to na żywo. Cieszyła się, że jej narzeczona nie była koniarą, ale była też pewna, że w galopie wyglądałaby wyjątkowo seksownie. Była też dzielna i pewna swoich umiejętności, więc pewnie bez problemu ujarzmiłaby taką dziką bestię! W wyobraźni April jej narzeczona miała na sobie ciut inny strój niż jej standardowy mundur, ale nie miało to nic wspólnego z bikini, w którym konno jeździła na przykład mama Madzi. Bez przesady.
Nie ma jednak co się teraz rozpraszać fantazjami z herlekinów. Musiały teraz zająć się zwierzakami! No dobra, w ogóle nie musiały. Nie leżało to nawet obok ich dzisiejszych obowiązków, ale jednocześnie obie zbyt mocno ciągnęło do tej sytuacji, by obrócić się na pięcie i pójść do domu. Kto normalny ot tak porzuciłby tę okazję i nie skorzystał? Przecież to się już nie powtórzy! Mogłyby kiedyś pojechać na safari, ale to całkowicie inne doznanie. Nigdy już nie trafią na takie zwierzęta w środku wielomilionowego miasta.
Przyjęła smutnym skinieniem, że nie zaadoptują pandy. Wiedziała, że rozsądek Teddy był uzasadniony. Po prostu było jej trochę przykro, bo na pewno żyłoby im sie razem super. A potem panda zrobiłaby kupę na kanapę i tyle byłoby z miłości, wylądowałaby z powrotem w zoo. Cóż, na pewno byłoby jej lepiej niż w towarzystwie tych bachorów. Chyba że znowu odwiedziłyby je waflokruchy Youngów, ale na ten czas panda musiałaby wylądować u biednej Burnett. Albo dzieci siedziałyby całą wizytę w klatce. Z drugiej strony, tamte były durne, ale nie aż tak jak te tutaj. April przełknęła paskudne przekleństwa, które cisnęły jej się na język, gdy usłyszała o tym ciągnięciu za ogon. Kto wychowywał te kaszojady?
[akapit]— Kojarzycie te filmiki jak zwierzęta mają pianę na pysku i szaleją? To jest własnie wścieklizna. Wścieklizną mogą zarazić się też ludzie. Chcecie się tak ślinić, drapać, sikać pod siebie, a na koniec dać się złapać pracownikom zoo i być zamkniętym w klatkach, póki wam nie przejdzie? — Spojrzała na dzieciaki z niedowierzaniem. Zakładała, że raczej tego wszystkiego nie chciały, ale kto je tam wie. [/akapit]
— Jakby tego było mało, to szczepionka na wściekliznę strasznie boli — dodała jeszcze i wzruszyła ramionami. To akurat była prawda! Całą resztę nieco podkoloryzowała, ale to chyba najlepsza metoda, by dotrzeć do umysłów takich głupków.

teddy darling

and we're turnin' the floor into a zoo

: pn wrz 07, 2026 9:31 pm
autor: teddy darling
April w ogóle nie powinna się o nic martwić, bo Teddy doskonale dałaby sobie radę ze schwytaniem choćby jaguara. Mogłaby nawet zacząć siłować się z tym orangutanem, ale wiadomo - nie chciała się popisywać. Była bardzo skromną dziewczyną i nie lubiła przechwalać się swoimi niesamowitymi umiejętnościami. Miała przecież szkolenia z samoobrony, a czasami chodziła ponapierdalać w worek z Jettem. Zdecydowanie lepiej było wyładować agresję na kawałku ciężkiego materiału, niż miałaby obijać Jetta po gębie. Chociaż czasami ten drugi wariant wydawał się całkiem kuszący.
Nie miała jednak pojęcia, że narzeczoną tak bardzo jarała wizja strażaczki jeżdżącej na koniu. Gdyby wiedziała, pewnie zainteresowałaby się hobby horsingiem. To prawie to samo co jeździectwo, prawda? Tu łeb konia i tam łeb konia. Różnica właściwie kosmetyczna. Mogłaby nawet kupić sobie jakiegoś porządnego, z grzywą powiewającą na wietrze, i urządzać przed April profesjonalne pokazy. Wtedy też wyglądałaby w galopie bardzo seksownie. Trochę jakby odlatywała na kiju od miotły, ale liczyły się przecież chęci! Mimo wszystko spojrzała na Finch z lekkim pobłażaniem. Wcale nie przedstawiła w taki sposób wyłapywania koni. Właściwie nie było w tym absolutnie nic pociągającego. Teddy strasznie się wtedy umordowała, żeby powstrzymać je przed dalszą ucieczką. Spociła się jak świnia, ubabrała mundur w odchodach i przez kolejne dni miała zakwasy na przedramionach od ciągnięcia za lejce. To nie był żaden romantyczny galop przez łąkę, tylko zapierdalanie za przestraszonymi zwierzętami i przekonania ich, że jednak zdecydowanie lepiej będzie wrócić do stajni. Wyglądała jak spocona idiotka, która próbuje nie zostać stratowana przez pędzące konie po betonie. Teddy była całkowicie przekonana, że gdyby Finch zobaczyła ją wtedy na żywo, jej romantyczne wyobrażenie o strażaczce na koniu bardzo szybko by się skończyło. Chociaż z drugiej strony... może jednak nie? April czasami miała naprawdę dziwne upodobania. Może właśnie spocona, umorusana i walcząca z końmi była dla niej najbardziej atrakcyjna?
W porównaniu z tymi podrostkami dzieci Youngów były prawdziwymi aniołkami. Może i Arlo nie umiał posługiwać się widelcem i cieszył się jak szaleniec, kiedy skazywał maskotki na śmierć, to jednak był jeszcze za mały, żeby wdawać się w takie pyskówki. Te tutaj natomiast otworzyły ze zdumienia japska, kiedy April zaczęła opowiadać im o wściekliźnie.
Nie no, może lepiej stąd chodźmy? — wymamrotał najniższy z nich, chowając się za plecami Rudej, która zaraz sprzedała mu kuksańca w bok i zwyzywała od boidudków.
Jak byłem szczepiony na COVID, to potem strasznie się pochorowałem — odezwał się drugi smarkacz, ten w dłuższych, kręconych blond lokach.
Ale z was banda frajerów — prychnęła Ruda, kręcąc z politowaniem głową. — Ten szop nawet na nas nie reaguje — burknęła, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że ma do czynienia z pandą czerwoną. — Dobra, zwijajmy się stąd — zadecydowała w końcu, pociągając najmniejszego z ekipy za rękaw zdecydowanie za dużej bluzy. — Tylko nie myślcie sobie, że przestraszyłam się tej szczepionki — dodała jeszcze na odchodne, gromiąc Finch wzrokiem. Rzucili jeszcze ostatnie spojrzenie wylegującemu się na gałęzi zwierzątku i pognali w stronę jednej ze ścieżek prowadzących ku wybrzeżu.
Teddy odprowadziła ich spojrzeniem, przez chwilę obserwując, jak znikają za zakrętem, a potem odwróciła się do narzeczonej. Na jej ustach natychmiast pojawił się zawadiacki uśmiech. Złapała April za materiał koszulki i przyciągnęła ją do siebie, po czym wcisnęła nos w jej policzek i musnęła go ustami.
Ale ty mnie kręcisz, jak jesteś taka stanowcza i przebiegła — oznajmiła zgodnie z prawdą. Najwyraźniej wystarczyło kilka zdań o wściekliźnie, żeby przekonać Teddy, że jej narzeczona właśnie pokazała swoją najbardziej pociągającą stronę. Co prawda sama Darling nie miała pojęcia, czy dzieciaki faktycznie czegoś się nauczyły, ale przynajmniej na chwilę przestały wrzeszczeć na biedną pandę. Sukces jak sukces. Nie zamierzała wybrzydzać.

April Finch

and we're turnin' the floor into a zoo

: wt wrz 08, 2026 10:24 am
autor: April Finch
Pobłażliwe spojrzenie w ogóle jej nie zraziło. Wizja Teddy pędzącej na koniu przez stepy była naprawdę interesująca. Może faktycznie nieco przekoloryzowana, ale przecież Finch zawsze miała bardzo wybujałą wyobraźnię. To nic nowego, że obudowywała ten prosty fakt w takie pstrokate barwy. Wolała patrzeć na świat w ten sposób niż po prostu przyjmować go takim, jakim jest, bo tak było przecież ciekawie. W jej głowie Teddy od zawsze była jakąś niesamowitą superbohaterką. Była jak Spiderman, a April mogła co najwyżej robić za tego jego kolegę albo ewentualnie MJ. Była istotnym elementem składającym się na tę superową tożsamość, ale absolutnie nie stanowiła jej kręgosłupa. To akurat była zasługa Teddy. Podziwiała ją od lat, więc nic dziwnego, że miała ochotę podziwiać również w wersji galopującej na koniu. Czy jakby zobaczyła prawdziwą wersję tej całej łapanki, to zrzedłaby jej mina? Raczej nie. W końcu bycie strażaczką nadal było cholernie imponujące, nawet jeżeli momentami nie wyglądało zbyt filmowo. Zawsze była pod wrażeniem poczynań swojej narzeczonej. Imponowała jej swoją zaradnością, upartością i zdolnościami, więc na pewno uznałaby, że w trakcie tej akcji zachowywała się absolutnie obłędnie. Po wszystkim trzeba byłoby po prostu zdjąć z niej ten umorusany mundur, ale zdejmowanie ubrań zawsze należało do przyjemnych czynności, więc żadna z nich nie miałaby powodów do narzekań.
Słuchała uważnie rozmowy dzieciaków, starając się wyłapać ich słabości. Trzeba dobrze zbadać przeciwnika, zanim się go zaatakuje. Nauczyła się tego z gier i wykorzystywała tę wiedzę w prawdziwym życiu. To zawsze działało. Czy musiała aż tak skupiać się na badaniu umysłów tych podrostków? Pewnie nie. Była od nich starsza o co najmniej kilkanaście lat, więc potencjalnie też o tyle mądrzejsza. Wiadomo jak to bywało w rzeczywistości. Wolała jednak czuć, że ma w tej sytuacji przewagę i napawać się tym. Gówniarzeria nie będzie miała z nią żadnych szans, jak im się dobierze do dupy. Ten cały COVID to będzie spacerek po plaży w porównaniu z tym, co Finch była gotowa im zafundować za męczenie zwierząt. Tylko czy później każdy sąd ją uniewinni? Niestety pod tym względem bywało różnie. Nie wszyscy ludzie szanowali zwierzęta. Na szczęście nie będą musiały tego testować, bo dzieciarnia w końcu zdecydowała się odpuścić. April posłała im jeszcze pełne politowania spojrzenie na odchodne. Satysfakcja z wygranej z dziećmi nie była aż tak słodka, ale to nic. Zadowoli się tym, co ma.
— Jak mam do czynienia z przeciwnikami na swoim poziomie, to faktycznie daję radę — zażartowała, od razu obejmując ją w pasie. Taka była z nich dobrana para. Teddy wyglądała niesamowicie na koniu, April była tą wygadaną i przebiegłą. Powinny razem zacząć napadać na banki czy coś. Skończyłyby pewnie jak te laski w teledysku Aviciiego, ale to szczegół. Przynajmniej odchodziłyby romantycznie.
— Ale zanim mi pokażesz, jak bardzo ci się podobam, to naprawdę musimy ogarnąć coś z tymi zwierzakami. Jak tak dalej pójdzie, to zaraz spadnie nam na głowę pyton, obok nasika słoń, a potem podepcze nas jakiś struś — westchnęła smutno, przenosząc wzrok z ukochanej na pandę, która wreszcie zaznała błogiego spokoju i zasnęła na dobre. Finch zdawała sobie sprawę, że w tej sytuacji one dwie mogą zrobić bardzo mało, ale nie chciała tego wszystkiego porzucać bez próby zaangażowania się.

teddy darling

and we're turnin' the floor into a zoo

: wt wrz 08, 2026 11:32 am
autor: teddy darling
Zawsze uważała, że April trochę przesadza z tym całym postrzeganiem jej jako superbohaterki. Praca w straży była imponująca, jasne, ale Teddy nigdy nie uważała się za najlepszą w swoim zawodzie. Zresztą trudno było prowadzić tutaj jakikolwiek ranking, kiedy każdy dawał z siebie wszystko i każdy był tak samo zaangażowany. Nie była przecież niesamowicie zaradna ani odważna, jak widziała ją narzeczona. Miała na koncie równie dużo sukcesów, co załamań nerwowych. Właściwie tych drugich chyba nawet więcej. Nigdy nie zapomni pierwszej osoby, której nie zdołała wyciągnąć z płonącego budynku. Z tego wszystkiego Darling aż się wtedy porzygała. Później wcale nie było lepiej, bo za każdym razem, kiedy coś szło nie tak, w głowie od razu pojawiało się przekonanie, że mogła zrobić więcej. Nawet podczas łapania koni, choć ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, potrafiła znaleźć rzeczy, które mogła zrobić lepiej. Oczywiście nie było na świecie przyjemniejszego uczucia niż to, że Finch tak ją uwielbiała. Teddy zupełnie nie potrafiła spojrzeć na siebie w ten sam sposób. Chyba przez wykonywany zawód wymagała od siebie coraz więcej, z każdym kolejnym doświadczeniem podnosząc sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. Nigdy nie wystarczało jej to, że coś zrobiła wystarczająco. Trochę jak w grach, co nie? Po co grać na łatwym poziomie, skoro można od razu wybrać najwyższy i przekonać się, ile razy się zginie, zanim w końcu uda się przejść dany etap?
Podejrzewała, że gdyby narzeczona faktycznie skopała tym gówniakom dupska, Paul Finch szybko wyciągnąłby ją z opresji i zadbał o to, żeby oczyścić ją ze wszystkich zarzutów. W końcu to Paul Finch, prawda? Nie takie machlojki miał już na swoim koncie. Pewnie wybronił niejednego pedofila, przestępcę gospodarczego, łapówkarza, felczera i cholera wie kogo jeszcze. Na dobrą sprawę Teddy wolała jednak o tym nie myśleć. Czasami bezpieczniej wiedzieć mniej, niż więcej.
Bardzo dobrze im przygadałaś — oznajmiła poważnym tonem. — Ja pewnie zdjęłabym im tę pandę z drzewa i pozwoliła, żeby podrapały ją za uchem — dodała, bo nie od dziś było wiadomo, że asertywność zdecydowanie nie należała do jej najmocniejszych stron. — Nie, nie będziesz jej głaskać, April — zastrzegła od razu, kiedy ukochana wlepiła w nią spojrzenie, od którego strażaczce momentalnie miękły kolana. Przed chwilą przecież ustaliły, że dzikie zwierzęta potrafią być niebezpieczne, a sama Finch właśnie urządziła knypkom wykład o tym, czym może skończyć się zbyt bliskie obcowanie z pandziochą.
Już miała skraść jej pocałunek, ale wtedy April znowu zaczęła nawijać coś o zwierzętach i Darling przez dobrą chwilę kompletnie nie rozumiała, o co właściwie jej chodzi. Dopiero po paru sekundach doznała olśnienia. No cóż, nigdy przecież nie twierdziła, że jest jakoś szczególnie bystra.
A tak, już. Momencik — wyciągnęła z kieszeni telefon i wybrała numer z listy ostatnich połączeń. — Ale czemu od razu tak pesymistycznie? Nie zawsze ma się okazję zobaczyć takie cuda z tak bliska — zadarła głowę i spojrzała na pandę rudą, która spokojnie drzemała na gałęzi. — Wiem, że nie chcesz, żeby stała im się jakaś krzywda, ale... — urwała i ruchem głowy wskazała na piaszczystą dróżkę między zaroślami, po której właśnie przebiegało emu. — Jak już o strusiach mowa — parsknęła pod nosem, czekając na wolną linię z telefonem przy uchu.
W końcu udało jej się połączyć, a zgłoszenie zostało przyjęte i potraktowane priorytetowo. Pewnie jak wszystkie inne, które tego dnia wpadały. W końcu ileż można było mieć takich telefonów o zwierzętach spacerujących sobie po okolicy? No właśnie. Prawdopodobnie całkiem sporo, skoro najwyraźniej był to wyjątkowo pechowy dzień dla lokalnego zoo.

April Finch