Strona 2 z 2

Case I - Act I - The Briefing

: ndz wrz 13, 2026 8:16 pm
autor: Cobie Takeda
Cobie:
Rzeczywiście, wyszło głupio.
Takeda pokręciła głową i posłała mu ciepły uśmiech.
- Przecież nie mogliśmy wiedzieć... - powiedziała zgodnie z prawdą.
Przy tak delikatnych sprawach zawsze błądziło się trochę po omacku. Wyczucie było bardzo ważne, ale nie zawsze się udawało. Zresztą policjant pracujący tylko na intuicji nie był dobrym gliniarzem.
- Sam mi to kiedyś mówiłeś. - dodała, ale mimo wszystko wypuściła przez nos powietrze w kolejnym dzisiaj smutnym westchnieniu.
Zmarszczyła brwi, słuchając kolejnych jego słów, kiedy szli w kierunku parkingu. Ale ostatnie zdanie sprawiło, że spięła się na całym ciele i nie zdołała ukryć przewrócenia oczami. Na usta cisnął się komentarz, ale z trudem go przełknęła.
- No niestety trochę tego zaufania straciłam...
Lekki przekąs jednak był wyczuwalny pod udawaną lekkością.
Kiwnęła głową na jego decyzję i złapała kluczyki w locie, z niemałym zaskoczeniem na twarzy. Przez moment się zastanawiała, czy miało to związek z jego utykaniem...
Chwilę potem tonęła w samochodzie, właściwie całkowicie znikając w nim przy ustawieniach dostosowanych do Renoira. Wreszcie, po kilku chwilach walki z elektryką i ustawiania fotela, lusterek i kierownicy, ruszyła w kierunku hotelu.
- Zadzwonię na miejscu, żeby zaczęli namierzać telefon. Patrol przywiezie nam nakaz w papierowej formie. Menadżer nie był szczególnie chętny do współpracy. Pierwszy raz widziałam, żeby ktoś w takim miejscu zasłaniał się prywatnością innych gości. I niby mają do tego prawo, ale mimo wszystko... - nie dokończyła, że jej się to nie podoba.
Nie żeby miała szczególnie duże doświadczenie z hotelami tej klasy. Możliwe, że prywatność klientów, a przynajmniej niektórych, rzeczywiście była dla nich najważniejsza. Nauczyła się już, by nie ferować swoich opinii, a opierać się na sprawdzonych faktach.
- Jeśli chcesz, możemy też obejrzeć pokój, który Jill podała jako miejsce... Zabezpieczyliśmy go zaraz po wstępnej rozmowie, ale został już posprzątany.
Trochę dużo tych zbiegów okoliczności...
Chwilę jechali w milczeniu, mijając kolejne światła drogowe, aż w końcu Cobie zebrała się, by coś powiedzieć.
- Zauważyłam, że oszczędzasz nogę... Coś poważnego? - w jej głosie brzmiało autentyczne zainteresowanie i troska.
Renoir Delacroix

Case I - Act I - The Briefing

: ndz wrz 13, 2026 9:12 pm
autor: Renoir Delacroix
Renoir siedział już wygodnie na miejscu pasażera, opierając łokieć o drzwi i przez chwilę obserwując miasto przesuwające się za szybą. Pozwolił Cobie spokojnie prowadzić, a kiedy zapytała o nogę, spojrzał na nią z boku, po czym najzwyczajniej w świecie się roześmiał. Nie był to wymuszony śmiech ani próba obrócenia tematu w żart. Zwyczajnie rozbawiło go to pytanie, zwłaszcza że najwyraźniej coraz częściej inni zaczynali zauważać rzeczy, które on sam ignorował od dobrych kilku lat.
- Cobie, mam czterdzieści pięć lat, zwyrodnienie stawów i jestem po artroskopii kolana.
Pokręcił głową z rozbawieniem i przez chwilę potarł dłonią kolano.
-Trochę służby na karku już jest. Do tego moja żona wcale nie pomaga mi się wyluzować, stajnia i wszystko, co człowiek sobie wymyśla po drodze, kiedy powinien odpoczywać. Organizm w końcu wystawia rachunek. Młodszy nie będę.
Nie brzmiało to jednak jak narzekanie. Bardziej jak pogodzenie się z faktem, że nie będzie już funkcjonował tak samo jak dwadzieścia lat wcześniej. Będzie tylko gorzej, a jak pewnego dnia poczuje się lepiej to będzie oznaczać jedno – koniec!
- Prawdę mówiąc, rozważam, żeby jeszcze w tym roku odejść albo przynajmniej przejść na robotę praktycznie w całości zdalną. Mniej jeżdżenia, mniej biegania po ulicach, więcej papierologii i telefonów. Chyba już czas zacząć szukać następcy, zanim któregoś dnia ktoś znajdzie mnie siedzącego na schodach i uzna, że potrzebuję pomocy medycznej.
Parsknął cicho pod nosem, jakby sam obrazek wydał mu się wyjątkowo zabawny. Potem jednak spoważniał i spojrzał przed siebie.
- Ale spokojnie. Jeszcze nie umieram.
Dalsza droga minęła już bez większych rozmów. Kiedy w końcu wjechali w okolice Yorkville, Renoir zerknął przez szybę na charakterystyczną fasadę Hazelton. Hotel zdecydowanie pasował do całej sprawy. Elegancki, dyskretny, nastawiony na prywatność i klientów, których niekoniecznie chciało się oglądać na pierwszych stronach gazet. Gdy zatrzymali się na parkingu, Renoir odpiął pas i przez chwilę jeszcze siedział bez ruchu.
- Pokój Jill chętnie obejrzę. Tylko szczerze? Wątpię, żebyśmy znaleźli tam teraz coś szczególnie interesującego.
Spojrzał na Cobie i wyjął z kieszeni papierosa. Nie poczęstował, bo miał mało, a poza tym było mu szkoda. Wsunął w usta i odpalił.
- Skoro zdążyli go posprzątać, to założę się, że posprzątali go bardzo dobrze. Zwłaszcza po tym, jak menadżer zaczął zasłaniać się prywatnością gości. To mi bardziej mówi, że hotel wie, jak chronić swoich klientów, niż że po prostu chce być upierdliwy.
Wysiadł z samochodu i zamknął za sobą drzwi.
- A skoro tak chętnie pogrywają z policją, to pewnie mają też całkiem niezłych prawników. Nie będę więc tracił czasu na przepychanki przy recepcji. Najpierw monitoring, potem reszta.
Ledwie zdążyli zrobić kilka kroków w stronę wejścia, kiedy na parking wjechał oznakowany radiowóz. Renoir zatrzymał się i spojrzał w jego stronę. Patrol wysiadł z samochodu z papierową teczką, a po chwili jeden z funkcjonariuszy podszedł do Takedy i przekazał jej dokumenty. Renoir zerknął na nakazy, które chwilę później znalazły się również w jego rękach. Przejrzał pierwszą stronę, potem kolejną, sprawdzając podpis i zakres zgody.
- Sędzia Matsuda...
Uniósł lekko brwi i oddał dokumenty Cobie.
- Na ostatniej stronie masz od niej miły wierszyk i pozdrowienia. Nawet narysowała serduszko.
Uśmiechnął się pod nosem, bo oczywiście żadnego serduszka tam nie było. Po prostu nie mógł sobie odpuścić, zwłaszcza po wcześniejszej rozmowie w samochodzie. Chwilę później oboje ruszyli do wejścia. Renoir poprawił marynarkę, sprawdził odruchowo odznakę, broń i wszedł do hotelu obok Cobie. Tym razem nie zamierzał jednak zaczynać od uprzejmego przedstawiania się ani pytać, czy menadżer zechce z nimi współpracować. Gdy tylko znaleźli się przy recepcji, położył nakaz na blacie, tak żeby pracownik stojący po drugiej stronie nie musiał się domyślać, po co przyszli.
- Nadinspektor Delacroix, Królewska Kanadyjska Policja Konna. To jest detektyw Takeda z Toronto Police Service.
Mówił spokojnie, ale ton miał zupełnie inny niż jeszcze kilkanaście minut wcześniej w szpitalu. Służbowy. Twardy. Bez miejsca na negocjowanie podstawowych rzeczy. Takie miejsca go irytowały i sprawiały, że chętnie zobaczyłby je w płomieniach.
- Mamy nakaz. Chcemy zabezpieczyć i przejrzeć monitoring hotelu, w szczególności nagrania z okresu obejmującego pobyt Jill Mercer. Interesują nas wejścia, wyjścia, windy, korytarze, parking i wszystkie miejsca, przez które mogła przemieszczać się osoba związana z tą sprawą.
Przesunął dokument po blacie jeszcze kawałek w stronę pracownika tak by dokładnie go widział.
- Nie proszę pana o zgodę na wykonanie naszej pracy. Nakaz został wydany przez sędzinę Matsudę. Jeżeli chcecie, żeby wasi prawnicy przyjrzeli się dokumentowi, proszę bardzo. Mogą to zrobić, kiedy zabezpieczymy materiał. Ale nikt nie będzie teraz kasował, nadpisywał, kopiował ani przenosił żadnych nagrań.
Renoir pochylił się minimalnie nad blatem, patrząc spokojnie na człowieka po drugiej stronie.
- Możemy zrobić to szybko i bez problemów. Albo możemy zrobić to w sposób, którego nikt tutaj nie będzie wspominał z przyjemnością. Dla mnie naprawdę nie ma różnicy. Mamy nakaz i będziemy go wykonywać.
Wyprostował się i spojrzał na Cobie. Nie musiał już niczego dodawać. Tym razem naprawdę przyszli tutaj jako policja, a nie jako dwóch funkcjonariuszy proszących elegancki hotel o przysługę. Renoir był gotowy nawet wejść siłą do środka i „przestawić” ludzi, bo skoro miał legalne powody by zbadać monitoring to nic ani nikt mu nie stanie na drodze.

Cobie Takeda

Case I - Act I - The Briefing

: pn wrz 14, 2026 2:21 pm
autor: Łoś Superktoś
Chłopak siedzący za recepcją poderwał spojrzenie, totalnie zaskoczony wejściem policji. Spróbował się uśmiechnąć na przywitanie i zachować profesjonalizm, ale Renoir złapał go właściwie bez gardy, więc bardzo szybko na jego twarzy wymalowało się zmieszanie, przeplatane z niepewnością, żeby nie powiedzieć nawet przestrachem.
- Oczywiście! Już dzwonię po menadżera. - powiedział, nerwowo sięgając po telefon, żeby wykręcić numer do przełożonego.
Nawet nie spojrzał na papiery. Za to odłożył słuchawkę, widząc mężczyznę wychodzącego z zaplecza biurowego hotelu.
- Panie Collins, ci państwo są z policji i mają nakaz udostępnienia monitoringu.
- Oczywiście.
Collins miał poważną minę człowieka, który zjadł zęby na pracy w hotelach. Ciemne, posiwiałe włosy uciekały głęboką falą zakoli. Miał na sobie szary, elegancki garnitur, który jak nic był szyty na miarę. Zadbany zarost jeszcze zachował resztki ciemności dawnych czasów.
- William Collins... - przedstawił się, wyciągając wizytówkę w kierunku Renoira. - Panna Mercer nie była naszym gościem, ale rozumiem, że chodzi o czas tego nieszczęśliwego zdarzenia. Swoją drogą, kiedy będziemy mogli udostępnić pokój gościom?
Zapytał, sięgając po nakaz, żeby go przeczytać. I to całego. Wszystko, chociaż największą uwagę poświęcił sprawdzeniu zakresu.
- Wszystko się zgadza! Zatem zapraszam...
Kiedy Cobie podbiegła do nich po swoim telefonie w sprawie namierzania komórki Jill, cała trójka weszła na zaplecze i przeszła przez długi korytarz prowadzący do stróżówki ochrony.
- Bob, puść pana nadinspektora. - Collins przeprosił pracownika, który siedział przed monitorami. - I przygotuj nagrania z ostatniego tygodnia dla państwa.
Na monitorach widać było w słabej jakości różnych gości i pracowników przemieszczających się po poszczególnych piętrach. Pracownik ochrony wyjaśnił, jak działa sprzęt, a potem sam pomógł odnaleźć odpowiednie nagrania.

Na piętrze, na którym znajdował się pokój wykorzystany do przestępstwa, była tylko jedna kamera. Kąt świetnie pokazywał kilka drzwi, ale akurat w przypadku 819 był słaby i niewiele dawał.

19:27 - w zasięgu kamery pojawia się mężczyzna w długim prochowcu i kapeluszu z opuszczonym rondem. Nadchodzi od strony przeciwnej niż windy dla gości. Twarzy właściwie nie widać. Nie zatrzymuje się ani nie rozgląda, tylko idzie prosto do pokoju 819, otwiera drzwi kartą i znika w środku. Nie ma go na wcześniejszych nagraniach z lobby, wejścia do hotelu ani wind.

20:30 - Seth wchodzi wraz z Jill do hotelu. Idą pod rękę i bardziej przypominają parę niż oprawcę i ofiarę. Nie podchodzą do recepcji, tylko od razu do windy.

20:35 - wychodzą z windy na ósmym piętrze i idą w kierunku pokoju.

20:38 - Seth puka. Nie czekają długo, drzwi otwiera ktoś od środka. Seth niemal całkowicie zasłania stojącego w pokoju człowieka. Widać jedynie fragment białej koszuli i dłoń wyciągniętą na powitanie. Skóra wydaje się ciemna, choć jakość nagrania nie pozwala stwierdzić tego z całkowitą pewnością. Seth i gość hotelowy witają się uściskiem dłoni, po czym cała trójka wchodzi do pokoju.

21:11 - Seth wychodzi sam z pokoju. Zatrzymuje się koło windy i wciąga coś do nosa, po czym zjeżdża na dół i wychodzi z hotelu.

1:47 - Jill, otulona prześcieradłem, wykrada się na palcach z pokoju. Słania się na nogach, odbija od ściany. Widać ślady pobicia. Skulona idzie przez korytarz i znika w martwych punktach kamery.

2:32 - gość hotelowy, w tym samym dużym prochowcu i kapeluszu, wychodzi z pokoju i zamyka go za sobą. Nie kieruje się do wind, tylko w drugą stronę, przez co nie widać jego twarzy. Zresztą szybko znika z kadru. Idzie szybko, nerwowo.
PROWADZĄCY: Cobie Takeda Renoir Delacroix

Case I - Act I - The Briefing

: pn wrz 14, 2026 3:05 pm
autor: Cobie Takeda
Cobie:
Jego odpowiedź ją zaskoczyła. Raczej spodziewała się usłyszeć dramatyczną historię o postrzale, ugryzieniu psa albo innego dinozaura, niż... Starość... Pokiwała głową ze zrozumieniem, uciekając gdzieś w swoje myśli. Ta praca rzeczywiście zjadała organizm. Policjanci się po prostu zużywali, szczególnie jeśli większość służby spędzali w terenie.
- To nie wiek, to przebyte kilometry... - uśmiechnęła się pod nosem, cytując Indianę Jonesa, a potem zmarszczyła brwi, słysząc następne słowa.
Pokręciła głową z lekkim niedowierzaniem.
- Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić ciebie za biurkiem...
Ale spokojnie. Jeszcze nie umieram.
Ten komentarz rozbawił ją szczerze.
- OK, boomer! Panie "I'm too old for this shit!" - do końca drogi uśmiech już nie schodził jej z ust.
Dopiero kiedy zatrzymali się przed hotelem, na jej twarz znów wróciła powaga i z Cobie przeistoczyła się w Takedę.
- Mamy dobry zespół techników, ale zawsze mogli coś przeoczyć. - powiedziała, próbując podtrzymać płomyk nadziei.
Odruchowo przygryzła dolną wargę, notując w głowie kolejne zdanie. Menadżer nie jest tylko upierdliwy, po prostu hotel ceni sobie prywatność gości, więc normalnym jest, że robi wszystko, by tę prywatność zachować. Paskudne jest to, że w takiej sytuacji dalej to robi, ale pewnie dla tych gości, którzy tylko zdradzają swoje bogate żony, jest to bardzo ważne. Pokiwała głową, łapiąc się na tym, że pewnych rzeczy, które dla Renoira są oczywiste, ona dalej nie łapie. Naiwność?
Wysiedli z samochodu i Cobie przywitała się całkiem przyjaźnie z policjantami patrolu. Żywo zareagowała na komentarz o wierszyku, z przerażeniem w oczach rzucając się do papierów, żeby sprawdzić, czy to prawda. Na szczęście Renoirowi zebrało się po prostu na żarty. Spiorunowała go spojrzeniem.
- Not funny! - powiedziała i ruchem głowy dała mu znak, żeby wchodził. - Zadzwonię po lokalizację...

Do recepcji podeszła, jak było już po burzy, więc tylko machnęła swoją odznaką, żeby dać znać, że chodzi też o nią, a potem dała się poprowadzić wraz ze swoim partnerem w głąb budynku. Zawsze ją zaskakiwało, jak różne są pomieszczenia dla pracowników od tych dla gości. Przepaść między wystrojem jednego a drugiego była niesamowita. Zaplecze wręcz wyglądało bardzo ubogo, chociaż funkcjonalnie.
Na miejscu zwróciła uwagę na familiarny ton menadżera, sama zresztą trochę krzywo patrząc na Collinsa. Nie była jeszcze mistrzynią poker face.
Potem skupiła uwagę na monitorach, podchodząc bliżej, jakby to mogło zmienić ziarno na nagraniach.
- Są... - zauważyła, brodą wskazując dziewczynę i Setha.
Renoir Delacroix

Case I - Act I - The Briefing

: pn wrz 14, 2026 6:38 pm
autor: Renoir Delacroix
Renoir przez chwilę pozwolił sobie jeszcze na cień uśmiechu, kiedy przypomniał sobie reakcję Cobie na jego wcześniejsze żarty. Dziewczyna najwyraźniej coraz swobodniej sobie z nim poczynała i, co gorsza, zaczynało mu się to podobać. „OK, boomer” będzie musiał jej kiedyś oddać, bo przecież nie mógł pozwolić, żeby młodsza koleżanka wyszła z tej wojny słownej zwycięsko. Zresztą jej mina, kiedy naprawdę rzuciła się sprawdzać ostatnią stronę nakazu, była warta więcej niż cała ta sprawa z wyimaginowanym serduszkiem. Teraz jednak żarty się skończyły.
Renoir przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Stał przed monitorem z rękami skrzyżowanymi na piersi i pozwalał, żeby nagranie przeleciało jeszcze raz. Nie interesowało go już samo zobaczenie Setha. To było za mało. Po kilku latach pracy nauczył się, że najważniejsze rzeczy często znajdowały się gdzieś pomiędzy oczywistymi faktami. A tutaj tych „pomiędzy” zaczynało robić się zdecydowanie za dużo.
Najpierw 19:27. Mężczyzna w prochowcu i kapeluszu. Pojawił się na piętrze od strony przeciwnej niż winda, otworzył pokój 819 kartą i wszedł do środka. Ponad godzinę przed Sethem. Renoir zmrużył oczy. To był dla niego najważniejszy fragment całego nagrania. Ktoś był tutaj wcześniej. Ktoś przygotował pokój, zanim Jill w ogóle przekroczyła próg hotelu. Nie wyglądało to na przypadkowe spotkanie.
Potem Seth z Jill. Spokojni, wręcz zwyczajni. Para. Gdyby nie wiedział, czego szuka, prawdopodobnie nawet nie zwróciłby na nich większej uwagi. Następnie drzwi 819, uścisk dłoni i fragment białej koszuli. Ciemniejsza skóra. Za mało, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski. Można w sumie przejrzeć „ważne osoby” w Toronto pod względem grupy etnicznej, ale to jak szukanie igły w stogu siana. Renoir zapamiętał jednak szczegół i od razu odrzucił pokusę dopowiadania sobie reszty. Kamera była kiepska, a kiepska kamera potrafiła zrobić z człowieka kogoś zupełnie innego, niż był w rzeczywistości. Kiedyś był blisko pomyłki, więc jakieś doświadczenie miał.
21:11. Seth wychodzi. Sam. Coś wciąga do nosa. Renoir tylko lekko zmrużył oczy. Narkotyk? Być może. Wątpił, że to legalna tabaka. Nie zamierzał nazywać tego faktem bez potwierdzenia. Potem Jill. 1:47. Sama, owinięta prześcieradłem, ledwo utrzymująca się na nogach. Ten obraz nie wywołał w nim szoku. Wywołał coś znacznie bardziej praktycznego - zimną pewność, że dziewczyna nie znalazła się tam z własnej woli. Przez moment przeszła mu przez myśl, że gdyby zobaczył swoją córkę w takim stanie... Oj, klękajcie narody!
A później 2:32. Ten sam prochowiec. Ten sam kapelusz. Drugi mężczyzna wychodzi z pokoju, ale nie korzysta z windy. Idzie w przeciwnym kierunku i znika z obrazu. Czterdzieści pięć minut po Jill. Renoir powoli wypuścił powietrze nosem. W głowie miał już pierwszą chronologię. 19:27. 20:30. 20:38. 21:11. 1:47. 2:32. Nie zamierzał jednak wyrzucać wszystkich swoich wniosków przy Collinsie i ochroniarzu. Menadżer był zbyt spokojny, hotel zbyt chętny do zasłaniania się prywatnością, a Renoir zbyt długo pracował w federalnych, żeby rozdawać obcym ludziom własne hipotezy za darmo. Omówi to na spokojnie z Cobie gdy będzie na to dobry moment.
- Cofnij do 19:27.
Poczekał, aż ochroniarz zatrzyma nagranie. Wskazał ekran palcem.
- Tutaj. Ten pierwszy. Chcę dokładnie wiedzieć, skąd dostał się na to piętro.
Nie wyjaśnił, dlaczego akurat ten moment interesował go najbardziej. Logicznym było, że były dodatkowe schody, zwykłe albo przeciwpożarowe. Ewentualnie gość miał wynajęte dwa pokoje i z niego przeniósł się na moment do miejsca zbrodni. Odwrócił się natomiast do Collinsa.
- Potrzebujemy logów kart dostępu do pokoju 819. Wydanie karty, numer karty, wszystkie użycia od momentu jej aktywacji. Jeżeli system rejestruje wejścia kartami pracowniczymi, chcę również te dane. Najlepiej wszystkie dane gości na tym piętrze.
Collins mógł sobie zachowywać tę swoją hotelową uprzejmość. Renoir już jej nie potrzebował.
- Wszystkie kamery obejmujące wyjścia z tego korytarza. Szczególnie tę stronę, w którą poszedł po wyjściu z pokoju.
Dopiero wtedy spojrzał na mężczyznę zza monitora.
- Nie chcę żadnych filtrów pod kątem tego, co uważa pan za istotne. Ja zdecyduję, co jest istotne. Czy to jasne?
Ton nadal miał spokojny. Właśnie dlatego zabrzmiało to znacznie bardziej stanowczo niż podniesiony głos. Zerknął na Cobie, westchnął cicho. W takiej sytuacji nie mógł pozwolić sobie na uprzejmość. Robił wszystko według procedur, co czasami go wkurzało. Renoir ponownie skierował wzrok na nagranie z 21:11.
- To samo dla Setha. Lobby, wyjście, parking. Chcę jego trasę od momentu, kiedy opuścił windę, aż do chwili, kiedy zniknie z kamer. Zanim zaczniemy dyskutować o prywatności gości, przypominam, że mamy nakaz. Jeżeli dokument czegoś nie obejmuje, pytamy sędziego. Jeżeli obejmuje - wykonujemy go. Proste.
Nie było w tym krzty uśmiechu. Jeszcze kilka minut wcześniej mogli rozmawiać normalnie. Teraz Renoir miał przed oczami pobitą nastolatkę, dwóch mężczyzn i pokój, który ktoś najwyraźniej przygotował na długo przed jej przyjazdem. Nie zamierzał pozwolić, żeby elegancki hotel i jego prawnicy zamienili śledztwo w przepychankę o to, czy funkcjonariusze mogą zobaczyć kawałek zapisu z kamery.
- Jeżeli coś z tego materiału zniknie, zostanie nadpisane albo ktoś spróbuje przy nim manipulować, będziemy rozmawiać już zupełnie inaczej. Ze mną będziecie rozmawiać inaczej.
Krótka pauza, zrobił dwa kroki w stronę Collinsa.
- Więc zróbmy to po prostu dobrze.
Odwrócił się z powrotem do monitora. Nie powiedział Cobie wszystkiego, co właśnie zaczynało układać mu się w głowie. Nie wspomniał o czterdziestu pięciu minutach, które drugi mężczyzna spędził w pokoju po wyjściu Jill. Nie pytał jeszcze, dlaczego ktoś pojawił się na ósmym piętrze ponad godzinę wcześniej. Nie powiedział też, że najbardziej interesowało go to, skąd ten człowiek przyszedł i dlaczego tak bardzo pilnował, żeby jego twarzy nie zobaczyła żadna kamera. To były pytania dla nich. Nie dla hotelu. Renoir zerknął jeszcze raz na zatrzymany obraz mężczyzny w kapeluszu.
- Mamy więcej, niż mieliśmy dziesięć minut temu.
Jego wzrok przesunął się na Cobie.
- Ale nadal nie mamy nazwiska.
Reszta mogła poczekać. Najpierw ustalą, skąd przyszedł. Potem, dokąd poszedł. Dopiero później zaczną ustalać, kim właściwie był.

Cobie Takeda