what a wild, bloody mess that you leave when you eat
: czw wrz 10, 2026 9:33 pm
— Najwyraźniej za często — odparła, chociaż kącik jej ust drgnął jeszcze odruchowo, jakby nawet teraz musiała dać mu tę drobną satysfakcję. Gdy jego głowa opadła na oparcie, złośliwie przesunęła dłoń razem z nią, odsuwając włosy z wilgotnego czoła. Kilka krótszych kosmyków przykleiło się przy skroni, tuż obok zaschniętej krwi, więc zgarnęła je ostrożniej, dopiero wtedy przyglądając mu się nieco uważniej.
Wyglądał inaczej. Wyglądał nie tak. Rozchylona koszula odsłaniała obojczyki i klatkę piersiową, ale jej spojrzenie zatrzymało się najpierw na szyi, na ruchu pod skórą, kiedy przełknął ślinę, później przesunęło wyżej, wzdłuż żuchwy. Był zbyt blisko, żeby podobne szczegóły mogły jej umknąć, a ona najwyraźniej nie potrafiła zupełnie przestać zwracać na nie uwagi, nawet kiedy rozsądek podpowiadał, że miała przed sobą coś znacznie ważniejszego. Nadal czuła ciepło jego skóry pod palcami, i nadal pamiętała, jak niewiele dzieliło jej dłonie od jego ciała przy rozpinaniu kolejnych guzików.
Tyle że teraz coraz mniej podobał jej się sposób, w jaki na nią patrzył.
Na wzmiankę o narkotykach zamarła w pół ruchu.
— Domyślasz się jakie? — zapytała po chwili, potrzebując odpowiedzi chyba przede wszystkim na upewnienie się, że dobrze usłyszała(i dlatego, że raczej nie znała się na narkotykach). Mówił o tym tak spokojnie, jakby właśnie przypomniał sobie coś zupełnie nieistotnego, a przecież jeszcze niedawno chciał odzyskać szklankę. Chyba całe szczęście, że mu ją wydarła — I ile tego wypiłeś?
Spojrzała w stronę odstawionego alkoholu. Pamiętała jego zapach, ale trudno było oczekiwać, że nagle odgadnie po nim zawartość, skoro sam Vincent najwyraźniej nie był jej pewien. Bardziej martwiło ją to, dla ilu rzeczy zdążyła znaleźć inne wyjaśnienie. Z guzikami miał sobie nie radzić przez poranione dłonie, siedział ciężko, bo był zmęczony, a rozgrzana skóra… Cóż, z tym od początku miała problem, lecz nadal próbowała podciągnąć ją pod wysiłek i to, co wydarzyło się przed jej przyjściem.
Sięgnęła po telefon, odblokowała ekran i dopiero wtedy spojrzała w kierunku drzwi.
Dalej leżało przewrócone krzesło, dokumenty i szkło, na ścianie nadal była krew. Nie miała pojęcia, co właściwie się tutaj wydarzyło, ale wpuszczenie ratowników do poranionego właściciela klubu, który być może został jeszcze czymś odurzony, raczej nie skończyłoby się bez pytań. Ba, w Kanadyjskich realiach to wywołałoby dość porządny alarm wśród służb. Z drugiej strony nie mogła siedzieć i czekać, aż sam uzna, że jednak potrzebował pomocy.
— Masz lekarza, który może tu przyjechać? — Wróciła do niego spojrzeniem, nie wypuszczając telefonu z dłoni. Zanim go odłożyła, włączyła latarkę. — Popatrz teraz na mnie — poprosiła.
Pochyliła się bliżej, przesuwając światło kolejno ku jego oczom. Obserwowała reakcję jego źrenic, porównywała ze je ze sobą, choć z tej odległości widziała również drobne różnice w kolorze tęczówek. Poczuła jego oddech na swoim policzku; ciepły, przesycony alkoholem, a pod nim nadal ten znajomy zapach, który potrafił przypomnieć jej o ostatnim wieczorze w najmniej odpowiednim momencie.
Przełknęła ślinę i poprawiła telefon. Zwykle przecież pierwsza odwracała wzrok, teraz sama prosiła, żeby na nią patrzył, i musiała jakoś znieść również to, co poza niepokojem robiła z nią ta bliskość. Nawet z rozciętą wargą i krwią przy brwi nadal był Monroe, przez którego ugotowała za dużo obiadu, zapakowała go w pojemniki i przyjechała tutaj, chociaż po drodze zdążyła kilka razy uznać, że nie powinna.
Wyłączyła światło.
— Kręci ci się w głowie? Niedobrze ci? Widzisz podwójnie?
Studia nie zrobiły z niej lekarza, ale po inżynierii biomedycznej wiedziała przynajmniej, że przy urazie głowy i czymś nieznanym w alkoholu nie wystarczyło sprawdzić jednej rzeczy i uznać, że wszystko było dobrze. Dokończyła zsuwanie koszuli, ujęła jego nadgarstek i przez chwilę sprawdzała puls, spoglądając również na klatkę piersiową. Tatuaże poruszały się wraz z oddechem, pomiędzy nimi odznaczały się stłuczenia, a ona złapała się na tym, że kciukiem przesuwała po boku jego dłoni.
Nie przestała, tylko zrobiła to jeszcze raz, delikatniej.
Przywykła, że to on wiedział, co robić, nawet jeśli sposób, w jaki się do tego zabierał, potrafił doprowadzać ją do szału, teraz natomiast łapała się na tym, że czekała na jakąś znajomą reakcję. Na spojrzenie, które zatrzyma się na niej nieco przytomniej, kolejną zaczepkę, cokolwiek, co pozwoliłoby jej uznać, że wcale nie było tak źle. Nie chciała jednak domagać się od niego zapewnień, które dotychczas rozdawał tak hojnie i z których niewiele wynikało. Potrzebowała, żeby pozwolił jej się sobą zająć, nawet jeżeli nie wszystko potrafiła zrobić sama; on przecież tyle razy zostawał przy niej, kiedy była przestraszona, uparta albo… trudna. Tylko wolałaby, żeby przestał tak ciężko opierać głowę i spojrzał na nią w ten swój denerwujący sposób, przez który jeszcze niedawno nie wiedziała, gdzie podziać oczy.
Puściła jego rękę, żeby sięgnąć po opatrunek, i przyłożyła go do rozcięcia przy boku. Poprawiła się na kanapie, kolano nadal pozostawiając w punkcie bezpośredniego styku.
— Powiedz mi o tej butelce — poprosiła ciszej. — Co ci powiedzieli, kiedy ją przynieśli?
Vincent Monroe
Wyglądał inaczej. Wyglądał nie tak. Rozchylona koszula odsłaniała obojczyki i klatkę piersiową, ale jej spojrzenie zatrzymało się najpierw na szyi, na ruchu pod skórą, kiedy przełknął ślinę, później przesunęło wyżej, wzdłuż żuchwy. Był zbyt blisko, żeby podobne szczegóły mogły jej umknąć, a ona najwyraźniej nie potrafiła zupełnie przestać zwracać na nie uwagi, nawet kiedy rozsądek podpowiadał, że miała przed sobą coś znacznie ważniejszego. Nadal czuła ciepło jego skóry pod palcami, i nadal pamiętała, jak niewiele dzieliło jej dłonie od jego ciała przy rozpinaniu kolejnych guzików.
Tyle że teraz coraz mniej podobał jej się sposób, w jaki na nią patrzył.
Na wzmiankę o narkotykach zamarła w pół ruchu.
— Domyślasz się jakie? — zapytała po chwili, potrzebując odpowiedzi chyba przede wszystkim na upewnienie się, że dobrze usłyszała
Spojrzała w stronę odstawionego alkoholu. Pamiętała jego zapach, ale trudno było oczekiwać, że nagle odgadnie po nim zawartość, skoro sam Vincent najwyraźniej nie był jej pewien. Bardziej martwiło ją to, dla ilu rzeczy zdążyła znaleźć inne wyjaśnienie. Z guzikami miał sobie nie radzić przez poranione dłonie, siedział ciężko, bo był zmęczony, a rozgrzana skóra… Cóż, z tym od początku miała problem, lecz nadal próbowała podciągnąć ją pod wysiłek i to, co wydarzyło się przed jej przyjściem.
Sięgnęła po telefon, odblokowała ekran i dopiero wtedy spojrzała w kierunku drzwi.
Dalej leżało przewrócone krzesło, dokumenty i szkło, na ścianie nadal była krew. Nie miała pojęcia, co właściwie się tutaj wydarzyło, ale wpuszczenie ratowników do poranionego właściciela klubu, który być może został jeszcze czymś odurzony, raczej nie skończyłoby się bez pytań. Ba, w Kanadyjskich realiach to wywołałoby dość porządny alarm wśród służb. Z drugiej strony nie mogła siedzieć i czekać, aż sam uzna, że jednak potrzebował pomocy.
— Masz lekarza, który może tu przyjechać? — Wróciła do niego spojrzeniem, nie wypuszczając telefonu z dłoni. Zanim go odłożyła, włączyła latarkę. — Popatrz teraz na mnie — poprosiła.
Pochyliła się bliżej, przesuwając światło kolejno ku jego oczom. Obserwowała reakcję jego źrenic, porównywała ze je ze sobą, choć z tej odległości widziała również drobne różnice w kolorze tęczówek. Poczuła jego oddech na swoim policzku; ciepły, przesycony alkoholem, a pod nim nadal ten znajomy zapach, który potrafił przypomnieć jej o ostatnim wieczorze w najmniej odpowiednim momencie.
Przełknęła ślinę i poprawiła telefon. Zwykle przecież pierwsza odwracała wzrok, teraz sama prosiła, żeby na nią patrzył, i musiała jakoś znieść również to, co poza niepokojem robiła z nią ta bliskość. Nawet z rozciętą wargą i krwią przy brwi nadal był Monroe, przez którego ugotowała za dużo obiadu, zapakowała go w pojemniki i przyjechała tutaj, chociaż po drodze zdążyła kilka razy uznać, że nie powinna.
Wyłączyła światło.
— Kręci ci się w głowie? Niedobrze ci? Widzisz podwójnie?
Studia nie zrobiły z niej lekarza, ale po inżynierii biomedycznej wiedziała przynajmniej, że przy urazie głowy i czymś nieznanym w alkoholu nie wystarczyło sprawdzić jednej rzeczy i uznać, że wszystko było dobrze. Dokończyła zsuwanie koszuli, ujęła jego nadgarstek i przez chwilę sprawdzała puls, spoglądając również na klatkę piersiową. Tatuaże poruszały się wraz z oddechem, pomiędzy nimi odznaczały się stłuczenia, a ona złapała się na tym, że kciukiem przesuwała po boku jego dłoni.
Nie przestała, tylko zrobiła to jeszcze raz, delikatniej.
Przywykła, że to on wiedział, co robić, nawet jeśli sposób, w jaki się do tego zabierał, potrafił doprowadzać ją do szału, teraz natomiast łapała się na tym, że czekała na jakąś znajomą reakcję. Na spojrzenie, które zatrzyma się na niej nieco przytomniej, kolejną zaczepkę, cokolwiek, co pozwoliłoby jej uznać, że wcale nie było tak źle. Nie chciała jednak domagać się od niego zapewnień, które dotychczas rozdawał tak hojnie i z których niewiele wynikało. Potrzebowała, żeby pozwolił jej się sobą zająć, nawet jeżeli nie wszystko potrafiła zrobić sama; on przecież tyle razy zostawał przy niej, kiedy była przestraszona, uparta albo… trudna. Tylko wolałaby, żeby przestał tak ciężko opierać głowę i spojrzał na nią w ten swój denerwujący sposób, przez który jeszcze niedawno nie wiedziała, gdzie podziać oczy.
Puściła jego rękę, żeby sięgnąć po opatrunek, i przyłożyła go do rozcięcia przy boku. Poprawiła się na kanapie, kolano nadal pozostawiając w punkcie bezpośredniego styku.
— Powiedz mi o tej butelce — poprosiła ciszej. — Co ci powiedzieli, kiedy ją przynieśli?
Vincent Monroe