Strona 2 z 4

sunshine, you're here

: wt wrz 22, 2026 3:27 pm
autor: Lucien Spencer
Niezręczność, która nagle zapanowała w sypialni, dało się wyczuć niemal namacalnie. Spowodowana była zarówno faktem, że po tygodniu ciszy spotkali się w niezbyt dogodnych okolicznościach, podczas których dopiero w obecnej chwili Lucien zachowywał pełną świadomość swoich czynów, ale za tą niezręcznością przemawiało również trwanie ich relacji w dziwnym zawieszeniu. Nie dość, że mężczyzna miał za co się wstydzić, to jeszcze zupełnie nie wiedział, na jakim gruncie znajomość z Zoyą właściwie stała.
Mieli sobie dużo do wyjaśnienia. Teraz jednak musiał załatać dziury w swojej pamięci.
Niepostrzeżenie wziął głębszy oddech, widząc, jak ciemnowłosa zbliża się do niego. Sportowy strój w kolorze czekolady doskonale podkreślał jej sylwetkę, wyjątkowo zachęcając do objęcia jej w pasie i przyciągnięcia do siebie. Na tę nieoczekiwaną myśl przemykającą przez jego wciąż nieco otępiały umysł poczuł mrowienie w palcach. Jej splot dłoni za plecami i zupełnie nieświadome uwydatnienie swojego dekoltu tylko wzmagało jego tortury. Mimo to przełknął ślinę i podniósł na nią spojrzenie w chwili, kiedy sama utkwiła w niego swoje przenikliwe niebieskie tęczówki.
Na jej rzetelne streszczenie najpierw uniósł wysoko brwi, by wraz z następnymi jej słowami jego twarz zaczęła wykrzywiać się pod wpływem coraz większego zażenowania. Ostatecznie, usłyszawszy zwrot domyśl się, powiódł za jej spojrzeniem i jeszcze raz uniósł ręce przed siebie. Zerknął na pościerane wnętrza dłoni, a potem kolana, po czym pokręcił głową z dezaprobatą, a nawet lekką pogardą dla samego siebie. Gdy po chwili spojrzał na Zoyę ponownie, jego mina mówiła wszystko - przeprosiny słusznie jej się należały.
— O ile pamiętam, że do Ciebie zadzwoniłem, tak to, co mówiłem, chyba nie do końca zarejestrowałem. Nawet nie wiem, w którym momencie urwał mi się film — przyznał, przykładając dłoń do czoła, by zaraz przesunąć nią po twarzy.
Kompromitacja. To słowo pasowało adekwatnie do jego zachowania. Akurat w jego przypadku nie powinien był narażać się na skandal, tymczasem zeszłej nocy pozwolił sobie na z b y t wiele. Nie po to obstawał w roli abstynenta, żeby przez głupi wybryk wystawić na szwank wszystko, na co przez tyle lat pracował. W pełni zdawał sobie sprawę, jak wiele zależało od tego, czy był w stanie trzymać gardę.
A wszystko przez kolejne nieporozumienie. Zachodził w głowę, jak to możliwe, że tracił kontrolę z powodu dziewczyny? Najwyraźniej udzielała mu się jej aura. Po poznaniu ciemnowłosej, która właśnie podała mu szklankę z aspiryną, jego życie zdecydowanie nabrało rozpędu.
— Znowu ci się narzuciłem — zaznaczył i wyciągnął dłoń po szkło. — Dzięki — mruknął cicho, niby przypadkiem muskając jej palce swoimi własnymi, zanim odebrał przygotowaną przez nią miksturę. Przez tę krótką chwilę nie spuszczał z Zoi wzroku.
Próbował zapewnić ją o swojej racji, bo według niego wcale nie byli kwita. O n a nie miała luk w pamięci. On stracił kontrolę c a ł k o w i c i e. I jaką miał mieć pewność, że powiedziała mu o wszystkim, co robił lub mówił?
Na jej pytanie na kilka sekund zawiesił na kobiecie spojrzenie, zanim przeniósł je na szklankę. Powinien spodziewać się tego pytania, ale do tej pory wcale mu ono przez głowę nie przeszło, dlatego potrzebował chwili do namysłu.
— Myślałem, że mnie wystawiłaś. A ja nie jestem przyzwyczajony do porażek — powiedział szczerze i upił kilka sporych łyków wody, chcąc w ten sposób ukryć pewne skrępowanie. Ponownie, był sobą kompletnie zażenowany.
To rzeczywiście nie było w jego stylu. A przynajmniej nie w trakcie imprezy masowej. I co z tego, że u Ellie obowiązywała zasada nie udostępniania żenujących relacji czy postów, do której wszyscy uczestnicy, którym zależało na dobrych stosunkach z Harringtonami, musieli się dostosować. On się n i e upijał. A jednak to zrobił. I musiał za to odpokutować, fizycznie i psychicznie za każdy swój upadek, ale też przed Zoyą.
Kiedy niespodziewanie odwróciła się, podążył za nią uważnym wzrokiem, by zaraz dostrzec w jej dłoniach ubrania na zmianę. Słuchał jej z uwagą, w zamyśleniu kiwając głową. W tym czasie nie mógł nie zarejestrować jej spojrzenia na sobie, a następnie szybkiego speszonego odbicia w stronę okna, i mimowolnie pomyślał o tym samym — podobieństwo do wydarzeń z poprzedniego tygodnia było uderzające.
— Alex i Ron — powtórzył za nią imiona, jakby właśnie sobie je przyswajał, jednocześnie odbierając od niej ciuchy. — Dwaj z pięciu twoich braci tu są? — dopytał po chwili, nagle uświadamiając sobie postać rzeczy. Spojrzał na nią z oczekiwaniem i czającym się w mięśniach napięciem.
Chyba nie był przygotowany na poznanie jej rodziny. I to w najgorszym możliwym momencie, gdy kompletnie nie był w formie. Najdziwniejsze było to, że zwykle wcale się nie przejmował takimi sprawami, a teraz wyglądało na to, że na opinii reszty Weasleyów zależało mu odrobinę bardziej, niż na tym, co myśli sobie o nim pozostała część społeczeństwa.
— Właściwie co ja tu robię? — olśniło go po raz kolejny. — Byłem aż tak uparty, że nie chciałem wyjść z auta? — skrzywił się w obawie przed odpowiedzią, właściwie nie będąc pewnym, czy chciał ją usłyszeć.
Upił kolejny łyk napoju, po czym bezwiednie poniósł spojrzeniem po pomieszczeniu, aż jego wzrok zatrzymał się na tostach. Jak na znak, zaburczało mu w brzuchu i zrozumiał, jak bardzo był głodny. Bez namysłu odłożył więc ubrania na łóżko i podszedł do wiklinowej tacy, żeby położyć obok szklankę i sięgnąć po tosta, którego kawałek zaraz znalazł się jego w ustach.
— Która jest godzina? — odwrócił się, żeby lekko oprzeć się biodrami o komodę. Niestety nie był w stanie wyczytać godziny, ale sądząc po słońcu wysoko pnącym się po nieboskłonie, mógł stwierdzić, że było późno. — Telefon mi padł. Mam nadzieję, że tylko z powodu baterii — wyjaśnił, wskazując brodą na leżące na stoliku nocnym urządzenie z popękaną szybką, żeby następnie powrócić na chwilę spojrzeniem na Zoyę.
W gruncie rzeczy podziwiał ją za to, że musiała jakoś poradzić sobie z jego zachlanym tyłkiem, który tylko zepsuł jej noc i z pewnością znacznie utrudnił jej życie. Przy tym nadal był przekonany, że taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca. Nie w jego przypadku, gdzie zawsze starał się zachowywać, jak należało, a tymczasem teraz sprawiał zgoła odmienne wrażenie.
Jednocześnie miał na uwadze fakt, że spotkał ją w podobnych okolicznościach w zeszłym tygodniu. Idąc tym tropem dedukcji, wydawało mu się, że odebrała go głównie przez wzgląd na dług, który właśnie się wyrównał. A on przecież niczego od niej nie oczekiwał.
Kiedy tylko przeżuł ostatni kawałek, przetarł dłonie z okruszków i znów sięgnął po szklankę, żeby dopić pozostałość cieczy, po czym ją odstawił i wyprostował się. Nadal czuł się nieswojo, a obolałe po nocnych wybrykach mięśnie dawały o sobie znać. Sięgnął dłonią do karku i poruszył szyją na boki, próbując ją nieco rozciągnąć, w tym samym czasie zbliżając się do kobiety.
— Naprawdę nie chcę sprawiać ci problemów. Wrócę, jak tylko będzie to możliwe — uznał spokojnie, tak, jak miał to w swoim zwyczaju, opuszczając ręce i przystając przy Zoi. Z powodu odległości kilkudziesięciu centymetrów musiał pochylić nieco głowę, żeby spojrzeć w jej oczy. — O ile mojemu Mercedesowi nie stało się nic poważniejszego — dodał, unosząc kącik ust w nieznacznym uśmiechu.
Cokolwiek zrobiła z jego autem w trakcie drogi, właśnie miała szansę się wytłumaczyć. Pamiętał, że wspominała mu, iż nie była demonem prędkości, ale szkoda, jaką zauważył przez okno, była trochę niepokojąca. Czy jednak dawał to po sobie w tej chwili poznać?
Jeszcze nie widział skali zniszczeń, ale… zaczynał podawać w wątpliwość możliwość, że mógłby się na nią kiedykolwiek n a p r a w d ę zdenerwować.

Zojka

sunshine, you're here

: pn wrz 28, 2026 12:18 am
autor: Zoya Weasley
Badała dokładnie wyraz twarzy Luciena; każdą zmarszczkę świadczącą o jego zakłopotaniu oraz każdy gest, który zdawał się to potwierdzać, jak chociażby dotknięcie czoła czy przetarcie dłonią twarzy. Zoya w tej obserwacji była w tym niemal natarczywa. Stojąc naprzeciwko, taksowała sylwetkę mężczyzny i nawet się z tym nie kryła.
Właściwie sądziła, że będzie na niego wściekła; że rankiem wyrzuci z siebie wszystkie strachy minionej nocy. Tymczasem, co dziwniejsze, pławiła się w jego dezorientacji i frasobliwości. Ostatecznie widywała gorsze zachowanie u swoich braci, więc Lucien niekoniecznie musiał się tym aż tak przejmować. Nie powiedziała mu tego jednak. Zamiast tego, demonstracyjnie wydęła usta i przytaknęła w akcie przyznania mu racji, kiedy sam stwierdził, że urwał mu się film.
— Nie narzucasz się. Nie będę ukrywała, że mnie nie zaskoczyłeś, ale nie mogłam cię tam zostawić — powiedziała, a nawet się uśmiechnęła, aby dodać Lucienowu odrobinę otuchy w tym wszystkim, co właśnie czuł. — Wiem, jak ważna jest dla ciebie kariera.
Zoya być może nie zamierzała opowiadać o tym, że pomimo późnej pory ucieszyła się z jego telefonu, a potem na złamanie karku pognała do tej obrzydliwie bogatej dzielnicy, aby ostatecznie patrzeć, jak upadlił się na chodniku. Minęło już kilka godzin, a stres związany z całą sytuacją zdążył opaść, więc jednak nie zamierzała obarczać Luciena prenetsjami.
W dodatku, niezależnie od okoliczności, i tak by mu pomogła. Chyba aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, jak fatalnie mogłoby na Luciena wpłynąć, gdyby ktoś upublicznił jego k o m p r o m i t u j ą c e zdjęcia.
Zoya odczuła tę nagłą zmianę w spojrzeniu mężczyzny i jeszcze zanim odpowiedział, instynktownie przygryzła wewnętrzną stronę policzka. Kiedy już wyraził wszystko słowami, natychmiast uniosła brwi i rozchyliła usta. Nie spodziewała się ani tego, że była powodem jego upicia, ani tym bardziej tego, że tak otwarcie się do tego przyznał.
Już po chwili jeszcze bardziej zmienjszyła dystans pomiędzy nimi, po czym z przejęciem dotknęła środka swojej klatki piersiowej.
— Nie wystawiłabym cię, Lucien. — Nie czekała, aż skończy pić wodę. Od razu kontynuowała. — Po tym, co się wydarzyło we Włoszech, źle bym się czuła, gdybym się z tobą nie spotkała. Okropnie to wszystko wyszło, ten telefon... Nie wiem nawet, jak to się stało... — mówiła zaaferowana, ale nagle urwała, jakby dopiero teraz coś do niej dotarło. Niespodziewanie postawa Zoi całkowicie się zmieniła. Zmarszczyła czoło, a dłonie oparła na biodrach i popatrzyła na Luciena z niedowierzaniem. — Zaraz, zaraz. Upiłeś się, bo myślałeś, że dałam ci kosza?
Wszystkie klepki Zoi pracowały na pełnych obrotach, a pomimo tego nie potrafiła pojąć, że Lucien właśnie taki wniosek wyciągnął z całej tej sytuacji. W końcu parsknęła śmiechem. Ba, zaśmiała się tak uroczo i niegrzecznie na widok jego wyraźnego skrępowania, że aż docisnęła dłoń do ust, aby się uspokoić.
Nie chciała zachowywać się aż tak perfidnie, więc w pewnym momencie mocno zacisnęła samoistnie uśmiechające się usta i poszła po ubrania. Następnie zmieniła temat na bezpieczniejszy, a w obecnej sytuacji również znacznie istotniejszy, choć w jej oczach wciąż igrały figlarne iskierki.
Podobała mu się. Na tę myśl serce Zoi zabiło intensywniej. Po wszystkich wydarzeniach, po których była przekonana, że spaliła za sobą mosty, nagle okazało się, że wciąż istniała szansa, aby mogli się do siebie zbliżyć. I tu chyba jej mózg zadziałał instynktownie, bo zerknęła na bardziej intymne strefy i uciekła wzrokiem na bok.
— Właściwie to trzech z pięciu — Wróciła spojrzeniem do oczu Luciena, obserwujac jego reacje. Ta, wydała się zoi zupełnie adekwatna. Chyba sama w podobnej sytuacji poczułaby pewien dyskomfort. — Jest jeszcze Zachary.
Na kolejne pytanie skrzyżowała ramiona i wydała z siebie głośne hmm, jakby potrzebowała chwili, aby zastanowić się nad odpowiedzią. Co on tutaj robił? Co robił w Hunstville? Niespodziewanie prychnęła, gdy zadał kolejne pytanie.
— Och, nie wyszedłeś stąd samodzielnie. — Zzoya celowo nadała swojemu głosowi opieszały, acz rozbawiony ton i machnęła ręką. — Wtaszczyli cię na górę, więc kwestię poznania się macie właściwie za sobą. Potrzebowaliśmy siły roboczej, a ty masz już wprawę, Lucien — zażartowała i wielce uradowana zmarszczyła nos. — A tak naprawdę nie wiedziałam, co mam z tobą zrobić. Chyba zgubiłeś klucze do mieszkania — Wzruszyła ramionami.
Potem w dużym skrócie wyjaśniła mu, że nie mogła przetransportować go ani do siebie, ani do Adeline. Hotele również uznała za fatalny pomysł, więc ostatecznie wylądowali w Huntsville, czyli praktycznie trzy godziny drogi od Toronto.
Przysiadła na łóżku, kiedy Lucien zajął się jedzeniem. Przez chwilę bezwstydnie przesuwała wzrokiem po jego sylwetce, aż w końcu zdała sobie sprawę, że robiła to zdecydowanie zbyt długo. Odchyliła więc głowę i zaczęła patrzeć na sufit, a kilka sekund później opadła na łokcie do półleżącej pozycji.
— Samo południe. — Odpowiedziała zgodnie z prawdą. Zaraz potem całkowicie rozpłaszczyła się na materacu, rozkładając ramiona wzdłuż ciała. — Raczej go rozwaliłeś. — Tutaj również nie zamierzała kłamać.
Nieco później Zoya usłyszała, że skończył jeść, więc mimowolnie podniosła się z łóżka. Wtedy Lucien zmniejszył dzielący ich dystans, przez co momentalnie spięła mięśnie. Ledwie powiedział, że wróci do Toronto, a już chwilę później znienacka się nachylił. Instynktownie cofnęła nogę, ale och, łydką natrafiła na materac.
Patrzenie mu w oczy z tak bliskiej odległości i zawieszone w powietrzu zdanie wprawiły Zoyę w dziwny nastrój. Odruchowo przeniosła wzrok na okno, za którym widać było pokiereszowanego Mercedesa, po czym znów spojrzała na Luciena i skrępowana zachichotała.
— Więc... — Figlarnie ułożyła dłonie na jego klatce piersiowej i delikatnie klepnęła ją opuszkami palców. — Sprawa wygląda tak... — Powoli przesunęła dłonie niżej. — Twój Mercedes — zrobiła krok do przodu i znów zjechała niżej, aby następnie objąc Luciena całymi ramionami. — Nabawił się kilku usterek, ale prawdopodobnie w poniedziałek uda się zdobyć części zamienne — wyrzuciła z siebie wszystko na jednym wdechu, po czym niespodziewanie zamieniła się z mężczyzną miejscami i popchnęła go na łóżko. Potem w pośpiechu złapała ubrania Alexa i cisnęła mu nimi w twarz.
I... uciekła. Z głośnym, triumfalnym śmiechem wybiegła na korytarz.

Lucek

sunshine, you're here

: pn wrz 28, 2026 1:26 pm
autor: Lucien Spencer
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo Zoya mu się przyglądała. Miała ku temu co najmniej jeden solidny powód — nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. Ba, niewiele osób miało możliwość poznania go z tej właśnie strony. Zawsze starał się być idealny, a jednak był tylko człowiekiem. Któremu świat nie darowałby takiego wybryku, gdyby tylko wyszedł na światło dzienne.
W pierwszej chwili znowu nie wiedział, jak powinien zinterpretować jej słowa, ale idący za nimi pokrzepiający uśmiech oraz wspomnienie o karierze dodały mu otuchy. W jego głowie rozbłysła również myśl, że nie był jej obojętny.
Przez kilka sekund wpatrywał się w nią w milczeniu, odwzajemniając delikatny uśmiech i mając wrażenie, że jego jasne tęczówki były w stanie powiedzieć więcej, niż słowa.
— Dziękuję — powiedział ostatecznie miękko, z mocą, pod którą skrywało się znacznie więcej, niż zwykła wdzięczność.
Nigdy nie ukrywał się z tym, że kariera była dla niego ważna. To ją stawiał zawsze na pierwszym miejscu. I cholernie doceniał fakt, że Zoya to szanowała, a nawet pomagała mu zachować jako tako twarz w chwili, kiedy przestał panować nad własnym ciałem i życiem. Zawdzięczał ciemnowłosej ocalenie swojej reputacji, a to już naprawdę dużo dla niego znaczyło. I chyba nie do końca miała pojęcie, jak wiele od niej zależało, skoro była jednocześnie powodem, przez który tak się upodlił.
A przynajmniej do momentu, w którym jej to wyznał. Jego szczerość względem Zoi zaskakiwała także jego samego, ale za tym wyznaniem stały już czyny. Najgorsze było to, że sam nie rozumiał, czemu kobieta miała na niego tak duży wpływ.
Był głupi. Nie miał w sobie za grosz rozsądku i między innymi to właśnie tak mocno przyprawiało go o zażenowanie. Ono odrobinę zmalało, kiedy ciemnowłosa w zamian zaczęła się tłumaczyć, podchodząc do niego bliżej. Teraz wierzył, że nie miała złych intencji, ale skąd mógł wiedzieć o tym jeszcze te kilka godzin temu?
Zaraz urwała, co zaalarmowało Luciena, przez co mimowolnie się spiął. Jeszcze zanim się odezwała, domyślił się, że właśnie uświadomiła sobie istotną rzecz.
Kiedy pytanie zawisło w przestrzeni między nimi, nie odpowiedział od razu. Jego chwilowe zaciśnięcie szczęk mówiło samo za siebie, co kobieta ostatecznie skwitowała śmiechem. Westchnął ciężko i przygryzł policzek.
— Tak, wiem. To było kompletnie niepoważne — zmarszczył zabawnie nos. Zdecydowanie nie był z siebie dumny. — I musi się to skończyć, jeśli nie chcesz mieć mnie na sumieniu — dodał zaraz, nie potrafiąc nie odpowiedzieć na jej rozbawiony uśmiech podobnym uniesieniem kącików własnych ust. Gdy tylko się odwróciła, pokręcił głową z niedowierzaniem na tę iście kuriozalną sytuację.
Podobała mu się. Po wszystkich wydarzeniach to było aż nazbyt oczywiste. Na próżno próbował pogodzić się z zakończeniem ich znajomości, by później we Włoszech nie przyjąć odmowy, kiedy Zoya niemal rozpaczliwie potrzebowała pomocy. Nie mógł zostawić jej na pastwę losu, włoskich kelnerów oraz służb. A potem karmił się nadzieją, że może jednak nie wszystko między nimi było stracone, żeby po tygodniu ciszy z jej strony dojść do wniosku, że niepotrzebnie się łudził.
A teraz to on sam postawił się w niezręcznej sytuacji, dzwoniąc do niej po pijaku i się uzewnętrzniając z własnych odczuć. Nic z tego nie powinno mieć miejsca, ale czasu nie mógł już odwrócić. Musiał więc w końcu jakoś się ogarnąć i przyjąć to na klatę.
Jeszcze lepiej, przemknęło mu przez myśl, kiedy usłyszał o jeszcze jednym bracie, i kiwnął głową, przyjmując tę informację do swojej świadomości. I tak nie miał już wpływu na nic, co miało się wydarzyć podczas spotkania z pozostałymi Weasleyami. W tej kwestii odczuwał pewien dyskomfort nie tyle ze względu na Zoyę, ale przede wszystkim dlatego, że mieli go poznać z innej strony, niż dawał się innym, na bardzo nieprzewidywalnym gruncie. Czekała go bardzo szybka adaptacja do całkiem nowych warunków.
Jej prychnięcie w odpowiedzi na postawione przez niego pytanie nie wróżyło niczego dobrego. Kolejne skrzywienie się, a potem ściągnięcie brwi i ust w wąskie linie świadczyły o tym, że nie przyjął tych rewelacji z takim samym rozbawieniem, jaki igrał w głosie Zoi.
Świetnie, rozbrzmiało ironicznie w jego głowie.
— To oni mnie rozebrali? — wtrącił po tym, jak oznajmiła mu, że już się poznali, po czym zwilżył nerwowo wargi i oparł dłonie o biodra. — Wiedzą, kim jestem? Właściwie… — zawahał się na ułamek sekundy, przekrzywiając głowę na bok — …ile wiedzą? — o nas? dokończył w myślach, bo wydało mu się to nie na miejscu, skoro nadal nie zdążyli porozmawiać, k i m w zasadzie dla siebie byli. Na wieść o kluczach pokręcił głową. — Ellie mi je zabrała. Powiedziała, że nie odda ich aż do końca imprezy. Wiedziała, że nie wrócę autem po alkoholu, ale zależało jej, żebym został i się rozerwał. No to popłynąłem — wypuścił ciężko powietrze z ust, po czym przewrócił oczami.
Następnie wysłuchał jej streszczenia, jak znaleźli się w Huntsville, co uznał za logiczne rozwiązanie i tym bardziej poczuł wdzięczność za to, co dla niego zrobiła. Wyrzuty sumienia za to, ile kłopotu jej przysporzył, w tym czasie wcale nie zniknęły.
To mu nie przeszkodziło w zerkaniu na leżącą na łóżku dziewczynę i ukradkowym podziwianiu jej zgrabnego ciała, od stóp, przez uda, brzuch, piersi i łabędzią szyję, gdy z uporem wpatrywała się w sufit. Kusiła go, nawet nie będąc tego świadomą.
— Cudownie. Ciekawe, kiedy zorientują się, że mnie porwano — westchnął nieznacznie, na koniec przyjmując trochę lżejszy ton. W zasadzie nie przejmował się ewentualnym zepsuciem telefonu w takim stopniu, jak powinien. Miał tylko nadzieję, że nikt nie podniesie alarmu z powodu jego nieobecności w mieście.
Trochę gorzej przyjął usterkę samochodu, bo to już było trochę poważniejsze przewinienie, co do którego czekał na wyjaśnienia. Z tym, że Zoya ewidentnie postanowiła sobie z nim poigrać.
Gdy zaczęła mówić, skupił na niej całą swoją uwagę. Rejestrował kolejne słowa, jednocześnie czując na sobie dotyk jej opuszków palców, którymi wyraźnie próbowała go rozproszyć. Skutecznie, bo jej bliskość sprawiała, że zaczął nabierać coraz głębsze oddechy. Wiedział przy tym, że zmierzała do niezbyt przyjemnego wyznania.
Kiedy go objęła, automatycznie jego ręce znalazły się na jej biodrach, ale to, czym uraczyła go po chwili, wybiło go z równowagi. I to dosłownie, bo zaraz znalazł się na łóżku, amortyzując upadek łokciami, a następnie dostał ubraniami w twarz. Wtedy w jego uszach rozdzwonił się jej śmiech.
— Och, jeszcze się doigrasz! — zawołał za nią z cieniem groźby przeplatanej rozbawieniem, ściągając z siebie koszulkę, po czym opadł bezsilnie głową na łóżko i przez chwilę patrzył w sufit.
Była niemożliwa. Uznał po raz enty w ciągu ich krótkiej znajomości i pokręcił głową. W tym samym czasie kąciki jego ust samoistnie powędrowały do góry.

Ubrany w pożyczone ciuchy, w końcu zszedł na dół. Usłyszawszy męskie głosy w kuchni i śmiech Zoi, zatrzymał się na moment w korytarzu, a potem zerknął na niską szafkę pod wieszakami. Jedno spojrzenie na bose stopy wystarczyło, żeby uśmiechnął się pod nosem, doskonale pamiętając słowa kobiety odnośnie kapci z poprzedniego razu, kiedy tu był, po czym po cichu podszedł do szafki i wyciągnął jedną z par.
Będąc już w domowym obuwiu, skierował się do kuchni i przystanął w progu.
— Cześć — zaczął ostrożnie, spoglądając po nieznajomych twarzach. — Słyszałem, że mieliście już tę wątpliwą przyjemność mnie poznać, ale niestety moja pamięć najwyraźniej postanowiła zachować to wydarzenie dla siebie — ściągnął brwi z nieco niezręczną miną, ale i swobodą w głosie, która nadała wypowiedzi lżejszego tonu. — Wypadałoby to nadrobić, więc… jestem Lucien — przedstawił się, podchodząc do każdego z braci, żeby uścisnąć im dłoń i przypisać ich imiona do poszczególnych twarzy. — A z tą porywaczką chyba się znam — zauważył, ostatecznie odwracając się do Zoi i posyłając jej trochę zawadiacki uśmiech. Bo nie zapomniał, jak przed chwilą nieładnie postanowiła się z nim podroczyć. — Mam nadzieję, że jako kłoda sprawowałem się bez większych zarzutów — dodał zaraz z rozbawieniem, przenosząc na moment spojrzenie po postaciach braci.

Zoya

sunshine, you're here

: pn wrz 28, 2026 1:56 pm
autor: Zoya Weasley
Słysząc głośne westchnienie Luciena, Zoya jeszcze bardziej zniecierpliwiła się w oczekiwaniu na odpowiedź. Ich relacja wciąż stała pod znakiem zapytania; balansowała gdzieś pomiędzy czymś z pozoru przypominającym przyjaźń a związkiem, a jednocześnie absurdalnie pozostawała bezkształtna.
— To nie moja wina, że tak późno wyświetliłeś wiadomość na instagramie. Napisałam do ciebie zaraz po tym jak zgubiłam telefon — powiedziała dość niewinnie, chociaż zdawała się rozumieć, że mógł poczuć się mocno zawiedziony. (Może nadal nie pojmowała dlaczego z tego powodu upił się w trzy dupy, no ale...)
Zoya nie mogła przecież dłużej pozostawać ślepa na to, co robił Lucien. Być może początek ich znajomości wzbudził wiele wątpliwości, ale ostatecznie ilekroć mężczyzna pojawiał się obok niej, wykazywał się wręcz nagminną troską.
Momentalnie zadzwięczały w jej głowie słowa Adeline z padoku. Był nieznośnie uprzejmy. Jednak Zoya, patrząc teraz w jego jasne, odrobinę zagubione oczy, miała wrażenie, że nie chodziło wyłącznie o kwestię dobrego wychowania.
Powinni porozmawiać, ale obecne warunki zdecydowanie im nie sprzyjały. Lucien dopiero co się obudził i przede wszystkim musiał rozeznać się w sytuacji, zjeść i ubrać się. Zoyka nie chciała od razu poruszać tych kilku trudnych kwestii, zwłaszcza że na dole czekali bracia, którzy w każdej chwili mogli wejść do pokoju.
Była niezmiernie ciekawa ich poznania. Od czasów liceum nie przyprowadziła do domu żadnego chłopaka. Nawet stopa Deana nigdy nie stanęła na farmie, bo c h y b a od samego początku nie czuła, że był wart tego, aby poznać jej rodzinne strony. Ostatecznie była pewna, że mężczyźni szybko zwęszą temat i zaczną snuć teorie na temat jej relacji z Lucienem. Przyjaciel to za mało.
Widziała te wszystkie krzywe zmarszczki na twarzy Spencera i po raz kolejny ledwo powstrzymała się od rozbawionego prychnięcia. To wymknęło jej się, gdy zapytał o to, kto go rozebrał, ale zaprzeczyła ruchem głowy. Zaraz potem odchrząknęła i dla odmiany zachowała powagę, bo najwyraźniej Lucien próbował poszerzyć swoją wiedzę, wkraczając na coraz bardziej grząski grunt. Ile wiedzieli? Westchnęła, bo jako-tako zdążyła z nimi porozmawiać.
— Nie przedstawiłam cię z nazwiska, więc nie wiem, czy zauważyli kim jesteś. Ron i Alex lubią wszystkie formuły — powiedziała i jednocześnie sama sobie potaknęła głową. Potem cmoknęła. — Nie wspominałam o sytuacji z ciążą. Mówiłam, że poznaliśmy się dwa miesiace temu na imprezie. Zaprzyjaźniliśmy się, ale niedługo po tym, jak byłeś w Hunstville nasz kontakt się urwał i przypadkiem spotkaliśmy się w Misano. Stamtąd wiedzą już wszystko poza tym, że to dla ciebie przyszłyśmy z Ade na wyścig — streściła zgodnie z prawdą.
Wiadomość o tym, że Ellie zabrała Lucienowi klucze, przyjęła z ulgą. Wiedziała, że w przeciwnym razie musiałby wiercić zamek, co również wiązałoby się z pewnymi niedogodnościami. Z drugiej strony poczuła zdenerwowanie. W żaden sposób nie skomentowała zachowania dziewczyny ani pozostałych, którzy rzekomo również byli wtedy obecni. W opinii Zoi powinni przede wszystkim zająć się Lucienem i przynajmniej zamknąć go w jakimś pokoju bez klamek, aby nie zrobił krzywdy ani sobie, ani komuś innemu.
Leżąc na łóżku, nie była świadoma, że jej się przyglądał. W pewnym momencie wyciągnęła dłoń i zaczęła kreślić w powietrzu szlaczki na ,,suficie”.
— Nie marudź. Niech będą wdzięczni, że cię uratowałam. Mogłeś trafić gorzej. Na przykład na te modliszki, o których wspominałeś przez telefon — zażartowała z dużą dozą złośliwości.
Właściwie nie przyjmowała do wiadomości, że ktoś mógłby pomyśleć, że Lucien został porwany. Wszak był dorosłym mężczyzną i miał prawo zaniechać na parę dni kontaktu z menedżerem czy bliskimi. No, zwłaszcza że był weekend. Dla Zoi było to całkiem normalne i nawet nie brała pod uwagę tego, że Spencer był osobą publiczną.
Chwilę później musiała go nieco udobruchać, dlatego, stojąc już naprzeciwko, finezyjnie błądziła palcami po torsie Luciena. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak bardzo tęskniła za jego bliskością; jak mocno brakowało jej możliwości dotykania go w taki czy inny sposób. Czuła elektryzujące dreszcze i nawet nie zarejestrowała momentu, w którym intuicyjnie, z nutą zadziorności posłała mu uśmieszek.
Ostatecznie, aby wybrnąć, musiała psłać go na łóżko.


Nie wiedziała, ile siedziała przy stole z braćmi. Jadła maślaną bułkę, uprzednio rozczłonkowując ją i wkładając do buzi kawałek po kawałku; rozmawiała i chichotała, kiedy Ronald opowiadał kolejną fascynującą anegdotkę ze swojego życia.
Kiedy Lucien wszedł do pomieszczenia, zapanowała chwilowa cisza, na co Zoya zmierzyła go od góry do dołu, stwierdzając, że ubrania Alexa pasowały świetnie. Na widok kapci na stopach natomiast wysoko uniosła brew, po czym znowu wepchnęła sobie kawałek bułki do ust i przesunęła wzrok, aby sprawdzić reakcję braci.
Widziała, jak ostatnie rozumne neurony walczyły w głowie Ronalda, a zaraz po tym, jak mężczyzna przedstawił się imieniem, bliźniak wyciągnął paluch w jego stronę i rozdziawił buzię.
— Co pieprzony Lucien Spencer robi w naszej kuchni? — zapytał z brakiem jakiejkolwiek inteligencji, po czym z niedowierzaniem zerknął na siostrę, która aż się zachłysnęła, słysząc jego brak taktu. W tym czasie Alex trzepnął brata w ramię.
— Nie widziałeś?
— Skąd miałem wiedzieć?
— Gapiłeś się na niego na schodach — Alex zaśmiał się, po czym ochoczo uścisnął dłoń Luciena, kiedy ten podszedł, aby z wszyztskimi się przywitać. — Cześć. Oglądałem ostatni wyścig. Naprawdę imponujące zwycięstwo.
Zoi bardzo spodobała się postawa Luciena. Wydawał się otwarty, pomimo wszystkich tych niezręczności, które przyszło mu nieświadomie przeżyć w nocy. Zoya doskonale wiedziała, jakie charaktery mieli jej bliscy i jak bardzo cenili sobie komunikatywność, więc mimowolnie się uśmiechnęła, po czym prędko zacisnęła usta w wąską kreskę, gdy Lucien nazwał ją p o r y w a c z k ą.
— Wybawicielką — poprawiła żartobliwie, jednocześnie odsuwając nogą krzesło obok siebie, aby zrobić mu miejsce.
— Jeżeli go porwałaś, Zoya, to trochę zmienia postać rzeczy — wtrącił Alex. Nagle spoważniał i skrzyżował ramiona. Wyglądał tak, jakby intensywnie nad czymś myślał. Zoya nie bardzo wiedziała, o co mu chodziło, dlatego zmarszczyła brwi, a kiedy ponownie się odezwał, odruchowo w zdumieniu rozchyliła usta. — Will kiedyś też porwał jednego biedaka i przez trzy dni przetrzymywał go w stodole, zanim Zach — tu skinął na stojącego przy blacie mężczyznę, który w dziwnym skupieniu wciąż milczał — go nie znalazł.
— Ale to S p e n c e r — jęknął żałośnie Ronald. Jednocześnie nieprzerwanie wciąż taksował spojrzeniem Luciena. — No, jak trzeba, to przyniosę trytytki, ale to przecież nasz reprezentant Kanady! — Tym razem zwrócił się do Zoi. Był całkiem poważny, chociaż wypowiadał się w taki sposób, jakby sam Lucien nie uczestniczył w ich rozmowie; jakby był tam tłem. — Zoya, jesteś tego pewna? Wiem, że jesteśmy rodziną, ale to podchodzi pod sabotaż.
Zoya zawsze wiedziała, że Ronaldowi brakowało klepek. Popatrzyła na niego jak na rasowego idiotę. Potem przygryzła wewnętrzną stronę policzka i nabrała głębokiego wdechu, po czym rzuciła mu bułką w twarz.
— Durny jesteś?!
— Mam nadzieję, że następnym razem sam wejdziesz po schodach — odezwał się znienacka Zachary. Dla odmiany nawiązał do ostatniej wypowiedzi Luciena, w której nadmienił, że był kłodą. — O ile będzie kolejny raz — dodał z osobliwym przekąsem i nawet się uśmiechnął, ale w sposób, który sama Zoya odebrała jako szydzący.
W przeciwieństwie do Alexa i Ronalda, Zach przejawiał nieposkromione pokłady powagi. Nie wydawał się chcieć żartować z Lucienem, ani tym bardziej nawiązywać z nim jakiejś relacji, czego Zoya właściwie się spodziewała. Niemniej miała nadzieję, że poskąpi dalszych dziwnych komentarzy, ale aby się w tym upewnić, nagle klasnęła w dłonie i wstała z impetem.
— Cieszę się, że się poznaliście — rzuciła bardziej do Zacharego niż do kogokolwiek innego w tym pomieszczeniu. W odpowiedzi rozległo się prychnięcie najstarszego brata, który ni stąd, ni zowąd podszedł do garnka i zaczął mieszać gotującą się właśnie potrawkę. — Mój tata wyjechał na turnus rehabilitacyjny. — Znowu usiadła i zmieniła temat wyłącznie po to, aby przekierować rozmowę na jakiś neutralny tor. Mówiąc, patrzyła na Luciena. — W tym i kolejnym tygodniu musimy się wymieniać, aby zająć się gospodarstwem, więc i tak planowałam przyjechać do Huntsville — oznajmiła.

Lucien Spencer

sunshine, you're here

: pn wrz 28, 2026 4:51 pm
autor: Lucien Spencer
Rzeczywiście, to nie była jej wina, że nie sprawdził Instagrama, przyjmując swoją wersję wydarzeń za pewnik. Z drugiej strony wyszedłby na desperata, gdyby sprawdzał każdy kanał nadawczy w oczekiwaniu na wiadomość od niej, na co przecież nie miał żadnej gwarancji, bo ich relacja nadal pozostawała niewyjaśniona. To wszystko było t a k i e pogmatwane.
— Wiesz, ile podobnych wiadomości dostaję? Już dawno przestałem zaglądać na społecznościówkach w DMy — wyjaśnił z niewielkim sceptycyzmem w głosie. — To, że trafiłem na twoją, było przypadkiem. — A raczej rzeczywistym aktem desperacji, który podpowiadał mu upojony alkoholem umysł, ale tego już nie musiała wiedzieć. Mogła się jedynie domyślić, co za tym stało, choć i tak to już niczego nie zmieniało.
Na zainteresowanie Luciena nią wskazywała jego nagminna troska, jaką otaczał Zoyę praktycznie od spotkania na farmie po raz pierwszy. Wtedy mógł się wymawiać, że chodziło o dobro ich dziecka, ale mimo wyjścia na jaw tej ogromnej pomyłki, jego zachowanie względem ciemnowłosej nie uległo zmianie.
Ewidentnie brakowało między nimi rozmowy, która wyjaśniłaby piętrzące się w ich głowach niewiadome. Musiała ona jednak poczekać, aż najpierw uporają się z innymi problemami.
Mężczyzna nie miał pojęcia, jak wielką wagę dla niej i pozostałych miało jego pojawienie się w Huntsville. Gdyby o tym wiedział, prawdopodobnie przejąłby się poznaniem jej braci jeszcze bardziej. Mimo to musiał postawić kilka pytań, żeby przygotować się na kolejne z nimi spotkanie.
Gdy mówiła, potaknął głową kilka razy, układając sobie w myślach stworzony przez nią obraz. Jednak na słowa dla ciebie nieznacznie odchylił brodę do góry, po czym przechylił głowę na bok.
— Miałaś na sobie czapkę z moim numerem — uniósł wyżej brew, a na jego twarzy zawitał uśmiech na wspomnienie jej w padoku. Czapek nie udało mu się dla nich zdobyć, a mimo to Zoya z dumą takową nosiła. — Wygląda na to, że przyniosłyście mi szczęście — dodał zaraz, wciąż spoglądając na nią z czającymi się w oczach iskierkami.
I c h wsparcie okazało się naprawdę mu potrzebne, bo w gruncie rzeczy sam nie wiedział, jakim cudem udało mu się zyskać w sobie tyle energii, skupienia i szczęścia, żeby przebić się przez pozostałych kierowców i w decydującym momencie wyjść na prowadzenie. To nakazało mu przypuszczać, że Zoya miała w sobie jakieś nadzwyczajne moce.
Które po chwili znowu wykorzystała przeciwko niemu. Zdążył parsknąć śmiechem na żart o modliszkach, zanim ciemnowłosa przeszła do intrygi, która znacznie uśpiła jego czujność.
W tej jednej krótkiej chwili potwierdził własne myśli, które nieświadomie wyrwały się z jego ust parę godzin wcześniej — tęsknił za nią. Za tymi chwilami beztroski, igraniem i szczerym śmiechem, który poniósł się echem po korytarzu, kiedy wybiegła z sypialni, zostawiając go samego w pokoju.

Nie spodziewał się aż takiego powitania. Na pytanie Rona na ułamek sekundy uniósł wysoko brew, po czym parsknął lekko śmiechem w rozbawieniu.
— No cóż, nie miałem zbyt wielkiego wyboru, zostałem postawiony przed faktem dokonanym — przyznał, niefrasobliwie wzruszając ramieniem i na moment zerkając na Zoyę. Nie ukrywał czającej się w kącikach ust żartobliwości.
Zaraz uścisnął dłoń Alexa i przyjął od niego komplement skinieniem głowy.
— Miałem dużo szczęścia — odparł z uśmiechem, skromnie i zupełnie szczerze, bo ten sukces zawdzięczał nie tyle swoim umiejętnościom, co odpowiednim zbiegom okoliczności na torze. Po nocy pełnej przygód był niewyspany i zmęczony, a jednak udało mu się nadrobić wszelkie straty i zdobyć pierwsze miejsce. — I dzięki za ubrania na zmianę. — Co naprawdę doceniał, skoro te jego po nocnych ekscesach nadal suszyły się na dworze.
Lucien nadal miał za co płonąć ze wstydu, i to przed każdym z Weasleyów, ale skoro nie mógł cofnąć czasu, postanowił sprostać wyzwaniu i robić dobrą minę do złej gry. Bycie otwartym i zdystansowanym do siebie samego znacznie mu to ułatwiało, zwłaszcza, że bracia dziewczyny przynajmniej ci młodsi pozbawieni byli kijów w tyłku. Brak krytyki z ich strony i lekki ton rozmowy z każdą chwilą dodawał mu coraz większej swobody w zachowaniu. Stawał się coraz bardziej sobą.
Wybawicielka brzmiało dumnie i miał przeczucie, że Zoya będzie się tym chełpiła jeszcze w najbliższym czasie, a to oznaczało, że powinien okazywać jej wdzięczność. Nie zamierzał dać jej tej satysfakcji, więc ściągnął wargi, jakby się nad czymś zastanawiał.
— Z deszczu pod rynnę — ostatecznie mruknął w odpowiedzi, mrużąc przy tym z rozbawieniem oczy, zanim zajął miejsce obok niej i swobodnie oparł się przedramionami o blat stołu, wyciągając na nim ręce. Była małą, momentami wredną, podstępną dyktatorką. Nawet bez tych trytytek, o których po chwili wspomniał Ron, miał związane ręce.
Całej wymianie zdań między braćmi przyglądał się z rosnącym zdumieniem przeplatanym rozbawieniem, choć sądząc po ich poważnych minach i przejęciu młodszego z nich, raczej nie powinno być Spencerowi do śmiechu.
— O ile moje ręce pozostaną wolne, z chęcią wykorzystam je do pracy — wtrącił zapobiegawczo, dokładnie w tym samym momencie, w którym Zoya rzuciła Rona bułką. Widząc to, na chwilę wstrzymał oddech i aż ściągnął usta w wąską linię, żeby nie roześmiać się pod wpływem całej tej kuriozalnej sytuacji. Na szczęście, potrafił szybko się opanować. — Podobno potrzebujecie taniej siły roboczej. Chyba ostatnio nie szło mi tak najgorzej, hm? — poprawił się na krześle, na koniec zwracając się do Zoi. Spojrzał na nią znacząco, będąc całkiem zadowolonym z odkrytych wtedy swoich nowych talentów.
Ogólny chaos, który zapanował w kuchni, nagle przerwał najstarszy Weasley. Poważny ton i przekąs w jego głosie wzbudził w Lucienie pewną rozwagę i respekt.
— Nie będzie. A przynajmniej nie w takiej formie. To była wyjątkowa sytuacja. Zwykle nawet prywatnie wolę robić za kierowcę — wyjaśnił z typowym dla siebie spokojem, patrząc na Zacharego bez skrępowania, zanim Zoya klasnęła w ręce, odwracając ich uwagę na siebie.
Zwrócił na nią swoje uważne spojrzenie, czując niewielkie napięcie w jej głosie i całej postawie, gdy tak raptownie wstała na chwilę z miejsca. Nie miał pewności, jak powinien to zinterpretować, ale nie odezwał się już słowem, dopóki nie zmieniła tematu rozmowy. Kiedy wspomniała o planach przyjechania na wieś, na ułamek sekundy ściągnął brwi.
— Udało ci się bez problemu dostać wolne w klinice? — zapytał niby naturalnie, starając się ukryć między słowami nutę troski, która niepostrzeżenie wkradła się w jego myśli. Pamiętał, że w wakacje wzięła trochę urlopu, ale on, pracując na całkiem innych zasadach, nie do końca się na tym znał.
Po chwili oparł się wygodniej o krzesło i, jakby nigdy nic zarzucił łokieć o jej oparcie, tylko delikatnie dotykając jej ramienia. Drugą dłoń położył swobodnie na swoim udzie.
— To któryś z was sprawdzał może, co z autem? Zoya mówiła, że potrzebna będzie wymiana jakichś części — zagaił z zainteresowaniem. — Jak bardzo ten demon prędkości zaszalał? — zerknął na kilka sekund na dziewczynę, a przez jego twarz przebiegł drobny uśmieszek.

Zoya Weasley

sunshine, you're here

: pn wrz 28, 2026 11:18 pm
autor: Zoya Weasley
Niejako Zoya odetchnęła z ulgą widząc, jak świetnie Lucien radził sobie w rozmowie z jej braćmi. Nawet nie zdarzyło mu się wywrócić oczami na głupoty, które wygadywał Ronald, więc naprawdę doceniała fakt, że tak świetnie potrafił dostosować się do sytuacji.
Być może wcześniej tak o tym nie myślała; być może wcześniej nie dopuszczała do siebie świadomości, że Lucien kiedykolwiek pozna jej rodzinę, a obecnie miała w sobie zbyt wiele dziwnych emocji, aby określić to wszystko jednym słowem. Z jednej strony czuła podekscytowani, że siedzieli tu razem; z drugiej, no oczywiste, że była zdenerwowana, bo prawdopodobnie nie był to jeszcze odpowiedni czas na przedstawianie kogokolwiek komukolwiek.
Zoya niby nonszalancko urwała kawałek bułki, jednocześnie przyglądając się jak Alex i Lucien uścisnęli sobie ręce oraz wymienili kilka uprzejmości. Chwilę potem posłała już Lucienowi krzywą, wredną minę, kiedy stwierdził, że wpadł z deszczu pod rynnę i zajął miejsce obok. Najchętniej wyjaśniłaby mu, że Will nie bez powodu zamknął tamtego biedaka w stodole, ale ostatecznie stwierdziła, że i tak nie miało to większego znaczenia.
W kolejnej części wypowiedzi mężczyzna zaskoczył Zoyę. Uniosła wysoko brwi i popatrzyła na niego z jawnym niedowierzaniem, po czym przesunęła wzrok po twarzach braci. Alex popił kawę, Zach cmoknął ze słyszalną dezaprobatą, zaś Ron, który chwilę wcześniej strzepał z twarzy resztki okruchów z bułki, znowu wpatrywał się w Luciena jak szpak w dupę.
Nie uważała, aby musiał im pomagać. Owszem, farma potrzebowała gruntownych napraw i trzeba było zająć się nimi, dopóki stary Charles Weasley był poza gospodarstwem, bo inaczej brodził o to, aby rodzeństwo niczego nie dotykało bez jego zgody, ale mimo wszystko byli skłonni poradzić sobie sami.
Wtem drgnęła, kiedy mężczyzna zwrócił się bezpośrednio do niej na co intuicyjnie przytaknęła. Zaledwie dwie godziny wcześniej wspominała braciom, jak to Lucien pomógł jej ostatnim razem w obowiązkach i rzeczywiście wypowiedziała się na ten temat w samych superlatywach.
Niemniej Zach zmącił nieco atmosferę i Zoya nie mogła wyzbyć się wrażenia, że wyczuła od niego osobliwe napięcie. W ich rodzinie pełnił rolę ojca zastępczego. Zajął się wychowaniem pozostałych, kiedy zmarła Acacia, więc to normalne, że zachował osobliwą przezorność względem Luciena. Z drugiej strony wszyscy byli już dorośli i nie potrzebowali strażnika, a po ostatnich rewelacjach zwłaszcza Zoya go nie potrzebowała.
— Naturalnie — prychnął z prześmiewczą nutą dokładnie w tym samym momencie, w którym przerwała ich rozmowę.
W tym czasie Alex, najwyraźniej świetnie rozumiejąc to, co działo się dookoła, znów opieszale wziął łyk kawy.
— T-tak — odpowiedziała z wyraźnym zawahaniem na pytanie Luciena, po czym uśmiechnęła się skrępowana. Nie zamierzała teraz, tu przy wszystkich, opowiadać mu o tym, że straciła pracę i oficjalnie mogła nazwać siebie bezrobotną. Tym zagadnieniem zamierzała zająć się po powrocie do Toronto. W końcu musiała ustalić nowe priorytety.
Na kolejne pytanie westchnęła, skrzyżowała ramiona i mimowolnie spojrzała na Zacharego. Zaraz zsunęła się plecami po oparciu i odchyliła głowę tak, że przez kilka sekund spoglądała na sufit, jednocześnie dotykając szyją łokcia Luciena, który chwilę wcześniej oparł go o jej mebel. Poderwała się dopiero w momencie, w jakim zakpił, że była demonem prędkości, i widząc jego drobny uśmieszek, wbiła mu palec w żebro.
— Zachary? — Ronald odwrócił się w stronę brata. Ten, jakby nigdy nic, zaczął rozlewać potrawkę do półmisków. — Co jak co, Zoya nie potrafi jeździć. Wyprzedzałem ją na drodze nawet wtedy, kiedy wracałem pijany — dodał kolejną, durną anegdotkę.
— Przynajmniej w przeciwieństwie do ciebie mam prawo jazdy.
— Nie moja wina, że mi zabrali.
— Właściwie to twoja wina.
— Dasz mi się przejechać Mercedesem? — zapytał z wyraźną nadzieją Ronald i naprawdę bardzo głęboko spojrzał w oczy Luciena. Zoya i Alex prychnęli śmiechem. Za wzmiankę o demonie prędkości postanowiła pozostawić odmowę Spencerowi. — Szwagrze? — dodał słodkim głosem, ale w tym momencie Zoya już zareagowała i kopnęła go pod stołem.
— Uszkodziła oponę razem z felgą i przedziurawiła miskę olejową. U nas w weekendy mechanicy nie pracują, ale udało mi się zamówić miskę na poniedziałek. Resztę sam sprawdź. Najwyżej domówię — poinformował spokojnie Zach, przy czym zaczął podawać danie do stołu. — Pokryję koszty — dodał, zanim usiadł. Jego miejsce przypadło obok Luciena.
Zoya przygryzła wargę i spuściła wzrok na talerz. W przeciwieństwie do pozostałych dostała wegetariańską wersję z tofu, ale pomimo tego wraz z informacjami o domniemanych usterkach, uleciał z niej cały apetyt. Chyba nawet nie chciała wiedzieć, ile to wszystko będzie kosztowało i nie zamierzała wykłócać się o to, że zapłaci sama.
Była pewna, że nie będzie jej stać.
— Przepraszam — szepnęła do Luciena i ostrożnie ułożyła dłoń na jego kolanie. Ten gest najwyraźniej również dostrzegł Alex, który odchrząknął, po czym niespodziewanie zagadnął do Zacharego, przez co mężczyzna skierował twarz w jego stronę.

Obiad jedli dobre dwadzieścia minut i ku kolejnemu zaskoczeniu Zoi rozmowa przy stole naprawdę się kleiła. Najpierw Alex, chcąc podtrzymać temat z najstarszym bratem, zaczął opowiadać o biurowych historiach. Później Ron dorzucił kilka idiotycznych sytuacji ze stacji benzynowej, przez co parę razy wszyscy wybuchnęli śmiechem. Gdzieś w międzyczasie Zach rozdzielił im obowiązki. Ku niezadowoleniu Zoi, która przez chwilę próbowała przekonać go, że chętnie pójdzie wyłapywać kozie uciekinierki z Lucienem, ostatecznie musiała zgodzić się na wekowanie słoików. Nie zabrakło też pogawędki o minionym wyścigu. Tutaj znowu odpalił się Ron, do którego po chwili dołączył Alex, zadając znacznie bardziej trafne pytania dotyczące strategii.
Po obiedzie Zoya naciągnęła na nogi kalosze. Towarzyszyła Lucienowi w drodze do samochodu. Chyba tylko na wszelki wypadek, w obawie przed jakimś nagłym wybuchem zdenerwowania, trzymała się dobry metr od niego i nerwowo, niby odruchowo, uderzała dłońmi o uda.
— Może powinieneś po prostu zamówić lawetę? — zapytała znienacka, kiedy byli już w połowie ścieżki. — Nie będziesz musiał czekać do poniedziałku — dodała.

Lucien Spencer

sunshine, you're here

: wt wrz 29, 2026 12:59 am
autor: Lucien Spencer
Na jej niewyraźną odpowiedź przyjrzał jej się odrobinę dłużej, próbując zrozumieć jej nagłe skrępowanie, ale nie zamierzał dopytywać, co za tym stało. Przynajmniej nie teraz. Ponowne zakłopotanie zarejestrował tuż po jego pytaniu na temat auta.
Drobny żart z jego strony wydawał mu się niegroźny, ale to nie uchroniło go przed odpowiedzią ze strony Zoi. Wbicie mu palca między żebro wywołało bezwiedne drgnięcie na krześle, a nawet nieznaczny uskok i wstrzymanie powietrza, żeby w ostatniej chwili opanować stęknięcie spowodowane chwilowym dyskomfortem. Czy żałował? Ani trochę.
Następnie, usłyszawszy kolejną anegdotkę Ronalda, ściągnął brwi i pokiwał głową z udawanym przejęciem. Wszystko po to, żeby przypadkiem nie urazić go swoim rozbawieniem, pod wpływem którego drżały mu kąciki ust. Walczył z tym zaciekle, jednocześnie będąc pod wrażeniem kolejnej osobliwej wymiany zdań między rodzeństwem.
Właściwie nie wiedział, jak to jest posiadać rodzeństwo. Rodzice nigdy nie czuli potrzeby wypełnić korytarzy swojej przestronnej willi z basenem tupotem drugiej pary małych stóp. Dlatego z taką uwagą i prawdziwym zaintrygowaniem przyglądał się tej osobliwej scence rodzajowej.
Do tego stopnia, że niespodziewane pytanie bliźniaka Zoi i jego głębokie, pełne nadziei spojrzenie nieco go skonsternowało. Uniósł wysoko brwi, przez sekundę się wahając, ale gdy nazwał go szwagrem, nie potrafił powstrzymać się przed niewielkim uniesieniem kącików ust w rozbawieniu. Nie mógł też nie dostrzec gwałtownej reakcji ciemnowłosej pod stołem, na którą na moment przeniósł na dziewczynę spojrzenie. Jakoś przedziwnie bawiła go ta sytuacja i zdecydowanie nie miał nikomu niczego za złe.
— To zależy od poziomu usterek, ale nie sądzę, że do poniedziałku będzie się nadawał do jakiejkolwiek jazdy — wybrnął z tego charyzmatycznie, nie mówiąc ani tak, ani nie. Sądząc po poprzednich wypowiedziach młodszego z braci, mogłoby to skończyć się niezbyt ciekawie i, choć polubił go od pierwszej chwili, tak chyba instynktownie nie do końca mu ufał w kwestii prowadzenia auta. Z drugiej strony, w Zoi miał pełne zaufanie, a i tak udało jej się doprowadzić Merca do niezbyt ciekawego stanu. Nie wiedział tylko, jak bardzo było z nim źle.
Gdy więc usłyszał o misce olejowej, jego brwi znów powędrowały na kilka sekund do góry, żeby ostatecznie skinąć głową i wydać z siebie zaskoczone:
— Och. — Pół sekundy później wyprostował się na krześle i zdjął rękę z oparcia Zoi. — Dzięki — odniósł się do wiadomości o zamówieniu uszkodzonej części. Ale gdy usłyszał o pokryciu kosztów, poczuł pewien zgrzyt. — Bez obaw. To nic takiego. Przecież Zoya nie zrobiła tego celowo — stwierdził swobodnie, jakby rzeczywiście było to dla niego nic takiego.
Tak naprawdę koszty nie stanowiły dla niego żadnego problemu. Lucien uznał, że najwyraźniej tak miało być. Poza tym części do najnowszego modelu tego samochodu kosztowały naprawdę sporo, więc nie zamierzał ich naciągać. Może, gdyby chodziło o kogoś innego, nie byłby taki pobłażliwy, ale… częściowo czuł się odpowiedzialny za to, że doprowadził do takiego zdarzenia. Mógł nie pić.
Milczenie Zoi było dziwne, dlatego sięgnąwszy łyżkę i pochyliwszy się nad potrawką, zerknął na nią ukradkiem. Przez cały ten czas nawet na niego nie spojrzała, niemrawo grzebiąc w talerzu, i zrozumiał, że się obwiniała. Gdy więc ostatecznie z jej ust wydobyły się ciche przeprosiny i poczuł ciepło jej dłoni na kolanie, bezwiednie wolną ręką delikatnie ujął ją pod stołem za palce, żeby delikatnie je ścisnąć w pokrzepiającym geście.
— Nie musisz — odszepnął, na ułamek sekundy konspiracyjnie pochylając głowę w jej stronę, gdzieś pomiędzy rozmową braci. Jednocześnie, jakby nigdy nic nabrał danie na łyżkę i grzecznie cofnął dłoń z powrotem na miejsce.
Rozmowa przy stole zeszła na lżejsze tory, co mężczyzna przyjął z zadowoleniem i cieniem fascynacji. Było gwarno, wesoło i… zupełnie inaczej, niż był do tego przyzwyczajony. Jednocześnie bardzo odpowiadała mu ta atmosfera, bez skrępowania więc wtrącał swoje trzy grosze, dopytując o coś albo śmiejąc się w głos razem z innymi. Nie był pewien, czy powinien cieszyć się z łapania kóz, ale brzmiało to jak wyzwanie, które przyjął z dużą dozą optymizmu. Wystarczyło jedno zabawne porównanie, a temat zszedł na wyścig, którego poszczególne elementy równie chętnie, trzymając się pewnych wyuczonych zasad, chłopakom tłumaczył.
Obiad był pyszny, który pochwalił na głos z szacunkiem wobec Zacharego. Najbardziej jednak ukontentowany był z powodu samopoczucia, które wraz z pełnym żołądkiem znacznie mu się polepszyło, prawie całkowicie niwelując ślady po wczorajszej libacji.
Lucien nie dał po sobie poznać, że nieco przejmował się szkodami w aucie wyrządzonymi przez Zoyę, więc szedł pewnym krokiem w stronę turkusowego, brudnego Mercedesa. Na jej pytanie jego brwi drgnęły nieznacznie.
— Szybko chcesz się mnie pozbyć — uznał z rozbawieniem. — Mam jeszcze zadanie do wykonania. Myślisz, że kozy będą tak samo zachwycone spotkaniem ze mną jak Ron? Może wystarczy mój uśmiech i same grzecznie wrócą do zagrody? — posłał ciemnowłosej zawadiackie spojrzenie, chcąc ją niejako pocieszyć. Nie próbował zrozumieć logiki swojego zachowania, bo to on w tej chwili powinien być zły czy załamany opłakanym stanem swojego samochodu, którego brud aż raził po oczach. — Pewnych wymian mogę dokonać sam, przyda mi się tylko kanał. Ale nie chcę nadużywać waszej gościnności — dodał zaraz, wciąż swobodnie, ale odrobinę bardziej wymownie.
W zasadzie nie wiedział, na co mógł liczyć. Nie chciał się narzucać, a z drugiej strony łaknął spędzenia z nią więcej czasu. Tak naprawdę to od niej zależało, czy powinien się ulotnić. To się chyba nazywała p o k o r a?
Po dotarciu do auta, najpierw obszedł go dookoła i przystanął przy uszkodzonym kole, żeby na chwilę podeprzeć się rękami o biodra, ściągnąć usta w wąską linię i nieznacznie westchnąć.
— Jak właściwie do tego doszło? — zapytał, przenosząc na moment spojrzenie na Zoyę, zastanawiając się, jak dokonała takiej szkody, po czym kucnął i zajrzał pod spód samochodu.
Plamy pod autem wskazywały na miskę olejową, ale i tak wyciągnął dłoń, żeby sprawdzić konsystencję płynu. Tłusta i ciemna potwierdziła słowa Zacharego, ale zaraz zobaczył jeszcze jedną niepokojącą kałużę trochę dalej. Podszedł więc z drugiej strony i znowu zgiął kolana do przykucu, by skontrolować gęstość zawiesiny. Ta dla odmiany okazała się wodnista i różowa. Zagryzł wargę, próbując powstrzymać się przed skrzywieniem niezadowolenia.
— Chyba nie tylko miska poszła — mruknął spokojnym tonem. Przez krótką chwilę zastanawiał się nad czymś, zanim podniósł na dziewczynę wzrok. — Jeśli mi pomożesz, zrobię ci zniżkę — powiedział ni to poważnie, ni żartobliwie, ale zdradzały go nieznaczne iskry w oczach. — Masz telefon? Przyświeć mi — powiedział. Następnie, skoro już miał ręce brudne, z pewnym zrezygnowaniem położył je na wciąż wilgotną ziemię i, starając się nie pobrudzić kolan, pochylił głowę w poszukiwaniu miejsca drugiego wycieku. Coś rzeczywiście powoli skapywało na ziemię, pogłębiając plamę.
W tych warunkach czuł bliskość ciemnowłosej, toteż bezwiednie odwrócił głowę w jej stronę, znajdując się na niespełna kilkanaście centymetrów od jej twarzy. Wyglądała na nieco przejętą. — Obstawiam kolejną część do wymiany. Pewnie będę musiał cię wykorzystać jeszcze odrobinę dłużej — mruknął, mimowolnie przesuwając spojrzeniem do jej ust, na sekundę, zanim wrócił do jej intensywnie niebieskiego koloru oczu. — Otworzysz mi maskę? Przycisk jest po lewej stronie kierownicy — poprosił.
Po wyprostowaniu pleców oczyścił trochę ręce o trawę i podniósł się, po czym podszedł do odblokowanej maski. Po chwili już nurkował w poszukiwaniu pozostałych wskazówek. Poziomy płynów oraz przejrzenie przewodów i okolic pompy utwierdziły go w przekonaniu, że trzeba było domówić jeszcze jedną część. — I teraz przydałby się telefon do Oscara — westchnął do siebie, kręcąc głową z niesmakiem. Niestety, jego mechanik, z którym mógł się konsultować w sprawie swojego auta, przez problemy z komórką, był nieosiągalny. Lucien będzie musiał poradzić sobie sam. No, nie całkiem.
— Do listy trzeba dopisać pompę wody. — zamknął maskę. — Mam nadzieję, że chociaż mój telefon przeżył tę noc — mówiąc to, patrzył na Zoyę i krok za krokiem spokojnie zmniejszył dystans, żeby zaraz szybkim ruchem dotknąć osmolonym palcem jej nos i ubrudzić jej nos. Zaraz odskoczył od niej na bezpieczną odległość i uśmiechnął się zawadiacko, po czym odwrócił się do auta. Po chwili wsunął się na siedzenie i wyciągnął kabel do telefonu. — Potrzebuję tylko wtyczki do gniazdka. Byłabyś tak miła i udostępniłabyś mi jakąś? Może uda mi się go w międzyczasie podładować — powiedział, jakby nigdy nic. Jakby stan samochodu wcale go nie martwił.

Zoya Weasley

sunshine, you're here

: wt wrz 29, 2026 11:21 am
autor: Zoya Weasley
Według Zoi wszystko układało się podejrzanie dobrze. Nawet Zachary podczas obiadu wydawał się trochę spuścić z tonu, dzięki czemu mogła odrobinę się rozluźnić. Pomimo tego kwestia uszkodzonego, obrzydliwie drogiego samochodu wciąż pałętała się pomiędzy nimi. Zoya nie odważyła się nawet wtrącić, kiedy zaczęli ustalać, kto pokryje koszty naprawy.
Ostatecznie brat nie zamierzał się upierać, co przyjęła jednocześnie z ulgą i żalem. W końcu czuła się odpowiedzialna za poniesione szkody, a skoro już miała spłacać dług, to Zacharemu z pewnością łatwiej byłoby go oddać niż Lucienowi. Zwłaszcza że podejrzewała, że ten drugi niczego od niej nie przyzjmie, co, o zgrozo, będzie miało zły wpływ na sumienie Zoi.
Pokrzepiający uścisk dłoni mężczyzny wywołał u niej przyjemne dreszcze, ale niestety nie zdołał uciszyć nerwowo rozbieganych myśli. Przez większość obiadu dłubała więc bez apetytu w półmisku.
Przez pierwsze parę metrów Zoi towarzyszyło skrępowanie i dziwna, ponura aura, która ciężko zawisła nad jej głową. Chciała jednak przerwać ciszę, choć najwyraźniej nie najlepiej ujęła to, co miała na myśli. Gdy usłyszała odpowiedź Luciena, pośpiesznie pomachała ręką, jakby próbowała w ten sposób zaprzeczyć, że wcale nie o to jej chodziło. Dopiero po jego dalszej wypowiedzi, w której już ewidentnie wyczuła żart, uśmiechnęła się.
— Ron ma akurat zadatki na geja. Nie wiem, czy powinieneś być taki zadowolony — odparła ze słyszalnym przekąsem. Dla miłej odmiany uniosła kąciki ust jeszcze wyżej i zmarszczyła nos. — Chyba, że o czymś nie wiem?
Była mu wdzięczna za to lekkie podejście do całej sytuacji i odrobinę wsparcia, które pomimo wszystko starał się okazać, chociaż to przecież on był jedyną osobą, jaka ucierpiała. Zoya miała jednak ostatnio ogromną tendencję do wzmożonego obwiniania się, co Lucienowi przyszło doświadczyć najmocniej.
— Mamy kanał w garażu. — Odruchowo wskazała palcem stojący nieopodal stodoły budynek. Znajdowały się w nim dwuskrzydłowe wrota garażowe zabezpieczone kłódkami. — William kiedyś wykopał go razem z ojcem — dodała jako ciekawostkę.
Przypomniała sobie jak czwarty z braci uparł się jeszcze w liceum, że zostanie mechanikiem. Miał do tego całkiem niezłą smykałkę. Udało mu się nawet samodzielnie naprawić kilka pojazdów, ale kiedy poszedł na studia, całkowicie porzucił ,,marzenia”. Kanał jednak zawsze im służył. Charles również trochę potrafił i czasami z niego korzystał.
Stanęła przy uszkodzonym kole i skrzyżowała ramiona, obserwując jak Lucien obszzedł samochód dookoła. Widziała jego minę, dlatego szybko zaniechała dalszego przyglądania się mężczyźnie i zaczęła nerwowo stukać czubkiem buta o ziemię.
— Jak wyjedziesz z farmy, to zrozumiesz. Po deszczu zawsze robią się wyboje. Nie sposób wszystkie ominąć — wyjaśniła w swojej obronie, ale sama przypuszczała, że brzmiało to mało wiarygodnie. Zdecydowanie powinna była jechać wolniej i ostrożniej, ale po takiej przeprawie była już wykończona i zupełnie zapomniała, jak nieprzewidywalna potrafiła być ta konkretna droga.
Po chwili znowu uniosła wzrok i znowu skupiła go na Lucienie. Tym razem obserwowała, jak zaglądał pod samochód i właściwie powstrzymała się przed zrobieniem tego samego.
— Co? — Kucnęła natychmiast, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy. — Bardzo zabawne — sarknęła, wcale nie rozbawiona żartem o zniżce. Czym prędzej wyciągnęła zza pasa legginsów telefon i włączyła latarkę. Starała się kierować snop światła dokładnie tam, gdzie spoglądał Lucien, a jednocześnie pochyliła głowę, aby lepiej przyjrzeć się podwoziu.
Wtedy dostrzegła tę drugą, paskudną plamę. Żołądek nieprzyjemnie jej się ścisnął, a kiedy usłyszała o kolejnej części do wymiany, przez moment aż zakręciło jej się w głowie. Oczywiście zauważyła, jak w momencie, w ktrym nawiązali kontakt wzrokowy, Lucien na krótką chwilę przeniósł uwagę na jej usta, ale tym razem nie miała ochoty na żadne zbliżenie. Cała uwaga Zoi naprawdę skupiła się wyłącznie na Mercedesie i rosnącym poczuciu winy.
— Otworzę — odpowiedziała mechanicznie, po czym po prostu wstała i poszła zrobić to, o co poprosił. Później przysiadła na przednim siedzeniu i kiedy Lucien nurkował twarzą nad silnikiem, ona trzykrotnie uderzyła głową o zagłówek. Nawet nie skomentowała jego wzmianki o mechaniku. Jedynie potarła dłonią czoło, a następnie wygramoliła się z wnętrza i ponownie stanęła obok mężczyzny.
Zoya była tak zdenerwowana, że z trudem panowała nad emocjami. W pewnym momencie wsunęła palec między wargi i nerwowo przygryzła paznokieć, jednocześnie próbując uspokoić coraz bardziej urywany oddech. Pompa wody brzmiała paskudnie; brzmiała jak kolejny potężny koszt.
Mimowolnie uniosła wzrok na Luciena i nawet nie zdążyła zareagować, kiedy ubrudził jej nos. W pierwszej chwili przymknęła powieki; w drugiej prychnęła odrobinę rozluźniona i nawet rozbawiona. Zaraz potem przetarła osmolone miejsce wierzchem dłoni i znowu dogoniła mężczyznę spojrzeniem. Siedział już w fotelu, więc tym razem to ona zminimalizowała dystans i oparła się o drzwi od strony pasażera za miejscem kierowcy.
— Powinnam mieć jakiś w pokoju — stwierdziła. — A jeśli nie, to na pewno coś znajdę u Rona. On częściej tu bywa — dodała zgodnie z prawdą. — Daj ten kabel. Sama pójdę ci podłączyć. — Wyciągnęła dłoń w stronę Luciena. Nie widziała sensu, aby oboje wracali do domu. On mógł już iść zająć się kozami, których zagroda znajdowała się z innej strony, a które najpewniej rozbiegły się również w stronę lasu. — Adeline miała rację, że powinnam była podziękować ci się już we Włoszech. Teraz chciałam się odwdzięczyć, a zamiast tego rozwaliłam ci samochód — wypaliła nagle i ledwo ostatkiem ugryzła się w język, po czym ułożyła usta w dzióbek i odwróciła wzrok.
Adeline wyraziła się jasno, że powinna zapłacić mu seksem. Zaakcentowała wręcz, że to Zoya powinna to zrobić. Lepiej Zoya, niż Ada metodą dedukcji - więc teraz mimowolnie pomyślała, że gdyby posłuchała jej rady, być może nie znaleźliby się w tak patowej sytuacji.
Aleee.... Równie szybko zganiła się za to niedorzeczne stwierdzenie. Cholera, przecież niczego by to nie zmieniło. Doskonale wiedziała, że i tak pognałaby po Luciena na złamanie karku, byle tylko zabrać go z tamtej imprezy.
Z już kablem w dłoni, odsunęła się o krok, kiedy Spencer wyszedł z samochodu. Wtedy zaplątała ręcę na plecach i po raz kolejny uderzyła czubkiem kalosza o ziemię.
— Mam nadzieję, że zniżka, o której wcześniej wspomniałeś, będzie naprawdę ogromna, bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że szybko cię nie spłacę — powiedziała ni to poważnie, ni żartobliwie. Jakby nie patrzeć, była bezrobotna! — Albo będę musiała skorzystać z pomysłu Adeline, ale to byłoby chyba nieetyczne — dodała, tym razem już rozbawiona.

Lucien Spencer

sunshine, you're here

: wt wrz 29, 2026 1:42 pm
autor: Lucien Spencer
Lucien nie zdawał sobie sprawy, jak duże wyrzuty sumienia Zoya odczuwała względem samochodu. Owszem, słuchanie, a później oglądanie jego towarzysza podróż po Kanadzie w kiepskim stanie nie dawało mu powodów do zadowolenia, ale nadal twierdził, że gdyby się nie upił, uniknęliby tych przykrych konsekwencji.
Sam sobie był winien.
Mimo wszystko chciał trochę rozładować napięcie i poprawić humor im obojgu. Jednocześnie nie dało się zaprzeczyć, że próbował także, nieco na okrętkę, przekonać się, na czym w ogóle stał. Niestety, po jej reakcji na tę lekką sugestię, której zdawała się nie dostrzec, niewiele był w stanie wyciągnąć. Za to bez trudu rozpoznał, co właśnie mu zasugerowała w odpowiedzi.
— Jestem tolerancyjny na orientację moich fanów — wzruszył beztrosko ramionami, próbując nie dać się jej zwieść, ale kiedy wysunęła wymowne pytanie, parsknął śmiechem. — Akurat t y nie powinnaś mieć co do tego żadnych wątpliwości — przechylił delikatnie głowę w bok i obdarzył ją pobłażliwym spojrzeniem, nieco dłuższym, co, mimo wesoło igrających iskierek w jego oczach, nadało jego słowom trochę głębszego znaczenia.
Za to, gdy usłyszał o kanale w garażu, pokiwał lekko głową, jeszcze na ułamek sekundy zawieszając na niej badawczy wzrok, po czym odwrócił się w stronę Mercedesa.
— Świetnie — rzucił tylko lekkim tonem, starannie ukrywając dziwne odczucia wywołane brakiem jej wyraźnego zdania na ten temat. — To Will interesuje się mechaniką? — zagadnął zaraz z zaciekawieniem, nie odrywając skupienia na samochodzie.
Który musiał przebyć wyjątkowo dramatyczną drogę, skoro doszło do tego typu uszkodzeń. A, jak na pojazd terenowy przystało, podwozie miał usytuowane całkiem wysoko. Lucien nie kupił więc tłumaczeń Zoi, co postanowił okazać poprzez uniesienie jednej z brwi i posłaniu jej powątpiewającego spojrzenia.
— Pewnie z tego samego powodu wszystko mnie teraz boli — uśmiechnął się zaraz niewinnie. Nadal czuł się trochę poobijany tu i ówdzie, czego efektem rzeczywiście mogła być wyboista droga. Bez względu na to, kiedy wyjedzie z farmy, potrzebował porządnego masażu.
Jej nagłe przejęcie, które zaraz ustąpiła miejsca sarknięciu, skwitował pogłębieniem się uśmiechu. — Odrobinę — odparł w zamian arogancko i zmarszczył zabawnie nos. Nie rozumiał jej nad wyraz mało skorego do żartów zachowania, ale według niego było to w pewnym sensie urocze.
Po chwili jednak nie umknęło jego uwadze, że naprawdę bardzo martwiła się wszystkim, co mówił w kwestii Mercedesa. Dostrzegał spięcie mięśni na jej twarzy i poważny, zaniepokojony wzrok, który kompletnie do niej nie pasował, przez co powoli zaczynał żałować, że pozwolił sobie z niej żartować. Nie chciał przecież dokładać jej trosk.
Po oględzinach auta wystarczyło spróbować reanimować telefon oraz wykonać powierzone mu zadanie, ale nieco zrezygnowany ton dziewczyny, gdy zaproponowała mu podłączenie urządzenia do prądu, znów zatrzymało na chwilę jego myśli.
— Okej — uznał w końcu i oddał jej przybrudzony własną dłonią biały kabelek. Właściwie już miał udać się w stronę, gdzie prawdopodobnie, według wcześniejszych instrukcji przy obiedzie, znajdowały się te nieszczęsne kozy, ale wtedy usłyszał niespodziewane wyznanie Zoi. — Mówiłem już, że to nic takiego. Jakoś to przeżyję — powiedział niedbale, po czym wyszedł z auta i zamknął za sobą drzwi.
Lucien nie miał pewności, jak to, co właśnie powiedziała, powinien odebrać. Logicznie rzecz biorąc, gdyby podziękowała mu już wtedy, nie czułaby potrzeby robić tego tu, w Toronto. To było całkiem proste wyjaśnienie, ale… czy to, co między nimi było, rzeczywiście wyglądało tak zero jedynkowo?
Przystanął przy ciemnowłosej, podpierając swobodnie ręce o biodra i patrzył na nią z rosnącym uśmiechem rozbawienia na ustach, gdy usłyszał o wspomnianej wcześniej zniżce, a później o przyjaciółce.
— Pomysłu Adeline? — podchwycił, ściągając brwi, jakby nie domyślał się, o jaką nieetyczną formę odwdzięczenia się mogło chodzić. Jednocześnie w jego oczach zaigrała podejrzana wesołość, bo jego myśli zawędrowały ku najbardziej śmiałym propozycjom. Może nie znał rudowłosej zbyt długo, ale przeczuwał, że mogła palnąć coś t a k kompletnie absurdalnego. Dlatego też słów Zoi nie przyjął na poważnie.
Jednak kilka sekund przyglądania się kobiecie wystarczyło, żeby w jego umyśle zakiełkowała pewna wątpliwość. Wtedy też jego trybiki zaczęły pracować na pełnych obrotach. Biorąc pod uwagę całe jej poprzednie zachowanie, takie jak jej wyraźne skrępowanie, przeprosiny przy stole czy pochłonięcie się pomocy mu w trakcie oględzin auta, wyczuwał, że c o ś było na rzeczy. W połączeniu z jej niby żartobliwym tonem wypowiedzi sprzed chwili, nasunęły mu się niepokojące wnioski. Zwilżył nerwowo wargi i opuścił dłonie wzdłuż ciała z myślą, że musiał szybko wyklarować między nimi chociaż tę jedną kwestię.
— Ale wiesz, Zoyu, że z tą zniżką to żartowałem? — powiedział poważnie, patrząc na nią intensywnie w celu upewnienia się, że dobrze się zrozumieli. — Naprawdę nie zamierzam pociągać cię do odpowiedzialności za problemy z samochodem. Ani za straty materialne i psychiczne poniesione w Misano — uśmiechnął się nieznacznie na myśl o ich poprzednim, wariackim spotkaniu. Odrobinę wyolbrzymiał z tą nadszarpniętą psychiką, ale mimo wszystko starał się brzmieć jak najbardziej wiarygodnie. — Nie jesteś mi nic winna i nie musisz mi się za nic odwdzięczać. W żadnej formie. I tym bardziej nie musisz czuć się zobowiązana do tego, żeby mnie tu gościć — zapewnił i pokręcił lekko głową, nie odrywając od niej jasnych tęczówek.
Teraz, z jego punktu widzenia, wszystko układało się w całość. Według niego Zoya kierowała się przede wszystkim wyrzutami sumienia, które nakładały się na siebie właściwie od czasu ich rozstania. Chęć spotkania, odebranie go z imprezy i przywiezienie na wieś były próbą odwdzięczenia się w zamian za jego pomoc w ubiegły weekend. Pech chciał, że uszkodzenie Mercedesa tylko pogłębiło dług. W gruncie rzeczy powinien cieszyć się z dogodnego dla niego przebiegu spraw, ale w rzeczywistości jego odruchy nie podlegały chłodnej kalkulacji, skupiającej się na ewentualnych korzyściach w ich relacji. Nie planował wykorzystywać ciemnowłosej w żaden sposób. No, może z wyjątkiem narzucenia jej kilku niewinnych zadań podczas sprawdzania samochodu.
Musiał się upewnić, że wiedziała, że nie miał wobec niej żadnych oczekiwań. Pod tym kątem nic nie uległo zmianie. Powoli zrobił krok w jej stronę i zmniejszył między nimi dystans, na bezpieczną odległość wyciągnięcia ręki.
— Poradzę sobie. Nie musisz się mną tak ciągle przejmować — powiedział ciszej, spoglądając na nią spokojnie, choć przyspieszone bicie serca w jego piersi całkowicie temu zaprzeczało. Kątem oka zauważył pojedynczy kosmyk włosów, który swobodnie opadał jej na policzek i aż korciło go, żeby go jej poprawić. — Chciałbym tylko wiedzieć, czy kieruje tobą wyłącznie poczucie winy — wypowiadając niespiesznie swoje myśli na głos, z uwagą, delikatnym ruchem dłoni zasunął kosmyk za jej ucho, po czym opuścił dłoń. Oddychał miarowo, nie chcąc dać po sobie poznać, w jakim napięciu czekał na odpowiedź.
I, niestety, nie dane mu było się doczekać, bo nastałą między nimi ciszę przeciął znajomy głos.
— I jak wam idzie? Walnęło coś jeszcze?
Lucien skinął głową i zacisnął wargi w wąską linię, próbując ukryć rozczarowanie faktem, że po raz kolejny ich rozmowa musiała poczekać. W tym samym czasie odsunął się od Zoi i odwrócił głowę w stronę ganku, z którego po schodkach zeskoczył Ron.
— Pompa wody. Ale myślę, że to tylko kwestia czasu, jak Merc zacznie znowu śmigać, jak należy — uśmiechnął się kącikiem ust i poklepał samochód po masce, by następnie zerknąć na Zoyę. — Czas na mnie. Powinienem zasłużyć sobie za nocleg i obiad — uznał z typową dla siebie lekkością i zadziornością, po czym udał się na pastwisko.

Zoya Weasley

sunshine, you're here

: wt wrz 29, 2026 10:34 pm
autor: Zoya Weasley
Zoya wiedziała, że Lucien był człowiekiem niezwykle tolerancyjnym, a pomimo tego uważała, że trudno byłoby mu wytrzymać z Ronaldem. I tym nie miało to już nic wspólnego z orientacją, z którą jej brat zacząłby się utożsamiać.
— Chyba nie pamiętam — odpowiedziała z przekąsem, a na jej ustach pojawił się filuterny uśmiech. Zaraz wytknęła Lucienowi język. Był pewny siebie oraz arogancki, a ona zaczynała już wyrabiać sobie odruchy, aby choć odrobinkę utrzeć mu nosa. Po chwili podjęła się kolejnego tematu. — Kiedyś się interesował. Wydaję mi się, że nawet chciał zostać elektromechanikiem, ale gdzieś po drodze zbłądził. — Wzruszyła ramionami. Zoi wydawało się, że ostatecznie każde z nich; każdy z Weasleyów skończył, zajmując się czymś zupełnie innym, niż planował w dzieciństwie.
Niezupełnie kłamała wspominając o wyboistej drodze na farmę, ale też nie powiedziała Lucienowi całej prawdy. Nic dziwnego, że na jego powątpiewające spojrzenie jedynie cmoknęła z dezaprobatą. Spróbowała uciąć wszelkie podejrzenia, choć te byly oczywiste - gdyby nie czuła się winna, nie pozwoliłaby, aby wyrzuty trawiły ją od środka.
— Boli cię, bo wyrżnąłeś się na prostej drodze — przypomniała mu z tą samą zawziętością co chwilę wcześniej, po czym, charakterystycznym dla siebie gestem, oskarżycielsko wycelowała palec w stronę mężczyzny. Prędko jednak go schowała i nagle zrezygnowana, głośno westchnęła.
Zoya aprawdę się martwiła i nie potrafiła nic na to poradzić. Nie była w stanie skupić się na swobodnej rozmowie, skoro z każdą chwilą wychodziły na jaw kolejne usterki. Gdyby chodziło o stare Punto, najpewniej machnęłaby ręką, ale miała przed sobą najwyższej klasy Mercedesa.
Z drugiej strony wiedziała, że dla Luciena koszty części nie stanowiły większego problemu, jednak świadomość, że chciał pokryć całą naprawę, mocno ją uwierał. Ceniła swoją niezależność, dlatego myśl, że musiał zapłacić za jej winę, była dla niej trudna do przełknięcia.
Mogła bardziej uważać; przeszło Zoi przez głowę.
— Wiem, że mówiłeś — odparła lakonicznie.
Nadal obserwowała, jak Lucien wysiadł z auta i stanął na przeciwko niej. Założył ręce na biodra, a na jego ustach pojawił się uśmiech. Od chwili, gdy podjęli temat samochodu, umysł Zoi nieustannie lawirował pomiędzy zdenerwowaniem a tymi krótkimi, ulotnymi momentami ich no r m a l n o ś c i. Wtedy, tak jak m.in teraz, zachowywała się neutralnie.
— Pomysłu Adeline — powtórzyła, celowo przeciągając głoski. Dalej bacznie obserwowała Luciena, a kiedy dostrzegła w jego oczach coraz weselsze iskierki, postanowiła wykorzystać okazję i po raz kolejny zrobić mu na przekór. Przecież doskonale zrozumiał, co rudowłosa miała na myśli. — Na szczęście powiedziałam jej, że jesteś bardzo rozsądny i nie interesują cię takie rzeczy — oznajmiła z udawaną powagą, a dla lepszego efektu machnęła ręką, jakby właśnie oddała mu ogromną przysługę.
Później atmosfera między nimi ponownie zgęstniała. Na pytanie mimowolnie zacisnęła usta w cienką linię i pokiwała głową, spuszczając wzrok na czubki swoich kaloszy. Szybko jednak uniosła spojrzenie. W pierwszym odruchu Zoya nie chciała wyglądać tak żałośnie, jak sama się w tej chwili czuła.
Nie zdążyła jednak odpowiedzieć, bo na kolejne słowa Luciena, całe jej zdenerwowanie prysło. Gwałtownie nabrała powietrza, po czym zostawiła rozchylone usta.
— Jakie straty psychiczne? — dopytała oburzona. — Czy ty odrobinę... — nie przesadzasz? Nie dokończyła, bo dźwięk nastepnej wypowiedzi przeciął przestrzeń. Musiała znowu przeredagować wszystko, co chciała mu wyrzucić, aleee... już wyraźnie się uspokoiła.
Tak naprawdę Zoya nie potrafiła wyjaśnić mu tego, co kłębiło się w jej głowie. Owszem, miała wyrzuty sumienia i chciała zarówno się odwdzięczyć, jak i zrekompensować mu poniesione straty. Przez cały czas ich znajomości miała wrażenie, że Lucien dawał jej znacznie więcej, niż sama była w stanie mu zaoferować, a ta świadomość jakoś ciążyła Zoi. Tym bardziej że ilekroć nadarzała się okazja, aby w końcu czymś się wykazać, dla odmiany zdawała się wszystko psuć na zupełnie innych płaszczyznach.

I znowu robiła krok do tyłu.

Nie poruszyła się, kiedy zminimalizował odległość, ale jej wzrok intuicyjnie znowu powędrował na stopy. Zaraz uniosła go wyżej, uprzednio przesuwając spojrzenie po całej sylwetce Luciena, aż znowu obdarzyła uwagą te jasne, piękne oraz ciepłe oczy.
Cholera, w i e d z i a ł a, co powinna, a przede wszystkim co c h c i a ł a mu powiedzieć. Wiedziała, jak bardzo zaczynało jej zależeć na ich relacji, a pomimo tego, kuźwa, milczała. W zupełnie nieuzasadniony sposób żadne słowa nie chciały przejść Zoi przez gardło. Zamiast tego po prostu patrzyła mu prosto w źrenice, najprawdopodobniej sparaliżowana tą całą presją, którą sama nieświadomie na siebie nałożyła. A przecież wystarczyło tylko powiedzieć, że nie kierowało nią poczucie winy; że naprawdę pragnęła mu pomóc; że podobało jej się jego towarzystwo na farmie.
Drgnęła nerwowo, kiedy Lucien odgarnął kosmyk włosów za jej ucho. Gest wyrwał ją z tego osobliwego letargu, więc intuicyjnie potrząsnęła głową. Wtedy włos ponownie niesfornie opadł na jej czoło.
W końcu sięgnęła po dłoń mężczyzny i zacisnęła na niej palce. Nerwowo przełknęła ślinę i w napięciu zdążyła zaledwie lekko uchylić usta, kiedy usłyszała głos brata. Momentalnie wycofała się z uścsku, a gdy zobaczyła, że Spencer również się odsunął, odwróciła twarz w stronę bezkresnego pola, chcąc ukryć przed nim i przezd Ronaldem rumieńce.
— Kózek jest osiemnaście. Najgorzej łapie się te młode, więc nie wiem, czy zasłużysz na nocleg — poinformowała, zerkając tylko przez ramię w stronę Luciena. — Ja idę wekować — rzuciła, po czym w końcu odwróciła się do niego i zaczęła tyłem kierować się w stronę domu. — Papa. Do później, Lionel.


Zachary zdecydowanie zadbał o to, aby Zoya prędko nie zobaczyła się z Lucienem. Początkowo sądziła, że będzie mogła jeszcze pomóc mu w łapaniu uciekinierek, ale szybko okazało się, że przypadła jej znacznie gorsza robota. Owoce i warzywa, których wcześniej brakowało w kuchni, teraz piętrzyły się na blatach i stole, a na domiar złego brat wciąż donosił kolejne, pokaźne miski oraz skrzynie pełne słoików.
Skończyła po paru godzinach, ale kiedy tylko spróbowała wyrwać się na dwór, Zachary, który w kuchni pojawiał się jedynie z doskoku, kazał jej znieść jeszcze wszystkie słoiki do piwnicy. To zajęło kolejne trzy kwadranse.
Po wykonaniu więc ostatniego zadania, pozbawiona resztek energii, Zoya poszła na górę. Z sokiem z różnych owoców na twarzy, ramionach oraz ubraniu oraz ziemią, którą nieustannie zmywała z warzyw, bezsilnie usiadła na łóżko.
Zdążyła ściągnąć bluzkę, kiedy drzwi do sypialni niespodziewanie się otworzyły i do środka wszedł Lucien. Ubłocony wyglądał wcale nie lepiej od niej. Widząc go równie wykończonego i okropnie brudnego, ułożyła usta w podkówkę i żałośnie westchnęła. Musiało mu być ciężko.
— Złapałeś wszystkie? — zagadnęła wesoło, nie tracąc czasu na powitanie. Sekundę później podniosła się z łóżka i podeszła do niego w samym staniku oraz spodenkach z delikatnym, pobłażliwym uśmiechem. Była naprawdę zmęczona, dlatego ich niedokończona rozmowa na razie zbledła; zeszła na drugi plan. Wyparła ją przez natłok obowiązków oraz potworny ból pleców i rąk. — W dolnej szafce w łazience są czyste ręczniki. Zaraz przyniosę ci ubrania z linki i poszukam dla ciebie innej kołdry. Nie zauważyłam, że ta jest z pierza, więc będzie ci w nocy za ciepło — rzuciła po kolei, całkiem niewinnie i naturalnie. Wydawało się, że skupiła się na nieważnych drobiazgach, ale tak naprawdę Zoi bardzo zależało, aby czuł się w jej domu komfortowo.
Najchętniej została by z nim w pokoju; najchętniej spędziłaby z nim resztę wieczoru i całą noc. Jednak Zachary dał Zoi wyraźnie do zrozumienia, że gorliwie przyglądał się ich relacji. Ta wciąż była bezkształtna, dlatego Zoya musiała przynajmniej przez jeszcze jeden dzień powstrzymać swoje ewentualne zapędy.

Lucien Spencer