sunshine, you're here
: wt wrz 22, 2026 3:27 pm
Niezręczność, która nagle zapanowała w sypialni, dało się wyczuć niemal namacalnie. Spowodowana była zarówno faktem, że po tygodniu ciszy spotkali się w niezbyt dogodnych okolicznościach, podczas których dopiero w obecnej chwili Lucien zachowywał pełną świadomość swoich czynów, ale za tą niezręcznością przemawiało również trwanie ich relacji w dziwnym zawieszeniu. Nie dość, że mężczyzna miał za co się wstydzić, to jeszcze zupełnie nie wiedział, na jakim gruncie znajomość z Zoyą właściwie stała.
Mieli sobie dużo do wyjaśnienia. Teraz jednak musiał załatać dziury w swojej pamięci.
Niepostrzeżenie wziął głębszy oddech, widząc, jak ciemnowłosa zbliża się do niego. Sportowy strój w kolorze czekolady doskonale podkreślał jej sylwetkę, wyjątkowo zachęcając do objęcia jej w pasie i przyciągnięcia do siebie. Na tę nieoczekiwaną myśl przemykającą przez jego wciąż nieco otępiały umysł poczuł mrowienie w palcach. Jej splot dłoni za plecami i zupełnie nieświadome uwydatnienie swojego dekoltu tylko wzmagało jego tortury. Mimo to przełknął ślinę i podniósł na nią spojrzenie w chwili, kiedy sama utkwiła w niego swoje przenikliwe niebieskie tęczówki.
Na jej rzetelne streszczenie najpierw uniósł wysoko brwi, by wraz z następnymi jej słowami jego twarz zaczęła wykrzywiać się pod wpływem coraz większego zażenowania. Ostatecznie, usłyszawszy zwrot domyśl się, powiódł za jej spojrzeniem i jeszcze raz uniósł ręce przed siebie. Zerknął na pościerane wnętrza dłoni, a potem kolana, po czym pokręcił głową z dezaprobatą, a nawet lekką pogardą dla samego siebie. Gdy po chwili spojrzał na Zoyę ponownie, jego mina mówiła wszystko - przeprosiny słusznie jej się należały.
— O ile pamiętam, że do Ciebie zadzwoniłem, tak to, co mówiłem, chyba nie do końca zarejestrowałem. Nawet nie wiem, w którym momencie urwał mi się film — przyznał, przykładając dłoń do czoła, by zaraz przesunąć nią po twarzy.
Kompromitacja. To słowo pasowało adekwatnie do jego zachowania. Akurat w jego przypadku nie powinien był narażać się na skandal, tymczasem zeszłej nocy pozwolił sobie na z b y t wiele. Nie po to obstawał w roli abstynenta, żeby przez głupi wybryk wystawić na szwank wszystko, na co przez tyle lat pracował. W pełni zdawał sobie sprawę, jak wiele zależało od tego, czy był w stanie trzymać gardę.
A wszystko przez kolejne nieporozumienie. Zachodził w głowę, jak to możliwe, że tracił kontrolę z powodu dziewczyny? Najwyraźniej udzielała mu się jej aura. Po poznaniu ciemnowłosej, która właśnie podała mu szklankę z aspiryną, jego życie zdecydowanie nabrało rozpędu.
— Znowu ci się narzuciłem — zaznaczył i wyciągnął dłoń po szkło. — Dzięki — mruknął cicho, niby przypadkiem muskając jej palce swoimi własnymi, zanim odebrał przygotowaną przez nią miksturę. Przez tę krótką chwilę nie spuszczał z Zoi wzroku.
Próbował zapewnić ją o swojej racji, bo według niego wcale nie byli kwita. O n a nie miała luk w pamięci. On stracił kontrolę c a ł k o w i c i e. I jaką miał mieć pewność, że powiedziała mu o wszystkim, co robił lub mówił?
Na jej pytanie na kilka sekund zawiesił na kobiecie spojrzenie, zanim przeniósł je na szklankę. Powinien spodziewać się tego pytania, ale do tej pory wcale mu ono przez głowę nie przeszło, dlatego potrzebował chwili do namysłu.
— Myślałem, że mnie wystawiłaś. A ja nie jestem przyzwyczajony do porażek — powiedział szczerze i upił kilka sporych łyków wody, chcąc w ten sposób ukryć pewne skrępowanie. Ponownie, był sobą kompletnie zażenowany.
To rzeczywiście nie było w jego stylu. A przynajmniej nie w trakcie imprezy masowej. I co z tego, że u Ellie obowiązywała zasada nie udostępniania żenujących relacji czy postów, do której wszyscy uczestnicy, którym zależało na dobrych stosunkach z Harringtonami, musieli się dostosować. On się n i e upijał. A jednak to zrobił. I musiał za to odpokutować, fizycznie i psychicznie za każdy swój upadek, ale też przed Zoyą.
Kiedy niespodziewanie odwróciła się, podążył za nią uważnym wzrokiem, by zaraz dostrzec w jej dłoniach ubrania na zmianę. Słuchał jej z uwagą, w zamyśleniu kiwając głową. W tym czasie nie mógł nie zarejestrować jej spojrzenia na sobie, a następnie szybkiego speszonego odbicia w stronę okna, i mimowolnie pomyślał o tym samym — podobieństwo do wydarzeń z poprzedniego tygodnia było uderzające.
— Alex i Ron — powtórzył za nią imiona, jakby właśnie sobie je przyswajał, jednocześnie odbierając od niej ciuchy. — Dwaj z pięciu twoich braci tu są? — dopytał po chwili, nagle uświadamiając sobie postać rzeczy. Spojrzał na nią z oczekiwaniem i czającym się w mięśniach napięciem.
Chyba nie był przygotowany na poznanie jej rodziny. I to w najgorszym możliwym momencie, gdy kompletnie nie był w formie. Najdziwniejsze było to, że zwykle wcale się nie przejmował takimi sprawami, a teraz wyglądało na to, że na opinii reszty Weasleyów zależało mu odrobinę bardziej, niż na tym, co myśli sobie o nim pozostała część społeczeństwa.
— Właściwie co ja tu robię? — olśniło go po raz kolejny. — Byłem aż tak uparty, że nie chciałem wyjść z auta? — skrzywił się w obawie przed odpowiedzią, właściwie nie będąc pewnym, czy chciał ją usłyszeć.
Upił kolejny łyk napoju, po czym bezwiednie poniósł spojrzeniem po pomieszczeniu, aż jego wzrok zatrzymał się na tostach. Jak na znak, zaburczało mu w brzuchu i zrozumiał, jak bardzo był głodny. Bez namysłu odłożył więc ubrania na łóżko i podszedł do wiklinowej tacy, żeby położyć obok szklankę i sięgnąć po tosta, którego kawałek zaraz znalazł się jego w ustach.
— Która jest godzina? — odwrócił się, żeby lekko oprzeć się biodrami o komodę. Niestety nie był w stanie wyczytać godziny, ale sądząc po słońcu wysoko pnącym się po nieboskłonie, mógł stwierdzić, że było późno. — Telefon mi padł. Mam nadzieję, że tylko z powodu baterii — wyjaśnił, wskazując brodą na leżące na stoliku nocnym urządzenie z popękaną szybką, żeby następnie powrócić na chwilę spojrzeniem na Zoyę.
W gruncie rzeczy podziwiał ją za to, że musiała jakoś poradzić sobie z jego zachlanym tyłkiem, który tylko zepsuł jej noc i z pewnością znacznie utrudnił jej życie. Przy tym nadal był przekonany, że taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca. Nie w jego przypadku, gdzie zawsze starał się zachowywać, jak należało, a tymczasem teraz sprawiał zgoła odmienne wrażenie.
Jednocześnie miał na uwadze fakt, że spotkał ją w podobnych okolicznościach w zeszłym tygodniu. Idąc tym tropem dedukcji, wydawało mu się, że odebrała go głównie przez wzgląd na dług, który właśnie się wyrównał. A on przecież niczego od niej nie oczekiwał.
Kiedy tylko przeżuł ostatni kawałek, przetarł dłonie z okruszków i znów sięgnął po szklankę, żeby dopić pozostałość cieczy, po czym ją odstawił i wyprostował się. Nadal czuł się nieswojo, a obolałe po nocnych wybrykach mięśnie dawały o sobie znać. Sięgnął dłonią do karku i poruszył szyją na boki, próbując ją nieco rozciągnąć, w tym samym czasie zbliżając się do kobiety.
— Naprawdę nie chcę sprawiać ci problemów. Wrócę, jak tylko będzie to możliwe — uznał spokojnie, tak, jak miał to w swoim zwyczaju, opuszczając ręce i przystając przy Zoi. Z powodu odległości kilkudziesięciu centymetrów musiał pochylić nieco głowę, żeby spojrzeć w jej oczy. — O ile mojemu Mercedesowi nie stało się nic poważniejszego — dodał, unosząc kącik ust w nieznacznym uśmiechu.
Cokolwiek zrobiła z jego autem w trakcie drogi, właśnie miała szansę się wytłumaczyć. Pamiętał, że wspominała mu, iż nie była demonem prędkości, ale szkoda, jaką zauważył przez okno, była trochę niepokojąca. Czy jednak dawał to po sobie w tej chwili poznać?
Jeszcze nie widział skali zniszczeń, ale… zaczynał podawać w wątpliwość możliwość, że mógłby się na nią kiedykolwiek n a p r a w d ę zdenerwować.
Zojka
Mieli sobie dużo do wyjaśnienia. Teraz jednak musiał załatać dziury w swojej pamięci.
Niepostrzeżenie wziął głębszy oddech, widząc, jak ciemnowłosa zbliża się do niego. Sportowy strój w kolorze czekolady doskonale podkreślał jej sylwetkę, wyjątkowo zachęcając do objęcia jej w pasie i przyciągnięcia do siebie. Na tę nieoczekiwaną myśl przemykającą przez jego wciąż nieco otępiały umysł poczuł mrowienie w palcach. Jej splot dłoni za plecami i zupełnie nieświadome uwydatnienie swojego dekoltu tylko wzmagało jego tortury. Mimo to przełknął ślinę i podniósł na nią spojrzenie w chwili, kiedy sama utkwiła w niego swoje przenikliwe niebieskie tęczówki.
Na jej rzetelne streszczenie najpierw uniósł wysoko brwi, by wraz z następnymi jej słowami jego twarz zaczęła wykrzywiać się pod wpływem coraz większego zażenowania. Ostatecznie, usłyszawszy zwrot domyśl się, powiódł za jej spojrzeniem i jeszcze raz uniósł ręce przed siebie. Zerknął na pościerane wnętrza dłoni, a potem kolana, po czym pokręcił głową z dezaprobatą, a nawet lekką pogardą dla samego siebie. Gdy po chwili spojrzał na Zoyę ponownie, jego mina mówiła wszystko - przeprosiny słusznie jej się należały.
— O ile pamiętam, że do Ciebie zadzwoniłem, tak to, co mówiłem, chyba nie do końca zarejestrowałem. Nawet nie wiem, w którym momencie urwał mi się film — przyznał, przykładając dłoń do czoła, by zaraz przesunąć nią po twarzy.
Kompromitacja. To słowo pasowało adekwatnie do jego zachowania. Akurat w jego przypadku nie powinien był narażać się na skandal, tymczasem zeszłej nocy pozwolił sobie na z b y t wiele. Nie po to obstawał w roli abstynenta, żeby przez głupi wybryk wystawić na szwank wszystko, na co przez tyle lat pracował. W pełni zdawał sobie sprawę, jak wiele zależało od tego, czy był w stanie trzymać gardę.
A wszystko przez kolejne nieporozumienie. Zachodził w głowę, jak to możliwe, że tracił kontrolę z powodu dziewczyny? Najwyraźniej udzielała mu się jej aura. Po poznaniu ciemnowłosej, która właśnie podała mu szklankę z aspiryną, jego życie zdecydowanie nabrało rozpędu.
— Znowu ci się narzuciłem — zaznaczył i wyciągnął dłoń po szkło. — Dzięki — mruknął cicho, niby przypadkiem muskając jej palce swoimi własnymi, zanim odebrał przygotowaną przez nią miksturę. Przez tę krótką chwilę nie spuszczał z Zoi wzroku.
Próbował zapewnić ją o swojej racji, bo według niego wcale nie byli kwita. O n a nie miała luk w pamięci. On stracił kontrolę c a ł k o w i c i e. I jaką miał mieć pewność, że powiedziała mu o wszystkim, co robił lub mówił?
Na jej pytanie na kilka sekund zawiesił na kobiecie spojrzenie, zanim przeniósł je na szklankę. Powinien spodziewać się tego pytania, ale do tej pory wcale mu ono przez głowę nie przeszło, dlatego potrzebował chwili do namysłu.
— Myślałem, że mnie wystawiłaś. A ja nie jestem przyzwyczajony do porażek — powiedział szczerze i upił kilka sporych łyków wody, chcąc w ten sposób ukryć pewne skrępowanie. Ponownie, był sobą kompletnie zażenowany.
To rzeczywiście nie było w jego stylu. A przynajmniej nie w trakcie imprezy masowej. I co z tego, że u Ellie obowiązywała zasada nie udostępniania żenujących relacji czy postów, do której wszyscy uczestnicy, którym zależało na dobrych stosunkach z Harringtonami, musieli się dostosować. On się n i e upijał. A jednak to zrobił. I musiał za to odpokutować, fizycznie i psychicznie za każdy swój upadek, ale też przed Zoyą.
Kiedy niespodziewanie odwróciła się, podążył za nią uważnym wzrokiem, by zaraz dostrzec w jej dłoniach ubrania na zmianę. Słuchał jej z uwagą, w zamyśleniu kiwając głową. W tym czasie nie mógł nie zarejestrować jej spojrzenia na sobie, a następnie szybkiego speszonego odbicia w stronę okna, i mimowolnie pomyślał o tym samym — podobieństwo do wydarzeń z poprzedniego tygodnia było uderzające.
— Alex i Ron — powtórzył za nią imiona, jakby właśnie sobie je przyswajał, jednocześnie odbierając od niej ciuchy. — Dwaj z pięciu twoich braci tu są? — dopytał po chwili, nagle uświadamiając sobie postać rzeczy. Spojrzał na nią z oczekiwaniem i czającym się w mięśniach napięciem.
Chyba nie był przygotowany na poznanie jej rodziny. I to w najgorszym możliwym momencie, gdy kompletnie nie był w formie. Najdziwniejsze było to, że zwykle wcale się nie przejmował takimi sprawami, a teraz wyglądało na to, że na opinii reszty Weasleyów zależało mu odrobinę bardziej, niż na tym, co myśli sobie o nim pozostała część społeczeństwa.
— Właściwie co ja tu robię? — olśniło go po raz kolejny. — Byłem aż tak uparty, że nie chciałem wyjść z auta? — skrzywił się w obawie przed odpowiedzią, właściwie nie będąc pewnym, czy chciał ją usłyszeć.
Upił kolejny łyk napoju, po czym bezwiednie poniósł spojrzeniem po pomieszczeniu, aż jego wzrok zatrzymał się na tostach. Jak na znak, zaburczało mu w brzuchu i zrozumiał, jak bardzo był głodny. Bez namysłu odłożył więc ubrania na łóżko i podszedł do wiklinowej tacy, żeby położyć obok szklankę i sięgnąć po tosta, którego kawałek zaraz znalazł się jego w ustach.
— Która jest godzina? — odwrócił się, żeby lekko oprzeć się biodrami o komodę. Niestety nie był w stanie wyczytać godziny, ale sądząc po słońcu wysoko pnącym się po nieboskłonie, mógł stwierdzić, że było późno. — Telefon mi padł. Mam nadzieję, że tylko z powodu baterii — wyjaśnił, wskazując brodą na leżące na stoliku nocnym urządzenie z popękaną szybką, żeby następnie powrócić na chwilę spojrzeniem na Zoyę.
W gruncie rzeczy podziwiał ją za to, że musiała jakoś poradzić sobie z jego zachlanym tyłkiem, który tylko zepsuł jej noc i z pewnością znacznie utrudnił jej życie. Przy tym nadal był przekonany, że taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca. Nie w jego przypadku, gdzie zawsze starał się zachowywać, jak należało, a tymczasem teraz sprawiał zgoła odmienne wrażenie.
Jednocześnie miał na uwadze fakt, że spotkał ją w podobnych okolicznościach w zeszłym tygodniu. Idąc tym tropem dedukcji, wydawało mu się, że odebrała go głównie przez wzgląd na dług, który właśnie się wyrównał. A on przecież niczego od niej nie oczekiwał.
Kiedy tylko przeżuł ostatni kawałek, przetarł dłonie z okruszków i znów sięgnął po szklankę, żeby dopić pozostałość cieczy, po czym ją odstawił i wyprostował się. Nadal czuł się nieswojo, a obolałe po nocnych wybrykach mięśnie dawały o sobie znać. Sięgnął dłonią do karku i poruszył szyją na boki, próbując ją nieco rozciągnąć, w tym samym czasie zbliżając się do kobiety.
— Naprawdę nie chcę sprawiać ci problemów. Wrócę, jak tylko będzie to możliwe — uznał spokojnie, tak, jak miał to w swoim zwyczaju, opuszczając ręce i przystając przy Zoi. Z powodu odległości kilkudziesięciu centymetrów musiał pochylić nieco głowę, żeby spojrzeć w jej oczy. — O ile mojemu Mercedesowi nie stało się nic poważniejszego — dodał, unosząc kącik ust w nieznacznym uśmiechu.
Cokolwiek zrobiła z jego autem w trakcie drogi, właśnie miała szansę się wytłumaczyć. Pamiętał, że wspominała mu, iż nie była demonem prędkości, ale szkoda, jaką zauważył przez okno, była trochę niepokojąca. Czy jednak dawał to po sobie w tej chwili poznać?
Jeszcze nie widział skali zniszczeń, ale… zaczynał podawać w wątpliwość możliwość, że mógłby się na nią kiedykolwiek n a p r a w d ę zdenerwować.
Zojka