the last thing you wanted Is the first thing I do
: ndz paź 18, 2026 11:39 am
- Tak - Zapewnił z uśmiechem przekornie sugerującym, że Malcolm i tak nie pozna prawdy, i równie dobrze może teraz słyszeć od Oleandra uprzejme, białe kłamstewko. - Dostajesz ode mnie rabat przez wzgląd na stare, dobre czasy.
Dopiero pozwoliwszy swoim słowom wybrzmieć, zorientował się że był to w gruncie rzeczy pierwszy moment w trakcie trwania ich rozmowy - tak dzisiaj, jak i tej poprzedniej, żałośnie przy tym nieporadnej - kiedy tak otwarcie nawiązał do dzielonej z Malcolmem przeszłości. Wbrew pozorom zabolało mniej, niż przewidywał: jak, nomen omen, ból fantomowy, którego zwyczajnie nie da się żadnym sposobem pokonać, więc należy go przynajmniej spróbować zaakceptować. Nie zaś jak otwarta rana.
- Poza tym wiesz, w sytuacji, w której poniżej jednego z tych kolan znajduje się rozczarowanie, muszę się cenić trochę bardziej realistycznie... - Dodał, celowo starając się oczyścić swoją wypowiedź z jakiejkolwiek goryczy, która niekiedy wkradała się między zgłoski nieproszenie, ale niepowstrzymanie. Być może próby zachowania okraszonego humorem realizmu były mechanizmem obronnym, który Everhartowie przekazywali sobie z pokolenia na pokolenie tak skutecznie, że momentami trudno było stwierdzić, czy działo się to za sprawą genów, czy wyłącznie wychowania. Ile to razy Ollie słyszał własnego ojca, nawet z najtrudniejszych i najbardziej tragicznych wydarzeń potrafiącego uczynić ciętą anegdotkę? Ile to razy zdarzyło się, że skryte pod uśmiechem cierpienie bracia Oleandra zbywali machnięciem ręki? I nawet znalazłszy się w podobnym położeniu, sam Ollie nie potrafił stwierdzić, czy było to czyste wyparcie, czy jakiś inny mechanizm - bo przecież nie zaprzeczał temu, co się stało, ani że wypadek nie miał na niego potężnego wpływu. Nie chciał jednak pozwolić, by jego tragedia stała się jedynym wyznacznikiem jego tożsamości.
- Ach, dziękuję - Skinął głową, przyjmując komentarz Malcolma, który - może zbyt optymistycznie - uznał za komplement, choć równie dobrze "barwne porównanie" mogło być wyłącznie stwierdzeniem oczywistego faktu - Ciągle nam mówią na studiach, że dobrzy terapeuci powinni potrafić zwinnie operować metaforą, więc biorąc pod uwagę moją rewolucyjną zmianę kariery... - Westchnął - Może na coś mi się te porównania przydadzą. - Na przykład, kiedy już zacznie faktycznie zarabiać (a nie wyłącznie głowić się, miesiąc w miesiąc, jak tu opłacić wszystkie miesięczne wydatki ze skromnej, bibliotecznej wypłaty i zasiłku), w celu fundowania sobie drogich drinków bez konieczności obnażania kolan.
Kolejne pytanie Bremersa kazało mu się zatrzymać. I nie, wcale nie przyrównywał go do tych głębokich, analitycznych pytań, które zadawał mu czasem terapeuta, już samym tonem głosu sugerując, że Ollie powinien się zastanowić, zanim udzieli jakiejś prostej i zbywającej odpowiedzi. Zmarszczył lekko brwi, sięgając pamięcią do zakorzenionych głęboko wspomnień, które nadal żyły - rent free - w zakamarkach jego świadomości. Do adrenaliny, na cały organizm działającej znacznie skuteczniej niż nawet najmocniejsze, podwójne espresso. Do ekscytacji, która przy każdej strażackiej ekscytacji budziła się w opuszkach palców i pędziła korytarzami żył w górę, w górę, aż do potylicy, by eksplodować tam jak nagły prąd elektryczny. Do strachu, wreszcie, odczuwanego wbrew własnej woli za każdym razem, gdy Oleander stawał twarzą w twarz z niebezpieczeństwem. Nic tak nie przypominało mu, że żyje, niż lęk, którego zwyczajnie nie potrafił powstrzymać, i zamiast tego zmuszony był jakoś oswoić.
Zdał sobie sprawę, że milczy, ze wzrokiem utkwionym w obracanej w dłoniach szklance. Szukał odpowiednich słów, które mogłyby przekazać rozmówcy choć ułamek tego, co odczuwał. Zwykle nie szło mu to najlepiej, i już po fakcie stwierdzał, że wypadło to koślawo, nieprzekonująco. W obecności Malcolma - który, w przeszłości, zawsze jakimś cudem znajdował sposób, żeby go zrozumieć, choć przecież pochodzili z dwóch odmiennych światów, i różnili się od siebie niemal na każdej płaszczyźnie - coś dodawało mu jednak otuchy. Wiary, że może mimo wszystko zostanie zrozumiany.
Dopiero teraz przeniósł na rozmówcę wzrok, obciążony nagle taką mieszaniną emocji, że trudno było wyekstrahować jedną, dominującą.
- Poczucia, że żyję - Powiedział w końcu, momentalnie zaskoczony szczerością - i ciężarem - własnej wypowiedzi. Było jednak za późno by obrócić ją w żart, nawet jeśli Malcolm dawał mu otwarte przyzwolenie na każdy wygodny unik. Oleander nie chciał się wycofać, sięgając po wygodną drogę ewakuacji. Przecież zazwyczaj pchał się w ogień, nawet jeśli istniała jakaś możliwość ucieczki. - Które, podobno, da się odczuć wyłącznie w obliczu śmierci - Wywrócił lekko oczami, przyjmując do wiadomości jak górnolotnie i pompatycznie musi to brzmieć w uszach słuchacza. - Wiesz co się mówi o ludziach, którzy fruną zbyt blisko słońca...? - Pokręcił głową. Jeśli przyrównanie się do Ikara było nieco narcystyczne... No cóż, trudno. Słowo się rzekło. - Że są głupi. I, że przy odrobinie szczęścia obudzą się na oddziale rehabilitacyjnym, a nie w kostnicy.
Nawet nie zauważył, jak zwinnie Bremers porozumiał się z barmanem, ale następną kolejkę przyjął z niewysłowioną wdzięcznością.
- Nie chcę kazać ci spadać, Mal - Powiedział, podłapawszy spojrzenie szatyna. Zagryzł lekko kant zawilgoconej alkoholem wargi. Pociągnął nosem, jak zwykle w obliczu niejednoznacznych sytuacji - Brakowało mi... - Ciebie. Ciebie, Ciebie, Ciebie. - Tego, wiesz?
malcolm bremers
Dopiero pozwoliwszy swoim słowom wybrzmieć, zorientował się że był to w gruncie rzeczy pierwszy moment w trakcie trwania ich rozmowy - tak dzisiaj, jak i tej poprzedniej, żałośnie przy tym nieporadnej - kiedy tak otwarcie nawiązał do dzielonej z Malcolmem przeszłości. Wbrew pozorom zabolało mniej, niż przewidywał: jak, nomen omen, ból fantomowy, którego zwyczajnie nie da się żadnym sposobem pokonać, więc należy go przynajmniej spróbować zaakceptować. Nie zaś jak otwarta rana.
- Poza tym wiesz, w sytuacji, w której poniżej jednego z tych kolan znajduje się rozczarowanie, muszę się cenić trochę bardziej realistycznie... - Dodał, celowo starając się oczyścić swoją wypowiedź z jakiejkolwiek goryczy, która niekiedy wkradała się między zgłoski nieproszenie, ale niepowstrzymanie. Być może próby zachowania okraszonego humorem realizmu były mechanizmem obronnym, który Everhartowie przekazywali sobie z pokolenia na pokolenie tak skutecznie, że momentami trudno było stwierdzić, czy działo się to za sprawą genów, czy wyłącznie wychowania. Ile to razy Ollie słyszał własnego ojca, nawet z najtrudniejszych i najbardziej tragicznych wydarzeń potrafiącego uczynić ciętą anegdotkę? Ile to razy zdarzyło się, że skryte pod uśmiechem cierpienie bracia Oleandra zbywali machnięciem ręki? I nawet znalazłszy się w podobnym położeniu, sam Ollie nie potrafił stwierdzić, czy było to czyste wyparcie, czy jakiś inny mechanizm - bo przecież nie zaprzeczał temu, co się stało, ani że wypadek nie miał na niego potężnego wpływu. Nie chciał jednak pozwolić, by jego tragedia stała się jedynym wyznacznikiem jego tożsamości.
- Ach, dziękuję - Skinął głową, przyjmując komentarz Malcolma, który - może zbyt optymistycznie - uznał za komplement, choć równie dobrze "barwne porównanie" mogło być wyłącznie stwierdzeniem oczywistego faktu - Ciągle nam mówią na studiach, że dobrzy terapeuci powinni potrafić zwinnie operować metaforą, więc biorąc pod uwagę moją rewolucyjną zmianę kariery... - Westchnął - Może na coś mi się te porównania przydadzą. - Na przykład, kiedy już zacznie faktycznie zarabiać (a nie wyłącznie głowić się, miesiąc w miesiąc, jak tu opłacić wszystkie miesięczne wydatki ze skromnej, bibliotecznej wypłaty i zasiłku), w celu fundowania sobie drogich drinków bez konieczności obnażania kolan.
Kolejne pytanie Bremersa kazało mu się zatrzymać. I nie, wcale nie przyrównywał go do tych głębokich, analitycznych pytań, które zadawał mu czasem terapeuta, już samym tonem głosu sugerując, że Ollie powinien się zastanowić, zanim udzieli jakiejś prostej i zbywającej odpowiedzi. Zmarszczył lekko brwi, sięgając pamięcią do zakorzenionych głęboko wspomnień, które nadal żyły - rent free - w zakamarkach jego świadomości. Do adrenaliny, na cały organizm działającej znacznie skuteczniej niż nawet najmocniejsze, podwójne espresso. Do ekscytacji, która przy każdej strażackiej ekscytacji budziła się w opuszkach palców i pędziła korytarzami żył w górę, w górę, aż do potylicy, by eksplodować tam jak nagły prąd elektryczny. Do strachu, wreszcie, odczuwanego wbrew własnej woli za każdym razem, gdy Oleander stawał twarzą w twarz z niebezpieczeństwem. Nic tak nie przypominało mu, że żyje, niż lęk, którego zwyczajnie nie potrafił powstrzymać, i zamiast tego zmuszony był jakoś oswoić.
Zdał sobie sprawę, że milczy, ze wzrokiem utkwionym w obracanej w dłoniach szklance. Szukał odpowiednich słów, które mogłyby przekazać rozmówcy choć ułamek tego, co odczuwał. Zwykle nie szło mu to najlepiej, i już po fakcie stwierdzał, że wypadło to koślawo, nieprzekonująco. W obecności Malcolma - który, w przeszłości, zawsze jakimś cudem znajdował sposób, żeby go zrozumieć, choć przecież pochodzili z dwóch odmiennych światów, i różnili się od siebie niemal na każdej płaszczyźnie - coś dodawało mu jednak otuchy. Wiary, że może mimo wszystko zostanie zrozumiany.
Dopiero teraz przeniósł na rozmówcę wzrok, obciążony nagle taką mieszaniną emocji, że trudno było wyekstrahować jedną, dominującą.
- Poczucia, że żyję - Powiedział w końcu, momentalnie zaskoczony szczerością - i ciężarem - własnej wypowiedzi. Było jednak za późno by obrócić ją w żart, nawet jeśli Malcolm dawał mu otwarte przyzwolenie na każdy wygodny unik. Oleander nie chciał się wycofać, sięgając po wygodną drogę ewakuacji. Przecież zazwyczaj pchał się w ogień, nawet jeśli istniała jakaś możliwość ucieczki. - Które, podobno, da się odczuć wyłącznie w obliczu śmierci - Wywrócił lekko oczami, przyjmując do wiadomości jak górnolotnie i pompatycznie musi to brzmieć w uszach słuchacza. - Wiesz co się mówi o ludziach, którzy fruną zbyt blisko słońca...? - Pokręcił głową. Jeśli przyrównanie się do Ikara było nieco narcystyczne... No cóż, trudno. Słowo się rzekło. - Że są głupi. I, że przy odrobinie szczęścia obudzą się na oddziale rehabilitacyjnym, a nie w kostnicy.
Nawet nie zauważył, jak zwinnie Bremers porozumiał się z barmanem, ale następną kolejkę przyjął z niewysłowioną wdzięcznością.
- Nie chcę kazać ci spadać, Mal - Powiedział, podłapawszy spojrzenie szatyna. Zagryzł lekko kant zawilgoconej alkoholem wargi. Pociągnął nosem, jak zwykle w obliczu niejednoznacznych sytuacji - Brakowało mi... - Ciebie. Ciebie, Ciebie, Ciebie. - Tego, wiesz?
malcolm bremers