004.
: ndz paź 11, 2026 9:32 pm
Mississauga, 2022 rok
chwilę po spotkaniu z Sawyerem Wrightem
– Reed!
Beatriz próbowała zrównać kroki z oddalającym się coraz szybciej mężczyzną. Daniel poruszał się z irytującą swobodą, jak gdyby sama konieczność przemieszczania się z miejsca na miejsce nie wymagała od niego żadnego wysiłku. Wysoka sylwetka i długie nogi pozwalały mu pokonywać kolejne metry niemal mimochodem, podczas gdy ona musiała wyraźnie przyspieszyć, by utrzymać narzucone przez niego tempo. Najpierw spróbowała po prostu go dogonić, później wyciągnęła nieco szyję, jakby tym sposobem mogła sprawić, że wreszcie ją usłyszy, a kiedy i to nie przyniosło rezultatu, niemal przeszła do truchtu.
– Reed! – powtórzyła głośniej, tym razem z wyraźną irytacją.
Daniel nie zamierzał reagować. Nie odwrócił głowy, nie zwolnił ani nie dał po sobie poznać, że w ogóle zarejestrował jej obecność. Zachowywał się tak, jakby Beatriz była jedynie nieprzyjemnym dźwiękiem dobiegającym gdzieś zza jego pleców, który wystarczy zignorować, by w końcu ucichł. Najchętniej wsiadłby do samochodu, zatrzasnął drzwi i odjechał, pozostawiając za sobą zarówno rozmowę z Sawyerem Wrightem, jak i wszystko, co zdążyło się wydarzyć w ciągu ostatnich kilkunastu minut.
Wściekłość wciąż buzowała w nim z trudną do opanowania siłą. Mieszała się z zażenowaniem, którego nie miał najmniejszej ochoty przed sobą przyznawać, a tym bardziej pokazywać komukolwiek innemu. Zaciskał pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie. Mięśnie szczęki pracowały pod skórą, zdradzając napięcie, którego nie potrafił rozładować żadną rozsądną myślą. Nie był człowiekiem przyzwyczajonym do tego, że coś wymykało mu się z rąk. Jeszcze mniej odpowiadała mu świadomość, że ktoś inny mógłby dostrzec, jak bardzo go to uwiera.
Po drodze kopnął większy kamyk leżący na chodniku. Ten potoczył się kilka metrów dalej i zniknął gdzieś przy krawężniku, nie przynosząc mu nawet odrobiny satysfakcji. Dopiero kiedy dotarł do samochodu, wyciągnął kluczyki. Nacisnął przycisk pilota, a światła pojazdu rozbłysły dwukrotnie, sygnalizując gotowość do przyjęcia pasażerów. Daniel szarpnął za klamkę i otworzył drzwi, po czym wsiadł do środka z takim impetem, jakby to właśnie samochód był odpowiedzialny za jego niepowodzenie. Chwilę później zamknął je z głośnym trzaśnięciem. Szyba niebezpiecznie zadzwoniła w ramie.
Nie rozumiał. Irytowało go to bardziej, niż chciałby przyznać, ponieważ zwykle lubił sam kontrolować sytuację. Nie rządzić. Kontrolować. Był przekonany, że potrafi dostrzegać zależności, których inni nie zauważali, i wyciągać wnioski, zanim ktokolwiek zdążył zadać właściwe pytanie. Na tym zresztą polegała część jego przewagi. Umiał słuchać, kiedy należało słuchać, i mówić, kiedy należało mówić. Potrafił wyczuć moment, w którym rozmówca zaczynał się wahać, a następnie wykorzystać to zawahanie na swoją korzyść. Nie bez powodu uważał, że w ich duecie to on jest tym lepszym. Szybszym w myśleniu, sprawniejszym w działaniu, bardziej przekonującym w rozmowie.
Przynajmniej do tej pory nie miał szczególnych powodów, by sądzić inaczej. A jednak Sawyer Wright, człowiek, którego nazwisko przewijało się w rozmowach zarówno po tej, jak i po drugiej stronie prawa, postanowił przekazać informacje właśnie j e j. Nie jemu. Gonzalez, która w jego oczach była uosobieniem wszystkiego, co poprawne, przewidywalne i pozbawione charakteru.
Taka miałka. Taka sztywna. Zawsze z wyprasowanym w kant mundurem, zawsze pilnująca, by zachowywać się odpowiednio, zawsze gotowa przypomnieć o regulaminie, procedurach i całym tym zbiorze zasad, które Daniel uważał za przydatne przede wszystkim wtedy, kiedy pozwalały komuś uniknąć odpowiedzialności. Beatriz miała w sobie coś, co niezmiennie go drażniło. Nie chodziło nawet o samą poprawność, ale o tę jej nieznośną konsekwencję. Potrafiła stać przy swoim, choć nie robiła tego w sposób, który Daniel uznawał za szczególnie efektowny. Nie musiała podnosić głosu, żeby się sprzeciwić. Czasami wystarczało jej spojrzenie albo krótka uwaga, wypowiedziana z pozornym spokojem, który doprowadzał go do szału znacznie skuteczniej niż otwarta kłótnia.
Nie miała jego gadki. Nie potrafiła, przynajmniej w jego przekonaniu, tak łatwo przeciągać ludzi na swoją stronę. Nie była też przesadnie przebojowa. A jednak to ona dostała od Wrighta to, czego potrzebowali.
Czym więc sobie zasłużyła? Co takiego dostrzegł w niej człowiek, który nie miał żadnego obowiązku pomagać komukolwiek z nich? Daniel nie lubił pytań, na które nie znał odpowiedzi, zwłaszcza jeśli dotyczyły jego własnej pozycji. Jeszcze mniej lubił sytuacje, w których musiał dopuścić myśl, że być może ktoś inny potrafił zrobić coś lepiej. Dlatego najprościej było uznać, że Wright miał jakiś powód, którego jeszcze nie znał. Może chciał zbyć ich oboje, przekazując adres osobie, która wydała mu się mniej problematyczna. Może specjalnie skierował ich na niewłaściwy trop. A może, co irytowało Daniela najbardziej, zrobił to zupełnie świadomie, uznając, że Beatriz jest kimś, komu warto udzielić informacji.
Nie. Ta ostatnia możliwość zdecydowanie mu się nie podobała. Przesunął się na fotelu i zacisnął dłonie na kierownicy, zanim jeszcze zdążył uruchomić silnik. W lusterku dostrzegł własną twarz – napiętą, z ustami ściągniętymi w wąską linię i spojrzeniem, którego nie chciał pokazywać partnerce. Nie zamierzał pozwolić, by zobaczyła, jak bardzo go to dotknęło. Sam przed sobą mógł udawać, że chodziło wyłącznie o skuteczność ich pracy. O informacje. O to, że Wright nie powinien być traktowany jak człowiek, który rozdziela przysługi według własnego widzimisię.
Tyle że gdzieś pod tymi całkiem racjonalnymi argumentami tkwiło znacznie mniej wygodne uczucie. Zwyczajna, paląca uraza, że w tej konkretnej sytuacji to nie j e g o wybrano.
W końcu Beatriz zjawiła się przy samochodzie. Przemierzyła ostatnie metry szybkim krokiem, wyraźnie zirytowana jego zachowaniem, po czym otworzyła drzwi pasażera i wsunęła się na fotel. Zamknęła je znacznie ostrożniej niż on, a następnie odwróciła głowę w jego stronę. Jej ciemne oczy były pełne niezrozumienia. Poruszała ustami, mówiąc coś pośpiesznie, z uniesioną brwią i zmarszczonym czołem, jakby próbowała jednocześnie zadać kilka pytań i zmusić go do wyjaśnienia, co właściwie przed chwilą się wydarzyło.
Daniel nawet jej nie słuchał. Mógł się domyślić, o co pytała. Dlaczego odszedł bez słowa. Co go ugryzło. Czy zamierzał wreszcie przestać zachowywać się jak obrażone dziecko i powiedzieć jej, co się dzieje. Beatriz zawsze miała w sobie tę irytującą potrzebę zrozumienia wszystkiego, zanim uznała sprawę za zamkniętą. Nie wystarczała jej sama odpowiedź, jeśli nie pasowała do reszty. Potrafiła wracać do tematu tak długo, aż w końcu musiał albo podać jej konkretny powód, albo otwarcie przyznać, że nie zamierza rozmawiać.
Właściwie nie powinno go to zaskakiwać. Znał ją wystarczająco długo. A jednak akurat teraz jej obecność wydawała mu się wyjątkowo nie na miejscu. Gonzalez wiecznie nie rozumiała. Albo nie chciała rozumieć. Czasami Daniel nie potrafił już odróżnić jednego od drugiego, co zresztą było dla niej wygodne, bo pozwalało jej udawać, że to on komplikuje wszystko wokół siebie. Może zresztą w pewnym sensie miała rację. Na razie nie miał jednak zamiaru tego roztrząsać.
Przekręcił kluczyki w stacyjce, uruchomił silnik i wcisnął sprzęgło.
– Dostałaś informacje, wracamy – rzucił szorstko, przecinając jej wypowiedź, zanim zdążyła przejść do kolejnego pytania. Nie spojrzał przy tym na nią, skupiając wzrok na przedniej szybie. Ton miał wystarczająco chłodny, by uciąć rozmowę, ale nie na tyle ostry, by otwarcie przyznać, że jej obecność doprowadza go w tej chwili do granic cierpliwości. Nie zamierzał się tłumaczyć. Nie teraz, kiedy sam jeszcze nie potrafił uporządkować własnych myśli.
Pozostawała też kwestia jego drugiej pracy. Nie mógł przecież być w dwóch miejscach jednocześnie, a skoro Wright postanowił pokrzyżować mu plany, Daniel musiał znaleźć sposób, by rozegrać resztę wieczoru tak, żeby nie narobić sobie dodatkowych problemów. Miał już wystarczająco dużo na głowie. Ostatnie, czego potrzebował, to konieczność tłumaczenia się komukolwiek, dlaczego nie pojawił się tam, gdzie powinien.
Beatriz nie odezwała się więcej. Przez całą drogę z obrzeży Mississaugi w kierunku centrum siedziała w milczeniu, odwrócona ku oknu. Miasto przesuwało się za szybą w przygaszonych barwach, a samochód powoli przedzierał się przez coraz gęstszy ruch. Daniel prowadził, nerwowo postukując palcami o kierownicę. Co kilka chwil zerkał w lusterka, obserwując pojazdy za nimi, choć w gruncie rzeczy niewiele uwagi poświęcał temu, co działo się na drodze. Myślami wciąż wracał do rozmowy z Wrightem.
Dlaczego przekazał lokalizację właśnie Beatriz? To pytanie nie dawało mu spokoju. Mógł oczywiście przyjąć, że był to przypadek. Wright nie musiał przecież wiedzieć wszystkiego o ich zawodowej relacji, a już tym bardziej orientować się w tym, że Daniel pracował również jako ochroniarz gangu. Może chciał po prostu pozbyć się ich z oczu, rzucając adres, który pozwoli im zająć się czymś innym. Może uznał, że Beatriz będzie łatwiejsza do zbycia, albo że Danielowi nie warto niczego mówić. Każda z tych możliwości wydawała się równie prawdopodobna, a żadna nie przynosiła mu satysfakcjonującego wyjaśnienia.
Najbardziej uwierało go jednak to, że nie wierzył w zdolności perswazji swojej partnerki. Nie w takim sensie, w jakim sam je rozumiał. Beatriz była zbyt miękka, zbyt łagodna, zbyt przywiązana do zasad, żeby z łatwością wyciągać informacje z ludzi, którzy nie mieli najmniejszego interesu w tym, by je ujawniać. Nie umiał sobie wyobrazić, by Wright dał się przekonać samą uprzejmością czy tym jej spokojnym, rzeczowym sposobem zadawania pytań. Jeśli więc powiedział jej coś istotnego, musiał istnieć inny powód.
Może to ona wiedziała coś, czego Daniel nie wiedział. Może powiedziała coś w czasie rozmowy, co przemknęło mu obok uszu. A może Wright po prostu uznał, że warto ją potraktować poważnie. Ta ostatnia myśl była wyjątkowo nieprzyjemna.
Daniel miał świadomość, że nie powinien reagować w ten sposób. Nie przy niej. Nie wtedy, kiedy każde jego zachowanie mogło wzbudzić pytania. W końcu wciąż mieli działać razem. Bez względu na różnice, które ich dzieliły, byli partnerami, a przynajmniej tak należało to przedstawiać. Nie mógł pozwolić, żeby Beatriz zaczęła podejrzewać, że cokolwiek jest nie tak. Nie powinien dawać jej powodów do analizowania jego reakcji, dopatrywania się nieścisłości ani zadawania kolejnych pytań, które mogłyby doprowadzić do niewygodnych wniosków.
Przez chwilę zerknął na nią kątem oka. Siedziała spokojnie, wpatrując się w świat za szybą. Nie wyglądała na obrażoną, raczej na zamyśloną, choć nie miał pewności, co właściwie chodziło jej po głowie. Zacisnął usta, a następnie wypuścił głośno powietrze.
Nie mógł tak po prostu wrócić do zwykłego zachowania. Zbyt duża zmiana nastroju zwróciłaby jej uwagę, a przecież nie chciał dawać jej kolejnego pretekstu do rozmowy. Potrzebował czegoś, co pozwoliłoby mu rozładować napięcie, odwrócić uwagę od spotkania i sprawić, że reszta drogi upłynie bez niepotrzebnych pytań.
W ostatniej chwili skręcił gwałtownie w prawo. Beatriz, wyrwana z własnych myśli nagłą zmianą kierunku, odwróciła głowę. Jej brwi powędrowały w górę, a spojrzenie przesunęło się z drogi na Daniela, który zdążył już przybrać znacznie bardziej beztroski wyraz twarzy. Posłał jej ten swój krzywy, głupkowaty uśmieszek, który zwykle pojawiał się wtedy, gdy zamierzał coś zbyć żartem albo udawać, że sytuacja jest znacznie mniej skomplikowana, niż w rzeczywistości.
– Wjedziemy po pączki – zadecydował z miną człowieka, który właśnie wpadł na wyjątkowo dobry pomysł. – Premii nie zobaczymy, to chociaż się porządnie nażremy.
Beatriz uniosła brwi jeszcze wyżej. Przez kilka sekund przyglądała mu się z wyraźną podejrzliwością, jakby próbowała ustalić, czy właśnie była świadkiem nagłej zmiany nastroju, czy kolejnej z jego niezbyt udanych prób odwrócenia uwagi. Znała ten uśmiech. Wiedziała, że Daniel potrafił nim przykryć niemal wszystko, od zwykłego zakłopotania po znacznie poważniejsze sprawy, których nie chciał poruszać. Bywało, że jego lekkość rzeczywiście pomagała rozładować atmosferę. Innym razem sprawiała, że miała ochotę uderzyć go czymś ciężkim w głowę.
Tym razem nie była pewna, do której kategorii powinna zaliczyć jego zachowanie.
– Już ci przeszło? – zapytała w końcu.
Daniel zatrzymał samochód, po czym oparł łokieć o zagłówek za jej głową i nachylił się nieznacznie w jej stronę. Wykonał ten ruch z przesadną swobodą, jakby jeszcze przed chwilą nie zachowywał się tak, jakby miał ochotę rozszarpać gołymi rękami wszystko, co znalazło się w zasięgu wzroku.
– Nie umiem się na ciebie gniewać, s k a r b i e – odparł, wsuwając okulary na nos i uśmiechając się zawadiacko, tak by odsłonić zęby.
Beatriz prychnęła pod nosem. Nie lubiła, kiedy tak ją nazywał. Słowo wypowiadane przez niego z tą charakterystyczną swobodą miało w sobie coś protekcjonalnego, nawet jeśli Daniel najpewniej nie przywiązywał do niego większej wagi. Nie spotykali się, nie łączyło ich nic poza pracą, chociaż Reedowi nieraz przeszło przez myśl, że Gonzalez mimo wszystko była niezłą dupką. Jednakże zwracał się w podobny sposób do niemal każdej kobiety, która akurat znalazła się w jego zasięgu.
– Gniewać? Przecież to ty zachowujesz się jak gówniarz – odparła, kręcąc głową. Nie zdążyła jednak powiedzieć nic więcej, ponieważ Daniel już wyskoczył z samochodu. Zatrzasnął drzwi, poprawił kurtkę i skierował się w stronę budynku z białym szyldem i czerwonym napisem "Tim Hortons", jakby właśnie tam czekało rozwiązanie wszystkich jego problemów.
– Gdybym wyłożyła wszystko od razu, chciałbyś mnie w ogóle słuchać? – zapytała, siląc się na spokojny ton, choć z każdą kolejną sekundą coraz trudniej przychodziło jej utrzymanie pozorów opanowania. Znała odpowiedź.
Uniósłszy nieco wyżej podbródek, pozwoliła, by chłodne krople deszczu spływały wzdłuż jej skroni, zbierały się na linii szczęki i opadały na przemoczony kołnierz kurtki. Było jej zimno. Materiał ubrania nieprzyjemnie przylegał do skóry, wilgotne kosmyki włosów przyklejały się do policzków, a buty nasiąkły wodą do tego stopnia, że przy każdym ruchu czuła nieprzyjemne zimno wokół stóp. Mogłaby skupić się na tych drobnych, fizycznych niedogodnościach. Wmawiać sobie, że to właśnie przez przenikliwy chłód drżały jej dłonie, że napięcie mięśni wynikało z dyskomfortu, a serce łomoczące w piersi było jedynie reakcją organizmu na przemoczenie i stres.
Każde z tych wyjaśnień byłoby jednak równie wiarygodne, co bezczelne kłamstwo, którym próbowałaby przykryć coś znacznie mniej wygodnego. Bała się. Nie musiała nawet szczególnie analizować własnych odczuć, by dojść do tego wniosku. Jej ciało zdawało się wiedzieć swoje i nie zamierzało czekać na pozwolenie rozsądku ani tym bardziej na zapewnienia, że przecież nic złego jeszcze się nie wydarzyło. Mięśnie pozostawały napięte, oddech nie chciał układać się w równy rytm, a uwaga, zamiast podążać za własnymi myślami, nieustannie wracała do mężczyzny stojącego naprzeciwko. Do jego twarzy, ust wykrzywionych w grymasie przypominającym coś na kształt upiornego uśmiechu i spojrzenia, w którym próżno było szukać choćby odrobiny ciepła. Wystarczyła chwila, żeby po plecach przebiegł jej kolejny dreszcz, a nieprzyjemne mrowienie rozlało się aż po czubki palców.
Obcowanie z ludźmi pokroju Wrighta uczyło, że nie zawsze należało czekać na wyraźny sygnał ostrzegawczy. Czasami wystarczała zmiana tonu, ledwie dostrzegalny ruch albo szczególna cisza zapadająca tuż przed tym, nim sytuacja wymykała się spod kontroli. Beatriz nie musiała widzieć, jak Sawyer traci cierpliwość, żeby brać pod uwagę możliwość, że właśnie zbliża się do jej granicy. Nie potrzebowała również jego zapewnień, że nic jej nie grozi. Nie przypuszczała zresztą, by podobne słowa miały paść z jego ust, a gdyby nawet się pojawiły, nie potrafiłaby uznać ich za wiarygodne.
Problem polegał na tym, że tym razem nie miała nikogo, kto mógłby pomóc jej ocenić sytuację. Wystarczyło pomyśleć o Danielu, by poczuła nieprzyjemny ucisk gdzieś pod mostkiem. Nie był to najlepszy moment na wspomnienia, a jednak umysł uparcie wracał do człowieka, który przez długi czas pozostawał stałym punktem jej zawodowej codzienności. Do irytującego, aroganckiego Reeda, który potrafił doprowadzić ją do szału, po czym zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Do partnera, z którym spieranie się o najdrobniejsze szczegóły stało się niemal częścią ich rutyny. Do mężczyzny, na którego mogła spojrzeć w trakcie trudnej rozmowy, by sprawdzić, czy powinna jeszcze naciskać, czy może lepiej odpuścić. Do człowieka, który nie zawsze postępował rozsądnie, ale przez długi czas był obok, gdy sytuacja robiła się nieprzyjemna.
Nie oznaczało to, że zawsze mu ufała bez zastrzeżeń. Daniel miał wystarczająco dużo wad, by niejednokrotnie wystawić jej cierpliwość na próbę. Potrafił być nieprzewidywalny, zbyt pewny siebie i przekonany, że jego własny sposób załatwiania spraw jest jedynym skutecznym. Bywały chwile, kiedy miała ochotę zostawić go na środku korytarza i pozwolić, żeby sam zmierzył się z konsekwencjami swoich decyzji. Zdarzało jej się również kwestionować jego osądy, szczególnie gdy ten zaczynał zachowywać się tak, jakby zasady obowiązywały wszystkich poza nim.
Mimo to znali się. Wiedzieli, czego mogą się po sobie spodziewać, nawet jeśli nie zawsze potrafili się ze sobą zgodzić. Beatriz znała jego zwyczaje, sposób mówienia i irytujące przyzwyczajenia. Wiedziała, kiedy próbował obrócić coś w żart, a kiedy jego beztroska była jedynie zasłoną dla czegoś, o czym nie chciał rozmawiać. Czasami wystarczał jej jeden rzut oka, żeby zrozumieć, że coś poszło nie tak, choć Reed z uporem godnym lepszej sprawy próbował wmówić jej coś zupełnie innego.
Dopiero z perspektywy czasu niektóre z tych drobnych zachowań zaczęły układać się w niepokojący ciąg. Nie wiedziała jednak, w którym momencie powinna była uznać, że chodzi o coś więcej niż jego zwykłą skłonność do komplikowania wszystkiego. Nie potrafiła też z całą pewnością wskazać chwili, w której ich zawodowa relacja zaczęła obrastać w niedopowiedzenia, przemilczenia i pytania, na które nie otrzymywała odpowiedzi.
Teraz nie miało to już większego znaczenia. W tej uliczce Daniel był jedynie myślą, do której mogła się odwołać, ale nie człowiekiem, który mógłby stanąć obok niej. Nie było jego głosu, który przerywałby niezręczną ciszę, ani krzywego uśmiechu, którym próbował rozładowywać napięcie, nawet jeśli czasem robił to w najmniej odpowiednim momencie. Nie było nikogo, kto mógłby przejąć rozmowę, dać jej kilka sekund na zebranie myśli albo zwyczajnie przypomnieć, że nie musi sama dźwigać całego ciężaru sytuacji.
Była s a m a.
Ta świadomość uderzała mocniej, niż się spodziewała. Nie dlatego, że nigdy wcześniej nie musiała radzić sobie w pojedynkę, ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna samotność wydawała się czymś znacznie bardziej konkretnym niż zwykły brak towarzystwa. Miała postać przestrzeni między nią a wyjściem z uliczki. Przybierała kształt przemoczonych rękawów, które ograniczały swobodę ruchów, i dłoni, których nie potrafiła rozluźnić. Mierzyła się z nią w każdym uderzeniu serca, w każdym kolejnym oddechu, który musiała świadomie wymuszać, żeby nie zdradzić, jak niewiele dzieliło ją od paniki.
Przy pasku miała Glocka. Broń, która w odpowiednich okolicznościach dawała możliwość obrony, a w razie konieczności również odebrania komuś życia, powinna stanowić przynajmniej namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Tymczasem w obecności Wrighta jej ciężar wydawał się niemal symboliczny. Metalowy przedmiot przypięty do pasa nie czynił z niej osoby nietykalnej, nie niwelował różnicy w budowie ciała i nie gwarantował, że zdołałaby po niego sięgnąć, zanim Sawyer zrobiłby coś, czego nie dałoby się już cofnąć.
Nawet gdyby spróbowała go obezwładnić, szanse pozostawały marne. Wright był większy, silniejszy i bez wątpienia równie dobrze wyszkolony. Nie miała też żadnego powodu, by zakładać, że przyszedł tutaj nieuzbrojony. Mogła powtarzać sobie, że przecież zna procedury, że wie, jak reagować w sytuacjach zagrożenia, że ma za sobą szkolenie i doświadczenie. Żaden z tych argumentów nie zmieniał jednak faktu, że w tej konkretnej chwili nie potrafiła nawet znaleźć dogodnego momentu, by swobodniej nabrać powietrza.
Zabawne, jak szybko człowiek potrafił przeliczyć własne szanse na przetrwanie, kiedy przestawał mieć nad czymkolwiek kontrolę.
Tak się skupiłaś na liczeniu moich szans, że zapomniałaś o swoich.
Słowa Wrighta powróciły do niej z nieprzyjemną wyrazistością. Wystarczyło wspomnienie wypowiedzianego przez niego zdania, by żołądek zacisnął się w ciasny supeł. Nie musiał podnosić głosu ani silić się na szczególnie wyszukaną groźbę. Potrafił sprawić, że zwyczajne słowa nabierały ciężaru ostrzeżenia, a ona zaczynała zastanawiać się, czy przypadkiem nie zdradziła zbyt wiele samym sposobem, w jaki na niego patrzyła.
Przez krótką chwilę miała ochotę po prostu się odwrócić. Ruszyć przed siebie, nie oglądać się za siebie i przestać udowadniać samej sobie, że potrafi zachować zimną krew w sytuacji, w której rozsądek podpowiadał coś zupełnie innego. W głowie rozległ się niemal alarmujący sygnał.
Uciekaj.
Nie analizuj. Nie negocjuj. Nie próbuj ratować rozmowy. Weź dupę w troki, Beatriz, i zniknij stąd, póki jeszcze możesz.
Tyle że rozsądek, choć wyjątkowo donośny, niekoniecznie szedł w parze z możliwościami. Wystarczyło spojrzeć na odległość dzielącą ją od wyjścia z uliczki, na mokre podłoże pod stopami i na sylwetkę Wrighta, by zrozumieć, jak niewiele musiałby zrobić, żeby ją dogonić. Ucieczka mogła okazać się jedynie niepotrzebnym sprowokowaniem człowieka, którego i tak nie należało prowokować. Co więcej, gwałtowny ruch mógł zostać potraktowany jako zagrożenie, a ona nie miała pojęcia, jak Sawyer zareagowałby na próbę zerwania rozmowy.
Pozostawało więc stać, mówić i mieć nadzieję, że uda się znaleźć odpowiednie słowa, zanim którekolwiek z nich straci cierpliwość.
Kurwa, Daniel, dlaczego zmusiłeś mnie do tego?
Pomyślała o nim z desperacją, w której poza strachem kryła się również trudna do przełknięcia pretensja. Oczywiście, że to musiało przypaść jej. Oczywiście, że musiała znaleźć się w sytuacji, z której nie potrafiła wycofać się bez ryzyka, że cała sprawa zakończy się niepowodzeniem. Nawet teraz, kiedy Reeda nie było przy niej, wciąż ponosiła konsekwencje decyzji, których nie podejmowała samodzielnie. A przynajmniej nie takich, które podjęłaby, gdyby miała pełną swobodę wyboru.
Miała dość powodów, by czuć do niego żal. W ostatnim czasie nazbierało się ich zresztą więcej, niż chciała przed sobą przyznać. Jednak żaden z nich nie był teraz na tyle istotny, by pomóc jej wydostać się z tej uliczki. Mogła obwiniać Daniela później. Mogła wrócić do wszystkich pytań, które pozostawił bez odpowiedzi, i do każdej sytuacji, w której musiała domyślać się tego, czego nie chciał jej powiedzieć. O ile będzie miała ku temu okazję.
Nie zdążyła rozważyć niczego więcej.
Sawyer ruszył gwałtownie, niczym drapieżnik, który uznał, że dalsze czekanie nie ma sensu. Jeszcze przed momentem dzieliła ich przestrzeń pozwalająca jej przynajmniej udawać, że sytuacja pozostaje pod kontrolą. Teraz ta odległość zniknęła niemal natychmiast. Wright chwycił ją za kurtkę i przyciągnął do siebie z taką łatwością, jakby nie ważyła nic więcej niż garść mokrego materiału. Beatriz nie zdążyła nawet porządnie zareagować. Jej ciało zesztywniało, zanim umysł nadążył za tym, co się wydarzyło, a w następnej chwili poczuła się niebezpiecznie uwięziona w jego uścisku.
Serce uderzyło jej o żebra z taką siłą, że przez moment odniosła wrażenie, jakby miało wyrwać się z klatki piersiowej. Krew odpłynęła z twarzy, dłonie zesztywniały, a żołądek podszedł jej do gardła. Każda komórka jej ciała zdawała się krzyczeć w panice, domagając się natychmiastowej reakcji, której nie potrafiła z siebie wydobyć. Nie było w tym nic z filmowej odwagi ani opanowania, które tak łatwo przypisywało się policjantom, oglądając ich z bezpiecznej odległości. Strach nie pytał o doświadczenie, szkolenie czy przygotowanie. Nie interesowało go, ile razy ćwiczyła odpowiednie procedury i jak często przypominała sobie, że w sytuacji kryzysowej przede wszystkim trzeba myśleć. Wystarczyła jedna chwila, jeden nagły ruch i brutalne odebranie jej przestrzeni, by wszystko, co uważała za przydatne, nagle stało się trudne do wykorzystania.
Nie mogła nawet uciec spojrzeniem. Jej brązowe oczy, szerzej otwarte pod wpływem zaskoczenia, zatrzymały się na twarzy Wrighta. Strach wyraźnie przeważał w nich nad nieustępliwością, chociaż gdzieś pod tą pierwszą, instynktowną reakcją wciąż próbowała odnaleźć resztki własnej godności. Nie chciała dać mu satysfakcji. Nie chciała, żeby zobaczył, jak bardzo ją przeraził, choć musiałby być ślepy, żeby nie dostrzec napięcia, które odbierało jej swobodę ruchów.
Nie potrafiła całkowicie zamaskować tego, co działo się pod skórą. Jeden z mięśni twarzy drgnął nieznacznie, zdradzając zmianę nastawienia, a jej spojrzenie nabrało sztywności, której nie było tam wcześniej. To nie była odwaga. Jeszcze nie. Raczej rozpaczliwa próba zebrania się w sobie, zanim strach przejmie nad nią całkowitą kontrolę.
Przypomniała sobie, że nie stała przed nim jako policjantka. To rozróżnienie powinno być proste. Przyszła tu prywatnie, bez wsparcia kolegów, bez możliwości odwołania się do autorytetu służby. Była cywilem, który miał do załatwienia pewną sprawę, a nie funkcjonariuszką prowadzącą przesłuchanie. Tylko że w obliczu kogoś takiego jak Sawyer podobne rozgraniczenia wydawały się niemal groteskowe. Nie miała munduru, który mógłby stanowić jakąkolwiek barierę, ale wciąż pozostawała sobą: kobietą przyzwyczajoną do obserwowania ludzi, szukania w ich zachowaniu nieścisłości i podejmowania decyzji na podstawie tego, co udało jej się dostrzec.
Problem polegał na tym, że tym razem nie ufała własnej ocenie. Każdy jego ruch mógł coś znaczyć albo nie znaczyć niczego. Każda sekunda milczenia wydawała się przeciągać w nieskończoność, a ona nie potrafiła zdecydować, czy bezpieczniej będzie odezwać się pierwsza, czy też niepotrzebnie w ten sposób przedłuża spotkanie. Próbowała przypomnieć sobie wszystko, czego nauczyła się o ludziach, o ich reakcjach i o tym, jak zachowywać się w sytuacji zagrożenia. Jednak jej własne myśli przestały układać się w logiczny ciąg. Zamiast nich pojawiały się urywki, pojedyncze obserwacje i pytania, które mnożyły się szybciej, niż była w stanie na nie odpowiedzieć.
Jak mocno ją trzymał? Czy mógł wyczuć, jak bardzo drżała? Czy zauważył, że przez ułamek sekundy próbowała odsunąć ciężar ciała, jakby chciała przygotować się do wyrwania z jego uścisku? Czy powinna uspokoić głos, czy może lepiej nie udawać, że jest spokojna? A jeśli uzna, że próbuje nim manipulować? Jeśli odczyta jej słowa jako próbę sprowokowania go albo, co gorsza, jako dowód, że nie traktuje go poważnie?
Nie miała odpowiedzi na żadne z tych pytań. A jednak musiała działać tak, jakby wciąż potrafiła przewidywać następstwa własnych decyzji.
Deszcz spływał po ich twarzach, wsiąkał w ubrania i osiadał na rzęsach. Zimne krople przecinały skórę, lecz Beatriz ledwie je zauważała. Cała jej uwaga skupiała się na człowieku znajdującym się niebezpiecznie blisko i na konieczności zachowania choćby pozorów rozsądku. Wiedziała, że nie może pozwolić sobie na długi, urywany oddech ani na wypowiedzenie czegoś, co zabrzmiałoby jak prośba. Nie chciała błagać go o nic, tak samo jak nie zamierzała udawać, że nie rozumie, w jakim położeniu się znalazła.
– Nie chodzi o Dużego Lemmy'ego – odpowiedziała cicho, starając się z całych sił panować nad głosem. Nie wyszło jej to tak, jak planowała. Słowa zabrzmiały słabiej, niż zamierzała, a kiedy próbowała ułożyć w głowie dalszą część wypowiedzi, miała wrażenie, że myśli rozsypują się na pojedyncze, niepasujące do siebie fragmenty. Im dłuższe zdanie chciała wypowiedzieć, tym trudniej przychodziło jej utrzymanie równomiernego tonu. Musiała pilnować jednocześnie własnego oddechu, mimiki, spojrzenia i każdego słowa, a świadomość, że Sawyer znajduje się na wyciągnięcie ręki, nie pozwalała jej skupić się na żadnej z tych rzeczy w pełni.
Przełknęła ślinę, próbując pozbyć się nieprzyjemnego ucisku w gardle.
– Mówiłam już, że jestem s a m a – ostatnie słowa zabrzmiały niemal jak przypomnienie, choć w rzeczywistości były zapewne równie potrzebne jej samej, co jemu. Sama. Bez Daniela. Bez nikogo, kto mógłby w odpowiedniej chwili wtrącić się do rozmowy, odciągnąć uwagę Wrighta albo choćby dać jej kilka sekund na zebranie myśli. Nie mogła liczyć na to, że ktoś pojawi się nagle na końcu uliczki, a nawet gdyby tak się stało, nie miała pojęcia, czy taka niespodziewana obecność poprawiłaby jej sytuację, czy jedynie skomplikowała ją jeszcze bardziej.
W tej chwili była zdana na własne słowa i rozsądek, który z każdym kolejnym uderzeniem serca coraz trudniej było jej utrzymać w ryzach. Mimo wszystko uniosła podbródek nieznacznie wyżej. Ten drobny ruch nie zmieniał właściwie niczego. Nie zwiększał jej szans, nie odbierał Sawyerowi przewagi i nie stanowił żadnego rzeczywistego wyzwania. Pozwalał jej jednak zachować odrobinę złudzenia, że wciąż ma wpływ na to, jak prezentuje się w jego oczach. Że nie jest wyłącznie przestraszoną kobietą, której wystarczyło odebrać przestrzeń, by pozbawić ją pewności siebie.
Chciała wierzyć, że nawet jeśli strach był widoczny, nie musiał oznaczać całkowitej bezradności. Nie było w tym niczego szczególnie bohaterskiego. Nie czuła się odważna, nie miała wrażenia, że wreszcie odzyskała kontrolę, a tym bardziej nie uważała, by samym uniesieniem podbródka mogła coś udowodnić człowiekowi takiemu jak Wright. To był drobny, niemal bezwiedny gest, rozpaczliwa próba przypomnienia sobie, że nadal pozostaje sobą, nawet jeśli okoliczności wyraźnie jej o tym nie przypominały.
Próbowała znaleźć w sobie coś, czego mogłaby się uchwycić: zawodową dyscyplinę, upór, zwykłą przekorę. Cokolwiek, co nie pozwoliłoby jej rozpłynąć się w tym jednym, przytłaczającym uczuciu. Być może dlatego, kiedy ponownie zabrała głos, zdecydowała się wreszcie powiedzieć to, po co właściwie przyszła.
– Daniela Reeda. Mojego byłego partnera – wyjaśniła niemal szeptem.
Nazwisko opuściło jej usta z wyraźnym wahaniem. Nie dlatego, że zapomniała, jak nazywał się człowiek, którego przez lata znała lepiej niż wielu innych, ani dlatego, że nagle zwątpiła w sens własnych słów. Po prostu w tej konkretnej chwili samo wypowiedzenie go wydawało się czymś niebezpiecznie bliskim przekroczeniu granicy, której istnienia dotąd nie chciała uznawać.
Jakby nazwisko Reeda miało ciężar większy niż zwykłe przedstawienie sprawy, a jego dźwięk mógł przyciągnąć uwagę ludzi, o których istnieniu wolałaby nie wiedzieć. Jakby Daniel rzeczywiście zdążył zniknąć w półświatku tak głęboko, że teraz nawet wspomnienie o nim stanowiło ryzyko, którego nie potrafiła właściwie oszacować.