Strona 2 z 2

the one with the great escape

: pn lis 02, 2026 8:36 pm
autor: Leo Rosenhall
Najgorsza była myśl, która pojawiła się w jego głowie tego poranka.

Czy gdyby nie porzucił Paris kilka lat temu to… czy w ogóle uległby wypadkowi, który wyłączył go z wyścigów? Czy gdyby wtedy od niej nie odszedł, gdyby nie zostawił jej ze złamanym sercem, czy jego życie potoczyłoby się inaczej? Gdyby Paris była przy nim, czy nadal czułby tę ślepą potrzebę udowadniania całemu światu swojej wartości? Po tym jak widzieli się ostatni raz, ściganie stało jego jedynym azylem i jednocześnie obsesją; musiał wygrywać. Musiał być najlepszy, szybszy od każdego skurwiela na trasie, bez względu na ryzyko, bez względu na koszty… Jakby wygrana mogła zagłuszyć pustkę w jego sercu, którą sam stworzył. I to właśnie ta chora fiksacja zepchnęła go prosto w ramiona wypadku. Gdyby te kilka lat temu daliby sobie szansę, może jej ogień uspokoiłby jego mrok, zamiast pchać go prosto w stronę krawędzi… A teraz znów to czuł, znów prowadził. Tylko że dzisiaj, siedząc obok niej w kabinie ryczącego lambo, czuł coś zupełnie innego.

Ten wyścig, ta ucieczka, ta noc pełna ryzyka, adrenaliny i wolności - to wszystko miało dziś zupełnie inny smak. Po raz pierwszy nie uciekał przed własnymi demonami ani nikomu niczego nie próbował udowadniać; teraz walczył o nią. O Paris. O każdą wspólną sekundę. Ich relacja poniekąd zatoczyła koło; błądzili po omacku tylko po to, żeby natknąć się na siebie i wzniecić pożar nie do ugaszenia. Byli dla siebie jednocześnie ucieczką i domem. Nie musiał niczego udawać ani tłumić. A gdy zsuwała palce na jego skórzaną kurtkę… Czuł… Nie… Wiedział, że oddałby dla niej absolutnie wszystko. Nawet gdy pytała, czy słyszał, co robi się z problemami. - Rozbiera? - rzucił z rozbawieniem w odpowiedzi i na tym zakończyła się ich rozmowa, bo sekundę później pędzili na złamanie karku i rozpoczęli GRAND THEFT AUTO 5 (bo 6 jeszcze nie wyszło).


🍁 🍁 🍁


Zaledwie kwadrans później udało im się uciec policji. Pijani adrenaliną i satysfakcją, czuli się tak, jakby po raz kolejny rozbili bank, dopóki... w jednej chwili całe Toronto po prostu nie zgasło. Wyłączyło się, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z gniazdka. Nastała tak nienaturalna, niepokojąca wręcz cisza, że aż zaczęło dzwonić Rosenhallowi w uszach. To musi być jakaś globalna awaria… Leo w dalszym ciągu gładził talię Kingsley, jakby ten gest bardziej uspokajał jego niż ją. - Dziwne - skomentował cicho, po czym zmarszczył brwi i przyciągnął ją mocniej do siebie, żeby osłonić ją przed chłodnym wiatrem i… wtedy rozległ się trzask łamanej gałązki. Nagle wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko; Kingsley odsunęła się od niego, jej dłoń zasłoniła mu usta, a potem bez słowa zaczęła wyrzucać torebkę, swój telefon, z jego kieszeni również wyszarpała portfel i komórkę… i rzuciła to wszystko głęboko w krzaki. Dobrze, że zatkała mu usta, bo już chciał pytać, co ona odkurwiała za teatrzyk z wyrzucaniem ich rzeczy na ziemię? Naprawdę nie rozumiał, dlaczego to robiła i dlaczego pozbywała się wszystkiego w takim pośpiechu… dopóki zza drzew nie wyłoniły się dwa cienie, a do jego gardła nie przylgnęła chłodna stal. Ktoś właśnie przyłożył do jego szyi nóż i chwycił za ramiona do tyłu.


Nie ruszaj się.


Nie myślał o sobie. Mózg mu się zaciął i był w stanie myśleć tylko i wyłącznie o Rissy stojącej naprzeciwko niego. Chciał, żeby była bezpieczna. Nie odrywał od niej wzroku; zesztywniał, gdy drugi z mężczyzn zaszedł ją od tyłu i bezczelnie ułożył dłoń na jej ramieniu. Leo szarpnął się bezmyślnie, ale ostrze natychmiast wcięło się w jego skórę. Na jego czarną koszulkę skapnęła czerwona kropla krwi, która od razu wsiąkła w materiał. - Zabieraj od niej te łapska - warknął Leo, tym razem jednak nieruchomiejąc, mimo że w jego oczach szalał ogień. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, koleś stojący za Paris padłby trupem.

Mężczyźni tylko się zaśmiali. Jeden z nich przylgnął do Rissy, obłapiając ją ramionami, a Leo zacisnął szczękę tak mocno, że aż zgrzytnęły mu zęby. Czuł tak ogromną bezradność i bezsilność jak nigdy w życiu; stał tuż obok niej, a nie mógł pomóc jej w żaden sposób. Czy było gorsze uczucie dla mężczyzny? Przez całe życie sam decydował o wszystkim; polegał na swoich reakcjach, sile, kontroli, wiedzy. Podejmował decyzje i dokonywał wyborów. Teraz… stał nieruchomo z nożem przyciśniętym do gardła i patrzył, jak obcy skurwiel naruszał przestrzeń jego kobiety, a on nie mógł zrobić absolutnie nic. Nie miał żadnego wyboru. Nie mógł podjąć żadnej decyzji. Zaczęła wzbierać w nim złość. - Zrobię ci ładniejszą uśmiechniętą buźkę na szyi, jak się nie zamkniesz - mruknął nożownik prosto do ucha Leo, dociskając ostrze mocniej. - Auto i kaska brzmią spoko, ale może najpierw zobaczymy, co tam jeszcze chowasz pod tą spódniczką, hm? - powiedział do Paris ten drugi, który dalej trzymał ją w objęciach i akurat umieścił dłoń na jej biodrze.

Ten widok sprawił, że Leo wkurwił się tak bardzo, że aż adrenalina uderzyła do głowy i zaczął słyszeć w uszach własne tętno. Ten. Cwel. Dotykał. Paris. Miał ochotę rozszarpać tego frajera na strzępy. - Zostawcie ją, kurwa - warknął Leo i sprowokowany szarpnął się znowu, obojętny na to, co stanie się z jego szyją. Tak naprawdę pieczenie na jego skórze tylko podsyciło jego obłęd. Jednak nagle dostrzegł przerażenie w oczach Paris i… dotarło do niego, że jeśli ktoś zaraz poderżnie mu gardło, ona zostanie z nimi sama. Opanuj się, Rosenhall. Dla Rissy. - Dobra, dobra! - wyrzucił z siebie po krótkiej chwili, unosząc dłonie w obronnym geście. Odetchnął głęboko i policzył do trzech, bo do dziesięciu to by nie dał rady. - W kieszeni mam kluczyki do lambo z zeszłego roku, zaparkowaliśmy je pod mostem. Wiecie, ile jest warte? - zadał pytanie retoryczne, bo odpowiedź brzmiała, że dużo w chuj. W tym czasie nacisk noża na jego gardle nieznacznie zelżał; facet zamarł, najwyraźniej przeliczając sobie w głowie sumę. Leo nie odrywał wzroku od Paris i modlił się w duchu, żeby nic jej nie zrobili. - Skąd mamy wiedzieć, że nie bujasz? - spytał ten drugi, zerkając niepewnie na swojego kumpla, którego miny Leo nie widział, bo stał tuż za nim. - Puśćcie ją, to was tam zaprowadzę - zaproponował, po razy pierwszy przenosząc wzrok z Rissy na mężczyznę za nią, bo wiedział, że jego kolejne słowa się jej nie spodobają. - Ona tu zostanie, a ja pójdę z wami - dodał, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości.

let her go

the one with the great escape

: wt lis 03, 2026 7:56 pm
autor: Paris Kingsley
Srebrny łańcuszek, zawieszony na szyi Paris, nagle wydawał się wypalać bolesną dziurę w jej skórze. Miała ochotę zerwać go i cisnąć nim wprost za odjeżdżającym samochodem, ale zamiast tego, Rizz nie ruszyła się nawet o milimetr. Stała w tym samym miejscu, zupełnie nieruchomo, dopóki pojazd całkowicie nie zniknął jej z oczu, a wraz z nim to otępiające, nieznośne uczucie, które niespodziewanie zawładnęło jej sercem. Nie mogła go winić za postawienie kariery na pierwszym miejscu. Wiedziała przecież, że o tym właśnie zawsze marzył, a mimo to poczuła się, jakby ją... porzucił? Nastolatka przestąpiła z nogi na nogę, odrywając spojrzenie od drogi, gdy łzy brutalnie zabłysnęły w jej oczach. Po prostu wyjedzie na jakiś czas, ale wróci, racja? Przecież zawsze wracał.

***


O wielu rzeczach, nie mieli jeszcze okazji porozmawiać, a przecież powinni to zrobić na samym początku. Przez tę parę długich lat, wydarzyło się naprawdę sporo rzeczy, o których warto wspomnieć, bo to właśnie one — przynajmniej w przypadku Rissy — zaważyły na jej codzienności i nowej rzeczywistości. Kingsley nigdy nie powiedziała mu, jak się czuła po jego wyjeździe. Nigdy nie powiedziała otwarcie, jak ciężko było jej przywyknąć do życia, w którym już go nie było. Nie przyznała jak trudno zniosła śmierć ojca i jak zaczęła wierzyć, że miłość wcale nie jest jej dana. Nie wspomniała, że czuła się jak nieudacznik, który niczego nie osiągnął. Nie powiedziała, że tęskniła za nim tak bardzo, że mogłaby teraz wskoczyć za nim w ogień. Na ten moment wolała po prostu przy nim być, nadrobić stracony czas i poczuć, jak to jest, gdy znów miało się niemal cały swój świat na zaledwie wyciągnięcie ręki. Obawiała się, że niektóre rozmowy, mogłyby tylko wszystko skomplikować. Bo to wciąż wydawało się dla niej cholernie nierealne. Przecież Rosenhall mógł mieć każdą.

A po tym wszystkim i tak to właśnie ją pytał, czy da im szansę.

Kingsley obserwowała uważnie całe otoczenie. Szukała czegokolwiek, co mogłoby im teraz pomóc. Próbowała nie dać po sobie poznać, jak bardzo się denerwowała i przejmowała tym jebanym nożem przy jego szyi. Z jednej strony rozsadzała ją furia, a z drugiej ludzki strach, przenikający niemal do kości, gdy tylko jej wzrok zatrzymywał się na sztylecie. To był jakiś żart. Dopiero dostała go z powrotem! Cholera, kochała adrenalinę, ale to... Bywały chwile, gdy znajdowała się w podobnych sytuacjach, ale na szali nigdy nie stało życie, które ceniłaby tak bardzo jak to, należące do Rosenhalla. Jej nie miało tyle wartości. Mogła ryzykować, wystawiać się na niebezpieczeństwo, igrać z ogniem, ale nie on. Nie mogła na to pozwolić. Nie mogła też patrzeć na to wszystko bezczynnie.

Widząc płytkie wcięcie na jego skórze, Paris zupełnie nieświadomie zrobiła krok w jego stronę, jakby jej pierwotnym odruchem było zadbanie o niego. Opatrzenie. Zrobiło jej się niedobrze z nerwów. Jej serce biło w szaleńczym tempie, a żołądek ściskał się ze strachu, bo myślała tylko o tym, żeby nie zrobili mu żadnej krzywdy. Jeśli w tym wszystkim straciłaby jeszcze jego, to byłby dla niej koniec. Nie miałaby nic, co trzymałoby ją przy zdrowych zmysłach. Gdy mężczyzna jeszcze bardziej zaczął ją obłapywać, Rizz jeszcze mocniej się od niego odpychała — nie dlatego, że się bała, ale dlatego, że ten dotyk ją odrażał.

To zabawne, że w takiej sytuacji myśleli jedynie o sobie nawzajem. Minęło tak niewiele czasu, a żadne z nich nawet się nie wahało.

Kingsley miała ochotę wrzasnąć, żeby Rosenhall przestał. Dlaczego tak dla niej ryzykował? Oszalał? Dziewczyna zacisnęła mocno wargi i zaczęła kręcić głową, jakby w ten sposób chciała dać mu do zrozumienia, żeby nie walczył z nimi. Na szczęście, Leo zaczął myśleć podobnie do niej; skoro już mieli to chrzanione auto, to mogli się go pozbyć i może tym samym utorować sobie drogę do ucieczki. Po raz kolejny. Kurwa, ileż to jeszcze razy będą dzisiaj zwiewać? Jak nie przed policją to przed jakimiś przestępcami? — Nie — powiedziała ostro. Rissy nie była jedną z tych kobiet, które pozwoliłyby, żeby się dla nich poświęcano. Nie czekała na ratunek. Jeśli mieli wydostać się z tego cało, to tylko we dwójkę. — Pójdziemy razem albo wcale — rzuciła poważnie.

— No proszę, waleczny ten kiciuś — mruknął mężczyzna do jej ucha, a ona siłą woli powstrzymywała się, żeby go nie spoliczkować. — Ja poczekam tutaj z dziewczynką, a wy pójdziecie po auto. Nie macie nic więcej pochowane po tych kieszeniach? — zapytał, wciskając palce w kieszeń jej spódniczki na tyłku, który bezczelnie ścisnął. Cóż, siła woli poszła się aktualnie jebać, bo podniósł jej na tyle ciśnienie, że z całej siły uderzyła go kolanem w krocze. To był wystarczająco niespodziewany atak, że napastnik, trzymający nóż odsunął go z zaskoczeniem od szyi Rosenhalla. A to wszystko przy akompaniamencie syren policyjnych gdzieś w tle. Nagle zapanował jakiś... chaos, w którym dziewczyna dostrzegła szansę na ratunek. — Leo! Teraz — krzyknęła, gdy mężczyzna złapał ją w pasie, jak przestał już zginać się z bólu, bo najpewniej jeszcze go tym podkurwiła.

Albo właśnie dała mu szansę na walkę, ucieczkę lub podjęcie jakiejkolwiek decyzji albo...
Mieli naprawdę przejebane.

fuck them!

the one with the great escape

: ndz lis 08, 2026 3:59 pm
autor: Leo Rosenhall
trigger warning
przemoc, krew

Byli w potrzasku. W sytuacji bez wyjścia. Leo ledwo przełykał ślinę, czując, jak zimna stal noża wcinała mu się w skórę przy każdym, najmniejszym oddechu. Mózg pracował mu na najwyższych obrotach i dziwił się, że był w stanie zachować trzeźwość i przejrzystość myśli. Paradoksalnie… nigdy wcześniej nie czuł tak jasnej przytomności umysłu, a zarazem tak obezwładniającej bezsilności. Nigdy nie miał zatargów z szemranymi typami; ba, nie miał z nimi najmniejszego doświadczenia. Pochodził z dobrego domu, a na wyścigach zawsze czuł się bezpieczny - miał obstawę, był popularny... Teraz jednak żadna z tych rzeczy nie miała znaczenia i w sumie to… Bogu niech będą dzięki, że ci degeneraci go nie poznali, bo wtedy mogliby mieć jeszcze bardziej przejebane. Nie przychodziło mu do głowy żadne rozwiązanie. Nie wiedział, jak mogli z tego wyjść, jak mógł uratować siebie i przede wszystkim jak ochronić Paris, która stała jednocześnie tak blisko niego, a tak daleko, z rękami tego drugiego śmiecia na swoim ciele…

Odkąd ich drogi zeszły się ponownie, minęło dość niewiele czasu, a on i tak wiedział już, że skoczyłby za nią w sam środek piekła. Zrobiłby dla niej wszystko.

Wszystko.

Nawet teraz, gdy zaprotestowała i nie chciała puścić go samego, był w stanie poświęcić dla niej wszystko, ale oczywiście, że się nie zgodziła. Wiedział, że tak będzie... Znał ją. Dlaczego nawet teraz musiała być uparta jak osioł? - Rizz - rzucił ostro, ostrzegawczo, dalej na nią nie patrząc, bo wiedział, że gdyby tylko na nią spojrzał, gdyby tylko zobaczył strach w jej oczach… to jego postanowienia pękłyby jak szkło. Zmiękłby, a nie mógł sobie na to pozwolić; nie w tej chwili, jeśli chciał, żeby była bezpieczna. Czy ona w ogóle zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji? Chociaż raz mogłaby ustąpić. - Wrócę - dodał, w końcu na nią przelotnie zerkając, żeby dodać jej otuchy, no i… Cholera, ten widok sprawił, że serce aż mu się ścisnęło. Stała tam, naprzeciwko niego, a ten drugi skurwiel najpierw nazwał ją "kicią", a potem wsunął dłoń w tylną kieszeń jej spódniczki. W oczach Leo znów zapłonął gniew; jego dłoń znów zacisnęła się w pięść na znak frustracji; znowu chciał się szarpnąć i prawdopodobnie pożegnać z życiem, gdy…

Kingsley nawet nie mrugnęła, kiedy wpakowała swoje kolano prosto w krocze kolesia stojącego za nią. Typ zgiął się wpół, wydając z siebie dziwny dźwięk, a zaskoczony napastnik z nożem odruchowo opuścił ostrze o kilka centymetrów w dół. To była ta chwila. Dar od losu, który został im podarowany.


LEO! TERAZ!


Nie musiała powtarzać mu dwa razy. W jednej sekundzie wyrwał się z uścisku, odwrócił i trafił typa pięścią prosto w ryj. Z jego nosa momentalnie trysnęła krew i zatoczył się do tyłu; ale Leo już na to nie patrzył, od razu rzucił się na tego drugiego, który wciąż trzymał Paris. Złapał go za koszulę, szarpnął i uderzył pięścią w jego szczękę, a gdy zaczął się osuwać, poprawił uderzeniem kolanem prosto w twarz. Mężczyzna padł na wznak i… zemdlał. Jeden mniej. Zanim jednak Leo zdążył złapać oddech, usłyszał świst powietrza za plecami; ten pierwszy, z rozwalonym nosem i z furią w oczach, rzucił się na niego z nożem. - Uciekaj! - zawołał do Paris, odwracając się w ostatnim momencie. Napastnik wpadł na niego z takim impetem, że obaj runęli na ziemię. Rosenhall wylądował plecami na zeschłych liściach i… zaczęła się brutalna szarpanina.


Najważniejsze, że Paris była bezpieczna.


Tylko o tym myślał, gdy zacisnął obie dłonie na przedramieniu mężczyzny, żeby powstrzymać ostrze, które centymetr po centymetrze zbliżało się do jego klatki piersiowej. Mięśnie drżały mu z wysiłku i nie mógł złapać porządnego oddechu; każdy centymetr jego ciała protestował, ale adrenalina i wola przetrwania pchały go do przodu. Z desperackim okrzykiem zdołał w ostatniej chwili przekręcić nadgarstek napastnika, zmieniając kąt natarcia, po czym wykorzystał resztki swojej siły woli, żeby wbić ostrze w jego prawy bark. I nagle nastała cisza - cały świat stanął w miejscu. To było… dziwne uczucie. Facet zamarł, rzucił Rosenhallowi zaskoczone spojrzenie, a po chwili… jego ciało zwiotczało i opadł na klatkę piersiową Leo. Aż tak go bolało, że zemdlał? Kurde, może tak…? Musiał stracić przytomność z szoku i bólu. Krew zaczęła skapywać na kurtkę Leo. Dopiero wtedy, gdy poczuł na sobie ciężar obcego ciała, zaczęło do niego docierać, co się właściwie wydarzyło.

Zranił człowieka. Po raz pierwszy w życiu posunął się do takiego rodzaju przemocy, że kilka centymetrów w drugą stronę i… nóż przebiłby facetowi serce. Z odrazą zepchnął z siebie ciało mężczyzny, po czym zerwał się na równe nogi i, ciężko dysząc, odszukał wzrokiem Paris. Dopadł do niej w dwóch krokach i zamknął ją w swoich ramionach, tak mocno, jakby od tego zależało całe jego istnienie. Dopiero po dłuższej chwili odsunął się od niej, by spojrzeć na jej twarz i jego wzrok padł na jej koszulkę, którą ubrudził krwią. Cofnął się o krok i spojrzał na swoje dłonie, jakby nie należały do niego. - Co… co ja zrobiłem? - wykrztusił, tępo wpatrując się w czerwień na swoich dłoniach i ubraniu Kingsley.

Miał w głowie pustkę. Nie myślał o niczym. Ani o tym, że powinni spierdalać, ani o tym, że mogliby udzielić mężczyznom pierwszej pomocy. W głowie miał jedną wielką, białą plamę.

hello, darkness, my old friend

the one with the great escape

: ndz lis 08, 2026 5:34 pm
autor: Paris Kingsley
I've been feelin' so self destructive, but I love it
I'm feelin' dizzy


Paris doskonale zdawała sobie sprawę z powagi całej tej sytuacji i niebezpieczeństwa, które nad nimi ciążyło. Nie była ślepa ani głupia. Najbardziej niespotykaną dla niej rzeczą w całym tym szaleństwie było jednak to, że... Po raz pierwszy, nie musiała mierzyć się z tym zupełnie sama. Było to pokrzepiające, bo samotność nigdy na dłuższą metę jej nie służyła, ale z drugiej strony, naprawdę ją to przerażało. Na samą myśl o tym, że to Leo miał przytknięty nóż do swojego gardła, robiło jej się niedobrze. Nie mogła go stracić. Nie dopuszczała tego do swojej świadomości i byłaby w stanie zrobić wszystko, co tylko by rozkazali, jeśli mogłoby go to uratować. Kingsley gorączkowo zastanawiała się nad jakimś logicznym rozwiązaniem, bo przecież zawsze kręciła się w szemranym towarzystwie. Szczególnie po wyjeździe Leo z miasta, po tym jak zaczęła sięgać po różne, niezbyt zdrowe substancje odurzające. Była przyzwyczajona do ryzyka, które zwykle świadomie podejmowała. Tylko na szali zawsze było jej życie, a nie drugiego człowieka, jeszcze tak wiele dla niej znaczącego.

Rizz zacisnęła mocno usta, gdy usłyszała ostrzegawczy ton jego głosu. Była uparta, to prawda i nie istniało nic, co w obecnej sytuacji, przekonałoby ją do puszczenia go z nimi samego. To jak podpisanie na niego wyroku śmierci, a nie zamierzała się do tego przyczyniać. Ona za to, twardo wbijała spojrzenie w jego sylwetkę; w jej głowie panował chaos, ale próbowała znaleźć ten milimetr przewagi, który mógłby ich uratować. Nie sądziła jednak, że kopniak, który zaserwuje jednemu z oprawców, rozpęta takie... piekło, bo ciężko było to nazwać jakkolwiek inaczej. Rissy zachłysnęła się powietrzem, gdy obcy mężczyzna chwycił ją mocno w pasie, choć bardziej zszokował ją widok Leo, powalającego napastnika paroma ciosami.

Uciekaj!


Jedyne, co była w stanie zrobić to wycofać się na chwiejnych nogach, by nie zostać stratowana przez tą całą przepychankę. Oparła się o pień drzewa za swoimi plecami, jakby musiała się czegoś przytrzymać, by nie opaść na kolana z emocji, które szalały teraz wewnątrz jej serca i głowy. Gdy jeden z nich opadł na Rosenhalla, głuchy krzyk wyrwał się z jej gardła, ale wiedziała, że jeśli tylko zrobi krok w jego stronę, prawdopodobnie go zdekoncentruje. Nie mogła pozwolić sobie na błąd i emocjonalność. Zacisnęła dłoń w pięść tak mocno, że jej długie paznokcie niemal poraniły wnętrze jej ręki. Serce biło z zawrotną prędkością, a oddech ugrzązł gdzieś w klatce piersiowej. Dopiero, gdy ciało mężczyzny zwiotczało, Rizz drgnęła zszokowana. Wieczór zapowiadał się tak... nieszkodliwe i niewinnie. Kiedy to wszystko wymknęło im się spod kontroli?

Paris nie odrywała od niego spojrzenia, gdy Leo podniósł się cały i zdrowy. No prawie. Objęła go mocno, gdy tylko ją dopadł i zacisnęła palce na jego karku, czując jak wszystko w niej drży. Boże, tak bardzo go potrzebowała, że sama myśl o potencjalnej stracie niemal rozrywała ją od środka. Nie obchodziła ją krew na jego dłoniach, kurtce lub nawet na jej własnej bluzce. To nie miało dla niej żadnego znaczenia. Liczyło się to, że byli cali.

Co… co ja zrobiłem?


— Uratowałeś nas — powiedziała stanowczo, dostrzegając jego puste spojrzenie. Chwyciła jego twarz w dłonie, nakierowując jego wzrok na siebie. — Leo. To była samoobrona — wycedziła, bo ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowali było roztrzęsienie i poczucie winy. — Uratowałeś nasze życie, rozumiesz? Skup się — powiedziała, wbijając paznokcie w jego policzki, by do niej wrócił. Po krótkiej chwili, Paris wstrzymała oddech, podchodząc do dźgniętego mężczyzny i przycisnęła palce do jego tętnicy. Oddychał, więc to było najważniejsze. Gorzej byłoby, gdyby go zabili. To... znacznie wszystko by skomplikowało. Kingsley podniosła się, zabierając ich rzeczy, które w pośpiechu wyrzuciła, po czym podeszła do Rosenhalla i wsunęła jego własność do kieszeni kurtki. Musiała myśleć trzeźwo. Pierwszy z mężczyzn zaczął się lekko poruszać, więc dziewczyna chwyciła Leo za nadgarstek i zaczęła ciągnąć go w stronę wyjścia z parku. — Nic mu nie będzie — zapewniła, pośpieszając go, bo chciała stąd już zniknąć. — Wypierdol te kluczyki — mruknęła, wsuwając dłoń w jego kieszeń, by wyrzucić je gdzieś za sobą. Najlepiej, żeby wszystko zostawili za sobą i skorzystali z black outu, jak z drugiej szansy.

Jakieś piętnaście minut później, Rissy załatwiła im pokój w jakimś obskurnym motelu, gdzie mogła zapłacić gotówką. Wezwanie taksówki nie było najlepszym rozwiązaniem, jeśli Leo był ubrudzony krwią, podobnie jak kręcenie się po mieście, kompletnie pozbawionym prądu. Kingsley czuła się, jakby trafili w sam środek jakiegoś thrillera. Zatrzasnęła za nimi drzwi, przyzwyczajając oczy do ciemności. — Siadaj. Opatrzę cię — mruknęła cicho, popychając go, by przysiadł na krawędzi łóżka. Martwiła się, a jednocześnie miała ochotę nim potrzasnąć, bo przecież ich uratował. Żyli. Nic im więcej nie groziło. — Leo... Mów do mnie, bo za moment oszaleję — poprosiła, stając przed nim między jego nogami, jeszcze nie ruszając się z miejsca. Dla niej takie życie było czymś normalnym, skoro desperacko szukała wrażeń. Podejrzewała, że jednak dla niego mogło to być coś nowego. Nie chciała zostawiać go w tym wszystkim samego.

you saved us, love