Strona 2 z 2

the darkest night comes before the dawn

: pn wrz 28, 2026 11:09 pm
autor: Rhys Madden
Było nie tak i było nie tak.
Granica była subtelna. Sam nie wiedział, kiedy Margo ją przekroczyła - Margo, która od samego początku tej sprawy wydawała mu się bardziej spięta niż zwykle, bardziej niechętna do przychodzenia do komisariatu niż przejawiała to od początku ich znajomości.
Dzisiejszy dzień przyniósł im stosunkowo spokojną dniówkę, a mimo to znajdywał ją zamyśloną, tkwiącą przy ekspresie, który zdążył już nalać kawę i patrzącą się bezmyślnie w przestrzeń. Kiedy zaś, tuż przed końcem ich oficjalnej zmiany, zostali wezwani na miejsce przez kolejne morderstwo, jej emocje były jeszcze bardziej wyczuwalne niż wcześniej.
Było bardzo wiele sensownych wytłumaczeń na to zjawisko.
Przywykł jednak, że to Mercer drążyła fakty, skrupulatnie podchodziła do swojej pracy i zadawała mnóstwo pytań. Nie spostrzegł z początku, kiedy to on przejął tę rolę - zupełnie tak, jakby wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Nagle to ona została oddelegowana do nudnego i prostego zadania, którym mogłaby zabić czas, a on przyglądał się trupowi, chodził wokół miejsca zbrodni i odnotowywał każdy ślad zaznaczony przez techników.
I teraz, gdy odpowiedziała mu pobieżnie i nie wchodząc w szczegóły, by nagle zmienić temat na kamery monitoringu, coś w jego intuicji wreszcie zaskoczyło. Elementy układanki, które wcześniej złożył w sposób, który wydawał mu się sensowny, nagle wydawały mu się powyginane, zmuszone do tkwienia obok siebie choć nigdy nie było im to przeznaczone.
Nagle patrzył na coś zupełnie innego z tym rosnącym przekonaniem, że coś było nie tak.
- Miał kominiarkę. Ściągają nagrania z kamer z banku i wszystkich w okolicy. Jeśli uda im się go zidentyfikować, dowiemy się później. Albo jutro - odpowiedział zdawkowo, skinieniem głowy żegnając się z jednym z oficerów, jakoś odruchowo. Zorientował się, że zawsze ten element był w trakcie ich pracy, choć on przecież ze swoim chamstwem nie witał się ani nie żegnał z nikim, zwyczajnie wchodził i zaczynał pracować.
To zawsze ona to robiła, a teraz on, odruchowo, wypełnił lukę, podczas gdy ona wymaszerowała do samochodu. Jego wzrok tkwił utkwiony w jej plecach gdy stał jeszcze przez chwilę w miejscu, patrząc, jak ta pieprzona układanka przekształca się na jego oczach.
Drzwi samochodu zamknęły się z głuchym odgłosem, wypełniając przestrzeń między nimi ciszą, w której miały paść jej słowa. Wyczuwał je, czekał na nie, tkwiąc obok, wpatrując się uparcie w świat po drugiej stronie szyby i zastanawiając skąd wzięło się to paskudne wrażenie w jego trzewiach, którego nie potrafił się pozbyć.
Odpowiedź przyszła bardzo szybko.
- Co? - warknięcie wydarło się z jego ust zbyt gwałtowne, zbyt ostre by docenić szczerość, na którą się zdecydowała. Jego głowa odwróciła się w jej stronę, spoglądając na profil kobiety, która n i g d y nie kłamała.
Która wręcz zarzucała mu fałsz tak wiele razy, że nie byłby w stanie tego wszystkiego zliczyć. Która nienawidziła tego, jak wiele przed nią ukrywał, a teraz trzymała w sobie własne, potajemne konwersacje z pieprzoną mafią.
- Kiedy? - wycedził, starając się podejść do tego analitycznie nawet, gdy w jego żyłach pojawiło się znajome ciepło wściekłości. - Co kazał ci zrobić?
Foster, Foster. Dlatego nie chciała wejść do tego banku. Dlatego nie chciała nawet przyjrzeć się sprawie, podczas gdy on, jak idiota, próbował wypełniać swój policyjny obowiązek.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

kłamczuszek mercer

the darkest night comes before the dawn

: wt wrz 29, 2026 8:20 am
autor: margo mercer
Jej oczekiwanie nie trwało długo. Już w sekundzie, w tej pieprzonej milisekundzie, w której jej ostatnie słowo wybrzmiało, jego złość wypełniła przestrzeń w samochodzie.
Nie musiał się odzywać ani nawet na nią patrzeć. Dostrzegała ją w drobnych gestach - w tym jak niemalże w tym samym momencie napiął mu się kark, jak dłoń mocniej zacisnęła się na kierownicy, aż knykcie zbielały, jak przyspieszył oddech, a ta jedna żyła na szyi, po jej prawej stronie, wyraźnie się naprężyła. Widziała jak mocno pulsuje w niej krew.
Oczekiwała, aż w końcu wybuchnie. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Wiedziała, że do tego dojdzie, nie zastanawiała się nad tym czy, tylko kiedy.
K i e d y zjedzie gwałtownie na pobocze, wciśnie hamulec zbyt mocno, a samochód szarpnie do przodu, zatrzymując się w jednej chwili. K i e d y spojrzy na nią spojrzeniem tak ciemnym, że gdyby go nie znała, mogłaby ze strachu uciec w popłochu. K i e d y wyrzuci jej w złości, bez jakiejkolwiek kontroli, że jest głupia, że nie myśli o konsekwencjach, że to nie jej pieprzona sprawa i obowiązek, żeby wyciągać ich z tego całego gówna. K i e d y ona wreszcie nie wytrzyma i w rozgoryczeniu wysiądzie z auta, dbając o to, żeby jebnąć drzwiami tak mocno, by samochód zadrżał w posadach.
C z e k a ł a.
- Czy to w ogóle istotne kiedy? - odparła, starając się zachować spokój, bo dla niej najważniejsze było to, że Carbone w ogóle to zrobił. Że po raz kolejny znalazł sposób, żeby wejść pomiędzy nich i wykorzystać to, co wiedział o ich sytuacji. Zamiast zlecić posprzątanie kolejnego syfu Maddenowi, jak robił to wcześniej, wybrał jej numer i przez kilka minut bardzo spokojnie tłumaczył jej ile korzyści może przynieść ich bliska znajomość.
Wiedziała, że Rhys będzie chciał wiedzieć wszystko. Kiedy zadzwonił, gdzie, co dokładnie powiedział, dlaczego jej, co mu odpowiedziała. Wiedziała też, że każde kolejne pytanie będzie tylko coraz bardziej przypominało jej, że przez cały ten czas świadomie trzymała w tajemnicy przed nim tę rozmowę.
Miała z tego powodu wyrzuty sumienia, choć zrobiła to z konkretnego powodu - takiego, który w jej głowie od początku był ważniejszy od wszystkiego innego. Chciała ich w o l n o ś c i i równie mocno ochronić jego, tak jak on przez cały ten czas próbował chronić ją.
Zatajał rzeczy, bo wiedział jak zareaguje. Podejmował decyzje bez jej wiedzy, bo uważał, że lepiej, żeby nie musiała się w to mieszać. Robił rzeczy, których nie chciał jej mówić, bo sądził, że dzięki temu będzie bezpieczniejsza. Ona zrobiła teraz dokładnie to samo, bo wiedziała, co stałoby się, gdyby powiedziała mu o Carbonie wcześniej. Pragnąłby go z a b i ć, poszedłby prosto do jego nory i się naraził. Zaś perspektywa życia bez niego wywoływała w niej panikę. Nie potrafiła dopuścić do siebie myśli, że któregoś dnia mogłaby wrócić do pustego mieszkania, nie usłyszeć więcej jego głosu, nie zobaczyć tego pieprzonego krzywego uśmiechu, nie pokłócić się z nim o coś kompletnie bezsensownego.
- Nie wiem - odparła tym razem szczerze. - Nie powiedziałam mu ani tak, ani nie - wiedziała, że nie to chciał usłyszeć. Zależało mu na konkretach, które pozwoliłaby mu poukładać sobie w głowie całą resztę. - Dał mi czas. Twierdził, że będę wiedziała, jaką podjąć decyzję - jej dłoń ponownie zacisnęła się na pendrivie ukrytym w kieszeni kurtki. Przez kilka sekund jeszcze się wahała, aż w końcu wyciągnęła rękę, a nośnik spoczywał na jej otwartej dłoni.
Odwracając wzrok w kierunku szyby, próbowała znaleźć odpowiednie słowa, ale coraz bardziej irytowało ją samo to, że musiała się tłumaczyć. Doskonale wiedział, dlaczego czasami człowiek wybiera milczenie zamiast prawdy, a i tak to drążył. - Z tego samego powodu dla którego ty ukrywasz tak wiele rzeczy przede mną - odparła lekko sfrustrowana.

z kim przystajesz takim się stajesz

the darkest night comes before the dawn

: wt wrz 29, 2026 1:29 pm
autor: Rhys Madden
Ktoś oceniający ich z perspektywy trzeciej mógłby powiedzieć, że różnica nie była zbyt wielka.
Czy on, czy ona odbierająca telefony od mafioza, który potrzebował przysługi. Od pewnego czasu tkwili w tym gównie razem i dla kogoś niezaznajomionego z zawiłościami prawa, być może byli już w równym stopniu umoczeni.
Ale nie dla niego.
W każdym wariancie przyszłości, który analizował, w sądzie byłaby ogromna różnica między kimś, kto wiedział o łamaniu prawa a kimś kto aktywnie w tym partycypował. Margo wciąż, w jego oczach, dłonie miała czyste. Wciąż nie popełniła żadnego przestępstwa, które na zawsze zmieniłoby bieg jej życia, wciąż miała szansę się z tego wydostać a nie tak jak on, tkwiła w tym zbyt głęboko, posiadając zbyt wiele obciążających dowodów.
Margo była c z y s t a.
Jej pewność sensowności ich zawodu była niezachwiana. Wciąż nosiła swoją odznakę z dumą, nawet jeśli odrobinę ta duma w ostatnim czasie ucierpiała. Wciąż była w stanie patrzeć w swoje lustro każdego dnia. To była jedna granica, może subtelna, może cienka, której nie zamierzał przekraczać.
Nie zamierzał jej tego odbierać ani nie zamierzał pozwalać, by ktokolwiek odebrał to j e j.
- Istotne - odrzucił, wyłącznie po to, by jej zaprzeczyć. Jego dłoń zacisnęła się na kierownicy gdy mknęli naprzód, w stronę komisariatu, na którym, jak każda n o r m a l n a para, zwykle zrobiliby nockę usiłując ogarnąć sprawę Fostera.
Sprawę, która już miała swoje zakończenie, tyle, że nie zostało ono napisane przez nich.
- Świetnie. Dał ci czas na zastanowienie się nad twoją karierą zawodową i przyszłością. Jest bardzo wyrozumiały - dodał sarkastycznie bo, wbrew temu, jakie miała na jego temat zdanie, s t a r a ł się zachowywać zimną krew.
Nawet w sytuacji takiej jak ta.
Wyłącznie dlatego, że jeszcze niczego nie zrobiła. Dlatego, że przyszła do niego nim zgodziła się na wykonanie przysługi dla samego diabła, dla którego już on musiał pracować. Jego myśli krążyły w zawrotnym tempie, usiłując poskładać to wszystko w sensowną całość - przecież o n był już tym psem na posyłki. Nie potrzebowali Mercer. Wciąż wykonywał polecenia, wciąż robił to, czego od niego oczekiwali.
Nie rozumiał, dlaczego chcieliby wciągnąć do tego Margo. Musiało to stać w sprzeczności z jego własnymi zasadami bądź tkwić za granicą tego, co był skłonny dla nich zrobić.
- Czyli rozumiem, że to nie twój detektywistyczny instynkt podpowiadał ci, że są z tym gównem powiązani? - zapytał sarkastycznie, potrafiąc powstrzymać się od złości, ale nie od ironicznego komentarza. Cała ich konwersacja przed bankiem i w nim wydawała się teraz bezsensowna, gdy Mercer operowała na zupełnie innym zestawie informacji niż on.
Cóż, przynajmniej wiedział, jak czuła się z n i m.
- Było w skrytce? - zapytał, dostrzegając wyciągniętą w jego stronę dłoń i leżący na niej pendrive. Wolna ręka przeniosła się z drążka zmiany biegów w górę, łapiąc przedmiot nawet, jeśli nie planowała mu go dać. - Zdajesz sobie sprawę z tego, jak głupio zrobiłaś nie przychodząc z tym do mnie?

might be too late for me but not for you

the darkest night comes before the dawn

: wt wrz 29, 2026 5:54 pm
autor: margo mercer
Widziała to zupełnie inaczej.
Według niej, tak samo jak on, nie miała już wyjścia. Jeśli ktokolwiek dowiedziałby się prawdy o nim, pociągnąłby na dno również ją. Czy naprawdę była czystsza tylko dlatego, że nie trzymała w rękach broni? Czy nie miała na swoich rękach krwi w równym stopniu co on, skoro posiadała wiedzę o tym, że Moretti wyszedł na wolność zupełnie bezprawnie? Czy była bez winy, jeśli świadomie zgodziła się, by jego akta zostały wyczyszczone, a w ich miejsce pojawiły się dokumenty obciążające jakiegoś przypadkowego człowieka?
Nie była c z y s t a.
Miała na swoim sumieniu zdecydowanie za dużo, żeby budzić się rano spokojnie, z uśmiechem na ustach zerkać we własne odbicie w lustrze, z dumą wkładać odznakę do kieszeni i nie zastanawiać się, po której stronie barykady powinna stanąć. To wszystko było wyłącznie złudzeniem w oczach Maddena. Być może oszukiwał sam siebie, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia związane z tym, że wciągnął ją w świat, który krok po kroku odbierał jej wszystko - dokładnie tak, jak kiedyś odebrał wszystko jemu.
Ta rozmowa w kilka minut wyssała z niej resztki energii, które jeszcze tliły się w jej ciele. Wiedziała już w chwili, gdy po drugiej stronie słuchawki usłyszała głos Carbone'a, że to nie skończy się dobrze. Nie istniało dobre rozwiązanie tej sytuacji, bo c o k o l w i e k by postanowiła, c o k o l w i e k by zrobiła, prędzej czy później doprowadziłoby ich do tego samego miejsca.
Albo właśnie tak jak teraz musiałaby tłumaczyć się, dlaczego postąpiła w ten sposób, przełknąć gorzką pigułkę jego rozczarowania i wściekłości, a przy tym ze wszystkich sił pilnować się, żeby nie powiedzieć zbyt wiele i za kilka minut nie żałować każdego wypowiedzianego słowa. Albo wybrałaby zupełnie odwrotny scenariusz, powiedziała mu wszystko od razu i skończyliby oboje stojąc przed Carbonem w jego norze, podejmując pochopne decyzje, które już raz zaprowadziły ich niemalże na skraj śmierci.
Zaciskając mocno szczękę, puściła mimo uszu jego ironiczne uwagi, być może dlatego, że przez ostatnie miesiące zdążyła już do nich przywyknąć. Wiedziała, że Rhys często mówił rzeczy, których tak naprawdę nie myślał, szczególnie kiedy emocje zaczynały brać górę nad rozsądkiem. - A kto, kurwa, może być powiązany z tym, że w ciągu kilkunastu dni zginęło paru naszych? - odparła, równie złośliwie co on. Być może w jego słowach było ziarno prawdy. Może to właśnie telefon od Carbone'a nakierował jej myślenie na Ventrescę, wolała jednak myśleć, że s a m a na to wpadła. Że to właśnie jej detektywistyczny instynkt zaprowadził ją prosto do tego miejsca.
Zadrżała zaskoczona, kiedy sięgnął po pendrive i zabrał go z jej dłoni. Była na to przygotowana, nie bez powodu wyciągnęła rękę z przedmiotem w jego stronę, a mimo wszystko poczuła nagły przypływ w ś c i e k ł o ś c i. - Jasne - prychnęła pod nosem. - Przewidywałam, jak g ł u p i o z kolei postąpiłbyś ty, gdybyś tylko się o tym dowiedział - obserwowała go z boku, śledząc każdy jego ruch. Chciała wiedzieć, gdzie schowa dysk, a przede wszystkim mieć pewność, że nie spróbuje sprawdzić jego zawartości sam.
- Jakie inne mamy wyjście? Co byś zrobił? Poszedłbyś do niego, pogroził paluszkiem, mówiąc, żeby się ode mnie odpierdolił? - doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że przesadza. Złość była łatwiejsza niż przyznanie, że tak naprawdę była przerażona. Że od kilku godzin próbowała znaleźć rozwiązanie, w którym żadne z nich nie ucierpi. Tymczasem mafiozo sprawił w bardzo łatwy sposób, że siedząc obok człowieka którego kochała najbardziej na świecie, po raz kolejny musiała udowadniać, że jej decyzje nie wynikały ani z głupoty ani braku zaufania.

i lied to protect you

the darkest night comes before the dawn

: śr wrz 30, 2026 1:44 am
autor: Rhys Madden
Definicja bycia brudnym bądź czystym w policyjnej kartotece mocno zależała od punktu siedzenia.
To nie tak, że od samego początku jemu było wszystko jedno. Wręcz przeciwnie, był taki czas, w którym każde jego akta wypełniane były idealnie, każda procedura musiała być dopełniona wzorowo. Odmawiał patrzenia w bok, przymykania oka, odmawiał nawet przekazywania swoim informatorom rzeczy, które byłyby dla nich bezpośrednio szkodliwe.
To wszystko zmieniało się z czasem.
Z początku Carbone wiedział, że nie mógł poprosić go o nic istotnego. Drobnostka - zabranie jakiegoś dowodu, podrzucenie czegoś, wyciągnięcie informacji z akt. Im jednak brnął w to głębiej, tym bardziej ogarniało go to odrętwienie, beznamiętność, która towarzyszyła mu do teraz. Tym bardziej jego umysł potrafił odciąć się od tego, co robił, skupić wyłącznie na sobie bądź na niej, na przetrwaniu do następnego dnia.
Ona jeszcze nie tkwiła w tym miejscu.
Pamiętał szaleństwo, które wdarło się pomiędzy nich gdy dowiedziała się o tym, co robił i dlaczego. Pamiętał wzięty przez nią urlop, odznakę, której nie chciała dotknąć, pracę, którą planowała porzucić. Nie była w stanie spojrzeć na niego ani spojrzeć na siebie, nie potrafiła zaakceptować tego, że wiedziała o nim i jednocześnie wypełniać swojego policyjnego obowiązku.
Granica, jak każda w ich pieprzonym życiu, została przesunięta.
Nagle wraz z nim stawiała się na spotkanie w opuszczonych magazynach i rozmawiała z głową Ventresci. Nagle wiedziała wszystko, o wszystkim, co nie przeszkadzało jej w chodzeniu na komisariat każdego dnia.
Carbone to wiedział.
Przesuwał granicę, tak, jak przesuwał ją u niego. Przesuwał ją do przodu sprawdzając, w którym momencie kręgosłup osoby, którą zamierzał wykorzystać, przestanie się wyginać, w którym pęknie na pół, nie zostawiając niczego po sobie.
A on nie zamierzał pozwolić na to, by dotarła do jego punktu.
- Powinnaś przyjść do mnie - warknął, może nieco głośniej, niż powinien. Problem z jego krótkim lontem był taki, że lont Margo wcale nie był zbyt wiele dłuższy, przez co jej wściekła reakcja na jego wściekłość rezultowała w jeszcze większej ilości wściekłości.
Pieprzona pętla.
Zacisnął dłoń na pendrivie, który mu przekazała. W dzisiejszych czasach podejrzewał, że jedynymi osobami, które z nich korzystały, byli starcy i ludzie mający wrażliwe informacje do przechowania gdzieś, gdzie nikt nie mógł się do nich dostać. Foster coś ukrywał, coś związanego z Carbone'm, a ten chciał, by te dane zniknęły.
Mogły zniknąć, ale nie z jej ręki.
- J a to załatwię - dodał, przerzucając przedmiot do drugiej dłoni i wciskając go do środka kieszeni swojego płaszcza. - Nie ty.
Jego nazwisko pojawi się przy materiale dowodowym. On podpisze sprawozdanie, że w sejfie nie było niczego innego. On potwierdzi, że wszystko zostało przekazane, a procedura dopełniona należycie.
Robił tak przecież dziesiątki razy.
- Nie będziesz dla niego pracować.

the lines move again

the darkest night comes before the dawn

: śr wrz 30, 2026 9:04 am
autor: margo mercer
Ventresca od dawna była ich największą kością niezgody.
Poza nią potrafili być niemal absurdalnie kompatybilni. Uzupełniali się we wszystkim - w codzienności, w podejmowaniu decyzji, nawet w tych wszystkich drobnych rzeczach, które z czasem stawały się naturalne jak oddychanie. Wiedzieli kiedy drugie potrzebuje ciszy, kiedy lepiej odpuścić, wystarczyło j e d n o spojrzenie, aby zrozumieli, co drugie chce przekazać.
Problem zaczynał się wtedy, kiedy w grę wchodziła praca.
Ta czysta i ta brudna.
Wtedy nagle wszystko przestawało być proste. Ona chciała jednego, on drugiego. Ona próbowała zatrzymać jego rękę, kiedy uważała, że zabrnął za daleko, a on za każdym razem próbował odsunąć ją od tego samego gówna, w którym sam tkwił po uszy. Oboje robili to z dokładnie tego samego powodu - chcieli ochronić siebie nawzajem i oboje byli święcie przekonani, że tylko ich sposób miał sens.
- Przestań - wywróciła znużona oczami. - Oczywiście, że powinnam przyjść, ale tego nie zrobiłam. Potrzebowałam przemyśleć to s a m a. Tak jak ty robisz to ciągle, więc przestań mnie teraz umoralniać - jej głos był pełen złości, tak jakby jego własna wściekłość odbiła się od niej i wróciła do niego ze zdwojoną siłą. Miała dość tego tonu, przekonania, że tylko on potrafił przewidzieć konsekwencje. Że tylko on wiedział, co jest dla nich dobre, że jeśli zrobi coś bez konsultacji z nią, jest to konieczność, a jeśli ona zrobi dokładnie to samo - staje się to g ł u p o t ą.
Czuła jak ciasne wnętrze samochodu nagle robi się jeszcze mniejsze, a powietrze cięższe z każdą sekundą. Sięgnęła do pasa i jednym szarpnięciem go odpięła, tak jak robiła to zawsze podczas kłótni w samochodzie. - Może od razu poślesz mnie do kąta za karę i powiesz, żebym wróciła, kiedy zrozumiem co złego zrobiłam? - prychnęła pod nosem, zaciskając zęby tak mocno, że poczuła napięcie rozchodzące się aż na karku.
Przez chwilę patrzyła przez szybę, próbując ochłonąć, ale na nic się to zdało. - Za późno, kurwa - spojrzała na niego, nie starając się nawet pozbyć ironii z własnych słów. - Może powinieneś pomyśleć o tym parę miesięcy temu? - wiedziała, że w końcu dotrą do miejsca, w którym przestaną rozmawiać o tym, co powinni zrobić t e r a z, a zaczną wypominać sobie wszystko, co zrobili w c z e ś n i e j.
- Nawet jeśli będziesz się teraz bawił w bohatera i zrobisz coś dla nich, znajdą sobie coś innego, Rhys - w jej głosie poza irytacją był też strach, którego nie chciała mu pokazać. - Naprawdę sądzisz, że jestem wolna i bezpieczna? Że tylko c i e b i e to dotyczy? - przez moment milczała, zastanawiając się skąd to wynikało. Czy naprawdę wierzył, że jeśli wystarczająco długo będzie sobie powtarzał, że ona nie miała z nimi n i c wspólnego, to wreszcie stanie się prawdą?
Oparła głowę o zagłówek i wypuściła powoli powietrze. - Jestem w tym tak samo jak ty - patrzyła na niego w milczeniu, zdając sobie kolejny raz sprawę z tego, że n i g d y nie dojdą do porozumienia w tej kwestii. Że cokolwiek będą robić, jakąkolwiek któreś z nich podejmie decyzję - zawsze dotrą do tego samego punktu, do tej kłótni, której będą żałować.

Rhys Madden

the darkest night comes before the dawn

: sob paź 03, 2026 10:09 am
autor: Rhys Madden
Mógł się tego spodziewać, a jednak gdy dobiegł do niego dźwięk odpinanego pasa, złość przemknęła pod jego skórą, jego dłonie mocniej zacisnęły się na kierownicy.
Zastanawiał się, czy gdyby posiadali normalne problemy takie jak normalne pary, te kłótnie też wyglądałyby w ten sposób - czy byli fundamentalnie stworzeni tak, by jedno zawsze było ogniem, a drugie dolewanym do niego paliwem.
Problem polegał na tym, że nie sprzeczali się o normalne rzeczy. Sprzeczali się o coś tak subtelnego jak granica między życiem, a śmiercią w przypadku pieprzonej Ventresci - oraz więzienia, tkwiącego gdzieś jako opcja pomiędzy, równie realistyczna jak wszystkie inne.
- Co chciałaś sobie przemyśleć, Margo? - wyrzucił krótko, ze zmęczeniem przemieszanym z drwiną wybrzmiewającymi w jego głosie. - To, czy powinnaś zafałszować wyniki policyjnego śledztwa ponieważ kolega mafiozo cię o to poprosił?
Wiedział, że taka ocena była niesprawiedliwa. Może w innych okolicznościach byłby w stanie powstrzymać złośliwe słowa i zrobić coś pojednawczego, docenić to, że przyszła do niego, choć nie od razu.
A może musiałby być zupełnie innym człowiekiem, żeby tak zrobić.
- To nie ma znaczenia. Niedługo to się wszystko skończy, w ten czy inny sposób - zarzucił, skręcając w kolejną ulicę, która prowadziła ich do komisariatu. O tej porze prawdopodobnie nie uświadczą tam zbyt wielu osób, mało kto bowiem chciał pracować po godzinach w obecnych warunkach. - Carbone sobie z tobą pogrywa. Powiedz mu, że wykonałaś zadanie.
Duma nie była rzeczą, którą szczególnie się przejmował w takiej sytuacji. Moretti niedługo podejmie decyzję, a oni wreszcie pozbędą się jednego z diabłów, nawet jeśli zastąpią go innym. Musieli wyłącznie wysiedzieć na dupach do tego czasu zamiast pakować się w kłopoty.
- Przyjmuj wszystko, co będzie chciał ci dawać - dodał, świadom tego, że prawdopodobnie był to jakiś kiepski sposób na poróżnienie ich, który nie miał prawa zadziałać. To znaczy, oboje kłócili się obecnie w samochodzie, ale nie było to takie poróżnienie, na jakie Sergio z pewnością liczył. - Ale nie chcę, żeby twoje nazwisko znalazło się w jakichkolwiek aktach. Na papierze ja będę to robił.
Było to racjonalne. Pragmatyczne. Jego akta już były całe ujebane, jej były czyste. Odsuwając od siebie moralność oraz filozofię, dorzucenie do tego paru kolejnych przysług dla niego nie zmieniało sytuacji w żaden sposób - a w jej przypadku zmieniało wszystko.
- W moim przypadku to nie ma znaczenia - dodał, wiedząc, że pewnie sama rozumiała jego argumentację, ale chcąc w jakiś sposób załagodzić słowa, które brzmiały jak rozkaz. - Nie siedzimy w tym razem, Margo. Nie do końca.
Razem było względne.
Razem nie uwzględniało wariantu, w którym sprawiedliwość dosięgała ich gdzieś po środku. Tego, w którym on brał całą winę na siebie i tkwił w miejscu, do którego już raz zdecydował się wejść dobrowolnie.
- Chcesz być umoczonym gliną? - warknął, spoglądając w lusterka kontrolnie. - O tym marzyłaś jako dziecko, bawiąc się w korytarzu w policjantów i złodziei?

margo mercer

the darkest night comes before the dawn

: pn paź 05, 2026 6:56 am
autor: margo mercer
Właśnie tego nie chciała - tkwić w tym gównie, które z każdym kolejnym dniem coraz mocniej zaciskało się wokół ich szyi. Nie chciała kolejnych przysług, ani tych sytuacji, w których musieli zastanawiać się czy tym razem przekroczyli granicę, z której nie będzie odwrotu. Nie chciała przede wszystkim tych pieprzonych rozmów, które toczyli, jak teraz ta w samochodzie, bo doskonale wiedziała, że właśnie do niej doprowadził Carbone.
Chwycił za telefon w k o n k r e t n y m celu, wybrał jej numer, a kilka zdań wystarczyło, żeby wprawić w ruch całą lawinę zdarzeń - ten jeden cholerny moment niepewności, w którym po raz pierwszy od dawna pomyślała, że może popełniła b ł ą d. Że powinna była zrezygnować wcześniej, zanim Moretti wyszedł, a Carbone wpadł na pomysł, że może dzwonić do niej. Przed tym, gdy jej życie zostało tak mocno związane z ludźmi, od których chciała ich uwolnić.
Ta myśl trwała ledwie chwilę, była przelotna, ale wystarczyła, by wraz z nią przyszła kolejna fala złości, niosąca za sobą słowa, których normalnie by nie wypowiedziała. - Nie musiałabym się nad tym n i g d y zastanawiać, gdybyś mnie w to nie wciągnął. Przypomnę ci tylko, że to twój pieprzony ciężar, który na mnie zrzuciłeś - nie zdążyła powstrzymać tego potoku, a sekundę później żałowała. Choć te słowa nie były kłamstwem, prawda nie zawsze powinna być wypowiadana w taki sposób.
N i g d y nie uważała, że Rhys celowo zniszczył jej życie. Wiedziała, że najbardziej na świecie żałował tego, że pozwolił jej wciągnąć się w sprawy Ventresci i zbliżyć do Carbone'a. Gdyby mógł cofnąć czas, doskonale wiedziała, że próbowałby zrobić w s z y s t k o, żeby nigdy się o tym nie dowiedziała, a ich drogi się nie przecięły mimo uczucia, które ich połączyło.
Niestety nie dało się tego cofnąć, a jej w chwilach uniesienia i złości ciężko było udawać, że w ogóle nie odczuwa żalu.
Nerwowo wypatrywała w oddali znajomego budynku komisariatu. Potrzebowali przestrzeni, tych kilkunastu albo kilkudziesięciu metrów, które pozwoliłyby im przez kilka minut po prostu na siebie nie patrzeć.
Potrzebowali c i s z y, w której emocje zdążyłyby opaść, a myśli przestałyby formować w głowie byle jakie słowa tylko dlatego, że najłatwiejszą obroną był atak. Niestety droga, która normalnie zajmowała im kilka minut, teraz zdawała się ciągnąć przez kilkadziesiąt. - Jasne - prychnęła pod nosem, odwracając wzrok w stronę szyby. - To było moje największe marzenie. Zaraz obok tego, żeby zakochać się w przestępcy - tym razem na niego nie spojrzała. Kolejne słowa cisnęły jej się na usta, ale je powstrzymywała. Nie chciała za pięć minut żałować i rozpamiętywać każdego zdania, które padło samochodzie i zastanawiać się, którego z nich nie powinna była powiedzieć.
Pięć minut - może siedemset metrów, tyle dzieliło ich od upragnionej ciszy, gdy nagle latarnie, witryny sklepów, światła mijanych budynków - w s z y s t k o, co jeszcze sekundę wcześniej rozświetlało ulice Toronto, nagle zgasło, roztaczając przed nimi kompletną ciemność. Samochody zaczęły hamować jednocześnie, dookoła słychać było klaksony, a przez kilka sekund wewnątrz i c h auta wreszcie żadne z nich się nie odzywało. - Co jest, kurwa? - uniosła pytająco brew, zapominając o kłótni, którą toczyli.

Rhys Madden

the darkest night comes before the dawn

: pn paź 05, 2026 3:45 pm
autor: Rhys Madden
Tama, za którą chowała się jego złość, miała pewien pułap. Potrafił skupiać się na pozytywach, na wszystkim tym, co powinien docenić w obecnej sytuacji - do pewnego czasu. Do pewnego słowa, rzucanego przez Margo prędzej czy później, które działało jak czerwona płachta wymachiwana przed oczami byka.
Ciężar, który na nią z r z u c i ł.
Jedno słowo zbyt dużo, wyczuł to, odrobinę wahania gdy wypowiadała jego drugą połowę. Słowo, które pewnie było wyłącznie złośliwością, ale które sprawiło, że jego szczęka napięła się, kark zesztywniał, twarz odwróciła w jej stronę z wyrazem niedowierzania.
- Ja na ciebie zrzuciłem, Margo? - warknął, pragnąc, by to powtórzyła, by zrobiła to z całkowitym przekonaniem, którego wyłącznie potrzebował by ta rama runęła bezpowrotnie. - Może masz rację.
Jego słowa, pozornie dyplomatyczne, zdolne do zakończenia tej kłótni, w istocie takimi nie były. Przebijał się przez nie jad, którym go zarażała, ten, z którym zaciskał dłonie na kierownicy we wściekłości, naciskając mocniej pedał gazu by przejechać na żółtym świetle nim to zmieniło się w czerwone.
- Może nie pisałaś się na związek z przestępcą i niewystarczająco próbowałem przekazać ci słowo nie, które byś wtedy była w stanie pojąć - kontynuował, nie dostrzegając nawet pierwszych oznak czegoś niepokojącego - mrugających świateł w oknach budynków, jak błysków przed nadchodzącym grzmotem. - Może teraz nie masz wyjścia i musisz kroczyć ze mną ścieżką przestępczości każdego dnia, gdy nie spinasz mi kajdankami nadgarstków.
Ktoś wykonał pierwszy krok na przejściu dla pieszych, pragnąc wymusić zatrzymanie samochodu - a następnie cofnął się, widząc, że czarny dodge wcale nie zamierzał się zatrzymywać. Komisariat był nieopodal. Wystarczyło do niego dotrzeć, zamknąć się w pieprzonej sali przesłuchań i zająć się tym samotnie.
- Próbowałem cię wyciągnąć z tego na każdy sposób, ale żaden ci się nie podobał - wytknął jej w furii, ignorując kolejne błyski, choć z tyłu głowy odnotował, że coś było nie tak. - Nikt nie kazał ci spotykać się z Carbonem, ani wracać do Toronto wtedy, gdy zadzwonił po ciebie Collins. Nikt ci nie kazał iść ze mną do Mimmo's i nikt, kurwa, nie każe ci odbierać telefonów od Carbone'a ani zgadzać się na robienie mu przysług. To jesteś w pełni ty.
Zwolnił, gdy światła nagle zaczęły gasnąć na ulicach, pogrążając świat wokół w mroku. Jej słowa gdzieś tkwiły w jego głowie, w szumie tysiąca myśli, czekając na swoją kolej. Skoki napięcia? Brak prądu?
Z pewnością tymczasowe. Pewnie zwiększą ilość osób na komisariacie, który miał być o tej porze względnie pusty na ich piętrze.
- Może następnym razem zastanów się zanim zaczniesz zamykać mi gębę swoim jesteśmy w tym razem, skoro wcale nie proszę cię, żebyś w tym ze mną była - zakończył wściekle, wymijając zatrzymujące się na niedziałającym skrzyżowaniu samochody.
Do diabła z nimi wszystkimi.
- Sprawdź wiadomości - warknął krótko, wskazując na telefon, który miała przy sobie. Mógł to również zrobić on, ale biorąc pod uwagę panującą wokół ciemność, może powinien być skupiony na drodze. - Dowiedz się, ile to potrwa.

we're in this together until we're not

the darkest night comes before the dawn

: wt paź 06, 2026 7:23 am
autor: margo mercer
Wiedziała, że przesadziła.
To małe przekonanie, które od czasu do czasu pojawiało się gdzieś z tyłu jej głowy i podsuwało jej, że może jednak popełniła błąd, wchodząc w to wszystko tak głęboko, na co dzień było ledwie zauważalne. Potrafiła je skutecznie zagłuszyć pracą, codziennością, a przede wszystkim tym, co innego razem zbudowali.
Nie zmieniało to jednak faktu, że doskonale wiedziała, co robi i robiła to wszystko d o b r o w o l n i e. On nie trzymał jej za rękę i nie zmuszał do wchodzenia razem z nim w ogień. Wręcz przeciwnie - od początku próbował ją od siebie odsunąć, robił wszystko, żeby nie dopuścić jej do własnego świata i pozwolić jej zachować to, co uważał za czyste.
Ona sama zdecydowała, że zostanie, przede wszystkim dlatego, że go kochała. Miał rację - nie zrzucił na nią tego ciężaru siłą, nie wciągnął jej do Ventresci, nie kazał podejmować decyzji, których sama nie chciała podejmować. Pozwalał jej wybierać, choć czasami robił wszystko, żeby jej wybór padł na coś zupełnie innego.
Nie zmieniało to jednak faktu, że w chwilach jak ta wyrzucała mu w s z y s t k o, bo tak było łatwiej. Zamiast siebie - obwiniać jego, wskazać palcem jego błędy niż przyznać, że sama świadomie podjęła tę decyzję. Kiedy zaś byli wściekli, ich rozsądek nie miał żadnej racji bytu. Ich mocną stronę nie było gaszenie pożaru, oboje skutecznie dolewali oliwy do ognia, sprawdzając które z nich pierwsze się sparzy. I które odczuje to boleśniej.
- A według ciebie, jaki, kurwa, mam wybór? - warknęła w odpowiedzi, równie wściekła co on. - Mam założyć na twoje dłonie kajdanki i doprowadzić cię do aresztu? - już raz to zrobiła. W chwili, gdy sama odkryła, co robił właśnie to uczyniła - założyła mu pieprzone kajdanki, wiedząc że nie pozwoliłby jej zaciągnąć się za kraty. - Przestań pierdolić - machnęła w jego stronę ręką, próbując odsunąć od siebie jego słowa i kolejną złośliwość, która miała trafić dokładnie w ten punkt, w którym bolały najbardziej.
Była mistrzem w wymachiwaniu mu czerwoną płachtą przed twarzą, jak twierdził, ale on wcale nie pozostawał dłużny.
- Nie chcesz, tak? - prychnęła, jednocześnie prowadząc z nim rozmowę i rozglądając się dookoła ze zmarszczonym czołem. Dopiero teraz skupiła uwagę na tym, co działo się za oknami samochodu. To nie wyglądało na zwykła i chwilową awarię, ciemność rozlewała się dalej, pochłaniając w s z y s t k o. Chyba przez całe swoje życie nie widziała Toronto tak nagle cichego.
- Nie musimy n i c robić wspólnie. Mogę to pieprzyć, mogę c i e b i e pieprzyć. Niszcz swoje życie w pojedynkę - wyrzuciła z siebie na jednym tchu, gdzieś po drodze puszczając hamulec i przestając kontrolować, co właściwie mówi. Żadne z tych słów nie było prawdą, ale w tej chwili nie miało to większego znaczenia.
Rozejrzała się jeszcze raz, napinając mocno mięśnie, gdy on b e z m y ś l n i e wyprzedzał auta zatrzymujące się przed nimi. - Awaria jest w całym mieście. N i g d z i e nie ma prądu - w przeciwieństwie do jej spojrzenia, którym ciskała w jego stronę przeładowane złą energią gromy. - Idealna aura dla twojego charakteru - mruknęła pod nosem wystarczająco głośno, żeby ją usłyszał.
Blackout oznaczał nie tylko ciemne ulice i utrudniony dojazd do pracy. Nagle tysiące ludzi zostało pozbawionych informacji, miało problemy z komunikacją, alarmy w sklepach i bankach przestać działać, windy niespodziewanie zatrzymywały się między piętrami służby. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim na ich nieszczęście, co już zaprzątało jej zmęczoną głowę i wywoływało pulsowanie, znajdą się też tacy, którzy brak prądu uznają za doskonałą okazję, żeby wyciągnąć łapy po coś nieswojego.

sounds like a promise waiting to break