i'll be the day to your night
: czw wrz 24, 2026 3:59 pm
Do pewnego stopnia nie spodziewał się odpowiedzi.
To znaczy - spodziewał się czegoś oględnego, wymijającego, co ludzie zwykli rzucać gdy problem istniał, ale był zbyt złożony by go sensownie wyjaśnić. Nie spodziewał się jakiejkolwiek chęci wytłumaczenia, może częściowo dlatego, że zwykle tego wytłumaczenia od ludzi nie oczekiwał. Zwykle dokonywał własnej oceny - żeby nie powiedzieć samosądu - i traktował każdą osobę w sposób adekwatny do jego interpretacji tego, jacy byli i z jakimi problemami mogli się zmagać.
Sam fakt tego, że spytał, był zaskoczeniem dla ich obojga.
Skłamałby mówiąc, że przeanalizował to wszystko pod wieloma kątami i miał przygotowane warianty tego, jak potoczy się to spotkanie w zależności od jej odpowiedzenia. Tak naprawdę nawet oferując, że może opuścić jej mieszkanie, bezczelnie kłamał - sprzeczność w jego klatce piersiowej odzywała się uściskiem i irytacją na myśl, że miałby to zrobić. Nie chciał tego robić. Chciał być obok, chciał r o z u m i e ć, chciał wiedzieć w i ę c e j.
Bo nie wiedział przecież na jej temat niemal nic.
Wiedział, że mieszkała w Stanach, że miała rodzinę, która kurczyła się gwałtownie. Że zajmowała się swoją siostrą, która była na jakimś obozie piłkarskim. Że nie pracowała w swoim zawodzie tylko chwytała się tego, co mogła - w tym występowania na scenie Rapture, na której w ogóle nie powinno jej być, ale czystym przypadkiem, a później czystym wpadnięciem w jego oko, zyskała dla siebie stałe miejsce, do którego zawsze mogła wrócić.
To nie tak, że ona wiedziała o nim więcej. W zasadzie gdyby spojrzeć na to racjonalnie, wiedziała o nim może jeszcze mniej, niż on wiedział o niej. Ale Monroe rzadko kiedy był racjonalny, a gdy w jego bezpośrednim otoczeniu pojawiała się Violet, te już skromne zasoby tej racjonalności, którą posiadał, jeszcze bardziej się uszczuplały.
Dlatego teraz tkwił w bezruchu. Nawet wtedy, gdy nie chcę, żebyś wychodził sprawiło, że coś przyjemnie ciepłego, miękkiego rozlało się po jego ciele. Nawet, gdy dostrzegł rujnowany przez nią rękaw bluzy, gdy jej sylwetka znów napięła się jak struna, jak wtedy, w loży wewnątrz klubu gdy Bennet grasował po drugiej stronie zasłony.
Tkwił w bezruchu jak przy przestraszonym zwierzęciu, które wreszcie postanowiło podejść do wyciągniętej w jego stronę ręki bojąc się, że jeśli się poruszy, strumień słów płynących z jej ust natychmiast się skończy.
Jego szczęka napięła się nieco gdy zdania rozpoczęte od znalezienia wymarzonej pracy zaczęły przekształcać się w coś innego. Historia trudnego menadżera ponad sobą prawdopodobnie mogłaby w wielu przypadkach dotyczyć jego samego w klubie gdy miał zły dzień. Nie wątpił, że uprzykrzało jej to życie.
Ale nie byłby w stanie uwierzyć, że to właśnie to sprawiło, że jej głos drżał a ręka nieustannie ciągnęła za luźny sznurek ubrania gdy musiała mu o tym opowiedzieć.
Złość pojawiła się w jego trzewiach. Z początku drobna iskierka, której odległe ciepło ledwo do niego docierało, niosąc jednak potencjał czegoś gorszego. Splótł dłonie ze sobą, byle tylko znaleźć dla nich jakieś zajęcie. Czerwień zdartych knykci, czerń wytatuowanego na wierzchu jednej z nich napisu, pozostawione przez lata pracy blizny. Były tak odmienne od jej gładkich, delikatnych kobiecych dłoni jak tylko mogły być.
Potrafił skupić na nich wzrok tylko na chwilę.
Po tym jego ciało przesunęło się nieco w kanapie - subtelnie, pokonując połowę dystansu, który ich dzielił, pod pozorem chwycenia kubka z kawą, który i tak odstawił od razu na blat. Usiedzenie w miejscu zaczęło być dla niego wymagające gdy złość powoli rozlewała się po jego trzewiach, a on pragnął trzymać ją w ryzach, ponieważ pragnął w i ę c e j.
Pragnął z r o z u m i e ć.
- Co zrobił? - wycedził, zmuszając się do spokoju, choć jego wzrok już dawno oderwał się od krawędzi jej bluzy, przeniósł w górę, na zmartwioną twarz i ten pusty wzrok, który widział już wcześniej.
Którego nie chciał widzieć na jej twarzy nigdy.
Violet Haze
To znaczy - spodziewał się czegoś oględnego, wymijającego, co ludzie zwykli rzucać gdy problem istniał, ale był zbyt złożony by go sensownie wyjaśnić. Nie spodziewał się jakiejkolwiek chęci wytłumaczenia, może częściowo dlatego, że zwykle tego wytłumaczenia od ludzi nie oczekiwał. Zwykle dokonywał własnej oceny - żeby nie powiedzieć samosądu - i traktował każdą osobę w sposób adekwatny do jego interpretacji tego, jacy byli i z jakimi problemami mogli się zmagać.
Sam fakt tego, że spytał, był zaskoczeniem dla ich obojga.
Skłamałby mówiąc, że przeanalizował to wszystko pod wieloma kątami i miał przygotowane warianty tego, jak potoczy się to spotkanie w zależności od jej odpowiedzenia. Tak naprawdę nawet oferując, że może opuścić jej mieszkanie, bezczelnie kłamał - sprzeczność w jego klatce piersiowej odzywała się uściskiem i irytacją na myśl, że miałby to zrobić. Nie chciał tego robić. Chciał być obok, chciał r o z u m i e ć, chciał wiedzieć w i ę c e j.
Bo nie wiedział przecież na jej temat niemal nic.
Wiedział, że mieszkała w Stanach, że miała rodzinę, która kurczyła się gwałtownie. Że zajmowała się swoją siostrą, która była na jakimś obozie piłkarskim. Że nie pracowała w swoim zawodzie tylko chwytała się tego, co mogła - w tym występowania na scenie Rapture, na której w ogóle nie powinno jej być, ale czystym przypadkiem, a później czystym wpadnięciem w jego oko, zyskała dla siebie stałe miejsce, do którego zawsze mogła wrócić.
To nie tak, że ona wiedziała o nim więcej. W zasadzie gdyby spojrzeć na to racjonalnie, wiedziała o nim może jeszcze mniej, niż on wiedział o niej. Ale Monroe rzadko kiedy był racjonalny, a gdy w jego bezpośrednim otoczeniu pojawiała się Violet, te już skromne zasoby tej racjonalności, którą posiadał, jeszcze bardziej się uszczuplały.
Dlatego teraz tkwił w bezruchu. Nawet wtedy, gdy nie chcę, żebyś wychodził sprawiło, że coś przyjemnie ciepłego, miękkiego rozlało się po jego ciele. Nawet, gdy dostrzegł rujnowany przez nią rękaw bluzy, gdy jej sylwetka znów napięła się jak struna, jak wtedy, w loży wewnątrz klubu gdy Bennet grasował po drugiej stronie zasłony.
Tkwił w bezruchu jak przy przestraszonym zwierzęciu, które wreszcie postanowiło podejść do wyciągniętej w jego stronę ręki bojąc się, że jeśli się poruszy, strumień słów płynących z jej ust natychmiast się skończy.
Jego szczęka napięła się nieco gdy zdania rozpoczęte od znalezienia wymarzonej pracy zaczęły przekształcać się w coś innego. Historia trudnego menadżera ponad sobą prawdopodobnie mogłaby w wielu przypadkach dotyczyć jego samego w klubie gdy miał zły dzień. Nie wątpił, że uprzykrzało jej to życie.
Ale nie byłby w stanie uwierzyć, że to właśnie to sprawiło, że jej głos drżał a ręka nieustannie ciągnęła za luźny sznurek ubrania gdy musiała mu o tym opowiedzieć.
Złość pojawiła się w jego trzewiach. Z początku drobna iskierka, której odległe ciepło ledwo do niego docierało, niosąc jednak potencjał czegoś gorszego. Splótł dłonie ze sobą, byle tylko znaleźć dla nich jakieś zajęcie. Czerwień zdartych knykci, czerń wytatuowanego na wierzchu jednej z nich napisu, pozostawione przez lata pracy blizny. Były tak odmienne od jej gładkich, delikatnych kobiecych dłoni jak tylko mogły być.
Potrafił skupić na nich wzrok tylko na chwilę.
Po tym jego ciało przesunęło się nieco w kanapie - subtelnie, pokonując połowę dystansu, który ich dzielił, pod pozorem chwycenia kubka z kawą, który i tak odstawił od razu na blat. Usiedzenie w miejscu zaczęło być dla niego wymagające gdy złość powoli rozlewała się po jego trzewiach, a on pragnął trzymać ją w ryzach, ponieważ pragnął w i ę c e j.
Pragnął z r o z u m i e ć.
- Co zrobił? - wycedził, zmuszając się do spokoju, choć jego wzrok już dawno oderwał się od krawędzi jej bluzy, przeniósł w górę, na zmartwioną twarz i ten pusty wzrok, który widział już wcześniej.
Którego nie chciał widzieć na jej twarzy nigdy.
Violet Haze