Strona 2 z 2

Somewhere along the way, we came to know each other

: ndz lis 01, 2026 2:10 am
autor: benjamin thallman
on an island in the sun
we'll be playing and having fun
and it makes me feel so fine
i can't control my brain

Nie było mowy, żeby nie jadł albo ucinał sobie racje żywnościowe, spędzając z nim tyle czasu praktycznie w jednym pokoju. Benji nie mógł na to pozwolić i chyba nie dałby sobie spokoju, gdyby tak po prostu patrzył, jak Kieran się zaniedbuje. - Będę uzależniał swoje jedzenie od twojego. Od tej pory jak ty nie jesz, to ja nie jem i nazywaj to szantażem albo czymkolwiek innym, MAM TO GDZIEŚ - uniósł dłonie ku górze, jakby właśnie umywał je od całej sprawy i co złego, to nie on, a po chwili tylko machnął ręką. - Jak mnie za to pozwiesz, to nie będę też jadł w areszcie i umrę z głodu, a potem powiem, że to ty się do tego przyczyniłeś. - Skoro i tak już został oskarżony o szantaż, to musiał w to brnąć jeszcze dalej, no nie? Upsi.

Bardzo chciał, żeby pamiętał tamtą chwilę. Moment, w którym zatracili się w kolejnych pocałunkach, urywane westchnienia, to, jak bezpiecznie czuł się wtedy w jego ramionach. Chciał, żeby Kieran pamiętał, jak bardzo sam tego chciał, jak lgnął do niego w tamtych momentach, jak chciał… więcej. - Przypomnij sobie - mruknął tylko, zanim go pocałował. Wiedział, że ryzykował. Tak cholernie dużo ryzykował, bo przecież mógł go przestraszyć, a mieli potem spać w jednym pokoju, ale wiedział też, że musiał w końcu coś zrobić. Chciał się upewnić, czy to, co poczuł tamtej nocy, było tylko jego wyobrażeniem, czy może… może Kieranowi podobało się to wszystko równie mocno jak jemu? Poczuł jego dłoń na swojej klatce piersiowej i na moment spięło mu się całe ciało, przez co przerwał pocałunek. Dopiero kiedy smukłe palce Burreau zacisnęły się na materiale jego koszulki, poczuł, że dostał zielone światło. Powoli, niemal ostrożnie pogłębił pocałunek, po czym odsunął się od niego na kilka centymetrów, wpatrując się rozszerzonymi źrenicami w zarumienioną twarz Kierana. Kurwa. Poczuł, jak ścisnęło go w żołądku. I nie, nie dlatego, że był głodny, gdyby ktoś się zastanawiał. Po prostu Burreau wyglądał w tym momencie cholernie przeuroczo.

Przez dosłownie moment nie zauważył, że Kieran dalej trzymał dłoń na jego klatce. Dopiero kiedy się zorientował, położył swoją na jego dłoni i uśmiechnął się do niego. - Widzisz, jak na mnie działasz, Burreau? - rzucił rozbawiony. I oczywiście dokładnie wtedy ten cholerny szelest musiał wszystko zjebać. Benjamin aż drgnął, kompletnie zdezorientowany, a chwilę później poczuł, jak Kieran go odpycha, o mały włos nie sprawiając, że zlecial z tej pieprzonej skałki. Burreau natomiast przez swój gwałtowny ruch sam się z niej zsunął. - Cholera, Kieran - mruknął, przewracając oczami. - Przecież nic tam nie ma. - Zsunął się ze skały zaraz za nim, chcąc sprawdzić, czy nic mu się nie stało. Tylko że dosłownie w momencie, kiedy nachylił się nad Burreau, obok nich pojawił się czyjś cień. Benjamin podniósł wzrok i prawie go kurwa rozjebało. Ten frajer... Ralfi Sralfi, do chuja pana stał obok niego. - Co ty tu robisz? - zapytał od razu, wyraźnie poirytowany. Usłyszał syk Kierana i już chciał nachylić się niżej, żeby mu pomóc, kiedy ten kretyn mu zabronił. ŻE CO KURWA, PROSZĘ? Benek zamrugał kilka razy i powoli się wyprostował. - Co ty do mnie powiedziałeś? - zapytał z niedowierzaniem. Serio. Naprawdę teraz bardzo się pilnował, żeby przypadkiem nie utopić go w tej wodzie.

Tylko że było jeszcze gorzej.

Bo Ralph nie dość, że zaraz zaczął podkładać własną kurtkę pod rękę Kierana, to Burreau nic kurwa nie mówił. Nic. Przecież był tutaj z Thallmanem. Powinien powiedzieć, że nie potrzebował jego pomocy, prawda? Tak samo jak wtedy w kawiarni, kiedy nie chciał być przez niego dotykany. Chyba że coś się zmieniło, a może Benjamin po prostu o czymś nie wiedział? I właśnie ta myśl wbiła mu się do głowy tak mocno, że kompletnie przestał słuchać tego, co barista do niego mówił. Wpatrywał się tylko w Kierana, czując, jak coś nieprzyjemnie zaciska mu się w środku. - Nic nie powiesz? - rzucił w końcu pod nosem. - Pasuje ci to, że ci pomaga? - Patrzył na niego z niedowierzaniem. Cholera jasna. A co, jeżeli Kieran wstydził się tego pocałunku? Co, jeżeli bał się, że Ralfi Sralfi coś rozgada? Nie no, miał kurwa dosyć. A kiedy jeszcze usłyszał, jak tamten nazywa go marginesem społecznym, puściły mu ostatnie hamulce. Złapał Ralpha za szmaty i przyciągnął bliżej siebie. - Masz szczęście, że nie chcę robić sceny - rzucił, patrząc mu prosto w oczy. Po chwili nachylił się bliżej jego ucha. - Nie podobasz mu się, czego kurwa nie potrafisz pojąć? A dzisiejszej nocy będzie spał ze mną, nie z tobą, więc kurwa następnym razem, zamiast walić konia w krzakach na widok chłopaka, w którym się kochasz, całującego się z kimś innym, może sam go pocałuj, hm? - Puścił go i odepchnął do tyłu, po czym wsunął dłonie do kieszeni i spojrzał z powrotem na Kierana. - To tylko mała rana, Burreau. Nie umrzesz. - Odszedł kilka kroków, zanim odwrócił głowę w jego stronę. - Aaa, i później w pokoju daj mi znać, czy istnieje jakiś artykuł za próbę zepchnięcia kogoś ze skały! - Wyciągnął jedną dłoń z kieszeni i uniósł ją w górę w ramach pożegnania. Zachowywał się, jakby miał wyjebane i z punktu widzenia Burreau pewnie dokładnie tak to wyglądało. Tylko że jego serce już w tamtym momencie... zostało delikatnie z ł a m a n e.

you are messing with my heart

Somewhere along the way, we came to know each other

: ndz lis 01, 2026 3:41 am
autor: Kieran Burreau
Secrets I have held in my heart
Are harder to hide than I thought
Maybe I just wanna be yours
I wanna be yours, I wanna be yours


W chwili, w której usta Benjamina nakryły jego własne, Kierana uderzyły dwie myśli - jak idealnie pasowały do jego własnych, dopasowując się do ich kształtu niczym dwa sąsiadujące ze sobą puzzle oraz to, jak dobrze smakowały pieszcząc go swoją miękkością, pozostawiając delikatny ślad na wargach Burreau.
Czuł, jak z każdą kolejną chwilą serce bije mu coraz intensywniej, a umysł nie wie na czym powinien się skupić - na myślach, które czaiły się w ciemnych zakamarkach, nie chcąc dać mu spokoju czy na emocjach, które powinien okiełznać, a które szalały w szczupłym ciele prawnika niczym tornado. Chciał zatrzymać tę chwilę i chociaż na moment wyrzucić z głowy jak bardzo to było w jego świecie niewłaściwe. Bo co to tak naprawdę znaczyło? Że jego rodzice oszaleliby na myśl, że ich syn całował mężczyznę? I tak wariowali za każdym razem, kiedy blondyn robił coś wbrew im. Że nie poparliby tego uznając, że wiązało się ze skandalem? Młodego prawnika zdawało się to teraz zupełnie nie interesować - dla niego liczyła się kojąca bliskość człowieka, który w krótkim czasie zawładnął nim całym na tyle, by Kieran powoli wychodził ze swojej strefy komfortu. Zapach chłopaka, jak również mrowienie, które powoli odzywało się w jego ciele.

Pamiętał.

Z każdą kolejną sekundą trwania subtelnej intymności Burreau utwierdzał się w przekonaniu, że to nie był pierwszy raz, że Benjamin by go nie okłamał, kiedy jego własne serce zdawało się pamiętać, chociaż umysł nie był w stanie wtedy niczego rejestrować. Nie pierwszy raz smakował tych ust, chociaż pierwszy raz miał to faktycznie zapamiętać, od tej chwili nie potrafiąc wyrzucić z pamięci. Ten jeden pocałunek odpowiadał za uzależnienie i potrzeby, o których Kieran nie miał do tej pory pojęcia.

Potrzeba bliskości i przynależności.
Chciał tu być właśnie z nim.
Chciał jego.

To przekonanie sprawiło, że na chwilę oniemiał, jakby trafił w niego piorun. Miał wrażenie, że ta konkluzja pojawiła się już jakiś czas temu, ale dopiero teraz prawnik pozwolił jej wybuchnąć w jego głowie.

Czy tak wyglądało zakochanie?

Wpatrywał się przez chwilę w twarz Benjamina, kiedy ten lekko się od niego odsunął. Wodził po niej wzrokiem, a w jego spojrzeniu można było dostrzec zarówno zagubienie, jak i czułość, o którą nie podejrzewał sam siebie, a o której z pewnością nie miał pojęcia. Widział w oczach muzyka własne odbicie mając nadzieję, że w jego oczach Thallman widział siebie.
Bo teraz Kieran patrzył tylko na niego.
-Benjamin, ja… Czy to przeze mnie twoje serce bije tak szybko? - spytał otumaniony przez emocje, skupiając się na rytmie nadawanym przez organ chłopaka. Był szybki, ale nie na tyle, by Kieran nie mógł za nim nadążyć. Chciał go słuchać, chciał go czuć.
Pojawienie się intruza sprawiło, że panika wzięła górę, a nieumiejętność kontrolowania własnych emocji sprawiła, że zsunął z kamieni. Nie chciał, by ktokolwiek im przeszkadzał, a na ustach pojawiły się słowa, których nigdy jednak nie wypowiedział. A powinien, skoro czuł, że Ralph był intruzem, o którego nie prosił. Wirusem, którego należało się pozbyć, a który siał zniszczenie wszędzie, gdzie się pojawił.
Czując, jak nie radzi sobie z zaistniałą sytuacją, całkowicie tracąc kontrolę, Kieran pogubił się na tyle, że przez chwilę nie potrafił wydusić z siebie słowa. W tym czasie Ralph postanowił mu pomóc, chociaż prawnik nawet na niego nie spojrzał, całą uwagę poświęcając Benjaminowi, na twarzy którego czaiło się tak wiele emocji, że za nimi nie nadążał. Złość, niechęć, dezaprobata, rozczarowanie, niesmak, zawód, ból. Jak wiele z nich interpretował źle?
Przełknął ślinę, otwierając usta, by coś powiedzieć, kiedy do jego uszu doleciały słowa Thallmana. I nie chodziło o ich znaczenie - znacznie bardziej ubodło go to, jakim tonem je wypowiedział. Jakby Kieran zrobił coś wyjątkowo złego, co zasługiwało na potępienie.
-Benjamin, zostaw go - wyrzucił z siebie, gdy ten złapał baristę tak, jakby chciał mu zrobić krzywdę. nie liczyło się dla niego to, że Ralph mógłby ucierpieć, a raczej to, by muzyk nie miał z tego tytułu kłopotów. Skąd miał wiedzieć, że jego słowa zostaną opacznie odebrane?
Zmarszczył lekko brwi, nie rozumiejąc, a chwilowe milczenie, na które się skazał sprawiło, że ostatecznie muzyk odszedł pozostawiając go z Ralphem oraz poczuciem zawodu, odrzucenia i rozczarowania. Poczuł jak serce mu się ściska, kiedy patrzył za sylwetką Benjamina znikającą w oddali, gdy ten kierował się do budynku.
-Ralph, daj mi spokój, proszę. Poradzę sobie sam - powiedział coś, co zapewne powinien powiedzieć na samym początku. Podniósł się, otrzepując zdrową ręką - ta druga nadal wyjątkowo go bolała. - Dziękuję za twoją pomoc, ale była zbędna. A teraz… po prostu mnie zostaw, bo mam wrażenie, że za każdym razem kiedy się pojawiasz wprowadzasz nieprzyjemny chaos. A ja lubię tylko określony rodzaj chaosu, który przez ciebie zniknął - wyrzucił z siebie czując, jak po raz pierwszy od dawna emocje biorą nad nim górę i nie miało znaczenia, że barista poczuje się urażony. - Nie powinno cię tu być i będę wdzięczny, jeśli przestaniesz się przy mnie pojawiać - dodał, kierując się do hotelu/pensjonatu, by poszukać medyka.

Pół godziny później z zabandażowaną ręką wrócił do pokoju, w którym powinien być już Benjamin. Nieprzyjemne poczucie odrzucenia nadal nie dawało mu spokoju, kiedy siadał na krześle przy biurku słuchając szumu wody dobiegającego z łazienki - muzyk brał prysznic.
Słysząc, jak chwilę później wychodzi, obrócił się w jego stronę i po raz kolejny w przeciągu niecałej godziny słowa zatrzymały się na jego ustach nim zdążył je wypowiedzieć. Wzrok napotkał sylwetkę chłopaka, lustrując jego nagi tors, po którym nadal spływały leniwie krople wody. Kieran podążył za jedną z nich, wolno przesuwając spojrzeniem po skórze marszczącej się tam, gdzie uwydatniły się poszczególne mięśnie. Nie odrywając oczu zjechał niżej obserwując, jak samotna kropla niknie wchłonięta przez ręcznik, którym oplecione były biodra mężczyzny. Właśnie wtedy prawnik uzmysłowił sobie, że wpatruje się w Benjamina zdecydowanie za długo i ze zbyt wielką intensywnością. Gwałtownie obrócił głowę czując, jak delikatnie pieką go policzki - męskie ciało nie było mu obce, był malarzem, a jednak półnagie ciało Thallmana sprawiło, że przez ciało przebiegł mu dreszcz nieznanego dotąd rodzaju.
-Teraz ja idę pod prysznic - powiedział pospiesznie czując, jak serce wali mu w klatce piersiowej, potęgując jego speszenie.
Zebrał pospiesznie swoje rzeczy, zamykając się w łazience, w której powoli odetchnął, starając się uspokoić. Miał wrażenie, że z każdym kolejnym dniem Benjamin Thallman działał na niego bardziej, a on sam nie wiedział jak powinien sobie z tym poradzić.

I started losing my light