X never-ever marks the right spot
: pt wrz 25, 2026 2:47 am
Ricky przetrwałby wszystko — krwiożercze rośliny-ludojadów, stado wściekłych kapibar, rozpadający się most wiszący nad przepaścią, a nawet w ostateczności powrót do obozu bez odnalezienia skrzyni ze skarbem, którą spodziewał się napotkać w ruinach świątyni, do której właśnie zmierzali. Przynajmniej miał nadzieję, że do niej zmierzają, bo pewności zdecydowanie mieć nie mógł. Tak, zniósłby to wszystko raz jeszcze bez mrugnięcia okiem, ale kiedy zobaczył szczątki owada na dłoni Maggio, momentalnie zbladł.
— Nie… — wyszeptał grobowym tonem, widząc jak twarz chłopaka nabiera innego wyrazu dosłownie w ciągu kilku sekund. — Wesołek hajówkowy… no to chuj.
W jego głosie naprawdę pierwszy raz tego dnia można było dosłyszeć realną rezygnację, a zaraz później jeszcze Maggio zaczął odwalać szajs i Ricky miał ochotę usiąść i się popłakać.
Zamiast tego jednak zaczął się histerycznie śmiać, kiedy ewidentnie naćpany jadem egzotycznego owada Winters zaprosił go do tańca. O’Hara wiedział, że ma jakieś półtorej godziny na znalezienie antidotum. Najpierw euforia i zwidy, potem psychoza, zachowania niebezpieczne, a na końcu zapaść i śmierć. To właśnie czekało Maggio — nie śmierć we własnym pokoju przy rozgrzanym piecu, a tutaj, w sercu dżungli i to nie z ukochaną kobietą u boku, a z mentorem…
No, to akurat pewnie by mu nie przeszkadzało, ale O’Hara wcale nie zamierzał pozwalać, żeby młodszy chłopak umierał!!!
— Ja też cię uwielbiam, Winters, ale spróbuj się teraz opanować, dobrze? Pamiętasz kim jesteś? I kim ja jestem? I czemu tutaj jesteśmy? — Maggio nie pamiętał, ale doskonale się bawił, goniąc niewidzialne motylki i rozbijając nieistniejące bańki. — Mieliśmy odnaleźć starożytny artefakt, pierścień z wyrytym sokołem… no dobrze, widzę, że nie słuchasz. Jasna cholera, jeśli dobrze pamiętam, to ta lecznicza roślina…
Urwał, myśląc intensywnie. Jedyne antidotum na jad wesołka hajówkowego stanowiła bardzo rzadka wytrzeźwiałka amazońska. Rosła głównie na podmokłych, niedostępnych terenach strzeżonych przez krwiożercze kajmany, a jej łodyga pokryta była kolcami, broniącymi dostępu do niebieskich kwiatów.
— Niebieski kwiat i kolce… — mruczał Ricky, rozglądając się wokół. Okazało się, że po drugiej stronie mostu teren znacznie się obniżał, kilkanaście metrów dalej zrównując się z poziomem wąwozu, który dopiero co przekroczyli, a przez który płynął wartki strumień. — Może akurat…
Maggio Winters
— Nie… — wyszeptał grobowym tonem, widząc jak twarz chłopaka nabiera innego wyrazu dosłownie w ciągu kilku sekund. — Wesołek hajówkowy… no to chuj.
W jego głosie naprawdę pierwszy raz tego dnia można było dosłyszeć realną rezygnację, a zaraz później jeszcze Maggio zaczął odwalać szajs i Ricky miał ochotę usiąść i się popłakać.
Zamiast tego jednak zaczął się histerycznie śmiać, kiedy ewidentnie naćpany jadem egzotycznego owada Winters zaprosił go do tańca. O’Hara wiedział, że ma jakieś półtorej godziny na znalezienie antidotum. Najpierw euforia i zwidy, potem psychoza, zachowania niebezpieczne, a na końcu zapaść i śmierć. To właśnie czekało Maggio — nie śmierć we własnym pokoju przy rozgrzanym piecu, a tutaj, w sercu dżungli i to nie z ukochaną kobietą u boku, a z mentorem…
No, to akurat pewnie by mu nie przeszkadzało, ale O’Hara wcale nie zamierzał pozwalać, żeby młodszy chłopak umierał!!!
— Ja też cię uwielbiam, Winters, ale spróbuj się teraz opanować, dobrze? Pamiętasz kim jesteś? I kim ja jestem? I czemu tutaj jesteśmy? — Maggio nie pamiętał, ale doskonale się bawił, goniąc niewidzialne motylki i rozbijając nieistniejące bańki. — Mieliśmy odnaleźć starożytny artefakt, pierścień z wyrytym sokołem… no dobrze, widzę, że nie słuchasz. Jasna cholera, jeśli dobrze pamiętam, to ta lecznicza roślina…
Urwał, myśląc intensywnie. Jedyne antidotum na jad wesołka hajówkowego stanowiła bardzo rzadka wytrzeźwiałka amazońska. Rosła głównie na podmokłych, niedostępnych terenach strzeżonych przez krwiożercze kajmany, a jej łodyga pokryta była kolcami, broniącymi dostępu do niebieskich kwiatów.
— Niebieski kwiat i kolce… — mruczał Ricky, rozglądając się wokół. Okazało się, że po drugiej stronie mostu teren znacznie się obniżał, kilkanaście metrów dalej zrównując się z poziomem wąwozu, który dopiero co przekroczyli, a przez który płynął wartki strumień. — Może akurat…