get you off my mind
: śr paź 07, 2026 10:07 am
— Dzień dobry, Sarah przy telefonie. W czym mogę pomóc?
Laurent zdążył już obejść niemal całe ranczo, nim melodia w słuchawce ucichła i została zastąpiona przez zmęczony głos kobiety w średnim wieku. Brzmiała, jakby miała za sobą naprawdę trudny dzień.
— Dzień dobry, Laurent Ashcroft. Na Ashcroft Ranch mamy kłopot z dostawą prądu — przyjął oficjalny, uprzejmy ton, którym z reguły rozmawiał z klientami. Na szczęście Sarah nie mogła zobaczyć jego wymiętego garnituru, który zniszczyłby ten efekt. Sprawnie przeszedł proces weryfikacji klienta.
— Mamy obecnie rozległą awarię w pańskim rejonie. Całe miasto jest bez prądu — powiedziała to tak, jakby zrobiła to już wielokrotnie w ciągu ostatniej godziny i przygotowywała się do odłożenia słuchawki.
— Czyli możemy pominąć standardowy zestaw pytań o bezpieczniki — rzucił bez złości, próbując utrzymać jej uwagę i zdobyć więcej informacji.
— Tak, proszę pana.
— Świetnie. To przejdźmy do rzeczy. Co się stało? — kontynuował, przystając przy ogrodzeniu. Oparł się o nie bokiem, obserwując, jak Logan wydaje polecenia i na swój sposób próbuje opanować sytuację.
Mogli stanowić naprawdę świetną drużynę. Luke miał rację twierdząc, że ich kompetencje się uzupełniały.
— Niestety, nie mamy jeszcze potwierdzonej przyczyny awarii.
Znów ten ton głosu, który recytuje się powtórzone zbyt wiele razy formułki.
— Na kiedy planowane jest przywrócenie zasilania? — Potarł kark, bo mógł się domyślić odpowiedzi, którą uzyska, ale nie zaszkodziło spróbować.
— Na ten moment nie mamy szacowanego czasu usunięcia awarii — tym razem głos Sarah drgnął, jakby obawiała się, że wybuchnie. Laurent jednak rzadko przyjmował agresywną strategię. Prowadził to przesłuchanie niemal jak niezobowiązujący flirt. Wolał zjednywać sobie ludzi niż ich zastraszać, więc konsultantkę również chciał do siebie przekonać, a nie zgnieść.
— Wie pani coś, czym może się ze mną podzielić? — nacisnął łagodnie.
— Wystąpiła awaria i zespół techniczny pracuje nad jej usunięciem.
Znów te formułki. Laurent westchnął cicho, przenosząc spojrzenie na czerwone, zachodzące nad horyzontem słońce. Jakby rozmawiał z robotem.
— Tego się domyśliłem — zażartował, a po chwili zorientował się, jak Sarah mogła odebrać jego komentarz. — Nie egzaminuję pani. Po prostu próbuję się zorientować, czy mam się przygotować na godzinę bez prądu, czy całą dobę.
Zadał jeszcze kilka pytań odnośnie domniemanych przyczyn awarii, ale kobieta po drugiej stronie powtarzała w kółko “nie wiem”.
— Czyli jedyne, co może mi pani dziś powiedzieć, to że nie ma prądu — skwitował bez złości.
— Obawiam się, że tak.
— To akurat wiedziałem jeszcze przed telefonem — dodał, odsuwając się od płotu i znów wiodąc wzrokiem za Loganem.
— Przepraszam.
— Nie trzeba. Nie pani wyłączyła prąd w całym mieście. — Zmrużył lekko oczy. W sposobie, jaki kowboj radził sobie z sytuacją kryzysową, było coś pociągającego. W tym, jak wydawał ludziom polecenia, a oni słuchali go bez szemrania. — Poproszę o numer mojego zgłoszenia? — odruchowo odnotował w telefonie, choć nie było takiej potrzeby. Miał doskonałą pamięć do liczb. — Proszę również zapisać, że klient kontaktował się z przedsiębiorstwem w celu uzyskania informacji o przyczynie i przewidywanym czasie usunięcia awarii, jednak na moment kontaktu takich informacji nie udostępniono.
Zakończył rozmowę, choć uzyskane informacje wydawały mu się bezużyteczne. Przejrzał na szybko wiadomości w telefonie, z których wynikało, że miasto rzeczywiście pogrążyło się w ciemności. Uniósł głowę znad wyświetlacza, gdy w części rancza przywrócono prąd. Uśmiechnął się kącikiem ust, a następnie ruszył w kierunku domu, by pomóc Mergy. Wcześniej tylko przebrał się w czyste, ale nie mniej eleganckie ubranie. Gdy Logan wszedł do pomieszczenia gospodarczego, Laurent próbował starego i niezawodnego sposobu na naprawianie wszelkiej elektryki, czyli płaską dłonią uderzył w bok agregatu, niestety bez skutku.
Obrócił się przez ramię w stronę mężczyzny i w ostatniej chwili złapał rozpędzonego Beau, który zmienił się znów w radosną, ruchliwą, puszystą i na ten moment przykurzoną kulkę. Pogłaskał psa, który zadowolony przysiadł obok nich.
— Już tego próbowałem — pokazał Loganowi odpalony na YouTube filmik instruktażowy na swoim telefonie, a pytanie wywołało cwany uśmiech na jego ustach. — Miałbym przegapić okazję, by zjeść z tobą romantyczną kolację przy świecach? — zażartował, spoglądając na niego śmiało. — Poza tym w mieście też nie ma prądu. Nigdzie go nie ma. Nie znają przyczyny awarii. Powiedzieli tylko, żeby sprawdzać stronę internetową, bo na niej mają pojawić się jakieś informacje. Nie wiedzą, nawet ile potrwa, więc chyba naprawdę jesteś na mnie skazany — podniósł się, ściskając lekko jego ramię.
Jeszcze przez chwilę próbował mu pomóc przy generatorze, ale nie wyglądało na to, by ten zamierzał ruszyć. Laurent włączył latarkę w telefonie i poszedł w głąb domu, gdzie Mergy już krzątała się po kuchni, przygotowując jedzenie. Beau dreptał za nią, licząc na to, że coś spadnie na podłogę, obserwowany z politowaniem z posłania przez swojego kudłatego kumpla.
Niedługo potem wszyscy rzeczywiście zasiedli do stołu, na którym rozpalili kilka świec, a obok nich Mergy postawiła garnek z pożywnym gulaszem. Każdemu nałożyła na talerz solidną porcję, a następnie podsunęła pod nos koszyk ze świeżym pieczywem.
— Dobrze, że mamy pełną spiżarnię — oznajmiła z uśmiechem. Laurent skinął głową, grzebiąc w swoim talerzu i przesuwając kawałek mięsa z jednej strony na drugą. Spojrzał na Logana znad rozedrganego płomienia świecy, licząc na to, że chociaż na chwilę uda mu się złowić jego spojrzenie.
W tym samym momencie poczuł na sobie ciężki wzrok kogoś innego. Laurent zerknął na Travisa, który przerwał na moment jedzenie i wbił w niego intensywne spojrzenie.
— Coś nie tak? — zapytał odruchowo, ale chłopak nagle zakłopotany opuścił oczy na swój talerz.
— Nie. Nic — zapewnił szybko, a Laurent odruchowo dotknął szyi. Wsunął palce pod rozpięty kołnierzyk i szybko zrozumiał, co tak przyciągnęło uwagę młodego chłopaka, który pewnie był w tym wieku, że seks jednocześnie wywoływał w nim potężną dawkę zawstydzenia i fascynacji.
Uśmiechnął się wilczo, lekko odchylając na krześle. Nie spróbował zakryć malinki.
— Daj spokój, przecież na pewno masz jakąś dziewczynę — zaczepił go z błyskiem w oku. Lubił tego chłopaka. W końcu był dużo sympatyczniejszy od swojego ojca, choć chyba równie bezpośredni. — Co? Może Logan wierzy, że jeździsz do Toronto spotykać się z przyjaciółmi, ale mnie tak łatwo nie oszukasz.
Logan Callahan
Laurent zdążył już obejść niemal całe ranczo, nim melodia w słuchawce ucichła i została zastąpiona przez zmęczony głos kobiety w średnim wieku. Brzmiała, jakby miała za sobą naprawdę trudny dzień.
— Dzień dobry, Laurent Ashcroft. Na Ashcroft Ranch mamy kłopot z dostawą prądu — przyjął oficjalny, uprzejmy ton, którym z reguły rozmawiał z klientami. Na szczęście Sarah nie mogła zobaczyć jego wymiętego garnituru, który zniszczyłby ten efekt. Sprawnie przeszedł proces weryfikacji klienta.
— Mamy obecnie rozległą awarię w pańskim rejonie. Całe miasto jest bez prądu — powiedziała to tak, jakby zrobiła to już wielokrotnie w ciągu ostatniej godziny i przygotowywała się do odłożenia słuchawki.
— Czyli możemy pominąć standardowy zestaw pytań o bezpieczniki — rzucił bez złości, próbując utrzymać jej uwagę i zdobyć więcej informacji.
— Tak, proszę pana.
— Świetnie. To przejdźmy do rzeczy. Co się stało? — kontynuował, przystając przy ogrodzeniu. Oparł się o nie bokiem, obserwując, jak Logan wydaje polecenia i na swój sposób próbuje opanować sytuację.
Mogli stanowić naprawdę świetną drużynę. Luke miał rację twierdząc, że ich kompetencje się uzupełniały.
— Niestety, nie mamy jeszcze potwierdzonej przyczyny awarii.
Znów ten ton głosu, który recytuje się powtórzone zbyt wiele razy formułki.
— Na kiedy planowane jest przywrócenie zasilania? — Potarł kark, bo mógł się domyślić odpowiedzi, którą uzyska, ale nie zaszkodziło spróbować.
— Na ten moment nie mamy szacowanego czasu usunięcia awarii — tym razem głos Sarah drgnął, jakby obawiała się, że wybuchnie. Laurent jednak rzadko przyjmował agresywną strategię. Prowadził to przesłuchanie niemal jak niezobowiązujący flirt. Wolał zjednywać sobie ludzi niż ich zastraszać, więc konsultantkę również chciał do siebie przekonać, a nie zgnieść.
— Wie pani coś, czym może się ze mną podzielić? — nacisnął łagodnie.
— Wystąpiła awaria i zespół techniczny pracuje nad jej usunięciem.
Znów te formułki. Laurent westchnął cicho, przenosząc spojrzenie na czerwone, zachodzące nad horyzontem słońce. Jakby rozmawiał z robotem.
— Tego się domyśliłem — zażartował, a po chwili zorientował się, jak Sarah mogła odebrać jego komentarz. — Nie egzaminuję pani. Po prostu próbuję się zorientować, czy mam się przygotować na godzinę bez prądu, czy całą dobę.
Zadał jeszcze kilka pytań odnośnie domniemanych przyczyn awarii, ale kobieta po drugiej stronie powtarzała w kółko “nie wiem”.
— Czyli jedyne, co może mi pani dziś powiedzieć, to że nie ma prądu — skwitował bez złości.
— Obawiam się, że tak.
— To akurat wiedziałem jeszcze przed telefonem — dodał, odsuwając się od płotu i znów wiodąc wzrokiem za Loganem.
— Przepraszam.
— Nie trzeba. Nie pani wyłączyła prąd w całym mieście. — Zmrużył lekko oczy. W sposobie, jaki kowboj radził sobie z sytuacją kryzysową, było coś pociągającego. W tym, jak wydawał ludziom polecenia, a oni słuchali go bez szemrania. — Poproszę o numer mojego zgłoszenia? — odruchowo odnotował w telefonie, choć nie było takiej potrzeby. Miał doskonałą pamięć do liczb. — Proszę również zapisać, że klient kontaktował się z przedsiębiorstwem w celu uzyskania informacji o przyczynie i przewidywanym czasie usunięcia awarii, jednak na moment kontaktu takich informacji nie udostępniono.
Zakończył rozmowę, choć uzyskane informacje wydawały mu się bezużyteczne. Przejrzał na szybko wiadomości w telefonie, z których wynikało, że miasto rzeczywiście pogrążyło się w ciemności. Uniósł głowę znad wyświetlacza, gdy w części rancza przywrócono prąd. Uśmiechnął się kącikiem ust, a następnie ruszył w kierunku domu, by pomóc Mergy. Wcześniej tylko przebrał się w czyste, ale nie mniej eleganckie ubranie. Gdy Logan wszedł do pomieszczenia gospodarczego, Laurent próbował starego i niezawodnego sposobu na naprawianie wszelkiej elektryki, czyli płaską dłonią uderzył w bok agregatu, niestety bez skutku.
Obrócił się przez ramię w stronę mężczyzny i w ostatniej chwili złapał rozpędzonego Beau, który zmienił się znów w radosną, ruchliwą, puszystą i na ten moment przykurzoną kulkę. Pogłaskał psa, który zadowolony przysiadł obok nich.
— Już tego próbowałem — pokazał Loganowi odpalony na YouTube filmik instruktażowy na swoim telefonie, a pytanie wywołało cwany uśmiech na jego ustach. — Miałbym przegapić okazję, by zjeść z tobą romantyczną kolację przy świecach? — zażartował, spoglądając na niego śmiało. — Poza tym w mieście też nie ma prądu. Nigdzie go nie ma. Nie znają przyczyny awarii. Powiedzieli tylko, żeby sprawdzać stronę internetową, bo na niej mają pojawić się jakieś informacje. Nie wiedzą, nawet ile potrwa, więc chyba naprawdę jesteś na mnie skazany — podniósł się, ściskając lekko jego ramię.
Jeszcze przez chwilę próbował mu pomóc przy generatorze, ale nie wyglądało na to, by ten zamierzał ruszyć. Laurent włączył latarkę w telefonie i poszedł w głąb domu, gdzie Mergy już krzątała się po kuchni, przygotowując jedzenie. Beau dreptał za nią, licząc na to, że coś spadnie na podłogę, obserwowany z politowaniem z posłania przez swojego kudłatego kumpla.
Niedługo potem wszyscy rzeczywiście zasiedli do stołu, na którym rozpalili kilka świec, a obok nich Mergy postawiła garnek z pożywnym gulaszem. Każdemu nałożyła na talerz solidną porcję, a następnie podsunęła pod nos koszyk ze świeżym pieczywem.
— Dobrze, że mamy pełną spiżarnię — oznajmiła z uśmiechem. Laurent skinął głową, grzebiąc w swoim talerzu i przesuwając kawałek mięsa z jednej strony na drugą. Spojrzał na Logana znad rozedrganego płomienia świecy, licząc na to, że chociaż na chwilę uda mu się złowić jego spojrzenie.
W tym samym momencie poczuł na sobie ciężki wzrok kogoś innego. Laurent zerknął na Travisa, który przerwał na moment jedzenie i wbił w niego intensywne spojrzenie.
— Coś nie tak? — zapytał odruchowo, ale chłopak nagle zakłopotany opuścił oczy na swój talerz.
— Nie. Nic — zapewnił szybko, a Laurent odruchowo dotknął szyi. Wsunął palce pod rozpięty kołnierzyk i szybko zrozumiał, co tak przyciągnęło uwagę młodego chłopaka, który pewnie był w tym wieku, że seks jednocześnie wywoływał w nim potężną dawkę zawstydzenia i fascynacji.
Uśmiechnął się wilczo, lekko odchylając na krześle. Nie spróbował zakryć malinki.
— Daj spokój, przecież na pewno masz jakąś dziewczynę — zaczepił go z błyskiem w oku. Lubił tego chłopaka. W końcu był dużo sympatyczniejszy od swojego ojca, choć chyba równie bezpośredni. — Co? Może Logan wierzy, że jeździsz do Toronto spotykać się z przyjaciółmi, ale mnie tak łatwo nie oszukasz.
Logan Callahan