Strona 2 z 3

get you off my mind

: śr paź 07, 2026 10:07 am
autor: Laurent Ashcroft
— Dzień dobry, Sarah przy telefonie. W czym mogę pomóc?
Laurent zdążył już obejść niemal całe ranczo, nim melodia w słuchawce ucichła i została zastąpiona przez zmęczony głos kobiety w średnim wieku. Brzmiała, jakby miała za sobą naprawdę trudny dzień.
— Dzień dobry, Laurent Ashcroft. Na Ashcroft Ranch mamy kłopot z dostawą prądu — przyjął oficjalny, uprzejmy ton, którym z reguły rozmawiał z klientami. Na szczęście Sarah nie mogła zobaczyć jego wymiętego garnituru, który zniszczyłby ten efekt. Sprawnie przeszedł proces weryfikacji klienta.
— Mamy obecnie rozległą awarię w pańskim rejonie. Całe miasto jest bez prądu — powiedziała to tak, jakby zrobiła to już wielokrotnie w ciągu ostatniej godziny i przygotowywała się do odłożenia słuchawki.
— Czyli możemy pominąć standardowy zestaw pytań o bezpieczniki — rzucił bez złości, próbując utrzymać jej uwagę i zdobyć więcej informacji.
— Tak, proszę pana.
— Świetnie. To przejdźmy do rzeczy. Co się stało? — kontynuował, przystając przy ogrodzeniu. Oparł się o nie bokiem, obserwując, jak Logan wydaje polecenia i na swój sposób próbuje opanować sytuację.
Mogli stanowić naprawdę świetną drużynę. Luke miał rację twierdząc, że ich kompetencje się uzupełniały.
— Niestety, nie mamy jeszcze potwierdzonej przyczyny awarii.
Znów ten ton głosu, który recytuje się powtórzone zbyt wiele razy formułki.
— Na kiedy planowane jest przywrócenie zasilania? — Potarł kark, bo mógł się domyślić odpowiedzi, którą uzyska, ale nie zaszkodziło spróbować.
— Na ten moment nie mamy szacowanego czasu usunięcia awarii — tym razem głos Sarah drgnął, jakby obawiała się, że wybuchnie. Laurent jednak rzadko przyjmował agresywną strategię. Prowadził to przesłuchanie niemal jak niezobowiązujący flirt. Wolał zjednywać sobie ludzi niż ich zastraszać, więc konsultantkę również chciał do siebie przekonać, a nie zgnieść.
— Wie pani coś, czym może się ze mną podzielić? — nacisnął łagodnie.
— Wystąpiła awaria i zespół techniczny pracuje nad jej usunięciem.
Znów te formułki. Laurent westchnął cicho, przenosząc spojrzenie na czerwone, zachodzące nad horyzontem słońce. Jakby rozmawiał z robotem.
— Tego się domyśliłem — zażartował, a po chwili zorientował się, jak Sarah mogła odebrać jego komentarz. — Nie egzaminuję pani. Po prostu próbuję się zorientować, czy mam się przygotować na godzinę bez prądu, czy całą dobę.
Zadał jeszcze kilka pytań odnośnie domniemanych przyczyn awarii, ale kobieta po drugiej stronie powtarzała w kółko “nie wiem”.
— Czyli jedyne, co może mi pani dziś powiedzieć, to że nie ma prądu — skwitował bez złości.
— Obawiam się, że tak.
— To akurat wiedziałem jeszcze przed telefonem — dodał, odsuwając się od płotu i znów wiodąc wzrokiem za Loganem.
— Przepraszam.
— Nie trzeba. Nie pani wyłączyła prąd w całym mieście. — Zmrużył lekko oczy. W sposobie, jaki kowboj radził sobie z sytuacją kryzysową, było coś pociągającego. W tym, jak wydawał ludziom polecenia, a oni słuchali go bez szemrania. — Poproszę o numer mojego zgłoszenia? — odruchowo odnotował w telefonie, choć nie było takiej potrzeby. Miał doskonałą pamięć do liczb. — Proszę również zapisać, że klient kontaktował się z przedsiębiorstwem w celu uzyskania informacji o przyczynie i przewidywanym czasie usunięcia awarii, jednak na moment kontaktu takich informacji nie udostępniono.
Zakończył rozmowę, choć uzyskane informacje wydawały mu się bezużyteczne. Przejrzał na szybko wiadomości w telefonie, z których wynikało, że miasto rzeczywiście pogrążyło się w ciemności. Uniósł głowę znad wyświetlacza, gdy w części rancza przywrócono prąd. Uśmiechnął się kącikiem ust, a następnie ruszył w kierunku domu, by pomóc Mergy. Wcześniej tylko przebrał się w czyste, ale nie mniej eleganckie ubranie. Gdy Logan wszedł do pomieszczenia gospodarczego, Laurent próbował starego i niezawodnego sposobu na naprawianie wszelkiej elektryki, czyli płaską dłonią uderzył w bok agregatu, niestety bez skutku.
Obrócił się przez ramię w stronę mężczyzny i w ostatniej chwili złapał rozpędzonego Beau, który zmienił się znów w radosną, ruchliwą, puszystą i na ten moment przykurzoną kulkę. Pogłaskał psa, który zadowolony przysiadł obok nich.
— Już tego próbowałem — pokazał Loganowi odpalony na YouTube filmik instruktażowy na swoim telefonie, a pytanie wywołało cwany uśmiech na jego ustach. — Miałbym przegapić okazję, by zjeść z tobą romantyczną kolację przy świecach? — zażartował, spoglądając na niego śmiało. — Poza tym w mieście też nie ma prądu. Nigdzie go nie ma. Nie znają przyczyny awarii. Powiedzieli tylko, żeby sprawdzać stronę internetową, bo na niej mają pojawić się jakieś informacje. Nie wiedzą, nawet ile potrwa, więc chyba naprawdę jesteś na mnie skazany — podniósł się, ściskając lekko jego ramię.
Jeszcze przez chwilę próbował mu pomóc przy generatorze, ale nie wyglądało na to, by ten zamierzał ruszyć. Laurent włączył latarkę w telefonie i poszedł w głąb domu, gdzie Mergy już krzątała się po kuchni, przygotowując jedzenie. Beau dreptał za nią, licząc na to, że coś spadnie na podłogę, obserwowany z politowaniem z posłania przez swojego kudłatego kumpla.
Niedługo potem wszyscy rzeczywiście zasiedli do stołu, na którym rozpalili kilka świec, a obok nich Mergy postawiła garnek z pożywnym gulaszem. Każdemu nałożyła na talerz solidną porcję, a następnie podsunęła pod nos koszyk ze świeżym pieczywem.
— Dobrze, że mamy pełną spiżarnię — oznajmiła z uśmiechem. Laurent skinął głową, grzebiąc w swoim talerzu i przesuwając kawałek mięsa z jednej strony na drugą. Spojrzał na Logana znad rozedrganego płomienia świecy, licząc na to, że chociaż na chwilę uda mu się złowić jego spojrzenie.
W tym samym momencie poczuł na sobie ciężki wzrok kogoś innego. Laurent zerknął na Travisa, który przerwał na moment jedzenie i wbił w niego intensywne spojrzenie.
— Coś nie tak? — zapytał odruchowo, ale chłopak nagle zakłopotany opuścił oczy na swój talerz.
— Nie. Nic — zapewnił szybko, a Laurent odruchowo dotknął szyi. Wsunął palce pod rozpięty kołnierzyk i szybko zrozumiał, co tak przyciągnęło uwagę młodego chłopaka, który pewnie był w tym wieku, że seks jednocześnie wywoływał w nim potężną dawkę zawstydzenia i fascynacji.
Uśmiechnął się wilczo, lekko odchylając na krześle. Nie spróbował zakryć malinki.
— Daj spokój, przecież na pewno masz jakąś dziewczynę — zaczepił go z błyskiem w oku. Lubił tego chłopaka. W końcu był dużo sympatyczniejszy od swojego ojca, choć chyba równie bezpośredni. — Co? Może Logan wierzy, że jeździsz do Toronto spotykać się z przyjaciółmi, ale mnie tak łatwo nie oszukasz.

Logan Callahan

get you off my mind

: pn paź 12, 2026 2:03 pm
autor: Logan Callahan
Logan kiwnął głową na podsunięty pod nos filmik instruktażowy, ale nie był przekonany, co do jego użyteczności. Sam i tak sprawdził wszystko jeszcze raz, dla pewności.
Na komentarz odnośnie kolacji, uniósł tylko wzrok znad otwartej obudowy i posłał Laurentowi krzywy uśmiech. Był pewien, że nie mówił poważnie, w końcu w jego świecie faceci uważali podobne rozrywki za zbyt ckliwe i dla bab. Sam zorganizował romantyczną kolację dla Harper może kilka razy w życiu, bo wszystkie inne organizowała ona, jeśli miała na to ochotę. On był na to zbyt praktyczny. Szczytem romantyzmu Logana było zabranie jej na piknik z butelką wina, konną przejażdżkę o zachodzie słońca albo na tańce. Czuł jednak dziwną ulgę, że Lance zostanie dzisiaj na ranczu, nawet jeśli powodem była kolacja przy świecach i brak prądu w całym mieście. Na tę ostatnią rewelację wykrzywił wargi i westchnął ciężko. Skoro nic nie mogli zrobić, a przeklęty agregat nie działał, naprawdę pozostało im dzisiaj spędzić wieczór jak za dawnych czasów. Trochę psuło to jego plany, bo zamierzał podłubać jeszcze przy pickupie, ale jak mus, to mus.
Zanim jednak wrócili do kuchni niosąc złą informację, Logan zadzwonił do znajomego, z prośbą żeby podjechał jutro i zerknął na agregat. Nie mogli pozwolić sobie na kupno nowego, szczególnie biorąc pod uwagę stopień zadłużenia rancza, ale na wsi ludzie byli zżyci ze sobą i przyzwyczajeni do wyświadczenia drobnych przysług. Logan właśnie z tego korzystał, wiedząc że za jakiś czas, odpłaci się za pomoc, samemu jakąś wyświadczając.
Podczas kolacji panowała całkiem zwyczajna atmosfera. Mergy trajkotała jak zawsze, a Logan pomrukiwał znad swojego talerza, by w którymś momencie przerwać jej wywód, zwracając się do Travisa. Wypytał go o szkołę i obiecał, że zastanowi się czy w ten weekend znów będzie mógł pojechać do znajomych do miasta. Wszyscy zachowywali się tak, jakby Laurent bez wyjaśniania czegokolwiek, nie zniknął nagle na cały tydzień. Chociaż Logan podejrzewał, że Margy zdążyła go już o wszystko wypytać, znów będąc na ranczu najlepiej doinformowaną osobą, a Travis nie interesował się specjalnie jego życiem, ufając, jak zresztą większość ludzi na ranczu, że wszystko zostanie po staremu. Logan też miał taką nadzieję. Cóż, przynajmniej kilka rzeczy zostanie po staremu, za cenę jednej, kompletnie nowej.
– To tylko krótka przerwa w dostawie prądu, a nie apokalipsa czy wojna - mruknął w odpowiedzi na wzdychanie gosposi. Nie było co panikować. Zasilanie wróci pewnie już jutro, albo jeszcze w nocy, a jeśli nie, dopiero wtedy zaczną się martwić. Poza tym, tak długo jak mieli generatory, wszystko będzie w porządku.
– Nigdy nie wiesz! Lepiej być przygotowanym - odparła z powagą Margy, a potem przeniosła wzrok na Laurenta, zainteresowana co też mogło być nie tak, że aż Travis zwrócił na to uwagę.
Logan zerknął na nich nad rozedrganymi płomykami świec, ale na tyle krótko, że nie dostrzegł spojrzenia Lance’a. Za to kolejne słowa sprawiły już, że podniósł głowę, spoglądając na obu spod zmarszczonych brwi zupełnie otwarcie. Nie rozumiał skąd nagle wziął się przy stole ten temat. Nie zauważył momentu, w którym Laurent wymownie dotknął szyi i samej malinki też nie widział, bo po pierwsze siedział po przeciwnej stronie stołu i było ciemno, a po drugie starał się zbyt często nie zerkać w jego stronę, jakby już samo to miało go zdradzić przed kimkolwiek.
– Co? Nie, nie! - Travis zaprzeczył gwałtownie. - Jeżdżę do Sama, to mój przyjaciel. Nie mam dziewczyny… ani chłopaka! - dodał, jakby była to zupełnie normalna opcja i chciał uprzedzić możliwe dopytywanie.
Logan zamrugał, a potem westchnął mrukliwie i ponownie skupił się na swoim talerzu, nie zamierzając angażować się w tę żenującą wymianę zdań. Kiedyś rozmowy o małżeństwach sąsiadów czy przyjaciółek Harper były stałym tematem przy obiadowym stole. Ona i gosposia uwielbiały ploteczki, ale po jej śmierci wszystko ucichło, bo żaden z mężczyzn nie czuł potrzeby zagłębiania się w cudze relacje. Logan poczuł się niezręcznie z tym tematem, chyba nawet bardziej, bo dotyczył jego syna. Oczywiście pogadankę o zabezpieczeniu i odpowiedzialności mieli dawno za sobą, ale to był wymóg, nie opcja. Logan nie chciał żeby Travis wpieprzył się w dzieciaka i musiał potem na gwałt układać sobie życie. Zresztą, nie podejrzewał go o to. Travis nie był tak dziki ani nierozważny, jak on za młodu. Całe szczęście, że akurat tego po nim nie odziedziczył.
– Ty za to na pewno kogoś masz. Skoro o tym mówisz, to nie wysypka ani komar. – Travis pociągnął temat, ośmielony swobodą Laurenta i wskazał na jego szyję. – Przyssał się do ciebie jak glonojad.
Margy parsknęła wesoło, rozbawiona jego porównaniem, najwyraźniej ani myśląc ucinać tej dyskusji.
Logan tymczasem poderwał głowę, wreszcie zdając sobie sprawę o czym była cała ta dziwna rozmowa. Cholera, naprawdę zrobił mu pieprzoną malinkę, jak jakiś napalony małolat?
A może zrobił ją ktoś inny?
W końcu w przyczepie było ciemno, nie przyglądał się jego ciału, po prostu biorąc wszystko, co oferowało. Kto wie, czy Lance nie spał z kimś dzień przed przyjazdem na ranczo. W końcu miał do tego pełne prawo.
Nie zdążył zastanowić się, co czuje w związku z tymi podejrzeniami, bo zdumiała go śmiałość własnego syna.
– Masz chłopaka, prawda? - zapytał Travis zaciekawiony i zadowolony, że mógł odciągnąć uwagę od siebie i przenieść ją na Laurenta. – Jesteś gejem, tak jak wszyscy mówią? - bardziej stwierdził niż zapytał, bo to przecież oczywiste. Luke początkowo starał się to ukrywać, ale kiedy Laurent przyjechał tu ze swoim facetem, cała mistyfikacja poszła się gonić.
Logan łypnął na syna spod brwi.
– Travis - upomniał go szorstko, może nawet zbyt ostro, bo chłopak aż drgnął, natychmiast tracąc rozluźnioną pozę i odrywając zafascynowane spojrzenie od adwokata. - Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy - dodał spokojniej, chociaż wciąż z twardym wzrokiem wbitym w jego przykuloną sylwetkę. Nie zamierzał pozwalać na takie rozmowy przy stole. Szczególnie po ostatnich szalonych wydarzeniach. I bez tego wprawiały go w rozdrażnienie, a teraz, kiedy hipokryzja gryzła go w dupę, w ogóle nie chciał poruszać podobnych tematów.
– To nie fair - burknął nastolatek, grzebiąc w swoim talerzu. - On mógł mnie zapytać.
– Laurent jest dorosły, to co innego. Wracaj do jedzenia i skończ z interesowaniem się cudzym życiem.
– Ale on nie jest pierwszym gejem jakiego znam - bronił się Travis, porzucając wreszcie widelec i patrząc ojcu w twarz. – Jordan Lewis zrobił wczoraj coming out w szkole.
– Co ty mówisz?! - Mergy ożywiła się, wtrącając do rozmowy. - Syn Judy? Naszej Judy Lewis?
Travis pokiwał głową, wyraźnie zadowolony, że gosposia zamiast wziąć stronę ojca, wolała świeże plotki.
– I wszyscy go wspierają.
– Ciekawe, co na to jego ojciec - mruknął cierpko Logan. - Czy też go tak wspiera.
Już sobie wyobrażał, jak cholernie musiało to uszczęśliwić Colta, którego rodzina od trzech pokoleń zajmowała się hodowlą bydła. Znał Colta Lewisa tyle czasu, ile mieszkał na ranczu i nie wyobrażał sobie, żeby ten szorstki facet, który zawsze rubasznie żartował, że ożenił się z Judy dla jej wielkich balonów, najbardziej na świecie lubił jeździć na pokazy rodeo i wieczorem wypijał przynajmniej dwie szklaneczki whisky, ucieszył się z syna pedała.
– Ale przecież to nic złego. Mamy już inne czasy, tato!
– Co ty tam wiesz o innych czasach - skwitował protekcjonalnie, bo może i w wielkich miastach było inaczej, ale w małych społecznościach nic się nie zmieniło. I dałby sobie rękę uciąć, że biedny szczeniak Lewisów narobił sobie samych kłopotów.
– Poza tym, ludzie homo są zupełnie normalni - ciągnął niezrażony Travis. - Przecież nasz Larry jest super i też go lubisz. Dawno nie widziałem żebyś się przy kimś tak często uśmiechał.
Logan zamarł z łyżką w połowie drogi do ust. Poczuł gwałtowny uścisk w żołądku, ale nic nie dał po sobie poznać. Udał też, że nie słyszy chichotu Margy. Po wymownym zawahaniu, wziął kęs i mruknął pod nosem coś niezrozumiałego zanim odchylił się na krześle. Cholerny szczeniak widział zdecydowanie za dużo. Mówił też zbyt wiele. Logan najpierw posłał mu ciężkie spojrzenie, zanim przeniósł je na Laurenta. Za oknem robiło się coraz ciemniej, więc światło świec wyraźniej odbijało się w ich oczach.
– Ta. Larry opowiada świetne żarty - odparł z przekąsem, ale po raz pierwszy od początku tej rozmowy patrzył na niego dłużej niż kilka sekund. Lekko przymrużył powieki, a kącik jego ust drgnął w sposób zdarzający całą tę sympatię, której tak próbował się wypierać.
– Widzisz? - powiedział Travis triumfalnie. - Właśnie o tym mówię!
Logan powoli spoważniał i bez słowa wrócił do jedzenia.

get you off my mind

: wt paź 13, 2026 1:38 pm
autor: Laurent Ashcroft
Przyglądał się przez moment Travisowi, który tak gorliwie zaprzeczał posiadaniu dziewczyny, jakby rzeczywiście jakąś miał. A może po prostu jeszcze nie wyrósł z przekonania, że laski są głupie? Zamyślony potarł miejsce, które przyciągnęło uwagę chłopaka, a następnie poprawił kołnierzyk koszuli, chociaż było już zdecydowanie za późno na ukrywanie malinki.
Parsknął rozbawiony pod nosem na wzmiankę o glonojadzie. Nie czuł się zażenowany rozmową o seksie. Nie widział w tym niczego niewłaściwego, choć uświadomił sobie, że musieli być z Callahanem ostrożniejsi.
— To był raczej ogier, a nie glonojad — sprostował, unosząc kącik ust w krzywym uśmieszku. W końcu wredne konie też potrafiły ugryźć. Odłożył sztućce na talerz, przestając przesuwać po nim bez sensu kawałki mięsa. Nie było mowy, żeby tknął gulasz. Odchylił się lekko na krzesełku, układając łokieć na jego oparciu.
Skinął powoli głową, potwierdzając przypuszczenia Travisa. Zamierzał nawet udzielić mu odpowiedzi, ale wtedy w rozmowę wtrącił się Logan. Przeniósł na niego ciężkie spojrzenie. Przyglądał mu się z uwagą, próbując odgadnąć wszystkie myśli. W pierwszej chwili chciał się wtrącić i stanąć w obronie chłopaka. Lekko zmrużył oczy, pocierając kciukiem opuszki palców. Zawahał się, bo wychowanie Travisa nie było jego sprawą, nawet jeśli naprawdę lubił młodego Callahana.
Poza tym zaskoczyło go, że orientacja mogła nadal wzbudzać pośród ludzi tak silne emocje. Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka.
A ty nie wspierałbyś własnego dziecka?
Pytanie zaciążyło mu na języku, ale jego też nie zadał. Tylko rysy twarzy na moment stwardniały, zdradzając, że Lance wcale nie był młodym i zagubionym chłopakiem, którego przypominał, gdy wpatrywał się w Logana ze szczenięcą fascynacją. Teraz był na niego wkurwiony, bo za bardzo przypominał swoim zachowaniem Luke’a. Protekcjonalny ton go rozdrażnił. Callahan rzucił tym w gruncie rzeczy okrutnym komentarzem bez odrobiny refleksji, a jeszcze kilka godzin temu sam rżnął go w przyczepie.
Najwyraźniej bycie gejem było w porządku, dopóki nikt o tym nie wiedział.
Poprawił się na krzesełku, które cicho zaskrzypiało pod jego ciężarem. Nie wtrącał się, przysłuchując wymianie zdań. Wrócił do wystudiowanego, obojętnego wyrazu twarzy. Nie spuszczał spojrzenia z Logana, obserwując jego wewnętrzną walkę i skrępowanie. Przechylił lekko głowę w bok, na moment odrywając wzrok od mężczyzny.
— Często? — wtrącił z powątpiewaniem, bo jego zdaniem Logan uśmiechał się zdecydowanie za rzadko, ukrywając przed światem ten swój zawadiacki urok. Może to i lepiej, skoro Laurent miał go teraz tylko dla siebie. — Och, tak. Jestem wyjątkowo zabawny — potwierdził z nonszalanckim machnięciem dłoni. Złapał spojrzenie Logana i odwzajemnił jego uśmiech, czując znajomy już żar. Napięcie nie zdążyło narosnąć, bo Travis je przerwał, wywołując serdeczny rechot Lance’a. — Dobra, mądralo. Zdradź, jak się nazywa ta dziewczyna — zaczepił śmiało chłopaka, który znów zaczął gorąco protestować, a pobłażliwy uśmiech Laurenta się poszerzył. Przynajmniej znów zmienili temat, za co Logan mógł być mu wdzięczny.
Złapał lekko za spracowaną dłoń gospodyni, która wciąż krzątała się po kuchni.
— Usiądź z nami — poprosił ją łagodnie, wskazując wolne miejsce przy stole. Wstał z krzesła, by wyjąć z szafki talerz i postawić przed starszą kobietą. Mergy wyglądała na poruszoną tym prostym gestem, który czynił ją członkiem rodziny. Jej oczy lekko się zaszkliły, kiedy sięgnęła po łyżkę, by nałożyć sobie gulaszu.
Usiadł z powrotem do stołu i wrócił do wesołej rozmowy, podczas której drażnił się jeszcze z Travisem i wypytywał o najnowsze plotki. Tak, jakby nic się nie stało. Jakby nie przyjechał tu dzisiaj z zamiarem zrujnowania życia, które tu mieli. Co jakiś czas spoglądał w stronę milczącego mężczyzny, czując bolesną wręcz potrzebę, by ich wzrok znów się spotkał, skoro nie mógł go nawet dotknąć. Drażniło go, że Logan milczał i go unikał, czyniąc to oczekiwanie nieznośnym.
Jednocześnie był zły na siebie, że sam nie może przestać wodzić za nim wzrokiem, ale z tym nic nie mógł zrobić.

Zimny, szybki prysznic go nie otrzeźwił. Zanurzył się po nim w miękkiej pościeli razem z Beau. Miał rozładowany telefon, więc nie mógł puścić sobie kryminalnego podcastu. Poza tym i tak nie zamierzał spać. Wsłuchiwał się w odgłosy domu, czekając, aż w końcu zapanuje cisza. Myślał o wszystkim, co się stało. O wykrzyczanych w gniewie słowach. Pospiesznym numerku. Wilgoci między pośladkami. Dyskusji w kuchni. Przede wszystkim jednak o silnych dłoniach i twardym fiucie.
I o tym, że powinni sobie wiele rzeczy wyjaśnić.
Poruszył się w pościeli z cichym pomrukiem. Zastanawiał się, czy Logan zdążył już położyć się do łóżka i czy też o nim myśli. Zapewne zasnął kamiennym snem spracowanego, dobrego faceta. Bez zamętu w głowie i wszystkich tych wątpliwości, które innym nie pozwalają zmrużyć oka.
Laurent jednak nie zamierzał być jedynym, który tej nocy nie zaśnie. Gdy w końcu wszystkie odgłosy ucichły, odczekał jeszcze pół godziny, by mieć pewność, że domownicy zasnęli. Postawił bose stopy na podłodze, kazał Beau zostać i cicho ruszył na korytarz. Nie zapukał do drzwi Logana, uchylił je ostrożnie i po ciemku wsunął się do środka. Pomieszczenie oświetlało jedynie jasne światło księżyca. Lance zatrzymał się u stóp łóżka, wbijając spojrzenie w mężczyznę. Wpatrywał się w niego przez chwilę, zastanawiając, czy naprawdę jest gotów poświęcić swoje plany dla tego faceta?
Logana obudził ciężar na biodrach i dłoń przyciśnięta do ust. Laurent zaśmiał się cicho i z wyższością w jego policzek.
— Shhh… kowboju — uciszył go, nie zabierając jednak palców z jego ust. — Pomyślałem, że może się stęskniłeś — szepnął, poprawiając się na jego biodrach, choć wciąż dzieliły ich ubrania i kołdra. — I że powinniśmy sobie ustalić kilka rzeczy — dodał, przesuwając dłoń tak, by otrzeć kciukiem jego dolną wargę, a potem wsunął go między nie, ocierając się opuszkiem o zęby. Żywe stało się wspomnienie, gdy Logan wziął go do ust. Laurent poczuł znajomy skurcz w podbrzuszu i głośniej wypuścił powietrze. — Chociażby to, żebyś przestał unikać patrzenia na mnie przy stole. To dopiero jest podejrzane. A poza tym nie lubię czuć się ignorowany.

Logan Callahan

get you off my mind

: wt paź 13, 2026 8:52 pm
autor: Logan Callahan
Logan mało nie opluł się gulaszem słysząc komentarz Laurenta. Sięgnął po kromkę chleba i gniotąc ją w dłoni, wziął wielki kęs. Przeżuł tego “ogiera” bez słowa, bo nawet nie musiał spoglądać na Laurenta, by wiedzieć kogo miał na myśli. Zresztą, w ogóle nie zamierzał mu się przyglądać, nawet jeśli ciepłe światło świec zdecydowanie mu służyło. Nie widział więc błysku irytacji w jego oczach, zresztą nawet gdyby go dostrzegł, nie użyłby innych słów. Ich dziwny układ nie znaczył przecież, że nagle cały świat się do niego dostosuje. Skoro od dekad tęczowe ruchy nie mogły zmienić podejścia wszystkich ludzi, to już się to po prostu nie stanie. A oni żyli gdzie żyli i musieli brać pod uwagę konsekwencje, a nie patrzeć na świat przez różowe okulary i żyć nadziejami. Logan wiedział doskonale, że nadzieja to kłamliwa suka, która w zderzeniu z rzeczywistością ucieka w popłochu i nie zamierzał dać się jej zwodzić. Więc to gdzie sam wkładał dzisiaj fiuta, nie miało znaczenia. Nie zmieniało prawdy, a prawda była taka, że ludzie nie byli tolerancyjni. Nie tutaj.
Nie wtrącał się już w rozmowę przy stole. Kiedy skończył, odłożył talerz do zlewu i ruszył na górę, nawet się nie oglądając. Jakby nic się nie zmieniło. Jakby był to kolejny dzień ich wypracowanej wcześniej rutyny. Nie zamierzał przecież w żaden sposób zdradzać ich zażyłości, szczególnie że Travis zauważał zdecydowanie więcej niż Callahan by sobie tego życzył.
Wziął prysznic przy blasku świeczki, którą zabrał ze sobą z kuchni gdy szedł na górę. I akurat gdy wychodził z łazienki w bokserkach, wycierając jeszcze ręcznikiem wilgotne włosy, Laurent właśnie wspiął się na ostatni schodek. Spojrzeli na siebie w korytarzu, nagle bardziej ciasnym i duszniejszym przez mrok i ciszę. Logan trzymał świecę, której drgające światło kładło się na nagiej piersi i sprawiało, że sylwetka rzucała długi, czarny cień.
- Dobranoc - powiedział cicho, miękko i nisko, nadając pożegnaniu wymiar czułej pieszczoty. Uśmiechnął się ledwo zauważalnie, zanim zniknął za drzwiami swojej sypialni, zostawiając Laurenta w mroku, który słabo rozświetlał chłodny blask księżyca wpadający przez okno na końcu korytarza.
Logan postawił świeczkę na komodzie. Płomień zalśnił w szybce ramki na zdjęcie, ściągając jego uwagę. Stała tam od tak wielu lat, że czasem zapominał o jej istnieniu, chociaż w pierwszych latach po śmierci Harper trzymał ją przy łóżku i podnosił bardzo często. Teraz zdał sobie sprawę, że od kilku tygodni nawet jej nie tknął. Nie poczuł wyrzutów sumienia, raczej zdumienie.
Ujął prostą, drewnianą ramkę i przysunął do siebie. Ze zdjęcia uśmiechała się do niego śliczna blondynka w kwiecistej sukience i jego ulubionym kapeluszu, który przytrzymywała dłonią. Logan znał każdy pieg uchwycony na tym zdjęciu, tak jak znał ich konstelację na jej policzkach. Wiedział o niej wszystko. Przeciągnął kciukiem po szybce, czując tę samą mieszankę bólu, czułości i nostalgii. Czasem zastanawiał się jak ludziom udawało się iść dalej po stracie ukochanej osoby. Jak to możliwe, że na nowo układali sobie życia, wchodzili w nowe związki i zamiast egzystować, po prostu żyli? Minęło już tyle lat, a on wciąż sądził, że to nieosiągalne.
A jednak w ostatnim tygodniu w ogóle o niej nie myślał.
Usłyszał cichy trzask drzwi w sąsiednim pokoju i oderwał wzrok od zdjęcia. Spojrzał na ścianę, za którą Laurent na pewno szykował się już do spania. Przez głowę przeszła mu dzika myśl, by do niego pójść. Pocałować gwałtownie i znów na kilka chwil uczynić świat śmiesznie prostym. Chciał tego. Przez jedną, krótką chwilę potrzeba była tak silna, że aż się jej przestraszył. Puścił ramkę, odsuwając ją od siebie jakby go parzyła. Boże, co on robił ze swoim życiem?
Przetarł twarz dłońmi, wzdychając głośno. Mógł wmawiać sobie, że robił to wszystko dla przyszłości syna i z miłości do rancza. Że chciał w ten sposób ratować swój dom i przekonać Laurenta, że warto zachować dziedzictwo. I w dużej mierze tak było, ale prawda była dużo bardziej prozaiczna, a jednocześnie przerażająca.
Chciał go. Chciał, bo właśnie przy nim czuł się żywy. Nieważne czy Laurent działał mu na nerwy bezczelnymi prowokacjami czy się z nim kłócił czy pieprzył. Logan czuł się wtedy jakby znów mógł oddychać. Jakby w piersi zamiast zimnego kamienia, wciąż miał jeszcze serce.
Przez chwilę stał, wpatrując się w ścianę, jakby mógł go przez nią zobaczyć. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek wejdzie w takie bagno, a tu proszę. Tkwił w nim po szyję i wcale nie chciał uciekać. Zirytowany na siebie, zdmuchnał świeczkę i wsunął się pod kołdrę. Nie mógł zasnąć. Był napięty, dziwnie podminowany i czujny. Dom ucichł, księżyc wzeszedł wysoko, a on coraz śmielej rozważał żeby, jak jakiś zakochany szczeniak, zakraść mu się do pokoju. Okazało się, że Laurent miał dokładnie ten sam plan.
Drzwi nie skrzypnęły, ale Logan usłyszał ciche kliknięcie zamka. Wstrzymał oddech i przez moment leżał w bezruchu, nasłuchując. Mógł się zdradzić, ale kiedy nie zrobił tego w pierwszej chwili, czuł że jest za późno, więc udawał, że śpi. Kiedy jednak Laurent bezceremonialnie wspiął się na niego, siadając dokładnie tak, by zmusić jego ciało do reakcji, od razu otworzył oczy. Niestety nie zdążył nic powiedzieć, bo poczuł na ustach jego dłoń. Adwokat mógł wyczuć, że pod nią Logan się uśmiecha, a potem również dotyk dużych dłoni na swoich udach. Logan potarł je z rozmysłem, autentycznie zadowolony, że wreszcie znów może go dotknąć. Zmarszczył jednak brwi, słysząc o ustaleniach. Nie był pewien czy to też mu się spodoba.
Pozwolił żeby przesunął kciukiem po jego wardze, ale gdy wsunął pomiędzy nie opuszek, ukąsił go zaczepnie. Potem chwycił go za nadgarstek i odciągnął dłoń od swojej twarzy, ale jedynie po to żeby złapać go nad łokciem i pociągnąć do siebie. Uniósł się lekko. Chciał go pocałować i zamierzał spełnić ten kaprys. Słowa zatrzymały go tuż przy wargach i wywołały ten nowy, zuchwały uśmiech.
- Nie ignoruję cię - zamruczał i oblizując dolną wargę, sięgnął wreszcie jego ust. Pocałował go głęboko, bezmyślnie kładąc wolną dłoń z powrotem na jego udzie. Ścisnął je i potarł, na tyle oswojony już z jego ciałem, by śmiało do niego sięgać. Potem druga dłoń oderwała się od przedramienia i wplątała w ciemne włosy na karku, przytrzymując Laurenta chwilę dłużej. Logan poczuł przedziwny splot ulgi i podniecenia. Znajomy. Przyjemny.
Zamruczał cicho, czując że ciało, nad którym zwykle tak dobrze panował, reaguje jakby znów miał naście lat i siano w mózgu.
- Gdybym patrzył tak, jak mam na to ochotę, to dopiero byłoby podejrzane - wychrypiał, kiedy oderwał się od jego warg. Opadł głową na poduszkę i popatrzył na niego z dołu. Laurent miał na sobie jedynie bieliznę i ten widok przypominał mu to nieszczęsne spotkanie w Toronto, ale… teraz było inaczej. Teraz Logan nie czuł się tak rozdarty, nawet jeśli miał świadomość, że facet siedzący mu na biodrach był pewny, że go kocha.
- Chodź tutaj - mruknął, unosząc brzeg kołdry. Przez jedną, krótką chwilę pomyślał, że to cholernie dziwnie być z nim w tym łóżku, ale zdusił w sobie te myśli. Bał się, że jeśli pozwoli Harper wejść między nich w tej chwili, stchórzy i każe mu wracać do siebie.
- Co chcesz ustalać, że nie mogło poczekać do rana? - zapytał tak poważnie, jakby wcale się z nim nie droczył. W kącikach ust czaił się jednak uśmiech, a oczy lśniły bezczelnością.
Kiedy Laurent wsunął się pod kołdrę, on przykrył go i położył się na boku, podpierając głowę na ręku. Potem sięgnął do jego szyi, gdzie w nikłym blasku księżyca widniała ciemna plamka malinki.
- Ja ci ją zrobiłem? - zapytał z namysłem, odprowadzając spojrzeniem ruch swoich palców, sunących w dół przez obojczyk, zanim zupełnie zabrał dłoń.

Laurent Ashcroft

get you off my mind

: śr paź 14, 2026 10:29 am
autor: Laurent Ashcroft
Los wystawiał Laurenta na okrutne próby. Gdy dostrzegł półnagiego Logana w korytarzu, natychmiast zapragnął go dotknąć, wsunąć palce głęboko w jego mokre włosy i mocno go pocałować. Oświetlony drżącym płomieniem świec wyglądał zmysłowo niczym z jakiejś artystycznej fotografii. Ashcroft był niemal wdzięczny za ten chwilowy brak prądu. Stojąc na ostatnim stopniu, gapił się na niego łakomie, dopóki ciężkie słowa nie przerwały ciszy między nimi. W odpowiedzi uniósł lekko brew i uśmiechnął się wymownie, dając Loganowi do zrozumienia, że jeszcze będzie miał okazję szepnąć mu dobranoc prosto w rozchylone usta.
Tylko cudem nie poszedł od razu za nim, ale sam potrzebował prysznica. Liczył na to, że chłodna woda go otrzeźwi, cóż wyglądało na to, że wpadł po uszy i nic nie mogło go uratować.
Zakradł się do sypialni Logana, kiedy tylko zyskał pewność, że nie wpadnie na nikogo z domowników. Czuł związaną z tym ekscytację, a potem zachwyt i znajome ciepło w piersi, kiedy przyglądał mu się w półmroku. Nie zamierzał jednak gapić się na niego pogrążonego we śnie jak jakiś creep. Zbliżył się i usiadł na jego biodrach, przekonany, że Callahan śpi. Sapnął zaskoczony, gdy okazało się, że sam wpadł w pułapkę. Gwałtownie odpowiedział na pocałunek, napierając mocno na jego wargi.
— Udajesz, że śpisz? — oskarżył go rozbawiony. Miękki szept połaskotał wilgotne wargi Logana. Laurent nie odsunął się, nawet kiedy miał już ku temu okazję. Ułożył się na nim wygodnie, przesuwając kciukiem po zmarszczonej brwi. Powoli wykreślił jej łuk, uśmiechając się leniwie w odpowiedzi na dalsze słowa. — Czasem wyglądasz, jakbyś zamierzał mnie pożreć żywcem — zamruczał, zsuwając palec na jego powiekę. Wychylił się, by dać mu krótkiego całusa, a następnie skorzystał z zaproszenia i wszedł pod wygrzaną kołdrę z niekłamaną przyjemnością.
Skorzystał też z okazji i wsunął chłodną stopę między łydki Logana, żeby sobie ją ogrzać. Zerknął na napięty biceps, ale zaraz wrócił spojrzeniem w górę i sięgnął oczu mężczyzny. Laurent leżał plecami do okna, a światło księżyca padało na przystojną twarz Logana, odrobinę wyostrzając i utwardzając jego rysy.
— Rano nie będziemy mieć warunków do przeprowadzenia tej rozmowy — odparł, przyjmując równie poważny ton, którym zapewne posługiwał się na sali sądowej podczas przesłuchania wyjątkowo trudnego świadka. Zadrżał mimowolnie pod wpływem dotyku, który mógł wydawać się pozbawiony znaczenia, ale sprawił, że włoski na karku Laurenta stanęły dęba, a oddech gwałtownie przyspieszył.
Położył głowę na dłoni, a drugą wyciągnął, by pogłaskać ramię mężczyzny. Przysunął się bliżej, wciskając bardziej nogę między jego łydki.
Pragnął być z nim blisko. Zanurzyć się w jego ramionach. Spałby lepiej niż przy jakimkolwiek kryminalnym podcaście.
erotyka
— Prawdopodobnie — zaśmiał się pod nosem w odpowiedzi, a jego smukłe palce zawędrowały na tors. — Inni ludzie z reguły nie są tak… bezczelni — dodał, a palce trąciły niedbale ciemny sutek i zsunęły się niżej na bok. — Nie zostawiają śladów. Pamiętają o gumkach i nie spuszczają się w kimś bez pozwolenia — wymienił przewiny Logana, jakby recytował mu właśnie akt oskarżenia, chociaż jego oczy nawet w mroku wydawały się błyszczeć wesoło. Przy każdym grzechu wbijał mu teatralnie palec w pierś, bo tak naprawdę nie miał mu za złe żadnej z tych rzeczy. — Nikomu wcześniej nie przyszło to do głowy — zadarł głowę i spojrzał w górę, by mieć lepszy widok na Logana i upewnić się, że ten rozumie, co dokładnie czaiło się za tymi słowami. — To zbyt intymne. Tak robią pary. No i najwyraźniej bezczelni kowboje — zdiagnozował rozbawiony i świadom, że dla Logana sytuacja nie miała takiego ciężaru. Laurent chciał jednak, by wiedział, że dla niego znaczyła coś więcej.
Przysunął się jeszcze odrobinę, wciskając już kolano między jego uda i trącając zaczepnie nosem brodę.
— Potem cały czas cię czułem. Ty chodziłeś i dyrygowałeś wszystkimi, a ja myślałem o tym, jak łatwo mógłbyś znów się we mnie wsunąć. Liczyłem na to, ale ty byłeś taki poważny, zapracowany i seksowny. Skupiony na rozwiązaniu problemu — zaśmiał się cicho w jego usta, całując krótko dolną wargę. — Masz pół roku, żeby zająć się ranczem. Możesz podejmować wszystkie decyzje, ale te najważniejsze konsultujesz ze mną. Pomogę ci z papierami, ale nie zrezygnuje z pracy — przedstawił hojną, skrajnie nierozsądną i dyktowaną miłością ofertę. — Stoi? — zapytał z wymownym uśmieszkiem. — Umowa — doprecyzował bezczelnie, jakby mogło chodzić o fiuta, o którego przypadkiem otarł się udem, pieszczotliwie i na powitanie. Laurent dotykał go już nie po to, by ugasić pożądanie, a dla samej przyjemności bycia z nim blisko.
Logan Callahan

get you off my mind

: pt paź 16, 2026 1:17 pm
autor: Logan Callahan
erotyka
Nawet się nie skrzywił, kiedy Laurent wcisnął mu między łydki swoją zimną stopę. Ukłuła go jednak myśl, że do złudzenia przypominało to sposób w jaki grzała się o niego Harp, i że kiedyś, to właśnie ona leżała po dokładnie tej samej stronie łóżka. Było w tym coś niewłaściwego, jakaś profanacja pamięci, a jednak przyniosło mu ulgę.
Objął Laurenta natychmiast, gdy tylko bardziej się przysunął, szukając bliskości i ciepła, bo sam też go potrzebował i to od zbyt wielu lat. Potem gładził go leniwie po boku, wykreślając linię talii i biodra, obcą, ale przyjemną. Pozwalał mu dotykać swoich ramion i piersi, oswajając się z nowym doznaniem, mającym więcej wspólnego z czułością niż pożądaniem i słuchał żartobliwego upomnienia, chociaż był świadom jego ciężaru, szczególnie gdy Laurent zwierzył się, jak to postrzega. Logan mógł przyznać mu rację. Była w tym akcie intymność i coś pierwotnego, budującego zależność. Może nawet dlatego sam nie przepadał za gumkami. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał, ale teraz poczuł napięcie w podbrzuszu, gdy pamięć podsunęła mu wrażenia z popołudnia. Moment, w którym wypełnił go bez wahania, zagarniając dla siebie ten osobliwy, laurentowy pierwszy raz.
Westchnął ciężko, lekko poruszając się na materacu, żeby instynktownie znaleźć się bliżej. Nie był pewien dlaczego czuje nagły przypływ zaborczości. Przecież nie powinien w żaden sposób rościć sobie do niego praw.
– Też wtedy o tym nie myślałeś - przypomniał bez pretensji, ledwie szeptem. Nie ze wstydu albo strachu, że ktoś ich usłyszy. Było ciemno, bardzo cicho i intymnie. Nie chciał tego burzyć. – Zacznę nosić ze sobą gumki - dodał, w swoim mniemaniu rozwiązując problem, chociaż gumek nie używał dłużej jeszcze, niż trwał celibat po Harper. Kiedy urodziła, zaczęła brać pigułki i już nie musieli się martwić o zabezpieczenie, za którym przecież nigdy nie przepadał.
Laurent znalazł się nagle jeszcze bliżej, a Logan zsunął rękę z jego biodra na pośladek. Ścisnął lekko przez materiał bokserek, zagarniając go do siebie już zupełnie. Tak, że czuli każdy brany oddech, dzielili się ciepłem skóry i jej zapachem. Potem dłoń pokonała drogę w górę, aż między łopatki. Przytulił go do siebie, czerpiąc z tej prostej, prawie niewinnej czynności cholernie dużo spokoju. Laurent jednak z każdym słowem odbierał chwili niewinność, sprawiając że Logan mruknął nisko, a jego spojrzenie stało się ciężkie. Oczywiście, że natychmiast nabrał ochoty, by zrobić właśnie to, o czym mówił. Nie dało się dwoma numerkami w przeciągu tygodnia zaspokoić głodu narastającego latami, a kiedy pozwolił już sobie pragnąć go, to wcale nie zamierzał niczego im odmawiać. Pchnął biodrami, ocierając się o jego udo bez wstydu czy wahania, odruchowo wbijając wtedy palce w jego plecy i zostawiać mu na policzku i w kąciku ust krótkie pocałunki. Obdarzony całusem, wychylił się żeby pogłębić pieszczotę i zamarł, słysząc kolejne słowa, które wydawały się jakoś nie pasować do całej sytuacji.
Odsunął głowę, patrząc na niego spod lekko zmarszczonych brwi. Przełknął ciężko ślinę, gdy Laurent zaczepnie naparł na niego udem, ale nie zmienił wyrazu twarzy. To znaczy uśmiechnął się kątem ust na grę słów, ale zaraz spoważniał.
– Dlaczego akurat pół roku? - zapytał, bo nie sądził żeby w sześć miesięcy udało mu się wyprowadzić ranczo na prostą. Poza tym, ramy czasowe wywierały presję. Może Laurent nie wierzył mu i dlatego postawił ultimatum? A może sądził, że za pół roku nie będzie miał już ochoty ujeżdżać żadnego “bezczelnego kowboja”?
– A co, jeśli mi się nie uda? - zapytał cicho po chwili, bez pośpiechu gładząc jego bok. Patrzył mu w oczy uważnie, nawet mimo oczywistego podniecenia.
Laurent Ashcroft

get you off my mind

: pt paź 16, 2026 8:03 pm
autor: Laurent Ashcroft
erotyka
Lgnął do ciepłego i silnego ciała zupełnie naturalnie. Logan go pociągał, co było widoczne w sposobie, w jaki na niego patrzył i wyczuwalne w dotyku. Opuszki palców mrowiły go, gdy dotykał ciepłej skóry i czuł pod nimi twarde mięśnie. Chciał od niego znacznie więcej niż orgazmu, ale uparty, głupi kowboj wciąż się przed tym bronił. Zirytowany zmarszczył brwi, bo przecież nie chodziło o to, żeby Callahan zaczął nosić przy sobie gumki. Facet ewidentnie nic nie rozumiał albo znów zgrywał wioskowego głupka.
Bo Laurent nie dopuszczał scenariusza, w którym Logan uwodziłby go i wykorzystywał świadomie i z premedytacją. Nie chodziło o to, że był w jego oczach na to za głupi, ale zdecydowanie zbyt porządny.
— Nie myślałem. Przy tobie w ogóle ciężko się myśli — duszną, niewielką przestrzeni wypełnił jego cichy i zduszony śmiech. Laurent był rozbawiony własnym wyznaniem, które jednocześnie było żenująco szczere. Ostatni raz tak zakochany był chyba w pierwszej klasie szkoły średnie, czyli naprawdę dawno temu.
Ciało Logana i jego zaborczy dotyk przyznawały zdecydowanie więcej, niż sam mężczyzna był skłonny. Objął go za szyję, wsuwając dłoń w dłuższe włosy i przeczesał je bez pośpiechu. Zamyślonym gestem zagarnął mu je za ucho.
— Żeby odebrać mi całą przyjemność? — zaprotestował leniwie na propozycję, biorąc wdech tuż przy jego ustach. Uśmiechnął się szelmowsko, przeciągając palcami przez jego włosy. Przytulił się do niego bez wahania, co okazało się przyjemnie i relaksujące. Ramiona Logana dawały mu poczucie bezpieczeństwa, a bliskość pozwalała się zatrzymać. Nie miał jednak do końca pewności, czy naprawdę potrafiłby żyć bez adrenaliny i pośpiechu związanego z wyzwaniami wielkiego miasta.
Na przekór tym wątpliwościom zatonął w nim, myśląc, jak dobrze i łatwo byłoby zasnąć tak każdego wieczoru.
Szeptał swoje nieprzyzwoite wyznania, bo bliskość Logana działała na niego nie tylko kojąco. Laurent pożądał go w ten pierwotny i instynktowny sposób, któremu nie potrafił się oprzeć, każdą komórką swojego ciała. Maniery musiały skapitulować, kiedy twarda męskość otarła się o jego udo. Westchnął, lgnąc do niego jeszcze mocniej. Był tak blisko, że od razu poczuł, gdy Logan się spiął. Przesunął dłonią po jego plecach. Dostrzegł wyraz konsternacji na jego twarzy, a pytanie sprawiło, że cicho fuknął przez nos i z niedowierzaniem się odsunął. Nie był zły, a jedynie zaskoczony. Uniósł się na ręce, siadając bokiem i pozwalając kołdrze zsunąć na wysokość bioder. Przechylił głowę, przyglądając się Loganowi.
— Ty na serio nie znasz się na finansach, prawda? — zapytał z drażniącą, pobłażliwą nutą, a potem wziął głębszy wdech, jakby szykował się do wykładu, z którego jednak w porę zrezygnował. Dotknął dłonią jego piersi i obojczyka, gładząc je z czułością. — Jeżeli ranczo w ciągu pół roku nie przestanie przynosić takich strat, to długi przerosną jego wartość — wyjaśnił cierpliwie, sięgając wyżej palcami jego policzka. Potarł brodę. Nie miał pojęcia, w którym momencie zaczął mu się podobać u facetów zarost, choć ten Logana domagał się już wizyty u barbera.
Jakimś cudem jednak nawet z nim wyglądał gorąco.
— Oczywiście, że sam nie dasz rady — zawiesił głos, spoglądając na niego bystro spod rzęs — ale jeśli ci pomogę, to w pół roku sprawimy, że ranczo przestanie przynosić takie straty — pochylił się nad nim z aroganckim uśmiechem. Niemal go pocałował, opierając dłoń przy jego głowie. — Więc jeśli chcesz mojej pomocy, to lepiej nie zachowuj się jak dupek — szepnął, napierając na jego wargi w długim, namiętnym pocałunku.
Zgrywał się. Próbował ukryć to, jak bardzo był w nim zakochany i jak wiele poświęciłby dla tej miłości. Może nawet zdawał sobie sprawę z tego, jak w tym wszystkim był naiwny i żałosny, dlatego zgrywał cwaniaka, chcąc uratować tę odrobinę godności.
Ale przecież chętne usta i tak go zdradzały. To, że drżał od głupiego całusa i gubił oddech, napierając na niego mocniej.
Logan Callahan

get you off my mind

: sob paź 17, 2026 9:44 pm
autor: Logan Callahan
erotyka
Zawtórował mu cichym parsknięciem i zwilżył językiem dolną wargę, jednocześnie opuszczając wzrok, jakby komplement wprawił go w zakłopotanie. Ale kiedy sekundę później go podniósł, uśmiechał się jak bezczelny flirciarz, cholernie zadowolony, że ktoś stracił dla niego głowę. Słowa Laurenta naprawdę sprawiły mu przyjemność, nawet jeśli pod płaszczykiem kokieterii zdawały się nieść ciężar wyznania. Właściwie, samo wyznanie, którego przestraszył się tamtej nocy, też w jakiś sposób było przyjemne. Naiwne i głupie, ale przyjemne. W końcu od lat nikt nie był w nim zakochany. Było mu nawet trochę żal, że nie potrafił być dla Laurenta tym, kim chciał go widzieć, ale wolał nie skupiać się na tym zbyt mocno. Wnikanie w siebie i grzebanie sobie w psychice zawsze go przerażało, dlatego wolał nie robić tego teraz, kiedy trzymał go w ramionach. Akurat tutaj, dzisiaj, w łóżku, w którym nie spał z nikim od śmierci żony. To było niebezpieczne, bo miał w głowie mętlik, a cała ta intymność i pragnienia tylko bardziej mieszały mu w sercu.
Zmarszczył lekko brwi, nie pojmując w pierwszej chwili jego komentarza. Wydawało mu się, że dobrym wyjściem będzie używanie gumek, skoro na bank zdarzy im się jeszcze coś podobnego, a Lance jednocześnie uważał to za zbyt intymne i śmiałe. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że wcale nie to było problemem, a cała rozmowa miała na celu coś zupełnie innego. “Tak robią pary” przypomniał sobie jego słowa. Kurwa. Laurent próbował zasugerować mu, że… właściwie nie był pewien co. Bo przecież nie byli parą. Nie mogli nią być w formie, w jakiej pewnie to sobie wyobrażał. Ale nie dało się ukryć, że coś ich łączyło. Choćby to nieznośne przyciąganie i pożądanie, przez które ostatecznie znaleźli się właśnie tutaj. Ich dziwny układ mógł mieć jakieś zasady, chyba nawet powinien i może to był dobry czas, by je ustalić.
Zmarszczka między jego brwiami wygładziła się, a na usta wypłynął krzywy uśmiech.
- Wolę bez - stwierdził jak łobuz zdradzający drugiemu pomysł na psotę. Sięgnął do jego pośladka i ścisnął go zaczepnie.
- I wolę żebyś sypiał tylko ze mną - dodał, nadal lekko, bez ciężaru poważnych deklaracji, choć bez wątpienia całkiem serio. Szybko doszedł do wniosku, że nie chce zastanawiać się czy Laurent wracając do miasta wraca też w czyjeś ramiona. Jeśli mieli to robić, to tylko z wyłącznością. Nieważne, że nie miało przyszłości i zmuszało ich do życia w kłamstwie, a Laurentowi mogło dawać nadzieję. Nie zamierzał się dzielić.
Kiedy kilka chwil później Laurent fuknął oburzony jego pytaniami, Logan natychmiast rozluźnił uścisk i spojrzał na niego spod brwi, jeszcze bardziej zbity z tropu. Komentarz sprawił jednak, że parsknął rozbawiony.
- Jestem prostym facetem, ko… - urwał, łapiąc się na tym, co chciał powiedzieć. Tak to było, kiedy mówił zanim przemyślał. Zaklął cicho i gdy teraz odwrócił na moment wzrok, naprawdę był trochę zakłopotany, bo pieszczotliwe określenie przyszło samo, zupełnie nieproszone i nie ironiczne, zwabione tutaj czułością i jakąś pierwotną potrzebą bliskości. Ale urwanie i całe to głupie zachowanie było jeszcze gorsze od przyznania się do niego, więc mruknął tylko niezadowolony i uśmiechnął się z czymś na kształt rezygnacji, kiedy znów na niego spojrzał.
- Jestem prostym facetem, kochanie - poprawił się i zsunął spojrzenie na jego ciało, które nie okryte kołdrą nabierało marmurowego docienia w bladym świetle księżyca. Przesunął ciepłą dłonią po jego boku i zatrzymał ją dopiero na jego biodrze, tam gdzie nie docierał już blask. - To jasne, że nie znam się na finansach. Na pewno nie tak, jak ty.
Oświecony oszacowaniami Laurenta, znów zrobił marsową minę, a nawet burknął pod nosem jak niezadowolony pies, któremu ktoś przerwał drzemkę. Zerknął na niego spod brwi, a potem chwycił go za dłoń, którą miział go po brodzie i przytrzymał w ciepłym uścisku swoich palców, przejęty jego deklaracją. Właśnie tego chciał od początku - współpracy. Może nie w takiej formie jaką przybrała, ale z drugiej strony… Laurent do niczego go nie zmusił. Logan poszedł w to, bo w głębi duszy sam tego chciał. Nie mógł się tego wyprzeć i nawet nie próbował.
Kiedy adwokat nachylił się, ostatnie słowa mówiąc wprost w jego usta, on już sięgał do jego karku i przyciągał go do siebie. Pocałował go bez wahania, jakby właśnie tą pieszczotą przypieczętowali kolejny paragraf umowy. Ściągnął go na siebie i wypełnił językiem jego usta, mrucząc w nie bezwstydnie, bo kiedy wszystko było już jasne, kiedy dostał to, czego chciał, jeszcze łatwiej było sięgać po to, co do tej pory było dla niego zakazane.
Nie przestając go całować, obrócił Laurenta tak, że teraz to on leżał na plecach. Zrobił to z imponującą łatwością, a potem śmiało wpasował się biodrami między jego uda, czując się między nimi coraz bardziej na miejscu. Całował go jeszcze kilka chwil, dopóki kompletnie nie stracili oddechu, a między ich ciałami nie wybuchł żar. Wtedy oderwał się, ale jedynie na tyle, by móc wyszeptać kilka słów.
- Nigdy nie zachowuję się jak dupek. - I wrócił do wypełniania językiem jego ust. Docisnął biodra do jego bioder i otarł się, czując ten specyficzny rodzaj brudnej przyjemności, kiedy czuł jego fiuta tak blisko swojego. To wciąż było nowe, ale dopiero teraz Logan czuł, że ma przestrzeń, żeby eksplorować. Bez nieznośnego poczucia porażki. Bez winy i wstydu jakimi podszywał każdą przyjemność.
- Mogę czegoś spróbować? - zapytał zdyszany, kiedy znów mogli zaczerpnąć tchu. Patrzył mu w oczy z bardzo bliska, nie kryjąc ani podniecenia ani ciekawości, przez które znów wydawał się młodszy i zdecydowanie nie tak zgorzkniały jak zwykle. I kiedy tylko Laurent mu pozwolił, on uniósł się lekko i sięgnął między ich ciała. Bez skrępowania wsunął dłoń pod bokserki Laurenta, uwalniając jego męskość, a potem zrobił to samo ze swoją. Obaj mieli teraz gacie ściągnięte do połowy masztu, ale to bez znaczenia. Logan patrzył w dół, chociaż w ciemności widać było ledwie zarys ich ciał. To mu wystarczyło. Zamknął ich obu w uścisku dużej dłoni i sapnął czując przy sobie gorąc i twardość drugiego fiuta. Do tej pory widział coś takiego tylko w porno i już rozumiał o co tyle szumu. Wrażenie było cholernie intymne i bardzo specyficzne. Przyjemne, bez dwóch zdań i kompletnie inne od tego, co znał. Nie poruszył dłonią, ale ścisnął, oswajając się. Zamruczał bezwiednie, wreszcie podnosząc wzrok. Ciężko przełykając ślinę, spojrzał Laurentowi prosto w oczy. Uśmiechnął się w ten nowy, drapieżny sposób.
- Podoba mi się - wychrypiał i wysuwając język zanim jeszcze go pocałował, znów zamknął mu usta na kilka długich sekund. Dopiero wtedy odważył się poruszyć ręką uwięzioną między ciałami, wyrywając z własnej krtani dźwięk niebezpiecznie ocierający się o jęk. Zdusił go, pogłębiając pocałunek. Przecież nie chciał żeby ktokolwiek ich usłyszał.
Laurent Ashcroft

get you off my mind

: ndz paź 18, 2026 2:25 pm
autor: Laurent Ashcroft
erotyka
Kto by pomyślał, że z Logana był taki podrywacz. Laurent zaśmiał się cicho, gdy mężczyzna uciekł w bok spojrzeniem, a następnie podniósł je z bezczelnym uśmiechem, sprawiając, że serce samo zaczynało szybciej bić. Pieprzony don Juan w kowbojskim kapeluszu był w te gierki zdecydowanie za dobry. Z tym swoim surowym, nonszalanckim urokiem robił oszałamiające wrażenie i chyba nawet nie był tego do końca świadomy. Poczekał cierpliwie, aż do mężczyzny dotrze znaczenie wypowiedzianych słów. Gdyby rzucił coś bardziej bezpośredniego, w stylu “zostań moim chłopakiem i spuszczaj się we mnie do woli” pewnie by nie przeszło. Niedopowiedzenia zostawiały jednak Loganowi spore pole do manewru i interpretacji.
— Zdążyłem zauważyć, że wolisz bez — stwierdził z rozbawionym uśmiechem, posyłając mu wymowne, wesołe spojrzenie, bo przecież nie mógł się gniewać, kiedy z Callahana wychodził taki czaruś. — Rany, ty serio jesteś bezczelny — zarzucił mu, klepiąc go lekko z udawanym oburzeniu w piersi, choć jego ton pozbawiony był szczerej nagany. — Listę życzeń do świętego Mikołaja piszesz, czy jak?
Pewnie złapany za pośladek, otarł się o niego fiutem i cicho westchnął. Zrobiło mu się gorąco pod kołdrą, która cicho zaszeleściła, gdy zakołysał biodrami. Atmosfera już była duszna i ciężka, a przekomarzanki przeskakiwały między nimi jak iskierki i przyjemnie łaskotały.
Rozluźniła się jednak odrobinę, gdy przeszli do omawiania finansów, a Laurent mógł dać upust swojemu niedowierzaniu. Nie miał pojęcia, jakim cudem ranczo do tego momentu nie upadło. Kiedyś może i wystarczyło znać się na koniach, ale te czasy minęły jakieś trzydzieści lat temu.
I już nie wrócą.
Zamarł, słysząc pieszczotliwe określenie, które jego zaskoczyło bardziej niż samego Logana. Mrugnął, przekonany, że mężczyzna skorzysta z okazji, by wycofać się ze swojego wyznania, ale nic takiego się nie stało. Callahan je powtórzył, a Laurent błysnął zębami w uśmiechu.
— W takim razie masz szczęście, że ci pomogę — puścił mu oczko, udając, że “kochanie” nie zrobiło na nim tak potężnego wrażenia. Poza tym był niemal pewien, że przy tym, jak uparty i konserwatywny był Logan wymuszenie na nim zmian i oszczędności w sposobie prowadzenia rancza bez wątpienia będzie trudnym wyzwaniem, które nie raz skończy się awanturą. Spróbował go przygotować na zmiany, przedstawiając pesymistyczne wyliczenia, ale nawet one nie były w stanie przekonać Callahana, że nie mają gwarancji zwycięstwa. Spojrzał na złączone dłonie, ostatecznie decydując się zaryzykować razem z nim.
Przypieczętowali współpracę głębokim pocałunkiem. Laurent jednak wiedział, że powinni to zrobić na papierze. Musiał przygotować odpowiednią umowę, a następnie przekonać Logana do jej podpisania. Rozsądne myśli jednak uleciały z jego głowy, gdy kochanek wepchnął mu język głęboko do ust, tłumiąc zaskoczone jęknięcie. Opadł na jego ciało, mając zdumiewająco twarde lądowanie, a potem zanurzył się plecami w materac, obejmując wąskie biodra nogami. Wsunął dłoń w grzywę włosów i mocno za nie złapał. Objął go, przyciągając do siebie jeszcze bliżej, aż nie poczuł ciężaru jego ciała na sobie. Uniósł biodra, ocierając się o jego fiuta i gubiąc oddech w ustach Logana.
— Och, tak, prawdziwy z ciebie dżentelmen — zakpił żartobliwie, przesuwając dłonią po jego boku, a nos wsuwając w szorstki zarost. Broda łaskotała wrażliwe wargi. Słysząc pytanie, odchylił się ponownie, spoglądając mu w oczy. — Nie krępuj się — odparł, opadając na poduszki i dając kochankowi pole do popisu. Obserwował go z uwagą. Bezwiednie rozchylił wargi, gdy ciepła dłoń ujęła jego fiuta. Gdy tylko poczuł jego podniecenie przy swoim, wbił palce w pościel i szarpnął biodrami. Syknął przez zaciśnięte zęby coś, co bez wątpienia było przekleństwem, choć pozostało kompletnie niezrozumiałe. Dłoń Logana była duża i szorstka w odróżnieniu od jego aksamitnego kutasa. Przekroczyli ten moment, w którym wszystko stawało się proste i sprowadzało jedynie do czystej, błogiej przyjemności. Callahan był bezpruderyjny w ten niemal onieśmielający, cholernie gorący sposób, z którego podobnie jak ze swojej urody nie zdawał sobie sprawy.
I dobrze, bo jeszcze by obrósł w piórka, a przecież już był nie do wytrzymania.
— Jak ci się tak podoba, to nie gadaj, tylko kontynuuj — wydyszał Laurent przez zęby i samym wychylił, domagając kolejnego pocałunku, którym mógł zastępować brak deklaracji i miłosnych wyznań. Przynajmniej na razie. Wpił się w jego wargi, pogrążając w tej bezmyślnej przyjemności. Jedną dłonią targał jego włosy, jak wiatr podczas szybkiej, konnej przejażdżki, a drugą sunął po ciele, którym nie miał jeszcze okazji się nacieszyć. Pieprzyli się w ciszy i ciemności, w której ledwie słyszalne były tłumione westchnienia, szelest pościeli i mokry odgłos sunącej po wyprężonych fiutach dłoni.
Łapał oddech spomiędzy jego ust, ale naprawdę trudno było mu być cicho. Wysunął dłoń z włosów, by przyciągnąć Logana bliżej za kark. Docisnął wargi do jego ramienia, sfrustrowany i wkurwiony tym ukrywaniem się, a jednocześnie dziwnie rozjebany. Może zacząłby się zastanawiać, dlaczego w ogóle zgodził się na ten układ, gdyby nie twarda męskość, pewny dotyk i zapach Logana, które uświadamiały mu, że poszukiwanie odpowiedzi nie ma sensu, bo i tak nie zamieniłby tego na nic innego.
— Chcę tak dojść — wymruczał w jego szyję, oddychając ciężko w pobliżu ucha, bo myśli uciekały mu jak piasek przez palce. — Nie przestawaj — zahaczył o płatek ucha nosem, a potem zębami, by zaraz znów szukać w ciemności jego ust. — Tak, właśnie tak — wydyszał, zanim znów go nie pocałował, skomląc między jego wargi i bezwiednie szarpiąc biodrami. Wiercił się pod nim, czuł go całym sobą, nawet jeżeli tak niewiele mógł zobaczyć, ale przecież pościel była przesiąknięta zapachem Logana. Ta woń otaczała go i odurzała podobnie jak jego ciepło. Mieszała się z jego.
Było mu tak dobrze, tak cholernie dobrze, bez całej tej presji związanej z pracą, bez tego wyścigu szczurów, bez udawania...
Z tą myślą doszedł, zalewając dłoń Logana spermą. Nieświadomie ugryzł go w dolną wargę, próbując powstrzymać rozkoszny jęk i w ostatniej chwili sięgnął dłonią między ich ciała, by zminimalizować szkody.
— Pozwól mi — wydyszał, otulając jego męskość wilgotnymi od nasienia, długimi palcami. Dotyk Laurenta był inny. Stanowczy, ale na swój sposób delikatny. Logan mógł z łatwością wbijać się w ten ciasny, mokry splot. To nie były warunki na wyszukane zabawy. — Dojdź dla mnie — poruszał nadgarstkiem coraz szybciej, skupiając się na górnej części jego fiuta. — Tak. Mhm. Do samego końca. Wyrzuć z siebie wszystko — szeptał obscenicznie, kiedy jego dłoń zalewało gorące nasienie, mieszając się z jego własnym. Zwolnił, ale nie przestał, gdy spłynęły pierwsze krople, jakby rzeczywiście chciał dostać wszystko. Sunął po wrażliwej męskości, aż nie upewnił się, że nic nie zostało. — Naprawdę zaczynam podejrzewać, że pieprzyłeś na sianie chłopców pod nosem mojego ojca — zażartował ciężko, bezskutecznie próbując unormować oddech.
Logan Callahan

get you off my mind

: czw paź 22, 2026 10:29 am
autor: Logan Callahan
erotyka
Logan zmarszczył brwi słysząc o liście życzeń. Laurent najwyraźniej myślał, że żartował, ale nie żartował. Czymkolwiek było to, co działo się między nimi, nie ma mowy, że pozwoli mu pieprzyć się na lewo i prawo, a potem przyjeżdżać tutaj i wchodzić mu do łóżka. Gdyby zrobili to raz i nigdy więcej do tego nie wrócili, miałby to gdzieś, ale to nie była jednorazowa akcja i obaj to wiedzieli.
Zostawił tę kwestię na później, bo właśnie dawali dowód temu, że nie potrafią zbyt długo trzymać rąk przy sobie. Zresztą, Laurent nie po to zakradł mu się do pokoju, żeby grzecznie spać obok. Żaden z nich się tym nie łudził. I chociaż nie znali jeszcze dobrze swoich ciał, to byli cholernie chętni je poznawać. Potrafili zatonąć w pocałunkach na kilka długich chwil, gubiąc oddechy i doprowadzając się do takiego stanu, że szukali ulgi nawet w bezmyślnym, niemal zwierzęcym ocieraniu się o siebie. Laurent od samego początku był śmiały i chętny, ale Logan dopiero teraz miał czas i przestrzeń żeby się tym zachwycić. Harp nigdy nie była tak namiętna, tak bezwstydna. Może gdy byli szczeniakami, ale miał wrażenie, że nawet wtedy nie sięgała do niego z taką zachłannością, z jaką robił to Lance. Może była to magia nowości, zakazanego owocu, ale seks z Laurentem nie miał w sobie nic z tego, co Logan znał i do czego przywykł, pomijając nawet zupełnie inne ciało.
Natychmiast skorzystał z zachęty obejmując oba fiuty ciepłą, szorstką od pracy dłonią, a kiedy ścisnął je i Lance wydał z siebie westchnienie zachwytu, kompletnie przepadł. Jego reakcje były cholernie gorące, szczere i pozbawione wstydu. Logan z dziką fascynacją patrzył mu w twarz, a nawet obnażył zęby w drapieżnym uśmiechu, słysząc cedzone ponaglenie. Lance był tak kurewsko niecierpliwy, że Callahan nabierał ochoty żeby się z nim podrażnić i może zrobiłby to, gdyby sam nie myślał jedynie o tym, jak dobrze będzie się spuścić właśnie w ten sposób.
Tłumił jego jęki w pocałunkach, ale nie byli w stanie powstrzymać ciężkich oddechów, szelestu pościeli i wilgotnych, niemal wulgarnych dźwięków. Logan podpierał się na dłoni, ale desperacja z jaką Lance do niego lgnął sprawiała, że między ich ciałami zostało bardzo niewiele przestrzeni. Ocierał knykciami o podbrzusze, kiedy pieścił ich coraz gwałtowniej, w szybkim tempie prowadząc na szczyt. Pod kołdrą zrobiło się gorąco, nie miał jednak ani czasu ani głowy żeby ich odkryć. Nie chciał się odsuwać, nie chciał przestawać nawet na moment.
Zaklął słysząc przy uchu zduszoną prośbę. Czuł pod palcami i na własnym fiucie jak bardzo Laurent był twardy, jak robił się wilgotny i gotowy do strzału. Nigdy nie przypuszczał, że coś takiego będzie to podniecać, ale przez to wszystko jego własny kutas ślinił się jak wygłodniały kundel.
– Nie przestanę - warknął półgłosem w jego wilgotne od potu, zmierzwione włosy, które miał teraz tuż przy ustach. Potem pocałował go gwałtownie i gdy skomląc bezradnie, Lance zaczął dochodzić, wepchnął język głęboko w jego usta, połykając każdy jęk. Podniecało go, że był głośny i gdyby mógł, pozwoliłby mu nawet krzyczeć, ale nie tutaj. Nie teraz. Nie gdy pokój dalej spał Travis.
Logan był dosłownie o krok żeby skończyć razem z nim. Wystarczyło jeszcze kilka ruchów nadgarstka, kilka sekund, ale ugryzienie wybiło go z rytmu. Syknął, podrywając głowę i zassał się na wardze, oszołomiony, podniecony i zbyt rozpieprzony żeby się o to wkurzyć. Wolał zresztą podziwiać jak przez jego ciało przetaczają się ostatnie dreszcze, niż skupiać na nieistotnym bólu.
Sapnął przez nos, gdy Lance jeszcze wstrząsany własnym orgazmem, sięgnął między nich. Poczuł śliskość jego spełnienia, mokre palce ocierające się o jego dłoń i było w tym coś niesamowicie gorącego. Pozwolił mu bez wahania, bo sam był na granicy, zbyt blisko żeby spierać się o coś albo zastanawiać. Nie przejął się nawet, że gdy odruchowo podpierając się drugą ręką, zostawił na prześcieradle wilgoć spermy. Zamruczał czując zdecydowany nacisk palców i jedyne co był w stanie robić, to bezmyślnie pieprzyć jego dłoń, ignorując nawet skrzypienie starego łóżka. Patrzył na niego dzikim, nieobecnym wzrokiem w głowie mając przyjemną pustkę. Kiedy Lance kazał mu dojść, przez mgłę przyjemność przedarła się jednak myśl, że nikt nigdy nie skierował do niego podobnych słów. Zadziałały jak zapalnik.
– Kurwa - syknął oszołomiony gwałtownością orgazmu, który przyszedł tak nagle, że Logan dosłownie zawarczał przez zęby, chociaż zwykle dochodził niemal bezgłośnie. Całe jego imponujące ciało spięło się i zadrżało. Kutas w dłoni Laurenta pulsował, wyrzucając gorącą spermę prosto na jego fiuta i brzuch.
Chwilę zajęło Loganowi dojście do siebie, ale nie przygniótł Laurenta, nie opadł zmęczony w bałagan jaki zrobili. Zawiesił tylko głowę, dysząc ciężko w ciemności.
– Już dość - mruknął cicho, odruchowo cofając biodra żeby Lance nie znęcał się już nad zbyt wrażliwym kutasem. Słysząc bezczelny komentarz, spojrzał na niego spod brwi. To głupie, po tym co właśnie się stało, ale ta sugestia go oburzyła, chociaż była przecież swego rodzaju komplementem.
– Bardzo zabawne - burknął i wziął głębszy oddech, normując bicie serca, a przynajmniej próbując. Potem nachylił się i krótko go pocałował.
– Znajdę coś do wytarcia - szepnął, prostując się i wstając z łóżka. Po omacku sięgnął po koszulkę, którą zostawił na krześle i podał ją Laurentowi. Przez moment patrzył na zarys jego ciała, widoczny w słabym świetle księżyca i gwiazd wpadającym przez okno. Na absurdalny obraz mężczyzny, który wycierał się ze spermy w jego własnym, małżeńskim łóżku jakby było to coś zupełnie normalnego. Jakim cudem pozwolił sobie na tak wiele? I dlaczego, na Boga, nie mógł przestać o nim myśleć? Dlaczego pragnął go tak bardzo i mimo wszystko, jego obecność tutaj wcale go nie oburzała?
I dlaczego chciał go tylko dla siebie?
– Mówiłem poważnie, Laurent - odezwał się cicho, akcentując jego pełne imię w ten nieco zabawny, zbyt twardy sposób. Stał przy brzegu łóżka, spoglądając na niego z góry i marszczył swoje gęste brwi, nadając twarzy surowego, poważnego wyrazu. Nie chciał się nim dzielić. Mógł wmawiać sobie, że chodziło o bezpieczeństwo, ale tak naprawdę chodziło o coś więcej.
– Nie będę się z tobą pieprzył, jeśli masz zamiar sypiać z innymi. - Oparł duże dłonie na biodrach i przechylił głowę, wciąż wyglądając na śmiertelnie poważnego. - Nie wiem jak wyglądają takie układy między wami - mruknął, najwyraźniej mając gdzieś, że “między wami gejami" odnosiło się teraz także do niego. – Ale ja się nie dzielę. Nie, jeśli to ma się powtarzać. A już na pewno nie, jeśli mamy się pieprzyć bez zabezpieczenia.
Być może nie powinien stawiać mu warunków, skoro na szali leżało ranczo, którym Laurent bez wahania był skłonny go szantażować, ale nie wyobrażał sobie tego inaczej. Nieświadomie dawał też dowód, że nie wchodzi w ten układ tylko po to, by ratować własny tyłek i zachować dom. A przynajmniej nie tylko. Przecież gdyby używał seksu jedynie jako karty przetargowej, nie zależałoby mu na wyłączności, a po jego minie widać było, że nie zamierza odpuścić, że to coś więcej niż tylko zabawa. Zresztą, mówił mu o tym tamtej nocy w Toronto, może nie wprost, ale wyraźnie sugerował, że nie jest facetem, który potrafi pieprzyć się bez zaangażowania. Gdyby tak było, rżnąłby każdą kursantkę, która robiła do niego maślane oczy, albo wyrwał kogoś w barze. Ale po prostu nie był takim gościem. Nie po tylu latach szczęśliwego małżeństwa.
Laurent Ashcroft