Strona 2 z 2
I know that it's bad timing, I just came back from hell
: wt wrz 29, 2026 5:18 pm
autor: Hollis Bellamy
W odpowiedzi na jego słowa mruknął cicho. Nie wątpił w to, że Tiernan naprawdę i szczerze kochał jego matkę. Zapewne mężczyzna był w stanie dostrzec w niej to, czego nie potrafił dostrzec nikt inny. Innego powodu, dla którego by się z nią umawiał i związał nie widział. Pochodzili z dwóch całkowicie różnych światów i diametralnie się od siebie różnili. Tak naprawdę, Harcourt i matka Hollisa mieli szansę na komfortowe, szczęśliwe i dobre życie u boku mężczyzny, ale kobieta wszystko zniszczyła i w rezultacie zafundowała sobie i swojemu synowi piekło.
— Ja… Sam nie wiem — powiedział. Nie był pewien, czy chciał to robić. Nie chciał mieć z facetem do czynienia, zwłaszcza kiedy nie miał pewności, że mężczyzna poniesie konsekwencje swoich akcji. Nawet jeśli jego ciało było dowodem na to, że ten robił mu krzywdę, kary w takich przypadkach nie były zbyt duże, więc jego zdaniem niekoniecznie było to warte zachodu. Najważniejsze, że zdecydował się uciec z domu i nie zamierzał tam już nigdy więcej wracać. Teraz już nikt więcej nie mógł go skrzywdzić, a przynajmniej właśnie o tym był przekonany.
— Tak, wiem. Przep… To znaczy, już nie będę — powiedział i westchnął głośno. Nie potrafił nic poradzić na to, że czuł potrzebę, aby go cały czas przepraszać. Zwalił mu się bez zapowiedzi na głowę po tym, jak lata temu Tiernan wyrzucił go ze swojego życia. Pojawił się znikąd, do tego w takim stanie i jeszcze prosząc go o pomoc… Nic dziwnego, że czuł się z tym źle i miał lekkie wyrzuty sumienia.
— Tak, wiem. Dziękuję — powiedział. Na pewno nie zakładał scenariusza, gdzie jednocześnie dostanie pracę oraz dach nad głową. Był naprawdę wdzięczny mężczyźnie, że przez wzgląd na ich przeszłość był w stanie zaoferować mu pomoc i w ogóle chciał to zrobić. Wiedział, że równie dobrze Harcourt mógł kazać mu spadać, bo nie miał absolutnie obowiązku, żeby w jakikolwiek sposób mu pomagać. Nawet jeśli w przeszłości nie byli sobie całkowicie obojętni. — Obiecuję, że nie będziesz rozczarowany — powiedział. Doskonale wiedział, że będzie musiał się przyłożyć do swojej pracy i nie mógł pozwolić, aby Tiernan pożałował swojej decyzji. Nie chciał, żeby ten zaczął rozważać, czy postąpił słusznie zatrudniając go w swoim atelier. — Tak, wiem. Zdaję sobie z tego sprawę. Nawet nie liczyłem na specjalnie traktowanie… Samo to, że dajesz mi pracę znaczy dla mnie naprawdę dużo — powiedział i uśmiechnął się niemrawo. Będzie mógł zarabiać, a co za tym szło, będzie w stanie odkładać pieniądze, żeby znaleźć sobie jakieś mieszkanie i wyprowadzić się od mężczyzny. Nie chciał mu siedzieć na głowie dłużej niż będzie to konieczne.
— Pewnie dokładnie tak by było. Naprawdę nie miałem dokąd pójść — powiedział, jakby chciał podkreślić, że Tiernan rzeczywiście był jego ostatnią deską ratunku. Chciał, żeby mężczyzna był tego świadom. Gdyby nie to, nie zawracałby mu głowy i nie pojawiłby się znowu w jego życiu, kiedy był w nim niechciany. — Mimo wszystko, nie musisz tego dla mnie robić. Zwłaszcza po tym, jak moja matka cię potraktowała — powiedział i spuścił głowę.
Odwrócił głowę w stronę drzwi, gdy rozległo się pukanie. Powiódł wzrokiem za kobietą, która weszła do pomieszczenia i skierowała swoje kroki w kierunku biurka. Bez słowa przyglądał się, jak odstawia kubki oraz talerz na blat, by zaraz się oddalić i wyjść z gabinetu Tiernana. Idąc w jego ślady, również sięgnął po kawę i upił ostrożnie nieduży łyk, nie chcąc poparzyć sobie języka.
— Umiem — odpowiedział. — Sam musiałem robić praktycznie wszystko w domu, bo oboje ciągle byli pijani, więc nie będzie to dla mnie problemem. Radzę sobie z takimi rzeczami — powiedział. Domyślał się, że nie będzie z nim mieszkał i po prostu siedział bezczynnie na dupie, tylko będzie miał również jakieś obowiązki w domu. Nawet jeśli mężczyzna by tego od niego nie oczekiwał, to sam by się zaoferował, chcąc w ten sposób odwdzięczyć mu się za to, że dał mu dach nad głową.
Tiernan Harcourt
I know that it's bad timing, I just came back from hell
: śr wrz 30, 2026 9:49 am
autor: Tiernan Harcourt
— Moim zdaniem powinieneś chociaż spróbować, zwłaszcza że już z nim nie mieszkasz. Nawet jeśli policja to zbagatelizuje, to przynajmniej będziesz miał to poczucie, że coś z tym próbowałeś zrobić — powiedział. — Naprawdę chciałbyś, żeby to uszło mu na sucho? Pomyśl o następnych osobach, do których się zbliży i które potencjalnie mógłby zacząć krzywdzić, bo nie poniósł konsekwencji tego, co robił tobie i twojej matce — dodał. Jego zdaniem takie zachowania trzeba było zgłaszać, bo to była po prostu patologia i przestępstwo. Domyślał się jednak, że to nie było takie proste. Nie bez powodu tyle ofiar przemocy domowej siedziało cicho. Jak się było zastraszanym przez tyle czasu, to człowiek bał się sięgać po pomoc. Sam też nie potrafił postawić się w jego sytuacji, bo jego nikt nigdy w ten sposób nie krzywdził, więc łatwo mu było mówić. Nie mógł wiedzieć, jakby sam się zachował, będąc na jego miejscu.
Westchnął tylko krótko, kiedy Hollis ponownie chciał go przeprosić. Naprawdę nie potrzebował, żeby ciągle go za coś przepraszał, bo to było po prostu irytujące. Rozumiał jednak, że chłopak miał taką potrzebę, bo był zaszczuty i musiał naprawdę się bać tutaj przychodzić i prosić o pomoc. Widać było po nim już na pierwszy rzut oko, jaki był przestraszony, niepewny i wycofany. Wyglądał jak kupka nieszczęść.
— Mam nadzieję — odparł. Rzeczywiście nie chciałby, żeby go rozczarował. Nie po to mu pomagał i dawał mu pracę, żeby Hollis nie dawał z siebie wszystkiego. Oczekiwał tego, że będzie wywiązywał się ze swoich obowiązków najlepiej, jak tylko będzie umiał. Nie wiedział, czy ten już gdzieś pracował i czy miał jakieś doświadczenie, ale nie byłby zaskoczony, gdyby to był pierwszy raz, kiedy ktoś go zatrudnił. — Robię to tylko dlatego, żebyś mógł się odbić i tylko przez wzgląd na stare czasy. Gdyby nie to, co kiedyś nas łączyło, to nie dałbym ci takiej szansy. Nie mam w zwyczaju zatrudniać osób, które nie mają odpowiedniego doświadczenia. Daję ci ogromny kredyt zaufania i mam nadzieję, że go nie nadszarpniesz — powiedział jeszcze, chcąc dać mu do zrozumienia, że miał się przykładać do tego, co będzie robił. Nawet jeśli będzie tylko stażystą i będzie wykonywał najłatwiejszą z prac w jego atelier, to nie znaczyło, że nie miał dawać z siebie stu procent. Tiernan jako szef był bardzo wymagający, o czym zapewne chłopak będzie miał okazję się szybko przekonać.
— Na szczęście nie jestem bez serca. Pewnie ktoś inny na moim miejscu kazałby ci spadać już na samym wejściu — skrzywił się delikatnie. Raczej nikt nie chciałby pomagać synowi swojej byłej, która tak bardzo go zraniła. Mimo wszystko nie miał serca skazywać go na życie na ulicy, bo to przecież nie była jego wina, że jego matka popełniła błędy. Nie powinien za to odpowiadać, ale niestety życie miało to do siebie, że nie było fair. — Nie muszę, ale wolę się nad tym za bardzo nie zastanawiać i tobie również radzę, żebyś tego nie robił — odparł. Wiedział, że im dłużej będzie się nad tym zastanawiał, tym większa będzie szansa, że jednak zmieni zdanie i nie będzie chciał mu pomóc. Chciał być jednak słowny i skoro już zdecydował się na to, żeby go uratować, to nie chciał ponownie odbierać mu nadziei.
— W takim razie podzielimy się obowiązkami — stwierdził. Na pewno nie pozwoli na to, żeby Hollis był w mieszkaniu nierobem. — Swoją drogą... — zaczął i upił kolejny łyk kawy. — O jakich długach mówiłeś? Bo wspominałeś, że twoja mama narobiła ich sporo — kontynuował. — Ile tego jest i u kogo? Legalnie? Nielegalnie? Czy odsetki rosną i jeśli tak, to jak szybko? — zalał go pytaniami. Chciał wiedzieć, na czym chłopak stał, bo jeśli okaże się, że te wszystkie pożyczki pochodziły z nielegalnych źródeł, to nie byłoby za kolorowo. Nie chciałby, żeby pewnego dnia do jego apartamentu zawitali jacyś bandyci, którzy znaleźliby Hollisa.
Hollis Bellamy
I know that it's bad timing, I just came back from hell
: pt paź 02, 2026 1:55 pm
autor: Hollis Bellamy
Skrzywił się, co mogło świadczyć o tym, że słowa mężczyzny wciąż niekoniecznie go przekonywały. To nie tak, że twierdził, że Tiernan nie miał racji, bo zapewne miał, ale dla niego to wciąż było trochę za dużo zachodu dla czegoś, co nie miał pewności, że w ogóle będzie miało jakiś efekt.
— Sam nie wiem… Pomyślę o tym — stwierdził. — Nie, nie chciałbym, ale nawet jeśli to zgłoszę, to wciąż nie mogę mieć pewności co do tego, że poniesie jakiekolwiek konsekwencje. Tak naprawdę to będzie słowo przeciwko słowu. Ja będę mówił, że maltretował moją matkę i mnie, a on się wyprze i powie, że wymyślam, bo go nie lubię. Ciężko jest coś takiego udowodnić, zwłaszcza kiedy wcześniej nigdy nie była wzywana do nas policja ani nie było żadnych zgłoszeń, że coś się u nas dzieje. Równie dobrze może przyjąć wersję, że po prostu ktoś mnie pobił, a że się nie dogadujemy, to chce zwalić winę na niego po złości… — powiedział, żeby przedstawić mu swój punkt widzenia. Hollis nie był głupi. Właściwie, można było powiedzieć, że był dość inteligentny. Wiedział doskonale, jak w większości przypadków takie zgłoszenia się kończyły i niestety, ale nie miał żadnych dowodów, które udowodniłby, że rzeczywiście to partner matki stosował wobec niego przemoc domową. Nie było żadnych świadków, a jedyny, który mógłby potwierdzić, że to prawda, nie żył. Poza tym, wątpił w to, że nawet jeśli jego matka by żyła, to działałby na niekorzyść swojego partnera. Była w niego zapatrzona i zakochana w nim po uszy, czego Hollis kompletnie nie rozumiał. Zwłaszcza w porównaniu do tego, z kim spotykała się wcześniej. Mogła mieć wszystko, a z własnej woli skończyła z niczym.
— Tak, wiem. Zdaję sobie z tego sprawę. Przecież mnie znasz i wiesz jaki jestem… Powinieneś wiedzieć, że możesz mu zaufać — powiedział. Nawet jeśli minęło kilka lat odkąd Tiernan rozstał się z jego matką, to Hollis tak naprawdę za wiele się nie zmienił. Owszem, był starszy i nieco bardziej dojrzały, ale nie zmienił się jakoś diametralnie w porównaniu do tego, kiedy Tiernan jeszcze był obecny w jego życiu. Odnosił wrażenie, jakby mężczyzna miał o nim złe zdanie i nie do końca rozumiał, skąd to się brało. To jego matka go skrzywdziła, a nie Hollis. Nie był nią. Był całkowicie innym człowiekiem, który wyznawał w swoim życiu całkiem inne zasady niż ona. Wydawało mu się jednak, że Harcourt trochę traktował ich tak, jakby byli jednym organizmem, a nie odrębnymi jednostkami.
— Zapewne tak — powiedział. — Właściwie to nie miałem pewności, że jak tutaj przyjdę to zgodzisz się mi pomóc — dodał jeszcze, dając mu do zrozumienia, że nie było to coś, na co się nastawiał. Bardziej spodziewał się bycia odesłanym z kwitkiem, zwłaszcza, że mężczyzna skutecznie unikał jakichkolwiek prób kontaktu z nim, kiedy Hollis je podejmował. Dawał mu jasny sygnał, że nie chciał go w swoim życiu, a Bellamy nagle pojawił się w nim niespodziewanie, całkowicie zaburzając jego spokój. — Okej — skwitował krótko i skinął głową. Skoro nie było potrzeby, żeby się nad tym rozwodzić, to w takim razie rzeczywiście nie miał zamiaru tego robić.
— Dobrze — odpowiedział. Nie miał z tym problemu. W domu i tak głównie on zajmował się tak właściwie wszystkim, więc podział obowiązków był mu jak najbardziej na rękę. Uniósł pytająco brwi, gdy mężczyzna tak urwał, wpatrując się w twarz Tiernana i czekając na to co takiego miał do powiedzenia. — Szczerze powiedziawszy… Nie mam pojęcia — odparł zgodnie z prawdą. — Nie rozmawiała ze mną o takich rzeczach. Kazała mi się tym nie przejmować i nie interesować — westchnął ciężko. — Na początku może były to legalne pożyczki, ale nie wierzę w to, że tak było cały czas. Prędzej czy później nikt nie chciałby jej ich dawać, jeśli zobaczyłby, jak zadłużona jest. Chciałbym móc powiedzieć ci coś więcej w tym temacie, ale naprawdę nie mam pojęcia… Po prostu przychodzili do nas ludzie i domagali się zwrotu kasy, grożąc mi, matce i jej partnerowi… — powiedział i spuścił głowę. Nie był w tej kwestii zbyt pomocny, ale nie można też było dziwić się kobiecie, że nie chciał go tym obarczać. Wciąż był jej dzieckiem, w dodatku nastolatkiem. Zapewne była przekonana, że jakoś sama da sobie z tym wszystkim radę.
Tiernan Harcourt
I know that it's bad timing, I just came back from hell
: sob paź 03, 2026 9:47 am
autor: Tiernan Harcourt
— No nie jest to prosta sprawa i rzeczywiście wiele ofiar przemocy domowej nie zaznaje sprawiedliwości — przyznał mu rację. — Byłoby lepiej, gdybyś miał na to jakiś dowód. Nagranie albo zeznania sąsiadów — dodał i westchnął. Domyślał się jednak, że ustawianie kamer w domu to było ostatnie, co Hollis by zrobił zapewne w obawie przed tym, że jakby wyszło na jaw to, że po kryjomu wszystko nagrywa, to skończy się to dla niego naprawdę marnie. Mimo wszystko uważał, że to był błąd, że nigdy tego nie zgłosili. Błędem było też to, że jego matka dalej była z takim potworem, kiedy wiedziała, jak traktuje jej syna. Dla niego takie zachowanie było nie do pomyślenia, bo on w pierwszej kolejności myślałby o dobru swojego dziecka, a nie o swoich uczuciach.
— I ci ufam — powiedział. — Po prostu minęło trochę czasu, odkąd ostatnio się widzieliśmy i nie wiem, jaki teraz jesteś. Jak bardzo i czy w ogóle się zmieniłeś — dodał. Nie chciał go od razu oskarżać o to, że miał jakieś złe zamiary albo że chciał go naciągnąć na pieniądze. Wolał jednak zachować trochę ostrożności w ich kontaktach, bo tej nigdy nie było za wiele. Nie chciałby się obudzić z ręką w nocniku, tylko dlatego, że chciał mu pomoc z dobroci serca.
— Masz szczęście, że najwyraźniej moja słabość do ciebie nie minęła — odparł. — Nawet jakbym chciał, to nie byłbym w stanie wyrzucić cię stąd, wiedząc, że nie miałbyś się gdzie podziać. Nie jestem potworem — dodał i pokręcił lekko głową na boki. Kiedyś łączyło ich naprawdę sporo i mieli ze sobą świetny kontakt, więc kim by był, gdyby pozwolił na to, żeby chłopak skończył na ulicy. Miał tylko nadzieję, że nie będzie z tego jakichś problemów, bo bardzo nie miał ochoty na to, żeby coś zburzyło jego poukładane życie.
— Nie masz pojęcia. No tak — mruknął pod nosem. Jakoś nie był tym zaskoczony. Jego matka raczej nie dzieliła się z nim szczegółami na temat pieniędzy. Zapewne Hollis wiedział tylko tyle, że te pożyczki były. Jak zaraz się przekonał, rzeczywiście tak było. Co chwilę kiwał lekko głową, dając mu do zrozumienia, że go słucha. Odetchnął nieco głębiej, kiedy chłopak w końcu skończył. Nie wyglądało to dobrze i trochę się bał, że jeśli rzeczywiście zaciągnęła jakiś dług u szemranych ludzi, to ci mogą chcieć odebrać swoje pieniądze właśnie od Hollisa. Zdawał sobie sprawę z tego, że tacy ludzie nie mieli problemów z tym, żeby przerzucić odpowiedzialność na kogoś innego. — Brzmi, jakby wpakowała się w niezłe gówno — skrzywił się. — Jeśli ktokolwiek będzie do ciebie wypisywał albo ci groził, to masz o tym dać mi znać, jasne? — dodał. Co prawda, nie miał zamiaru spłacać długów swojej byłej, ale nie miał też zamiaru pozwolić na to, żeby chłopak był w niebezpieczeństwie.
Przez chwilę jeszcze mu się przyglądał, jakby kalkulował to, czy pomaganie mu to rzeczywiście był dobry pomysł, ale w końcu otworzył jedną z szuflad w biurku. Chwilę w niej pogrzebał, by zaraz wyjąć z niej zapasowe klucze do swojego mieszkania. Położył je na blacie i przesunął w stronę chłopaka. — Adres zaraz ci wyślę wiadomością — powiedział. — Możesz się rozgościć. Nie mam dzisiaj głowy do zakupów i planowania obiadów, więc zamów sobie coś. Ja zjem na mieście w przerwie na lunch — dodał. Sięgnął do portfela, z którego wyjął banknot. Położył go zaraz obok kluczy do mieszkania. — Zgaduję, że nie masz ze sobą za wiele pieniędzy. Odejmę ci to od wypłaty — podsumował, żeby było jasne, że go nie sponsorował. Nie miał zamiaru utrzymywać go, bo nie był od tego.
Hollis Bellamy
I know that it's bad timing, I just came back from hell
: sob paź 03, 2026 12:19 pm
autor: Hollis Bellamy
Pokręcił głową na boki, dając mu do zrozumienia, że niestety nie miał niczego takiego. Czasami zastanawiał się nad tym, czy nie wyjąć telefonu i po prostu nie zacząć nagrywać, ale obawiał się tego, że facet mu go wyrwie i zniszczy, a wtedy to już w ogóle szlag by wszystko trafił. Dlatego nie było żadnych dowodów na to, że rzeczywiście mężczyzna znęcał się nad nim i nad jego matką, więc tym bardziej zgłaszanie tego wszystkiego trochę mijało się z celem. Nie miał żadnego sposobu na udowodnienie tego, że to o co by go oskarżał to była prawda.
— Okej — westchnął cicho. — Nie zmieniłem się — powiedział. Przynajmniej tak uważał. Oczywiście, Tiernan nie musiał mu w to wierzyć i mógł kwestionować jego słowa, ale miał nadzieję, że z czasem mężczyzna sam się przekona o tym, że mówił prawdę. Nie chciał go naciągnąć na kasę ani go wykorzystać. Szczerze liczył na jego pomoc. Na ten moment i tak dostał od niego znacznie więcej, niż to, na co miał nadzieję. Miał zamiar dopilnować tego, żeby Tiernan nawet przez chwilę nie żałował tego, że zdecydował się wyciągnąć do niego pomocną dłoń.
— Cieszę się, że mimo wszystko nie jestem ci całkiem obojętny — powiedział i uśmiechnął się delikatnie. Biorąc pod uwagę fakt, że przez te wszystkie lata żył w przekonaniu, że Harcourt go nienawidził, naprawdę miło było usłyszeć, że wcale tak nie było i mężczyzna wciąż miał do niego słabość. — Nie, nie jesteś. Nigdy bym tak o tobie nie pomyślał, nawet jeśli odesłałbyś mnie stąd z kwitkiem. Przecież cię znam — powiedział. Nawet jeśli Tiernan kazałby mu spadać i nie chciałby mu pomóc, byłby w stanie to zrozumieć, bo mężczyzna nie miał takiego obowiązku. Zwłaszcza kiedy Bellamy zwalił mu się na głowę ni stąd, ni zowąd, oczekując od niego pomocy.
— Nie. Niewiele mi mówiła — wzruszył ramionami. Teraz miał jej za złe to, że o niczym nie wiedział, bo domyślał się, że za jej długi będą ścigać jego, bo był jej synem i automatycznie te przeszły na niego. Nawet nie miał pojęcia ile tych pieniędzy wisiała oraz u kogo i gdzie się zadłużyła, co też komplikowało znacznie sprawy i jego sytuację. Wiedział, że prędzej czy później ten kto powinien zacznie się o niego upominać, a co za tym idzie, będą próbowali go znaleźć. Zdawał sobie również sprawę z tego, że narażał tym bezpośrednio na niebezpieczeństwo samego Tiernana, czego też się obawiał. Nie chciał, żeby mężczyzna go wykopał na zbity pysk jak okaże się, że jakieś szemrane typy chcą dopaść Hollisa i w końcu go znajdą. — Bo tak jest. Wpakowała w gówno siebie, a teraz ja muszę się przez nią w tym gównie taplać i próbować jakoś z tego wyjść — skrzywił się. Nie miał łatwego zadania, zwłaszcza w swojej opłakanej sytuacji życiowej, w której się znalazł – głównie, niestety, również dzięki swojej matce. — Okej, dam ci na pewno znać — powiedział. Nie był głupi i doskonale wiedział, że to nie było coś, co powinien przed nim ukrywać.
Obserwował Tiernana, kiedy buszował w szufladzie, najwyraźniej czegoś szukając. W międzyczasie sam upił kilka łyków wystygniętej kawy, praktycznie dopijając ją do końca. Widząc, że mężczyzna wyjął klucze, które przesunął po blacie w jego stronę, uniósł nieco brwi. Wyglądało na to, że Harcourt rzeczywiście mu ufał, skoro postanowił dać mu klucze do swojego mieszkania i kazał mu tam samemu jechać.
— Okej. Dzięki — powiedział i uśmiechnął się do niego niemrawo. — Dobrze — pokiwał głową i wstał. Spojrzał na banknot, który mężczyzna położył obok kluczy, po czym przeniósł spojrzenie na jego twarz. Był w stanie zorientować się, że mężczyzna dawał mu do zrozumienia, że na niego była już pora. — Jasne, rozumiem — odparł i westchnął cicho. Mógł już sobie darować, ale nie miał zamiaru mówić tego na głos. Zgarnął z blatu klucze oraz pieniądze, wciskając obie te rzeczy do kieszeni bluzy. — Jeszcze raz, dziękuję. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile to dla mnie znaczy — powiedział, zanim odwrócił się do niego tyłem i ruszył w kierunku drzwi. Chwycił za klamkę, z zamiarem wyjścia, ale na krótką chwilę się z tym wstrzymał.
— Tiernan — odezwał się jeszcze, odwracając głowę w jego stronę. Przez chwilę wpatrywał się w niego w milczeniu, jakby ważył swoje słowa i zastanawiał się nad tym, czy w ogóle powinien mówić to co chciał. — Naprawdę bardzo za tobą tęskniłem przez te wszystkie lata — powiedział i zanim mężczyzna zdążył jakkolwiek zareagować, nacisnął klamkę i wyszedł z jego biura, zamykając za sobą drzwi. Czuł potrzebę, żeby mu o tym powiedzieć i uświadomić mu, że przez ten cały czas wciąż o nim myślał i cały czas za nim tęsknił.
Po wyjściu z budynku, wyjął z kieszeni spodni telefon i sprawdził wiadomość, w której Tiernan wysłał mu swój adres. Rozejrzał się i ruszył w kierunku pobliskiego przystanku autobusowego, żeby złapać autobus, który zawiezie go do miejsca docelowego, którym było mieszkanie Harcourta.
Tiernan Harcourt