bishop to e3
: pn paź 05, 2026 6:07 pm
To w sumie ciekawe, jak skala tej awarii wpłynęła na postawę Anthony’ego, a potem na dalszy przebieg tego wieczoru. Z jednej strony - gasnące światła były trochę jak zaproszenie do zabawy i obietnica, że wszystko, co się od tej chwili wydarzy, pozostanie ich słodką tajemnicą. Z drugiej jednak - nie oszukujmy się, jeśli naprawdę udało im się zbudować jakiś nastrój (jeśli, bo on raczej nie był w to dobry, czego dowód dostała również i tym razem), to on po prostu nie miał prawa przetrwać aż tak silnego tąpnięcia. Wszystko, co między nimi zaszło, było oparte na bardzo prostych i bezpośrednich impulsach, a awaria zasilania w całej okolicy była od nich znacznie bardziej złożona i wymagała zainteresowania “już, teraz”.
O dziwo jednak - stojąc przy tym oknie, Bellore nie pomyślał o tym ani przez chwilę. Być może to trochę pyszne z jego strony, że pożądany (no czuł to, okay; tym razem to czuł) przez Love potrafił w jednej chwili zupełnie zlekceważyć to, jak bardzo sam jej pragnął, ale tę powściągliwość i dyscyplinę wpajaną miał od lat najmłodszych, toteż wezwany z łatwością przestawiał się na życie w tym swoim “trzymetrowym świecie”. Wpatrzony w ciemności, zastanawiał się nad podobnymi kwestiami, co Love - co z zasilaniem awaryjnym, dlaczego wszystko padło w tej samej chwili iczy to przypadkiem nie jest apokalipsa jak długo potrwa odkręcanie takiej awarii. Wyobrażał sobie też chaos na mieście, gdyby naprawienie usterki miało potrwać dłużej niż kilkanaście minut - już teraz z oddali słychać było, jak rozbrzmiewają syreny kolejnych radiowozów (Anthony nie przysypiał na spotkaniach dotyczących obrony i rozróżniał sygnały dźwiękowe), samochody coraz głośniej grały swój koncert na klaksonach, a raz miał nawet wrażenie, że pisk opon skończył się uderzeniem i kakofonią składanej blachy, tłuczonego szkła i tak dalej.
I te cholerne rozmowy - czuł się trochę jak w kinie, bo chociaż nie rozumiał ani słowa, to trajkotanie i śmiechy strasznie go drażniły. Starzał się.
– Poważnie? Pokaż. – Szybko przyzwyczaił się do ciemności, więc bijące z ekranu jej smartfona światło wystarczyło mu, żeby względnie bezpiecznie dotrzeć do kanapy, ale już siadając na pewno ją szturchnął albo macnął, bo już zaglądał jej przez ramię, żeby doczytać wiadomości. – Co do kurwy… – Mruknął pod nosem. Posty na twitterze zaczęły zlewać się z powiadomieniami służbowego komunikatora Love, dlatego czytał, dopóki wpis jednego z dzienników nie połączył się z jakimś głupim memem, wysłanym przez jednego z jej kolegów (i którego, zresztą, nie rozumiał). – To jest chyba ten moment, w którym muszę włączyć telefon – skrzywił się Anthony, sięgając do kieszeni. Ze względu na rodzinny lokalizator, Bellore - jeśli potrzebował zniknąć z radaru - zostawiał swój telefon w biurze albo go wyłączał, polegając wówczas na pagerze, ale tym razem go ze sobą nie zabrał. Był więc odcięty od świata jeszcze bardziej niż Love. – Nie, to nie jest głupie pytanie - odparł szybko, ale nie z kurtuazji. Wręcz przeciwnie, był dumny, że doszła do takich wniosków sama. Ona naprawdę się marnowała. – Jedyny problem polega na tym, że to musiałby być najbardziej precyzyjny zamach na świecie. Całe miasto nie stoi na tylko jednym generatorze. Nie wystarczy po prostu wcisnąć guzika – powiedział zamyślony, wpatrując się w ekran ładowania swojego telefonu. Zgodnie z tym, co przeczytała Love, zasięg faktycznie był psi, ale to nie przeszkodziło w tym, żeby przywitało go kilka nieodebranych połączeń. Wpatrując się w kolejne numery na liście, domyślił się, że jednocześnie próbowali go wydzwonić wszyscy domownicy (łącznie z nieobecną Kimberly), a także ojciec i osobisty asystent. – Tak. Brooke zaprosiła jakąś koleżankę, a Vinnie znowu grał w te swoje głupoty. To nie o nich się martwię – stwierdził. Zarejestrował, że Love właśnie po raz kolejny wykazała się dużą dojrzałością, empatią i troską, ale to chyba nie był odpowiedni moment, żeby jej za to podziękować. Jej bezpieczeństwo było przecieżprawie równie ważne. – To Doug. Może już coś wie – mruknął, gdy telefon zabrzęczał mu w dłoni i energicznie przeciągnął zieloną słuchawkę przez cały wyświetlacz. Bellore rozmawiał, nie ruszając się z miejsca - luksusu trybu głośnomówiącego jej nie zaproponował, ale był przekonany, że dobrze słyszała, co mówił jego asystent. Zwłaszcza, że był to bardziej monolog Douga, niż rozmowa; z pierwszych informacji miało wynikać, że służby nie wykluczają obcej ingerencji w infrastrukturę energetyczną miasta, ale w awaryjnym komunikacie radiowym burmistrz będzie - rzecz jasna - zapewniał, że sytuacja jest pod kontrolą. Poza tym przekazał, że awaria obejmuje całe miasto, że obiekty krytyczne właśnie przechodzą na generatory awaryjne i że mają godzinę, żeby stawić się w ratuszu na spotkaniu sztabu kryzysowego, na którym Anthony - z braku laku, jedyny konserwatysta z Toronto - będzie reprezentować Tories. – W takim razie spotkamy się na miejscu – rzucił, zerkając kątem oka na fluorescencyjne wskazówki swojego zegarka, które w tej idealnej ciemności wreszcie wyglądały bez zarzutu. – Nie, nie ma sensu, żebyś mnie odbierał. Muszę się najpierw upewnić, że w domu wszystko gra. I tak, ja muszę to zrobić. Do zobaczenia – rozłączył się, a potem znów zajrzał Love przez ramię i pokręcił głową. – Niczego nie słyszałaś. Przynajmniej na razie – zdecydował i to głosem, który raczej nie znosił sprzeciwu. – Ale wydaje mi się, że powinnaś pojechać do redakcji. To łatwe punkty do zdobycia. Ja ci nie będę za wszelką cenę wciskać, że wszystko gra – dodał. W przeciwieństwie do swoich redakcyjnych kolegów, będzie miała bezpośredni dostęp do opozycji, której nie zależy na pudrowaniu samorządowych (albo i rządowych) niepowodzeń, i będzie mogła zanieść do newsroomu coś nowego. A w jej sytuacji to dobra okazja, żeby wygrzebać się z ławki rezerwowych.
I mówił to tak po prostu; jak gdyby nigdy nic.
Love Roderick
O dziwo jednak - stojąc przy tym oknie, Bellore nie pomyślał o tym ani przez chwilę. Być może to trochę pyszne z jego strony, że pożądany (no czuł to, okay; tym razem to czuł) przez Love potrafił w jednej chwili zupełnie zlekceważyć to, jak bardzo sam jej pragnął, ale tę powściągliwość i dyscyplinę wpajaną miał od lat najmłodszych, toteż wezwany z łatwością przestawiał się na życie w tym swoim “trzymetrowym świecie”. Wpatrzony w ciemności, zastanawiał się nad podobnymi kwestiami, co Love - co z zasilaniem awaryjnym, dlaczego wszystko padło w tej samej chwili i
I te cholerne rozmowy - czuł się trochę jak w kinie, bo chociaż nie rozumiał ani słowa, to trajkotanie i śmiechy strasznie go drażniły. Starzał się.
– Poważnie? Pokaż. – Szybko przyzwyczaił się do ciemności, więc bijące z ekranu jej smartfona światło wystarczyło mu, żeby względnie bezpiecznie dotrzeć do kanapy, ale już siadając na pewno ją szturchnął albo macnął, bo już zaglądał jej przez ramię, żeby doczytać wiadomości. – Co do kurwy… – Mruknął pod nosem. Posty na twitterze zaczęły zlewać się z powiadomieniami służbowego komunikatora Love, dlatego czytał, dopóki wpis jednego z dzienników nie połączył się z jakimś głupim memem, wysłanym przez jednego z jej kolegów (i którego, zresztą, nie rozumiał). – To jest chyba ten moment, w którym muszę włączyć telefon – skrzywił się Anthony, sięgając do kieszeni. Ze względu na rodzinny lokalizator, Bellore - jeśli potrzebował zniknąć z radaru - zostawiał swój telefon w biurze albo go wyłączał, polegając wówczas na pagerze, ale tym razem go ze sobą nie zabrał. Był więc odcięty od świata jeszcze bardziej niż Love. – Nie, to nie jest głupie pytanie - odparł szybko, ale nie z kurtuazji. Wręcz przeciwnie, był dumny, że doszła do takich wniosków sama. Ona naprawdę się marnowała. – Jedyny problem polega na tym, że to musiałby być najbardziej precyzyjny zamach na świecie. Całe miasto nie stoi na tylko jednym generatorze. Nie wystarczy po prostu wcisnąć guzika – powiedział zamyślony, wpatrując się w ekran ładowania swojego telefonu. Zgodnie z tym, co przeczytała Love, zasięg faktycznie był psi, ale to nie przeszkodziło w tym, żeby przywitało go kilka nieodebranych połączeń. Wpatrując się w kolejne numery na liście, domyślił się, że jednocześnie próbowali go wydzwonić wszyscy domownicy (łącznie z nieobecną Kimberly), a także ojciec i osobisty asystent. – Tak. Brooke zaprosiła jakąś koleżankę, a Vinnie znowu grał w te swoje głupoty. To nie o nich się martwię – stwierdził. Zarejestrował, że Love właśnie po raz kolejny wykazała się dużą dojrzałością, empatią i troską, ale to chyba nie był odpowiedni moment, żeby jej za to podziękować. Jej bezpieczeństwo było przecież
I mówił to tak po prostu; jak gdyby nigdy nic.
Love Roderick