Strona 2 z 2

my boy plays a game with my heart on the flatline

: ndz lis 08, 2026 11:46 am
autor: sascha fontaine
Sascha nie był w zasadzie pewien, kim Gurney jest w jego oczach.
Człowiekiem? Może. Czasami. W tych rzadkich chwilach, kiedy przestawał być zbiorem funkcji, jakie blondyn w nim rozpoznawał: parą dłoni, ciężarem ciała, określoną kwotą pieniędzy, tytułem medycznym, który ewidentnie dało się wykorzystać przy okazjach jak dzisiejsza. Człowieczeństwo było niepraktyczną kategorią. Wymagało dostrzeżenia w tym drugim człowieku czegoś więcej niż szansy na spełnienie własnych potrzeb, co mogło przecież prowadzić do całej serii niepraktycznych konsekwencji. Trzeba było zacząć zastanawiać się, czy ten drugi sypia dobrze, czy miewa koszmary, czy pamięta o jedzeniu, kiedy jest zajęty. Czy ma kogoś, kto czeka na niego w domu. Czy istnieją rzeczy, których nie należy mu robić, nawet jeśli wcześniej wyraził na nie zgodę.

Matki Saschy — o czym River nie miał prawa wiedzieć, w końcu nie znali się wystarczająco dobrze wcale — występowały w liczbie mnogiej. W ciągu raptem dwudziestu trzech lat życia zdążył już zgromadzić sobie dwie, więc aż strach było pomyśleć, ile naliczy, jeśli kiedykolwiek dożyje choćby sześćdziesiątki. Były przy tym swoim kompletnym przeciwieństwem, zaczynając od kwestii najbardziej podstawowej: jedna była martwa, a druga żywa. Na tym jednak różnice bynajmniej się nie kończyły.
Klara, która — gdy pytano go o matkę — zawsze przychodziła mu do głowy pierwsza, bo przecież to od niej wszystko się zaczęło, leżała pod płytą zimnego nagrobka na cmentarzu Friedhof Schöneberg III, oddzielona od świata warstwą ziemi wystarczająco grubą, żeby zagłuszyć wszystkie piosenki, które kiedyś były jej ulubionymi. Czasami zastanawiał się, co by znalazł, gdyby rozkopał ziemię i rozłupał wieko trumny. Kości. Jakieś resztki ubrania (nie pamiętał, albo nie wiedział, w czym ją pochowano). Może jakiś tani pierścionek ze szklanym oczkiem, teraz zaczepiony luźno na odartym z ciała paliczku. Wszystko, co w Klarze było jakkolwiek matczyne, umarło znacznie wcześniej niż jej ciało.
Chantal — kobieta, która nauczyła go, że rodzicielstwo nie musi mieć nic wspólnego z genetyką, — prawdopodobnie spała właśnie w rozpachnionej paczulą i lawendą sypialni, ze światłoszczelną, wypełnioną ziarnami opaską na oczach i kryształem ametystu na nocnym stoliku, przekonana, że jej adopcyjny syn prowadzi dokładnie takie życie, jakie tak bardzo chciała mu zapewnić. Komfortowe i wolnościowe jednocześnie, pełne twórczej ekspresji i niezależności od opresyjnych mechanizmów późnego kapitalizmu. W domu Fontaine'ów wierzyło się w to samo w zasadzie, co narzucał mu Gurney, myśląc, że Sascha jest przecież dorosły i podejmuje własne decyzje: w wolność wyboru,. Kurwa, może więc jej marzenia w zasadzie się spełniły? Sascha był niezależny finansowo; sam ustalał sobie godziny pracy; dysponował własnym ciałem i pobierał za jego użytkowanie opłatę, co w świetle obowiązujących zasad gospodarki rynkowej czyniło go niemal modelowym przedsiębiorcą. Matka mogłaby być dumna, że po zajęciach na uczelni robił z siebie tak innowacyjny model biznesowy.

— Jesteś... — ...pewien?, zaczął, ale ugryzł się w język, zanim zdążyłby poddać propozycję Gurney'a pod jakąś konkretną wątpliwość. Skrajną głupotą byłoby mu teraz odmówić — jeszcze gorzej, gdyby zrobił to z racji jakiejś durnej dumy, a nie pragmatyzmu.
Mimo to, choć powinien być wdzięczny, zamiast tego nagle poczuł się zwyczajnie wykastrowany. River był od niego większy i starszy, i z pewnością znacznie lepiej wiedział, co robi. I choć jeszcze pół godziny temu Sascha myślał, że właśnie tego potrzebuje: kogoś, kto przejmie stery, wyda polecenia, i przywróci jego światu zwyczajny porządek, teraz okazywało się, że Ratunek smakuje dokładnie tak samo jak Upokorzenie. Był jednak na tyle przyzwyczajony do wstydu, że ostatecznie potrafił poradzić sobie z nim w swój zwyczajowy sposób, upychając go szczelnie pod językiem i pomiędzy żebrami, jakby zamiast emocją, był on raczej częścią jego anatomii, dodatkowym organem, którego nie uwzględniono wprawdzie na żadnym podręcznikowym przekroju ludzkiego ciała, ale potrafił boleć znacznie bardziej niż wszystkie pozostałe.
— Okay — powiedział więc, choć może chciał zaprotestować, przeprosić, zasugerować Riverowi głupio, że przecież mogą zostać tu razem. Chwycił jeansy, wciągając je na swój blady tyłek, który krągłym nazywali wyłącznie ci mężczyźni, jacy chcieli widzieć w Fontaine swoją fantazję, a nie po prostu chudego dwudziestotrzylatka, którym był naprawdę. Przez chwilę mocował się z guzikiem; potem wygładził wnętrze zwałkowanych kieszeni.
Nie przypuszczał, ani nie oczekiwał, że River zrobi dokładnie to, co może byłoby na miejscu, gdyby znajdowali się w filmie albo w innej historii ze szczęśliwym zakończeniem: że doda mu otuchy niemal ojcowskim klepnięciem w plecy, że zmierzwi mu włosy tuż nad czołem, cały ten żenujący horror starając się obrócić w coś w sąsiedztwie żartu, lub — najsłodziej — że rozgrzeszy go z poczucia winy i wstydu jakimś dobrodusznym zapewnieniem, że przecież wypadki przy pracy zdarzają się najlepszym (Riverowi umierali pacjenci, Saschy — najwyraźniej także klienci; takie było życie). Do wesela się zagoi. Kiedy sam do niego podszedł, zrobił to z założeniem, że River może odepchnąć go albo nawet uderzyć (kto wie, może jakaś jego część tego właśnie chciała, przyzwyczajona, że nagły, tępy ból przyjętego znienacka ciosu często działa jak CPR na odrętwiałe ciało i zdysocjowany umysł). Wspiął się na palce, bo choć różnica wzrostu między nimi zazwyczaj tego nie wymagała, teraz River miał na sobie buty, a Sascha nadal był bosy, z trampkami czekającymi gdzieś w przedpokoju, teraz brak podeszwy pogłębiał istniejącą między nimi dysproporcję.
Nie zamierzał dziękować, to nie było w jego stylu. Zamiast tego wyciągnął szyję i złożył na policzku bruneta krótki pocałunek, dokładnie tam, gdzie jego skóra była nierówna i napięta, pobrużdżona śladami po zbrodni, o jaką Sascha nigdy go nie zapytał. Uświadomił sobie też, że nigdy wcześniej jej nie dotykał — nie dłonią, nie wargami. Była gładka i chłodna, twarda jak zaschnięty wosk spływający ze świecy na parapet w jego małym mieszkaniu. Nie było w tym nic romantycznego ani egzystencjalnego, tylko prosta, przyziemna akceptacja, że pewnych rzeczy, raz zniszczonych, nie da się naprawić.
Odsunął się, zadzierając spojrzenie i pozwalając mu się skupić na zmarszczkach zmęczenia w kącikach męskich oczu.
— Zadzwonisz do mnie?

River Gurney