Strona 2 z 2

dead serious

: wt paź 13, 2026 6:59 pm
autor: zaylee miller
Wzruszyła ramionami, pozostawiając mu wolne pole do interpretacji swoich słów. To, co sama sobie myślała, było jedną sprawą, ale nie zamierzała narzucać mu własnych wniosków ani wkładać w jego usta odpowiedzi, których wcale nie musiał chcieć udzielić. Już i tak wyraźnie dała mu do zrozumienia, że zna go na tyle dobrze, by wiedzieć, że coś się wydarzyło. Nie musiał jej niczego mówić wprost, żeby zaczęła podejrzewać, że za jego zachowaniem kryje się coś więcej. Wieloletnia znajomość do czegoś zobowiązywała. Mogła się mylić, oczywiście. Nie miała przecież wglądu w jego głowę, choć czasami podejrzewała, że po tylu latach powinna już dostać do niej klucz. Mimo wszystko wolała zostawić Harrisowi decyzję, czy zechce uchylić przed nią drzwi, czy też zamknie je na cztery spusty i będzie udawał, że wszystko jest w porządku.
— Jak alkohol zaczyna ci smakować, to oznacza, że masz poważny problem — zauważyła, zresztą całkiem słusznie. Zaylee nie była szczególną fanką whisky, a już na pewno nie na tyle, żeby dobrowolnie sięgać po nią dla przyjemności. Zdecydowanie częściej wybierała wino. — Ale jest w porządku. Smakuje jak… whisky — stwierdziła po chwili namysłu i zamoczyła usta w trunku. Cóż, nie był najgorszy. Nie zamierzała jednak udawać koneserki, która wyczuwa w nim nuty dębowej beczki, karmelu i innych rzeczy, które ludzie wymyślali sobie tylko po to, żeby usprawiedliwić wydawanie fortuny na alkohol. Whisky smakowała jak whisky. Koniec analizy. Po drugim kubku na pewno będzie smakowała wybornie, a po trzecim być może nawet zacznie rozumieć, dlaczego niektórzy tak się nią zachwycali.
— Nie doceniłabym banneru zwisającego z samolotu? To okropne, że tak o mnie myślisz, Morgan — pokręciła głową z rozbawieniem. Właściwie to miał absolutną rację. Miller gardziła takimi wyszukanymi gestami. Na samą myśl o czymś takim robiło jej się niedobrze. — No pewnie, że można wynająć. Nie widziałeś tych wszystkich filmików, na których samolot pisze na niebie wielkie napisy z propozycją oświadczyn? Obrzydlistwo — mruknęła w swój kubek. Jej Evina oświadczyła się na wynajętym jachcie. Zdarzało jej się zastanawiać, czy w ogóle powinna była przyjąć tamte oświadczyny. Teraz były już po ślubie i w trakcie adopcji dziesięciolatka, więc trudno było się z tego wykręcić. Chociaż podobno nigdy nie jest za późno, żeby zmienić zdanie, jeśli człowiek nie był w stu procentach pewny podjętych decyzji.
— Strzelasz sobie w kolano — stwierdziła, słysząc jego komplement. — Powinieneś powiedzieć, że zawsze wyglądam zajebiście. Nic dziwnego, że nie możesz sobie nikogo znaleźć — uśmiechnęła się do niego zaczepnie. No co? Niech się facet uczy! A na kim miałby ćwiczyć, jeśli nie na Zaylee? Mogła mu udzielić kilku podstawowych lekcji z zakresu komplementowania kobiet, ale jednocześnie musiałaby pamiętać, że nie każda zgasiłaby go jak peta.
Widziała, jak Harris obraca kubek w dłoniach, a potem nagle zastyga w bezruchu. Przez moment spodziewała się najgorszej odpowiedzi, ale przyjaciel w końcu rozwiał jej wątpliwości.
— Słuchaj, wszystko jest możliwe. Ucieczka to zawsze najprostszy sposób. Ale wiem, że nie lubisz chodzić na skróty — uniosła swój kubek w geście toastu i stuknęła nim o naczynie trzymane przez Harrisa. — Wbrew pozorom można być wujkiem na odległość. Mogłabym wysyłać Sama do ciebie na wakacje, żeby móc w spokoju pracować — oznajmiła. Czy to nie byłoby wygodne? Zamiast obciążać własnych rodziców czy rodzeństwo, oddelegowałaby Młodego do Morgana. I to na całe dwa miesiące! Sam miałby zapewnioną rozrywkę, Harris mógłby sprawdzić się w roli wujka, a ona zyskałyby trochę czasu dla siebie.

Harris L. Morgan

dead serious

: sob paź 17, 2026 12:26 am
autor: Harris L. Morgan
Harris zerknął na kubek, próbując przypomnieć sobie, co właściwie chciał powiedzieć. Zaylee miała rację — whisky smakowała jak whisky. Żadnych subtelnych nut owoców, dymu czy leśnej ściółki, które ludzie potrafili z powagą opisywać podczas degustacji. Był niemal pewien, że gdyby spróbował teraz wymienić kilka z nich, zabrzmiałoby to przekonująco wyłącznie dla kogoś, kto również nie miał pojęcia, o czym mówi. Upił kolejny łyk i poczuł znajome ciepło rozchodzące się po gardle. Alkohol zdążył już nieco rozluźnić mu ramiona i odebrać ochotę na pilnowanie każdego słowa, choć nie na tyle, by zapomniał, gdzie się znajduje i z kim rozmawia. Całkiem niezły sposób na zakończenie dnia.
— Dobra, smakuje jak whisky. Nie będę się kłócił. — Przyznał, unosząc kubek w jej stronę. — Może trzeba się tego nauczyć.
Pomysł wynajęcia samolotu z banerem wciąż wydawał mu się zabawny, choć im dłużej nad nim myślał, tym więcej dostrzegał komplikacji. Musiałby znaleźć odpowiednią firmę, ustalić trasę, wymyślić tekst, a potem liczyć na to, że Zay akurat spojrzy w niebo. Istniało też ryzyko, że zamiast wzruszyć się wielkim gestem, zaczęłaby wypytywać go o koszty i sensowność całego przedsięwzięcia. To ostatnie było zresztą najbardziej prawdopodobne. Znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że romantyczna oprawa nie uchroniłaby go przed bezlitosną oceną. — Nie, nie, samolot odpada. Zapiszę sobie, że preferujesz mniej kosztowne dowody przyjaźni. — Pokręcił głową i przechylił kubek, dopijając resztę whisky. — I nie doceniasz awangardowych gestów.
Jej uwaga o komplementowaniu kobiet wywołała u niego szczery śmiech. Może dlatego, że niedawno, na tej głupiej aplikacji randkowej, popełnił podobną gafę. Na szczęście udało mu się z niej wybrnąć, a sama randka poszła całkiem dobrze. W jego głowie wszystko brzmiało jednak znacznie lepiej, co nie stanowiło żadnego usprawiedliwienia. Spojrzał na Zaylee ponownie, tym razem bez szukania żartobliwego zastrzeżenia. Dobrze wiedziała, że nie musiał udawać zachwytu, żeby ją docenić. Była atrakcyjna i miała w sobie pewność, której nie dało się łatwo zignorować.
— Zawsze wyglądasz zajebiście. — Powiedział, dolewając sobie whisky, po czym wyciągnął butelkę w jej stronę. — Ale mogę ci to mówić wprost częściej. — Komplement przyszedł mu łatwiej, niż się spodziewał. Nie było w nim niczego szczególnie wyrachowanego ani kokieteryjnego; po prostu uznał — albo alkohol pomógł mu to uznać — że nie musi owijać szczerości w żarty. Dopiero później wrócił do drugiej części jej uwagi, tej dotyczącej jego niepowodzeń na randkowym rynku. Tu sprawa robiła się nieco bardziej skomplikowana.
Morgan przesunął kciukiem po krawędzi kubka. Na trzeźwo pewnie znalazłby jeszcze kilka powodów, żeby odłożyć tę rozmowę na inny dzień.
— Właściwie to byłem ostatnio na randce z kimś z tego… Maplindera. — Uniósł sugestywnie brwi i odchylił się na krześle. — I wpadłem na Cobie, siostrę Nate’a. Tego drugiego, ze szkoły, nie naszego. — Zerknął na Zaylee, upewniając się, że wychwyciła tę istotną różnicę. — Najpierw ganiałem z nią za lamą na parkingu, a potem, podczas kolacji u jej rodziców… wsunęła mi stopę w nogawkę spodni i powiedziała, że chce randki. Prawdziwej. Jeszcze jej nie odpowiedziałem. Trochę mnie zaskoczyła.
Nie zamierzał rozwijać tematu, ale ten najwyraźniej rozwinął się sam. Z myślą o randkowaniu zdążył już trochę się oswoić — wyszedł raz, nawet dwa, choć nie to było teraz najważniejsze. Cobie była dorosła i wiedziała, czego chce; on mógł przynajmniej dać sobie szansę, by sprawdzić, czy takie spotkanie miałoby sens.
— Może nie ma sensu czekać, aż wszystko sobie poukładam. — Wzruszył lekko ramionami i uśmiechnął się, nie próbując rozstrzygać całej sprawy podczas jednej nocnej rozmowy.
Kiedy Zaylee zaproponowała, żeby Sam spędził z nim dwa miesiące wakacji, Harris na moment znieruchomiał. Nie dlatego, że sama perspektywa mu się nie podobała. Po prostu zdążył przywyknąć do tego, że wizyty u przyjaciół oznaczały wspólne drinki, rozmowy i ewentualnie nocleg na kanapie, a nie przejmowanie odpowiedzialności za dziesięciolatka na znaczną część lata. Spojrzał na nią, próbując ocenić, ile w tej propozycji było żartu, a ile rzeczywistego planu. Zaylee wyglądała na wystarczająco zadowoloną z siebie, by podejrzewał, że przynajmniej część pomysłu zdążyła już sobie ułożyć.
— Dwa miesiące? — Roześmiał się, kręcąc głową. — Dobra, ale będę potrzebował instrukcji. Co je, czego nie je, czy ma alergie, czego się boi i jakie ma pomysły, których nie powinien realizować bez nadzoru. No i numer do ciebie, chociaż ten akurat chyba mam. — Mimo zaskoczenia zaczął wyobrażać sobie, jak mogłoby to wyglądać. Mógłby zabrać Sama na mecz, pokazać mu miejsca, do których sam lubił wracać, a jeśli udałoby im się dopasować terminy, wyjechać na kilka dni poza miasto. Nie chciał być wujkiem, który pojawia się raz na jakiś czas z prezentem, a potem znika, zanim zdąży się dowiedzieć, co naprawdę interesuje chłopaka. Miał w tej kwestii trochę do nadrobienia. Alkohol sprawiał, że całe przedsięwzięcie wydawało mu się nieco prostsze, niż mogło się okazać następnego ranka, ale nie zmieniał faktu, że chciał spróbować. Musiał jedynie sprawdzić grafik i omówić z Zaylee szczegóły, zanim entuzjazm wyprzedzi zdrowy rozsądek. — Ale jeśli po dwóch miesiącach Sam nie będzie chciał wracać do domu, to ty będziesz musiała go przekonywać. Ja umywam ręce.


zaylee miller

dead serious

: ndz paź 18, 2026 6:25 pm
autor: zaylee miller
Nie była romantyczką. Niespecjalnie lubiła okazywać uczucia, chociaż od czasu do czasu zdarzało jej się przejawiać jakieś tam objawy człowieczeństwa. Nie była przecież kompletnie wyzuta z emocji, choć pewnie niektórzy mogliby mieć na ten temat odmienne zdanie. Gesty, o których wspomniał Harris, uważała za żenujące. Jeśli ludzie naprawdę się kochali, nie musieli obwieszczać tego całemu światu za pomocą wielkich napisów, wynajętych samolotów czy innych równie dziwacznych pomysłów. Wystarczyło, że sami wiedzieli, co do siebie czują. Oczywiście każdy miał inne potrzeby i nie zamierzała nikomu dyktować, jak powinien żyć, ale osobiście najchętniej zapadłaby się pod ziemię, gdyby ktoś zorganizował jej podobną niespodziankę. Chyba musiałaby później zmienić nazwisko i wyjechać z kraju, żeby nie kojarzono jej z tym całym cyrkiem.
Puściła do Morgana oczko, kiedy oznajmił, że zapamięta sobie to wszystko na przyszłość. Oby. Wtedy inaczej sobie porozmawiają. Uniosła szklankę do ust w geście toastu i upiła kilka łyków alkoholu. Z każdym kolejnym coraz bardziej przyzwyczajała się do smaku whisky. Przy następnym kubku powinno jej już być wszystko jedno.
— Och, komplementujesz mnie dopiero, jak ci o tym przypomniałam? Masz tupet — parsknęła pod nosem, posyłając mu wymowne spojrzenie. No bo naprawdę tak trudno było od czasu do czasu powiedzieć kobiecie coś miłego? Tym bardziej przyjaciółce. Nie oczekiwała przecież, że Morgan będzie codziennie stawał przed nią z listą powodów, dla których uważał ją za zajebistą. Bez przesady, nie była aż tak próżna. Wystarczyło po prostu wyjść z inicjatywą, zamiast czekać, aż Miller sama zwróci mu uwagę na ten rażący brak zaangażowania w podtrzymywanie jej ego. Nie żeby potrzebowała pochwał i atencji. Absolutnie! Znała swoją wartość. Ale nie zamierzała protestować, jeśli ktoś od czasu do czasu szepnie jej kilka przyjemnych słówek.
— Byłeś na randce z Maplindera? — powtórzyła po nim, unosząc wysoko brwi. Tego się nie spodziewała. — Z kim? — dopytała, bo skoro Harris zaczął temat, to teraz musiał jej wszystko wyśpiewać. Kolejnego jego słowa sprawiły, że w oczach Zaylee zatańczyło szczere rozbawione. — Poczekaj, jakim cudem znalazłeś się na kolacji u jej rodziców? I zdajesz sobie sprawę z tego, że jak wsunęła ci stopę w nogawkę spodni, to nie chodziło jej tylko o randkę? — zapytała z nadzieją, że przyjaciel jest jednak trochę bardziej kumaty.
Nie mówiła poważnie o wysyłaniu Sama na wakacje do wujka Harrisa. To była czysto hipotetyczna rozmowa, ale najwyraźniej Morgan już zdołał sobie to wszystko wyobrazić.
— Nienawidzi papryki w żadnej formie. I ma uczulenie na truskawki. I najprawdopodobniej ma niezdiagnozowane ADHD, ale musimy bliżej się temu przyjrzeć — streściła, żeby Morgan miał świadomość, na co się pisze. Co z tego, że do takiej sytuacji nigdy nie dojdzie. Po pierwsze przyjaciel nigdzie nie wyjedzie. A po drugie nie upchnęłaby mu takiej żywej kuli energii na tak długi czas. Chłop przecież miałby dość po tygodniu.
— Zaczynam wątpić w to, czy ciągle masz mój numer, bo przecież nie raczyłeś zadzwonić, zanim tutaj przyszedłeś — zauważyła, zresztą zgodnie z prawdą. Bo czy nie tak właśnie było? Wjechał na komisariat z buta, jak do siebie. — Uważasz, że tak doskonale sprawdziłbyś się w roli opiekuna, że Młody chciałby zostać z tobą na zawsze? To bardzo odważne stwierdzenie. Może najpierw zacznij go jakoś przykupywać. Zabierz do kina albo na lody i wtedy zobaczymy, czy w ogóle cię polubi — podsunęła luźną propozycję. Oczywiście poszłaby z nimi, gdyby przypadkiem nie przypadli sobie do gustu. Chociaż to akurat wątpliwa sprawa, bo przecież Harris był świetnym gościem, a Sammy świetnym dzieciakiem.

Harris L. Morgan

dead serious

: sob paź 24, 2026 1:35 am
autor: Harris L. Morgan
Harris zdążył już przywyknąć do tego, że Zaylee nie miała szczególnego sentymentu do romantycznych gestów, ale i tak bawiła go wizja jej reakcji na samolot z banerem. Był niemal pewien, że nawet gdyby wynajął go wyłącznie po to, żeby oznajmić całemu Toronto, jak bardzo ceni sobie ich przyjaźń, Miller prędzej zaczęłaby szukać najbliższego wyjścia niż wzruszyła się na jego widok. Wystarczyło zresztą spojrzeć na nią, żeby zrozumieć, że nie zamierzała zmieniać zdania. Harris uśmiechnął się więc tylko pod nosem, przyjmując do wiadomości jej preferencje. Nie oznaczało to jeszcze, że zamierzał się do nich stosować.
Znacznie bardziej rozbawiła go uwaga o komplementach. Spojrzał na przyjaciółkę z udawanym wyrzutem, jakby to on był tu stroną pokrzywdzoną, a następnie upił łyk whisky. W gruncie rzeczy nie miał jej za złe tej zaczepki. Zaylee znała swoją wartość, a on nie musiał jej przekonywać, że jest atrakcyjna, żeby móc to przyznać. Jeśli jednak oczekiwała, że będzie regularnie przypominał jej o tym na zawołanie, mogła się jeszcze zdziwić.
— Przepraszam, następnym razem przygotuję listę i będę odczytywał ją przy każdej okazji. — Uśmiechnął się szerzej, po czym odstawił kubek. — Może nawet oprawię ją w ramkę.
Nie zdążył jednak długo cieszyć się własnym dowcipem, bo zainteresowanie Zaylee szybko przeniosło się na znacznie ciekawszy temat. Harris uniósł brwi, słysząc jej pytania, i przez moment wyglądał na szczerze zaskoczonego, że nie domyśliła się wszystkiego sama. Dopiero po chwili dotarło do niego, że właśnie opowiedział historię w sposób, który pozostawiał więcej pytań niż odpowiedzi. Trudno było mu jednak zachować odpowiednią kolejność zdarzeń, kiedy za każdym razem, gdy wracał do tamtego wieczoru, przypominał sobie jakiś kolejny szczegół.
— Spokojnie, po kolei. Na randce byłem z Love. I na jeszcze jednej z Wendy. A z Cobie spotkałem się przypadkiem, chociaż „spotkałem” nie oddaje całej sytuacji, bo najpierw musieliśmy urządzić sobie mały pościg za lamą. — Przerwał na moment, żeby upić łyk, jakby potrzebował chwili na ocenę, czy powinien kontynuować. Najwyraźniej uznał, że tak. — A kolacja u jej rodziców to osobna historia. Zostałem zaproszony, więc poszedłem. Nie wiedziałem, że wieczór skończy się rozmową o randce. Chociaż z drugiej strony zaczął się od tego, że jej ojciec chciał ją wyswatać z jakimś... Hiro.
Dopiero wtedy wrócił myślami do tego nieszczęsnego gestu pod stołem. W chwili, gdy Cobie wsunęła mu stopę w nogawkę spodni, był zbyt zajęty próbą zachowania normalnego wyrazu twarzy, żeby zastanawiać się nad wszystkimi możliwymi znaczeniami tego ruchu. Teraz, przy słowach Zaylee, zaczął podejrzewać, że mógł nie docenić sytuacji. Skrzywił się lekko, po czym potarł dłonią kark. Nie potrzebował, żeby przyjaciółka wyjaśniała mu wszystko jeszcze raz. Sam potrafił połączyć kilka faktów, kiedy tylko dał sobie na to chwilę. — Tak, zdaję sobie sprawę. Nie musisz robić tej miny. — Pokręcił głową, choć na jego twarzy wciąż błąkał się rozbawiony uśmiech. — Po prostu próbowałem przeżyć kolację, nie analizując każdego jej ruchu, i jednocześnie wyjaśnić, że mój rozwód jeszcze nawet nie jest sfinalizowany.
Cobie była atrakcyjna, dobrze im się rozmawiało, a perspektywa spotkania z nią sam na sam nie wydawała mu się nieprzyjemna. Jednocześnie Nate pozostawał jego przyjacielem od czasów dzieciństwa, a Harris nie chciał niepotrzebnie komplikować ich relacji. Nie zamierzał jednak odrzucać zaproszenia wyłącznie dlatego, że sytuacja wymagała od niego odrobiny odwagi. Zresztą na razie nie musiał podejmować żadnej decyzji. Wystarczyło, że nie zamknie sobie tej drogi, zanim jeszcze zdąży nią pójść.
Propozycja dotycząca Sama z kolei zaczynała nabierać w jego głowie zupełnie nieproporcjonalnych rozmiarów. Zanim Zaylee zdążyła wyliczyć wszystkie rzeczy, których chłopak nie lubił i na które należało uważać, Harris zdążył już wyobrazić sobie wspólne wakacje, wycieczki i mecze. Teraz, kiedy usłyszał o papryce, truskawkach i podejrzeniu ADHD, wizja ta nieco się skomplikowała. Nie na tyle jednak, żeby miał od razu z niej rezygnować.
— Czyli papryka i truskawki odpadają, a do tego powinienem przygotować się na nieograniczone pokłady energii. Brzmi jak świetny plan na wakacje. — Zaśmiał się cicho i czknął. — A co do mojego numeru telefonu, miałem nadzieję, że wiesz, że ewidentnie potrafię znaleźć drogę do ciebie bez zapowiedzi.
To akurat była prawda, choć kiedy wypowiedział te słowa, sam usłyszał w nich nieco więcej pewności, niż sytuacja wymagała. Pojawił się u niej bez telefonu, bez zapowiedzi i bez konkretnego planu na resztę nocy, a teraz rozmawiali tak, jakby nie minęły lata, podczas których ich codzienność wyglądała zupełnie inaczej. Dobrze było mieć kogoś, do kogo można było przyjść bez umawiania się z kilkudniowym wyprzedzeniem. Harris nie zamierzał jednak robić z tego sentymentalnej deklaracji, zwłaszcza że Zaylee już szykowała sobie kolejny powód do żartów.
Jej sugestia, żeby najpierw zabrał Sama do kina albo na lody, była zresztą rozsądniejsza, niż chciałby przyznać. Dwa miesiące brzmiały dobrze w teorii, ale zaczynanie od krótszego spotkania wydawało się zdecydowanie bezpieczniejszym rozwiązaniem. Nie tylko dla niego. Sam również powinien mieć okazję sprawdzić, czy wujek Harris jest kimś, z kim chciałby spędzać więcej czasu, a nie zostać nagle postawiony przed perspektywą wakacji poza domem.
— Dobrze, zaczniemy od lodów. Kino też może być. — Uśmiechnął się, po czym spojrzał na Zaylee z udawaną powagą. — A jeśli mnie nie polubi, będę musiał uznać, że ma to po tobie.
Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i sięgnął po butelkę, żeby dolać i sobie i jej więcej whisky. Zmęczenie po długiej zmianie zaczynało wreszcie brać górę, a alkohol tylko ułatwiał mu pozostanie na miejscu zamiast wrócenia do pustego mieszkania. Nie miał ochoty kończyć tego wieczoru, nawet jeśli rano będzie musiał zmierzyć się z bólem głowy i kilkoma własnymi deklaracjami, które teraz wydawały mu się całkiem rozsądne.


zaylee miller

dead serious

: sob paź 24, 2026 5:30 pm
autor: zaylee miller
Romantyzm zdecydowanie nie był jej konikiem. Nie i już. Owszem, od czasu do czasu zdarzały jej się jakieś przebłyski, ale na tym właściwie kończyła się jej przygoda z wielkimi gestami i ckliwymi wyznaniami. Nigdy nie była szczególnie wylewna, jeśli chodziło o uczucia. Dlatego zamiast rozmawiać o jakichś żenujących banerach doczepionych do samolotu, wolała skupić się na randkach Harrisa. Wysłuchała jego opowieści, racząc się whisky, od której zaczynało szumieć jej przyjemne w głowie.
— Widzę, że cieszysz się ogromnym powodzeniem — skwitowała, kiedy Morgan w końcu wyznał jej, z kim był na randkach i w jaki sposób znalazł się na kolacji u rodziców Cobie. — No dobrze, ale będzie z tego cokolwiek? — dopytała jeszcze, nawiązując do każdej z wymienionych kobiet, ale zanim zdążył odpowiedzieć, uniosła rękę, dając mu do zrozumienia, że nie musiał. Miał w czym wybierać, to trzeba było mu przyznać, ale przecież nie chodziło o to, żeby kolekcjonował randki jak znaczki i później chwalił się nimi przed znajomymi. Chyba jednak szukał czegoś konkretnego, a przynajmniej tak zakładała, więc musiał wiedzieć, czy któraś z tych znajomości rzeczywiście miała szansę przerodzić się w coś poważniejszego. Musiał przecież mieć jakąś faworytkę. Albo z którąś zaklikało, albo nie. Zaylee nie wierzyła w to całe wielkie roztrząsanie, czy ktoś jest odpowiedni, czy może jednak trzeba dać mu jeszcze pięć szans, bo za pierwszym razem nie zaiskrzyło. No dobrze, czasami ludzie musieli się dotrzeć i znaleźć sposób na to, żeby ze sobą funkcjonować. To wymagało czasu i pracy, jak każda relacja. Ale nawet wtedy człowiek zwykle czuł, czy jest w tym coś wartego zachodu. A jeśli musiał na siłę przekonywać sam siebie, że może kiedyś coś z tego będzie, to zdaniem Miller odpowiedź była dość prosta.
Pokręciła głową, dając przyjacielowi do zrozumienia, że nie ma pojęcia, na co się pisze po tym, jak przedstawiła mu swoją wizję na wakacje z Młodym. Była pewna, że mężczyzna skapitulowałby po jednym dniu. No dobra, może dwóch.
— Czy ty sugerujesz, że cię nie lubię? — spojrzała na niego z wysoko uniesionymi brwiami. — Masz absolutną rację — dodała z poważną miną, ale oboje wiedzieli, że to nie jest prawda. Inaczej nawet nie byłaby w stanie nazwać go w myślach przyjacielem. A jednak to robiła. — Zbierajmy się stąd. Możemy skoczyć jeszcze do baru albo do mnie. Albo do ciebie. Wszystko jedno — zaproponowała, bo ona też wcale nie miała ochoty rozstawać się przedwcześnie. Wbrew późnej godziny, noc była jeszcze młoda, a ona nie musiała zrywać się do pracy z samego rana. Jak sam Morgan stwierdził - zwłoki jej nigdzie nie uciekną. A już na pewno nie te pozbawione kończyn. Nawet podczas apokalipsy zombie miałyby sporą trudność, żeby się gdziekolwiek przemieścić.
Dopili alkohol i razem, dość chwiejnym krokiem, wyszli z prosektorium. Miller trzy razy upewniła się, że zamknęła drzwi na klucz, a potem skierowali się na górę. Pożegnali się grzecznie z ochroniarzem i opuścili komisariat, kierując się na parking, gdzie poczekali na przyjazd Ubera.
koniec
Harris L. Morgan