Strona 2 z 2

look, i got you some rum

: ndz lis 01, 2026 4:07 pm
autor: Brian Shelby
Brian potrafił naprawdę dobrze dopasować się do sytuacji. Nie istniało też zbyt wiele rzeczy, które sprawiłyby, że czułby się zażenowany lub zakłopotany. Do wszystkiego podchodził z dystansem i tym samym, krzywym uśmiechem, co zawsze. Wszyscy przecież byliśmy tylko ludźmi, prawda? Dla niego było to dość oczywiste, dlatego nie patrzył na nią z politowaniem, gdy wparowała do jego mieszkania w ubrudzonych ubraniach, prosto ze swojej pracy. W jego oczach było to coś niesamowitego, bo niejeden człowiek po prostu odwołałby randkę. Za to też by jej nie winił, bo mogła być wykończona robotą, skoro na co dzień ratowała ludzi lub im pomagała. Broke był wyrozumiały, ale jednocześnie nie uważał tego za coś zbawiennego lub wyjątkowego. Innym po prostu brakowało logicznego myślenia, skoro dostrzegali w tym jakikolwiek problem.

Black out nie był w jego dzisiejszych planach. Właściwie to zaskoczyło go to bardziej niż cokolwiek, co miało miejsce między nimi aż do tego momentu. Myślał, że może to chwilowa awaria, która po paru minutach, samodzielnie się ureguluje, ale jak na razie w ogóle się na to nie zapowiadało. Słysząc jej słowa, Shelby zaśmiał się pod nosem, łagodnie nachylając się w jej stronę, ale tylko po to, żeby odnaleźć w ciemności jej błyszczące spojrzenie. — Bun. Z gotowaniem czuję się równie pewnie, co z innymi rzeczami, o których chciałem ci jeszcze dzisiaj wspomnieć, zanim wypierdoliło prąd w mieście — zażartował. — Dziwnym trafem zrobiło się ciemno, akurat jak miałaś mi pokazać, jak igrasz z ludźmi. Boisz się, Carver? — rzucił ze śmiechem, zupełnie przypadkowo trącając palcami jej udo.

Brian parsknął pod nosem, bo wiedział jak kończył się pusty żołądek w połączeniu z alkoholem. Wielokrotnie tak kończył swoje wyjścia na miasto, ale hej! Przynajmniej było to ekonomiczne. Widząc, jak dziewczyna odchyla się na barierce, Shelby dość instynktownie złapał ją w pasie, żeby nie wypadła. Niby była strażakiem, ale lepiej nie kusić losu, szczególnie jak już zaczęli pić i człowiek mógł łatwo stracić balans. — Gwiazdy? Jezu, kobiety naprawdę lecą na takie rzeczy, co? — rzucił z rozbawieniem. Słysząc jednak o pikniku pod gwiazdami, Brian skinął głową. Nie mieli lepszej opcji.

Shelby wszedł z powrotem do mieszkania, chwytając z parapetu swoje papierosy. Potem wziął jakiś koc z kanapy i wyjął wszystko, co nadawało się do jedzenia; jakieś chipsy, krakersy i jabłka. Nic ciekawego, ale przynajmniej na chwilę zdoła uciszyć jej żołądek. A potem pociągnął ją lekko w stronę wyjścia z mieszkania, przez co prawie wpadli na jakichś ludzi, wychodzących ze swoich norek. Broke parsknął pod nosem, prowadząc ją w stronę wyjścia na dach. — Jestem tu pierwszy raz od mojej przeprowadzki — przyznał, rzucając wszystko na podłogę. Oklapł na kocu, opierając jedną dłoń za swoimi plecami, a drugą wsuwając papierosa do ust. — Jedz, bo odlecisz, zanim zdążę go wypalić — parsknął, zaciągając się dymem. Rzucił jej nieco dłuższe spojrzenie, zanim zaśmiał się znów pod nosem. — Przyznaj, Bunny, że nie da się z tobą nudzić na co dzień, hm? — rzucił.

Bunny <3

look, i got you some rum

: ndz lis 01, 2026 9:10 pm
autor: Bunny Carver
Słuchała uważnie, gdy pomimo wyłączonego przez brak prądu piekarnika, Brian wciąż zarzekał się, że jego umiejętności kulinarne były bez skazy. Nie miała powodów, żeby mu nie wierzyć. W końcu finalnie nie przyszło jej spróbować jego wypieków, dlatego na ten moment musiała po prostu wziąć go na słowo. Tak samo jak on te jej o igraniu z ogniem. Plany im się pozmieniały. Znowu.
Przez moment zastanawiała się, czy był to zwykły przypadek, czy może jednak wszechświat chciał im coś powiedzieć? Gdyby zapytać starej babki Carver na pewno powiedziałaby, że to Bogowie wysyłają sygnały z gwiazd i trzeba spierdalać. Z drugiej strony mówiła tak o każdym potencjalnym obiekcie westchnień Bunny, więc czy była wiarygodnym źródłem? Pewnie nie. I tu też jej nie było, wiec nie należało się teraz przejmować czymkolwiek innym niż dalszymi planami na spędzenie wieczoru.
Całe szczęście oboje nie należeli do ludzi, którzy łatwo się poddawali i szybko znaleźli sobie jakaś alternatywę. A przynajmniej Bunny, bo Brian miał co do tego swoje własne komentarze.
— A co jest nie tak w gwiazdach? — prychnęła na jego pytanie. — Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak zajebiście będą wyglądać przy kompletnym blackoucie miasta — wtrąciła, chociaż kto wie, może Brian już miał ten przywilej oglądać bezchmurne niebo bez zanieczyszczenia światłem. Miasta generują ogromne ilości sztucznego światła z latarni ulicznych, neonów, budynków i samochodów. A potem światło ucieka w górę i rozprasza się w atmosferze, przysłaniając to, co najpiękniejsze. Dzisiaj nie było tego problemu.
Obserwowała go uważnie, kiedy szarpnął za koc, a potem zaczął ładować do niego jedzenie, jakie tylko mógł znaleźć. Dopiero po chwili podeszła bliżej i pomogła mu przytrzymać materiał. Po drodze zgarnęła również wolną butelkę rumu, której nie zdążyli dopić i wspólnie ruszyli w stronę wyjścia. Na klatce spotkali kilka panikujących osób, jakaś babka nawet prosiła ich, żeby zadzwonili na straż. O ironio. Finalnie wyszli na dach wielkimi drzwiami, które trzeba było wziąć z bara i oczywiście Carver wyrwała się do tego pierwsza.
— Serio? — odwróciła się w jego kierunku, kiedy oznajmił, że był tu pierwszy raz od przeprowadzki. — A dawno się tu przeprowadziłeś? — spytała, bo przecież na dobrą sprawę nic o nim nie wiedziała. — Ja na swoim przespałam pierwszą noc — prychnęła, obserwując jak rozkłada kod, a potem jeszcze spojrzała dookoła na tą cała przestrzeń. — Ale to dlatego, że wywaliły rury i śmierdziało tak bardzo, że nie dało się wytrzymać, więc poszłam na dach — Bunny nigdy nie była wygodna. Potrafiła dostosować się do każdej sytuacji i tak samo wtedy nie była dla niej problemem twarda podłoga czy chociażby brak ogrzewania. Teraz również przysiadła się na kocu i od razu złapała za paczkę chipsów. Załadowała kilka na raz do ust, akurat w momencie, w którym Brian zadał jej kolejne pytanie. Świetnie.
— Rłahej nue — wybuczała tak nieporadnie, że mało kto byłby ją w stanie zrozumieć. Tak się kończyło mówienie z pełną buzią. Szczególnie, że zaraz prychnęła rozbawiona samą soba i dwa chipsy wyleciała jej spomiędzy warg. No kurwa tragedia. — Raczej nie — poprawiła się po chwili. — Ale to raczej kwestia tego, że gdziekolwiek nie idę, tak przychodzi też chaos. Jak chociażby dzisiaj — co swoją drogą było wyjątkowo ironiczne, biorąc pod uwagę, ze na co dzień ratowała ludzkie życia i gasiła pożary. Aż dziwne, że miała tak wysoki procent powodzenia akcji.
— A tak na serio, to ja po prostu lubie być w ruchu, wiesz, jak cos się dzieje — wzruszyła ramionami po czym złapała jeszcze kilka chipsów i położyła się na kocu. — Jak człowiek codziennie patrzy, jak ludzkie życia sypią się w dłoniach, to potem do głowy przychodzą różne myśli. I taki poczucie, że coś może się stać nawet jutro, więc dzisiaj nie wiem… pobiegam boso po parku, bo jutro mogę nie móc, rozumiesz? — miała świadomość, że mógł uznać to za głupie. Ktoś kto na co dzień nie obcował ze śmiercią tak bardzo jak ona z pewnością miał nieco inne nastawienie do życia. Nie każdy potrzebował czerpać z każdej chwili i ona to szanowała. Tak jak szanowała ten obłędny widok. — Popatrz — sięgnęła do jego podbródka i pozwoliła sobie ułożyć na nim delikatnie pałce, by szarpnąć go w górę. Niebo było praktycznie białe. To, jak wiele gwiazd było na niebie dla kogoś, kto mieszkał w mieście było nie do przyswojenia. Wszystko się błyszczało. Każda jedna konstelacja.

Brajan :impra: