Strona 2 z 2

when the lights go out

: wt paź 13, 2026 7:10 pm
autor: Bunny Carver
W teorii wszystko wyglądało prosto. 
Wystarczyło odpowiednio zaczepić pas, napiąć go i wykorzystać jako dodatkowe zabezpieczenie, zanim zabiorą się za podważanie ciężkiego fragmentu konstrukcji. W praktyce natomiast miały do czynienia z zawaloną trybuną, ograniczoną widocznością i dzieciakiem, który coraz bardziej zaczynał panikować. Chociaż nie widziały go dobrze, mogły bez problemu słyszeć, jak chłopak stęka z wysiłku, co jasno sugerowało, że zaczyna się wiercić. Nadzieja na wyciągnięcie wzbudziła w nim pewnie kompletnie nową energię, adrenalina na nowo zaczęła płynąć w żyłach i chociaż był to dobry prognostyk na jego stan zdrowia, tak niekoniecznie na powodzenie akcji. Gruz był tak niestabilny, że wystarczył jeden niewłaściwy ruch, żeby wszystko jebło jeszcze bardziej.
Wysłuchała na spokojnie całego planu Darling i jedynie skinęła głową, dając jej znać, że nie miała żadnych przeciwskazań. To były dobre decyzję, których… nie było czasu konsultować z przełożonym. Trzeba było po prostu działać, dlatego Carver przejęła swoją część pasa, po czym przesunęła się w stronę wskazanego przez Teddy punktu zaczepienia.
Przez chwilę oświetlała go latarką, dokładnie sprawdzając metalowy element, do którego zamierzała przymocować materiał. Nie miały luksusu korzystania z porządnego oświetlenia ani możliwości obejrzenia całej konstrukcji z każdej strony, dlatego musiała polegać na tym, co widziała i czego mogła się domyślić. A domysły, jak powszechnie wiadomo, były zajebiście przydatne, dopóki nie trzeba było na ich podstawie podejmować decyzji, od których zależało czyjeś życie.
— Siedzi! — odkrzyknęła i jeszcze raz sprawdziła stabilność, szarpiąc za pas. Konstrukcja nie drgnęła, co można było uznać za dobry początek.
— Mike, słyszysz mnie? — tym razem zwróciła się do chłopaka, nieco głośniej, starając się, by jej głos przebił się przez trzaski dobiegające gdzieś z dalszej części stadionu. — Zaraz będziemy działać, ale potrzebuję, żebyś zrobił dla mnie jedną rzecz, dobra? Żadnego wiercenia się, nawet jak poczujesz nieco więcej luzu. Wiem, że boli, ale musisz wytrzymać jeszcze trochę, jasne?
— Dobrze — dobiegło ją po chwili, tym razem o wiele wiele ciszej. PRaktycznie ledwo słyszalnie. Niedobrze. Bunny przygryzła policzek od środka. Nie podobało jej się to. Wcześniej chłopak przynajmniej próbował przekrzykiwać hałas, a teraz brzmiał tak, jakby… kurwa.
— Darling — poderwała się do góry. — Teraz — musiały to zrobić już. Nie było czasu do stracenia, skoro młody odpływał.
Pas zdawał się być odpowiednio naciągnięty i to był dobry moment, żeby w końcu podważyć konstrukcję. Bunny przeszła bliżej Teddy i asekurowała wszystko, podczas gdy ona obsługiwała rozpieracz hydrauliczny, podważając gruz. Coś zaskrzypiało, piach się posypał, ale faktycznie wielki kawałek metalowej konstrukcji minimalnie drgnął ku górze. Serce mocno waliło jej w piersi, do tego stopnia, że czuła te uderzenia aż na skroni, po której po chwili spłynęło kilka kropel potu. Ale co się dziwić, w końcu zbliżały się do najbardziej kluczowego momentu całej akcji ratunkowej.

teddy!! <3

when the lights go out

: wt paź 13, 2026 7:47 pm
autor: teddy darling
Musiały działać ostrożnie. Pośpiech był tutaj fatalnym doradcą, a jeden nieprzemyślany ruch mógł tylko pogorszyć sytuację. Jednocześnie zależało im na czasie, bo im dłużej chłopiec pozostawał pod gruzem z unieruchomionymi nogami, tym większe było ryzyko, że ucisk doprowadzi do poważnych uszkodzeń tkanek. Nie mogły po prostu chwycić za łom i zacząć podważać betonowej płyty, licząc na to, że jakoś pójdzie. Najpierw musiały ustabilizować elementy konstrukcji, upewnić się, że nie przesuną się pod naporem i dopiero wtedy spróbować uwolnić Mike'a. Teddy nie zamierzała ryzykować jego zdrowia tylko po to, żeby zaoszczędzić kilka minut. Chciała wyciągnąć go stamtąd jak najszybciej, ale przede wszystkim w jednym kawałku.
Kiwnęła głową na znak, że ją słyszy, ale zaraz uświadomiła sobie, że w panujących dookoła ciemnościach Bunny nie miała najmniejszych szans tego zobaczyć. Jeszcze chwila i zacznie jej pokazywać kciuk uniesiony w górę, a potem będzie się dziwić, że Carver nie reaguje. A przecież w ich zawodzie komunikacja była podstawą. Nie mogły porozumiewać się na migi, kiedy jedynym źródłem światła były latarki.
— U mnie też! — odkrzyknęła, żeby Bunny nie musiała zgadywać, co oznaczało jej milczenie. Następnie ponownie pociągnęła za pas, sprawdzając, czy mocowanie wytrzyma dodatkowy nacisk i czy materiał nie zaczyna się przesuwać. Na razie wszystko trzymało się tak, jak powinno. Pas był odpowiednio napięty, a konstrukcja nie drgnęła pod wpływem szarpnięcia. Teddy omiotła latarką okolicę zaczepu, upewniając się, że nic nie zaczyna się luzować. To musiało się udać.
Zacisnęła usta w wąską linię, słysząc, jak głos chłopca z każdą chwilą staje się coraz słabszy. Opadał z sił, ale wciąż był przytomny, odpowiadał na pytania i reagował na to, co do niego mówiły. To dobrze, prawda? Mimo to nie mogły pozwolić sobie na zbytni optymizm, bo dzieciak nie powinien spędzić pod gruzami ani minuty dłużej, niż było to konieczne. Musiały go stamtąd wyciągnąć i to najszybciej, jak tylko się dało.
— Zaraz cię wydostaniemy, Mike. Daj nam jeszcze chwilę, dobra? — zapewniła chłopca, po czym, zgodnie z komendą Carver, mocniej naparła na halligan, podważając betonową płytę. Z góry posypały się drobne odłamki, uderzając ją w hełm i ramiona, a w powietrzu natychmiast uniósł się pył. Teddy zacisnęła zęby i nie odrywała wzroku od konstrukcji. — Dasz radę go dosięgnąć? — zapytała, napierając na narzędzie z całych sił.
Beton uniósł się na tyle, by stworzyć im trochę więcej przestrzeni. Wystarczająco, żeby spróbować wyswobodzić chłopca i przeciągnąć go poza zasięg gruzu, o ile tylko uda im się zrobić to sprawnie. Darling zdawała sobie sprawę z tego, że nie mogą szarpać go na oślep, zwłaszcza jeśli jego nogi nadal były zakleszczone. — Najpierw tułów, potem reszta ciała. Mike, słyszysz mnie? Mike? — zawołała, próbując przebić się głosem przez szum we własnych uszach.
Nie odpowiedział.
Przez ułamek sekundy Teddy poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Ta cisza była ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowały. Co jest, do cholery? Przecież jeszcze chwilę temu był przytomny.
— Kurwa jego mać. Dawaj, Carver! Nie wiem, jak długo jeszcze to utrzymam! — ponagliła koleżankę. Drżenie dłoni przenosiło się na przedramiona, a napięte mięśnie zaczynały odmawiać współpracy. Zaparła się mocniej, usiłując utrzymać narzędzie w tej samej pozycji. Nie miała pojęcia, jak długo jeszcze da radę, ale nie zamierzała odpuścić, dopóki Bunny nie da jej znać, że chłopiec jest wolny.

Bunny :teddy:

when the lights go out

: śr paź 14, 2026 9:36 pm
autor: Bunny Carver
Nie było czasu.
Ani na wezwanie technicznych, którzy zrobiliby to pewnie sto razy lepiej i bezpieczniej niż one, ani też na to, żeby za długo rozwodzić się nad tym, jakie powinny wdrożyć procedury. Konstrukcja zagrażała życiu tego chłopaka, a one miały go już praktycznie na wyciągnięcie ręki. Do tego gruz wyglądał stabilnie.
Musiały zaryzykować.
Przymocowały pasy, Teddy rozpoczęła podważanie metalu, a ona… próbowała rozmawiać z Mikiem. Próbowała, bo kontakt z nim nagle stał się wyjątkowo nikły. Jak jeszcze chwile temu pytał o ojca i energicznie się szarpał, tak teraz nagle przestał. I chociaż w teorii był to dla nich dobry znak, bo nie naruszy konstrukcji, w praktyce… już nie za bardzo. Bunny poczuła, jak serce przyspiesza jej jeszcze o połowę, waląc mocno w piersi, a oddech grząźnie gdzieś w gardle. Nie mogły go teraz stracić. Nie kiedy już go znalazły i prawie miały. Nie dzisiaj.
Teddy próbowała coś jeszcze mówić do chłopaka, jednak ten kompletnie przestał odpowiadać, dlatego Carver wyrwała się do przodu i w końcu ruszyła w jego kierunku. Spojrzała na wąską przestrzeń między gruzem a uniesionym elementem trybuny. Nie było tam za dużo miejsca. Ostre krawędzie, wystające pręty i beton, który kiedyś był częścią sufitu. No i Mike, który jeszcze chwilę temu próbował z nią rozmawiać, a teraz uparcie milczał.
— Dam radę — skinęła głową, chociaż Teddy nie mogła tego widzieć, bo była za bardzo skupiona na swojej robocie. — Nie ma innego wyjścia — poprawiła latarkę, mocniej zaciskając palce na jej obudowie i zeszła do parteru. Światło omiatało ciasne przejście, wydobywając z ciemności kolejne kawałki pokruszonego betonu. Bunny przesunęła się ostrożnie na bok i spróbowała wsunąć najpierw ramię, sprawdzając, ile właściwie ma miejsca. Kurtka zahaczyła o coś ostrego akurat w miejscu, gdzie Miałą rozcięcie. Kurwa, ta to miała szczęście. Zaklęła pod nosem, cofnęła się o kilka centymetrów i spróbowała ponownie, tym razem pod innym kątem. Zadziałało.
Z trudem wsunęła się głębiej, opierając ciężar na przedramieniu i ostrożnie przesuwając biodra. Beton szorował o materiał jej ubrania, ale w końcu udało jej się zajrzeć dalej pod konstrukcję. Latarka drgnęła w jej dłoni, kiedy skierowała światło w stronę Mika.
— Hej, młody — rzuciła spokojnie, chociaż ciało drżało jej od napięcia. Sięgnęła ręką do jego ramienia. — Jak się czujesz?
— Nie czuje… nóg — wymamrotał ledwo mają siłę mówić. Ewidentnie traci przytomność.
Kurwa.
Przesunęła latarkę niżej i jeszcze raz oceniła przestrzeń wokół jego nóg. Nie zamierzała szarpać nim na oślep, ale nie mogła też pozwolić, żeby sytuacja przeciągała się w nieskończoność. Teddy trzymała ciężar z pomocą maszyny, ale też miała swoje limity.
— Darling!! — krzyknęła głośniej. — Mam go! Będę próbowała go przesunąc. Spróbuj dać minimalnie wyżej — wsunęła rękę głębiej, sięgając do biodra chłopca. Nogi faktycznie miał unieruchomione, ale całe szczęście Tedy podważyła konstrukcję na tyle, że Bunny w kilku sprawnych ruchach była w stanie szarpnąć go ze sobą do tyłu. Nie chciała wyciągać go na siłę, bo nie wiedziała, czy czegoś mu tym nie zrobi, ale kurwa na tamten moment nie miała już innego wyjścia. To była jedyna szansa. Beton wciąż wisiał nad nimi, Teddy utrzymywała go na tyle wysoko, żeby Carver mogła pracować, a Mike… Mike robił się coraz cięższy. Przestawał jej pomagać. Pociągnęła go ostrożnie za pas, jednocześnie podtrzymując górną część ciała chłopca, a kiedy tylko wysunęli się z wnęki…
— Teddy, pomóż! — rzuciła na jednym wdechu, czując, że zaraz i ją odetnie.

teddy <3 <3

when the lights go out

: czw paź 15, 2026 1:02 pm
autor: teddy darling
Najchętniej zeszłaby pod trybunę razem z Bunny, ale nie było takiej możliwości. Ktoś musiał zostać po drugiej stronie i nieustannie podważać płytę, żeby Carver miała wystarczająco dużo miejsca, by dostać się do chłopca. Próba wyciągnięcia Mike'a wspólnymi siłami byłaby zwyczajną głupotą. Istniało spore ryzyko, że gdyby obie strażaczki znalazły się pod niestabilną konstrukcją, to finalnie cała trójka utknęłaby tam na dobre.
— Uważaj na siebie — rzuciła jeszcze na jednym wdechu, zanim Carver wsunęła się pod płytę.
Sama mocniej zacisnęła dłonie na rękojeści halligana i poprawiła pozycję, starając się równomiernie rozłożyć ciężar ciała. Nie zamierzała nawet na moment odpuszczać nacisku. Gdyby konstrukcja opadła, mogłaby nie zdołać ponownie jej podważyć bez pomocy dodatkowej pary rąk, a Bunny nie miała przecież możliwości natychmiastowego wycofania się i powrotu do niej. Teddy musiała więc utrzymać płytę na tyle stabilnie, żeby koleżanka mogła bezpiecznie dotrzeć do chłopca, uwolnić go z pułapki i wrócić. Mięśnie ramion już zaczynały ją palić, ale zacisnęła zęby i skupiła wzrok na szczelinie pod betonem. Teraz pozostawało jej tylko wytrzymać i zaufać, że druga strażaczka wie, co robi.
Wypuściła powietrze przez nos, słysząc wymianę zdań pomiędzy Carver a chłopcem. Potem nastała cisza, a później krzyk, nawołujący jej nazwisko.
— No przecież robię, co mogę! — odkrzyknęła, brzmiąc trochę jak Ilona z Królowych Przetrwania. I może faktycznie miała już dość, ale przecież nie płynęła sobie na luzie w kajaku, tylko próbowała utrzymać w górze cholerną betonową płytę, która ważyła ze trzy razy więcej niż ona. Naprawdę dawała z siebie wszystko, unosząc konstrukcję najwyżej, jak tylko potrafiła. Ramiona paliły ją żywym ogniem, a napięte mięśnie powoli zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Mimo to naprężyła się cała i wydała z siebie głośne stęknięcie. Płyta drgnęła i uniosła się nieco wyżej, zapewniając Bunny odrobinę więcej miejsca. Nie miała pojęcia, jak długo jeszcze zdoła ją utrzymać, ale na razie musiało wystarczyć.
Szybko okazało się jednak, że Carver potrzebuje pomocy. Darling nie miała czasu na zastanawianie się ani szukanie lepszego rozwiązania, więc musiała przytrzymać konstrukcję jedną ręką, a drugą sięgnąć po chłopca. Złapała Mike'a za materiał bluzy i ostrożnie przyciągnęła go w swoją stronę, starając się nie szarpać go zbyt mocno. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, Szczerze mówiąc, mięśnie miała już tak zmęczone, że przedramiona drgały jej jak galareta.
— Dobra, mam go — wydusiła z siebie i podała rękę drugiej strażaczce, żeby ją również przeciągnąć na zewnątrz.
Dopiero kiedy upewniła się, że zarówno Bunny, jak i Mike znaleźli się poza zasięgiem niestabilnej konstrukcji, pozwoliła sobie powoli opuścić halligan. Przynajmniej taki miała zamiar. W pewnym momencie osunęła jej się ręka, a betonowa płyta z hukiem opadła na ziemię. Teddy zastygła w bezruchu, wstrzymując oddech i czekając na najgorsze. Ale nic się nie wydarzyło. Dopiero wtedy dotarło do niej, że nic nie spadło im na łby, więc odrzuciła narzędzie na bok i natychmiast dopadła do Bunny.
— Wszystko okej? Jak się czujesz? — zapytała, przyglądając się koleżance z wyraźnym niepokojem. Carver nie wyglądała najlepiej. Na dodatek krwawiła, co natychmiast przyciągnęło uwagę Darling. Znowu zahaczyła o coś ramieniem? Durna.
Wiedziała, że powinna zająć się chłopcem. Mike był uwięziony pod gruzami, przez dłuższy czas i należało jak najszybciej ocenić jego stan i sprawdzić, czy nie wymaga natychmiastowej pomocy. Mimo to w pierwszej kolejności musiała upewnić się, że Bunny jest cała. To nie była kwestia osobistych sympatii. Takie były procedury. Ich bezpieczeństwo również miało znaczenie, a kapitan Whitman wpajał im to od lat. Żaden ratownik nie pomoże poszkodowanemu, jeśli sam stanie się kolejną ofiarą.

Bunny :teddy:

when the lights go out

: czw paź 15, 2026 4:58 pm
autor: Bunny Carver
Robiła, co mogła.
I zdecydowanie szło jej lepiej niż wtedy Ilonie w Królowych Przetrwania, kiedy to zbierały mokre ubrania z rzeki. Teddy co prawda żadnych łaszków nie zbierała, ale za to wypruwała z siebie siódme poty, żeby utrzymać gruz, spod którego Bunny próbowała wydostać się wraz z dzieciakiem. Ciągnęła go i szarpała, stękając przy tym głośno, bo jeszcze jak z początku Mikę coś jej pomagał, sam się przesuwał, tak od jakiegoś czasu jego ciał ostało się trzy razy cięższe. A jeszcze jak się dołoży do tego niewygodną pozycję i kamienie dookoła… no było ciężko.
Na ostatnim wdechu wyciągnęła go spod ostatniego metalowego elementu, a kiedy tylko Darling doskoczyła i przejęła od niej chłopaka, Carver odwróciła się na bok i zaniosła kaszlem. Płuca paliły żywym ogniem, a gardło drapało tak mocno, że przez moment miała wrażenie, jakby cały picach ze stadiony utknął jej przy migdałkach.
Wszystko ją bolało.
Mięśnie, o których nawet nie miała pojęcia, że istniały.
Niesamowite jednak było to, jak krótkie zdanie mam go potrafiło ściągnąć z niej całe napięcie. Myśl, że dzieciak był już z nimi, bezpieczny, chociaż przecież jego stan pozostawiał wiele do życzenia.
Bunny cieżko podniosła sie na kolana i nim jeszcze odpowiedziała Teddy na jej pytania, złapała za radio i od razu zawiadomiła komendanta o tym, jak się miały sprawy. Szybki raport i jasna informacja, że będzie potrzebny medyk, najlepiej czekający od razu przy zejściu z sektoru wyleciały z jej ust już na autopilocie i dopiero gdy usłyszała krótkie przyjąłem, podniosła jasne spojrzenie na twarz przyjaciółki.
Jak się czujesz?
— Jak gówno — rzuciła wymownie, po czym delikatnie się uśmiechnęła. Jak mogła się czuć? Okropnie. Wszystko ją bolało, a ramie, które DWUKROTNIE już naruszyła wyglądało jeszcze gorzej. Całe szczęście Carver jechała na silnej adrenalinie i jeszcze nie czuła jak bardzo pręty zasiały spustoszenie przy jej skórze.
— Co z nim? — poderwała się do góry i ślamazarnie podeszłą do chłopaka. Ściągnęła z dłoni grubą rękawice i przystawiła dwa ciepłe palce do chłodnej szyi chłopaka. — Jest puls — mruknęła informacyjnie, mogąc chociaż trochę odetchnąć z ulgą. Chłopak naprawdopodobniej stracił chwilowo przytomność przez mocny ból i silny stres. Lada moment wszystko powinno być okej, jednak z pewnością powinien obejrzeć go lekarz.
— Trzeba go będzie zanieść — wtrąciła i oczywiście nawet nie kłopocząc się z tym, by prosić Teddy o pomoc, nachyliła się i złapała Mike’a pod kolanami, drugą rękę wciskając na wysokości jego łopatek. Nie był lekki, ale przecież nie takie ciężary nosiła w pracy. Podrzuciła go sobie, poprawiając. — Dasz radę ze sprzętem? — dopytała, bardziej dla zasady, bo przecież wiedziała, że da. Darling nigdy nie narzekała, że było jej za ciężko. Akurat w tym były do siebie wyjątkowo podobne. — Czy trzeba cię potrzymać za rączkę? — to już dodała w pełni zaczepnie, posyłając strażaczce wymowne spojrzenie. Sytuacja dalej była poważna, w końcu nie wiadomo było do końca co z dzieciakiem, ale przecież jakoś trzeba było przerwać tą grobową atmosferę, prawda?

teddy :impra:

when the lights go out

: czw paź 15, 2026 6:18 pm
autor: teddy darling
Trzeba było wziąć pod uwagę, że Mike trochę ważył. Miał prawie trzynaście lat, więc nie był już małym waflokruchem, którego można sobie ot tak przenosić z miejsca na miejsce. A po tym, jak całkiem go odcięło, stał się niczym pięćdziesięciokilogramowa kukła, z którą nie dało się współpracować. Teddy wcale się nie dziwiła, że Bunny ledwo dała radę wyciągnąć go spod trybun.
Nie mogła jednak wrócić do działania, dopóki nie upewniła się, że z chłopcem wszystko w porządku. Oczywiście Carver musiała najpierw zameldować dowódcy zmiany, jak wygląda sytuacja. Young przyjął zgłoszenie i nakazał im niezwłocznie wracać. No proszę, jaki zaradny. Wydawać polecenia z bezpiecznej odległości każdy potrafił. Może jeszcze powinny mu podziękować, że nie kazał im po drodze posprzątać gruzowiska? Jeśli tak bardzo zależało mu na czasie, mógł ruszyć tyłek i sam wynieść dzieciaka. Teddy chętnie popatrzyłaby, jak sobie radzi.
— Trochę też wyglądasz jak gówno — skomentowała z poważną miną, ale zaraz potem uśmiechnęła się szeroko, nie potrafiąc długo utrzymać powagi. Poklepała koleżankę po plecach i przysunęła się bliżej Mike'a. Pozwoliła Bunny sprawdzić jego puls, a sama nachyliła się nad chłopcem, tak by wyczuć na policzku jego oddech. Był słaby, ale na ten moment musiało im to wystarczyć.
— Żyje — potwierdziła, prostując się nieco i spoglądając na Bunny z wysoko uniesionymi brwiami. — Ale co ty, do cholery, wyprawiasz? Dasz radę z tym ramieniem? Wiesz, że mogę go wziąć —podniosła się z kucek, gotowa przejąć od niej ciężar, ale Carver zdążyła już dźwignąć chłopaka z ziemi. Teddy przez chwilę patrzyła na nią z niedowierzaniem. Czy ona miała w ogóle instynkt samozachowawczy?
Darling przewróciła oczami. Naprawdę nie miała siły do tej baby. Z drugiej strony trudno było ją potępiać, skoro sama w podobnych sytuacjach zachowywała się dokładnie tak samo. W obliczu zagrożenia rozsądek często schodził na dalszy plan, zwłaszcza gdy ktoś potrzebował pomocy. Pod tym względem były do siebie bardzo podobne. A jednak z wiekiem Teddy stała się ostrożniejsza. Może miało to coś wspólnego z tym, że w domu czekała na nią narzeczona, do której chciała wracać w jednym kawałku. April nie musiała przecież codziennie zastanawiać się, czy Darling znowu postanowiła udowodnić całemu światu, że jest niezniszczalna.
— Och, daruj sobie — parsknęła pod nosem, zawieszając sobie torbę ze sprzętem. Przytargała go na miejsce, to i z nim wróci. — I tak nie dałabyś rady trzymać mnie za rękę — zauważyła, bo przecież miała w ramionach Mike'a. To było niewykonalne.
Ruszyła przodem, oświetlając Carver drogę. Co jakiś czas zerkała przez ramię, żeby się upewnić, czy za nią nadąża. Miały do przejścia cały sektor, zanim dotrą do przejścia, przy którym czekali ratownicy.
— Może cię jednak zmienię, co? Torba nie jest aż taka ciężka — zaproponowała i przystanęła w miejscu. — No dalej, Carver. Nie zgrywaj twardzielki — przechyliła głowę, patrząc na Bunny z pobłażaniem, jakby właśnie przyłapała ją na czymś wyjątkowo głupim. W takich momentach Carver naprawdę nie musiała niczego ułatwiać. A już na pewno nie Teddy, która doskonale wiedziała, jak wygląda upór w wykonaniu strażaczki, bo sama niejednokrotnie zachowywała się identycznie.

Bunny 🐰

when the lights go out

: wt paź 20, 2026 11:26 pm
autor: Bunny Carver
Była niepoważna.
Zupełnie jak jej ojciec, Bunny nie potrafiła odpuszczać.
Walczyła do samego końca, nawet gdy nie miała już siły wyprowadzać ciosów. Bo chociaż w sytuacji zagrożenia życia, szczególnie cudzego, potrafiła odpuścić i stosować się do procedur panujących w straży, tak kiedy w grę wchodziły jej własne słabości — cisnęła do samego końca. Tak jak teraz, kiedy ledwo co udało jej się wyszarpać chłopaka spod sterty zawalonego dachu stadionu i zamiast pozwolić Teddy przejąć inicjatywę, ona zagryzała zęby i szła dalej.
Pomimo bólu i pomimo tego, że kurewsko bolało ją ramie.
Dlaczego? Dla wewnetrznejv zasady i potrzeby udowodnienia sobie, że potrafiła. Pot leciał jej z czoła, serce waliło jak oszalałe, a oddech grzązł gdzieś w płucach. A jednak w tym wszystkim miała jeszcze siłę na to, żeby zaczepić Darling. Zagadać o potrzymaniu jej za rączkę, przy okazji podrzucając sobie a rekach bezwidne ciało chłopaka.
— Chcesz się przekonać? — prychnęła, kiedy tylko Teddy wspomniała jej, że nie dałaby rady jej potrzymać. Może gdyby nie była ranna, faktycznie by spróbowała. Wystarczyło w końcu przenieść ciężar ciała na jedno ramie i wtedy wyciągnąć rękę do Darling, ale to byłoby już wyjątkowo ryzykowne i po prostu durne. W końcu nie były tutaj na wakacjach, a na misji, w dodatku takiej, na której walczyły o ludzkie życie.
— Do tego słupa, okej? — wtrąciła w końcu, kiedy Teddy nie dawała za wygraną i bardzo chciała od niej przenieść chłopaka. Bunny czuła, jak powoli opada z sił, jednak wciąż powtarzała sobie w głowie, że musiała dać rade. Jakby chciała coś udowodnić bardziej sobie niż komukolwiek innemu. Niesiona na adrenalinie faktycznie nawet na moment się nie zatrzymała. — Zgrywać przy sobie twardzielkę? Wydaje ci się — prychnęła gdzieś po drodze na słowa strażaczki. — Dla ciebie jestem zawsze milutkim mięczakiem — nie była. Chociaż trzeba przyznać, że akurat Teddy widziała ją w różnych wydaniach. Nie wszystkie były odważne i nieustraszone. Jako dobre koleżanki niekiedy potrafiły obnażyć się przed sobą o wiele bardziej niż przy kimkolwiek innym z remizy.
To wszystko jednak było nieważne, bo kiedy tylko doszły do wspominanego wcześniej słupa, Bunny przystanęła, ciężko oddychając i odwróciła się w stronę Darling.
— Zrzuć torbę tam, zaraz ją wezmę — wskazała głową stabilniejsze miejsce, robiąc krok w stronę Teddy z chłopakiem na rękach. — Uważaj, trochę waży — ostrożnie podała koleżance dzieciaka, od razu czując charakterystyczna, dziwną lekkość na przedramionach. Jakby nagle nic nie ważyły. Aż zaczęły ją łapać pierwsze skurcze, bo ciało zdążyło się już przyzwyczaić do ciężaru. Podskoczyła dwa razy w miejscu, po czym sięgnęła po torbę. Przerzuciła ją przez ramię, upewniła się, że Darling jest okej i ruszyła przed siebie.
Została im już ostatnia prosta przez sektory. Teddy nadała całkiem sprawne tempo, dzięki czemu już po kilku minutach były przy tylnym wyjściu przez które wchodziły. Do tego czasu technicy usunęli elementy konstrukcji, które wcześniej uniemożliwiały przejście, a medycy czekali przy głównej bramie z noszami.
— Tutaj! — krzyknął jeden z nich, zamachując się latarką. — Połóż go, tylko ostrożnie — poprosił, podczas gdy jego kolega już wyciągał z podręcznej torby jakieś medyczne przyrządy. — Dawno temu stracił przytomność? Jakieś głębsze urazy? — nawijali jak nakręceni. I chociaż pytali Darling…
— Jakieś piętnaście minut — musiała się odezwać, przystając z boku i kładąc ręce na kolanach, by w końcu dychać. — I nogi. Mówił, że ich nie czuje — dodała, przypominając sobie ostatnie słowa chłopaka. Cóż, dopóki się nie obudzi, nie będą wiedzieć, czy nie stracił czucia. Oby nie!

teddy <3 <3

when the lights go out

: śr paź 21, 2026 3:54 pm
autor: teddy darling
Nie miała siły do tej baby. Dlaczego zawsze musiała pracować z takimi upartymi ludźmi? Och, zaraz, przecież odpowiedź była banalnie prosta. Nikt o zdrowych zmysłach nie decydował się na podjęcie takiej pracy. W zawodzie strażaka nie było miejsca na miękką grę. Tutaj trzeba było zacisnąć zęby i zapierdalać, nawet jak własne ciało odmawiało posłuszeństwa. Dokładnie tak, jak właśnie robiła to Bunny, która zawzięcie brnęła przed siebie. Teddy nie zamierzała jednak na nią naciskać. Chciała pomóc, ale nie zamierzała robić tego wbrew woli Carver. Jeśli potrzebowała wsparcia, mogła po prostu o nie poprosić, zamiast czekać do ostatniej chwili, aż padnie na pysk z nadmiaru wysiłku.
Pokręciła głową, dając jej do zrozumienia, że o niczym nie chce się przekonywać. Jeszcze doprowadziłyby do nieszczęścia takimi wygłupami.
— Do słupa. Jasna sprawa — przytaknęła, kiedy koleżanka w końcu zgodziła się na jej propozycję. Zamiana była dobrym pomysłem. Teddy miała obie ręce do dyspozycji, w przeciwieństwie do Bunny, która zdążyła już niefortunnie zranić się w ramię. I to dwukrotnie. Jeszcze trochę, a skończy się na amputacji! — Czy ty się przypadkiem nie zapędzasz? — rzuciła, spoglądając przez ramię i posyłając jej rozbawione spojrzenie. Poniosło ją z tym byciem zawsze milutką. Bunny potrafiła wydrzeć mordę, kiedy trzeba i nie raz zdarzyło jej się naskoczyć na biedną Teddy zupełnie bez powodu. Niezłe było z niej ziółko, a do tego wyjątkowo impulsywne.
Posłusznie zrzuciła torbę z ramienia na ziemię i wyciągnęła ręce, żeby przejąć chłopaka. Stęknęła cicho, kiedy poczuła jego ciężar. No dobra, Mike zdecydowanie nie ważył tyle, co piórko. To był już kawał faceta, a fakt, że zupełnie bezwładnie przelewał jej się przez palce, wcale nie ułatwiał zadania. Łatwiej byłoby podnieść kogoś, kto chociaż odrobinę współpracował, zamiast zdawać się całkowicie na siłę osoby, która akurat go niosła. Chłopak był wiotki jak szmaciana lalka, a Darling musiała znaleźć sobie odpowiedni chwyt, żeby nie upuścić go przy pierwszej próbie poprawienia ramion. Nie chciała doprowadzić do sytuacji, w której po całej tej akcji Mike zaliczyłby jeszcze dodatkowe spotkanie z podłogą. To byłoby akurat trochę przykre.
Napięła mięśnie i dzielnie ruszyła przez sektor, pozwalając Carver iść przodem, żeby oświetlała drogę. Na szczęście miejsce, przez które wchodziły, było już na tyle przechodnie, że mogły swobodnie wydostać się z poszkodowanym na zewnątrz. Dzieciak od razu został zaopiekowany przez sanitariuszy, którzy podjęli czynności ratunkowe. Teddy już otworzyła usta, żeby odpowiedzieć na pytania, ale Bunny ją uprzedziła.
— Podajmy mu tlen — zadecydował jeden z mężczyzn. — I przenieśmy go na nosze. Tylko uważajcie na nogi, któraś może być złamana — pouczył kolegów, delikatnie łapiąc chłopaka za nogi. Poczekał aż drugi ratownik zrobi to samo o przenieśli go na deskę.
— Mike! — zza pleców Darling rozniósł się donośny głos. To był ojciec nastolatka. — Mike! Żyje? Jest cały? — zapytał, kiedy dopadł o medyków. A gdy spotkał się z pozytywną odpowiedzią, niewiele myśląc rzucił się Teddy na szyję. Wyściskał ją porządnie i po chwili to samo zrobił Carver. — Dziękuję! To naprawdę wiele dla mnie znaczy! Jak mogę wam się odwdzięczyć? — odsunął się, żeby przyjrzeć się lepiej obu strażaczkom.
— Nie trzeba. Naprawdę. Na tym polega nasza praca, proszę pana — odparła grzecznie Teddy. — Chłopaki, obejrzycie też Carver? — zwróciła się do ratowników, jednocześnie posyłając koleżance znaczące spojrzenie? No co? Nie zamierzała jej stąd wypuszczać, dopóki ktoś nie opatrzy rany na jej ramieniu. Nie ma nawet takiej opcji!
Bunny (niechętnie, ale jednak) pozwoliła rzucić okiem na skaleczenie. Rana nie była głęboka i nie trzeba było jej szyć, ale dostała zalecenie, żeby się nie nadwyrężała. Obie wiedziały, że w jej przypadku to niemożliwe, ale Darling obiecała ją przypilnować.
koniec
Bunny Carver