This is the beginning of the lockdown, babe
: ndz paź 18, 2026 11:37 pm
Zastygła na moment, słysząc pytanie Luciena, po czym spojrzała na niego z trudnym do określenia blaskiem w oczach. Właściwie mogła się spodziewać, że będzie chciał się czegoś dowiedzieć i nie powinna mieć mu tego za złe. Może poczuł zazdrość, a może kierowała nim wyłącznie zwykła ciekawość, podsycona tematem brata Adeline. Zoya nie potrafiła stwierdzić.
Cmoknęła więc i pokręciła głową.
— Rozmawiałam z nim w Misano o Adeline. Potem widziałam go na lotnisku, kiedy po nią przyjechał. Nic poza tym — wyjaśniła, aby być w stosunku do Luciena całkowicie szczera. — Trzy lata temu wziął ślub, później się rozwiódł i wyjechał. Prawdopodobnie nawet go kojarzysz, bo jest prezenterem telewizyjnym. Relacjonuje katastrofy. Teraz chyba bierze udział w jakimś programie detektywistycznym w CBC Toronto, ale niespecjalnie mnie to interesuje, więc nie jestem na bieżąco. — Niedbale dygnęła ramionami.
Relacja Zoi i Reecea była zgoła inna od tej, którą pielęgnowała z Lucienem. Brakowało w niej szczerości i głębszych rozmów, nic więc dziwnego, że nie sprawdzili się ani jako przyjaciele ani jako przyjaciele z benefitami.
Na dźwięk zabawnych, choć pokrzepiających słów Luciena, mimowolnie się zaśmiała, po czym przytaknęła z uśmiechem. Wierzyła, że prędzej czy później pogodzą się z Clem, bo brak Adeline coraz bardziej dawał jej się we znaki w codziennych momentach. Myślała o niej przy piciu porannej kawy albo wtedy, kiedy spoglądała w sklepie na klementynki.. Tęskniła.
Znowu pokiwała głową, słysząc, że Lucien zawsze starał się dotrzymywać obietnic. Doskonale wiedziała, że mówił prawdę i napawało ją to pewną dumą. Z nadzieją patrzyła na przyszłość podopiecznych fundacji i wierzyła, że dzięki wsparciu Spencerów będą mogli spełnić swoje marzenia.
Na moment przeniosła wzrok na usta mężczyzny, po których (nieświadomie bardzo uwodzicielsko) przesunął koniuszkiem języka. Potem ponownie spojrzała w jego jasne oczy. Wciąż nie potrafiła przywyknąć do tego, jak bardzo pociągały ją cechy jego charakteru. Lucien był przecież dobrym człowiekiem, a świadomość ta tylko potęgowała fascynację Zoi.
Ale... nagle prychnęła. K o n s e k w e n c j a zdecydowanie brzmiała lepiej, jednak rzeczywiście było to dobre określenie na potrzeby prasy. Między sobą nie musieli używać aż tak formalnego słownictwa, bo dla Zoi jego upór momentami ocierał się o chorobliwą zawziętość. Oczywiście, dzięki temu był w stanie zdobywać szczyty i realizować marzenia, jednak mimowolnie zastanowiła się, czy w odpowiednim momencie, kiedy wszystko zacznie go przerastać, będzie skłonny zrezygnować. Miała wrażenie w to wątpić.
Poza świadomością Zoi wciąż pozostawał sposób, w jaki Luciena wychowali rodzice. Być może nie postrzegała jego dzieciństwa jako beztroskiego, bo troszeczkę wiedziała, ale chyba nie sądziła też, że nie mógł zwrócić się do najbliższych ze swoimi zmartwieniami i jako dziecko pozostawał sam sobie. Ona, kiedy zabrakło mamy, mogła w tej kwestii przede wszystkim liczyć na braci.
— Po śmierci mamy tak naprawdę wychowała mnie banda neandertalczyków. Biegaliśmy z kijami po lesie, skakaliśmy z dachu stodoły i taplaliśmy się w błocie. Nic więc dziwnego, że wyrosłam na taką diablicę. — Uśmiechnęła się i zmarsczyła nosek, a jednocześnie wyparła z umysłu obrazy żałoby po Acacii. Fakt, przemknęła jej przez głowę myśl, że nie była biologiczną córką kobiety, jednak akurat to miało raczej najmniejsze znaczenie w kwestii jej charakteru. Po prostu od dnia narodzin otaczali ją wariaci.
Mimo wszystko popatrzyła Lucienowi trochę jakby dłużej i nawet rozchyliła usta, prawie gotowa, aby podzielić się z nim rodzinnym sekretem. Ostatecznie jednak znów je zamknęła.
Serce Zoi zabiło mocniej, a w klatce piersiowej poczuła falę gorąca, która zaczęła stopniowo słabnąć, gdy mężczyzna kontynuował swoją wypowiedź. Potaknęła bezgłośnie. Charles bez swojej żony był zupełnie innym człowiekiem.
Otulona ramionami Luciena czuła się naprawdę bezpieczna. Nie chciała, aby doczekali poranka, skoro tak dobrze im się rozmawiało i tak wiele dowiadywali się o sobie nawzajem.
— Jesteś tylko człowiekiem. Nie musisz uszczęśliwiać wszystkich — zauważyła z powagą, nieustannie patrząc mu w oczy. Po chwili odsunęła się nieznacznie i przesunęła dłoń na jego nagie biodro. — Musiało ci być ciężko — urwała na moment, zaciskając mocniej wargi. Zaraz rysy jej twarzy wyraźnie się rozluźniły i po prostu uśmiechnęła się w łagodny sposób. — Tej, która oczekiwała od ciebie pieniędzy, należy się bankructwo. Ale ta druga pewnie po prostu chciała spędzać z tobą więcej czasu. Czasami tęsknota staje się nie do zniesienia, a człowiek w końcu zaczyna pragnąć czegoś więcej niż tylko krótkich chwil razem. Poza tym… hmm, zajmujesz się dość ciężką i niebezpieczną dyscypliną. Myślę, że kochanie kogoś takiego jak ty może być trudne, ale to nie znaczy, że jest niemożliwe.
Palce Zoi nieznacznie poruszyły się na biodrze Luciena. Zjechała spojrzeniem na jego odkrytą klatkę piersiową, po czym powoli powróciła do lustrowania jego oczu.
— Nie czujesz się samotny, kiedy stawiasz karierę ponad wszystko inne? — zapytała ostrożnie.
Znowu pomyślała, że dobrze się stało, że nie zamknęli swojej relacji w ramach związku. Obawiała się, że z czasem mogłaby pokochać Luciena, a to nałożyłoby na niego presję, której zdecydowanie nie potrzebował. Już teraz za nim tęskniła i cieszyła się każdą wspólnie spędzoną chwilą, a jednak wciąż trzymała emocje na wodzy.
— Bardzo zabawne. Muszę jednak wspomnieć, że tobie również różnie to wychodzi — zażartowała, po czym przewróciła się na plecy i kontynuując wypowiedź, utkwiła wzrok w suficie. — Z Charliem byłam w liceum. Było nam dobrze, ale jednak byliśmy nastolatkami. Wyprowadził się i nasz kontakt się urwał, a z Deanem poznaliśmy się w złych momentach naszego życia. Desperacko potrzebowałam wyrwać się z Huntsville, a on był świeżo po zakończeniu związku. Pocieszyliśmy się? — zapytała samą siebie, po czym na chwilę zamilkła. Rozważała to, co powiedziała. — Chyba to dobre słowo. Ta początkowa fascynacja zniknęła, kiedy zamieszkaliśmy razem. Potem przespał się z moją koleżanką z uczelni, więc możesz sobie dopowiedzieć resztę — po raz kolejny sie zaśmiała.
Historia może i brzmiała żałośnie, ale Zoya nie odczuwała wobec niej żadnych głębszych emocji. Traktowała to wszystko jako niefortunny etap w swoim życiu.
— Gdzie widzisz się za dziesięć lat? — rzuciła, podsuwając im kolejne ważne pytanie.
Lucien Spencer
Cmoknęła więc i pokręciła głową.
— Rozmawiałam z nim w Misano o Adeline. Potem widziałam go na lotnisku, kiedy po nią przyjechał. Nic poza tym — wyjaśniła, aby być w stosunku do Luciena całkowicie szczera. — Trzy lata temu wziął ślub, później się rozwiódł i wyjechał. Prawdopodobnie nawet go kojarzysz, bo jest prezenterem telewizyjnym. Relacjonuje katastrofy. Teraz chyba bierze udział w jakimś programie detektywistycznym w CBC Toronto, ale niespecjalnie mnie to interesuje, więc nie jestem na bieżąco. — Niedbale dygnęła ramionami.
Relacja Zoi i Reecea była zgoła inna od tej, którą pielęgnowała z Lucienem. Brakowało w niej szczerości i głębszych rozmów, nic więc dziwnego, że nie sprawdzili się ani jako przyjaciele ani jako przyjaciele z benefitami.
Na dźwięk zabawnych, choć pokrzepiających słów Luciena, mimowolnie się zaśmiała, po czym przytaknęła z uśmiechem. Wierzyła, że prędzej czy później pogodzą się z Clem, bo brak Adeline coraz bardziej dawał jej się we znaki w codziennych momentach. Myślała o niej przy piciu porannej kawy albo wtedy, kiedy spoglądała w sklepie na klementynki.. Tęskniła.
Znowu pokiwała głową, słysząc, że Lucien zawsze starał się dotrzymywać obietnic. Doskonale wiedziała, że mówił prawdę i napawało ją to pewną dumą. Z nadzieją patrzyła na przyszłość podopiecznych fundacji i wierzyła, że dzięki wsparciu Spencerów będą mogli spełnić swoje marzenia.
Na moment przeniosła wzrok na usta mężczyzny, po których (nieświadomie bardzo uwodzicielsko) przesunął koniuszkiem języka. Potem ponownie spojrzała w jego jasne oczy. Wciąż nie potrafiła przywyknąć do tego, jak bardzo pociągały ją cechy jego charakteru. Lucien był przecież dobrym człowiekiem, a świadomość ta tylko potęgowała fascynację Zoi.
Ale... nagle prychnęła. K o n s e k w e n c j a zdecydowanie brzmiała lepiej, jednak rzeczywiście było to dobre określenie na potrzeby prasy. Między sobą nie musieli używać aż tak formalnego słownictwa, bo dla Zoi jego upór momentami ocierał się o chorobliwą zawziętość. Oczywiście, dzięki temu był w stanie zdobywać szczyty i realizować marzenia, jednak mimowolnie zastanowiła się, czy w odpowiednim momencie, kiedy wszystko zacznie go przerastać, będzie skłonny zrezygnować. Miała wrażenie w to wątpić.
Poza świadomością Zoi wciąż pozostawał sposób, w jaki Luciena wychowali rodzice. Być może nie postrzegała jego dzieciństwa jako beztroskiego, bo troszeczkę wiedziała, ale chyba nie sądziła też, że nie mógł zwrócić się do najbliższych ze swoimi zmartwieniami i jako dziecko pozostawał sam sobie. Ona, kiedy zabrakło mamy, mogła w tej kwestii przede wszystkim liczyć na braci.
— Po śmierci mamy tak naprawdę wychowała mnie banda neandertalczyków. Biegaliśmy z kijami po lesie, skakaliśmy z dachu stodoły i taplaliśmy się w błocie. Nic więc dziwnego, że wyrosłam na taką diablicę. — Uśmiechnęła się i zmarsczyła nosek, a jednocześnie wyparła z umysłu obrazy żałoby po Acacii. Fakt, przemknęła jej przez głowę myśl, że nie była biologiczną córką kobiety, jednak akurat to miało raczej najmniejsze znaczenie w kwestii jej charakteru. Po prostu od dnia narodzin otaczali ją wariaci.
Mimo wszystko popatrzyła Lucienowi trochę jakby dłużej i nawet rozchyliła usta, prawie gotowa, aby podzielić się z nim rodzinnym sekretem. Ostatecznie jednak znów je zamknęła.
Serce Zoi zabiło mocniej, a w klatce piersiowej poczuła falę gorąca, która zaczęła stopniowo słabnąć, gdy mężczyzna kontynuował swoją wypowiedź. Potaknęła bezgłośnie. Charles bez swojej żony był zupełnie innym człowiekiem.
Otulona ramionami Luciena czuła się naprawdę bezpieczna. Nie chciała, aby doczekali poranka, skoro tak dobrze im się rozmawiało i tak wiele dowiadywali się o sobie nawzajem.
— Jesteś tylko człowiekiem. Nie musisz uszczęśliwiać wszystkich — zauważyła z powagą, nieustannie patrząc mu w oczy. Po chwili odsunęła się nieznacznie i przesunęła dłoń na jego nagie biodro. — Musiało ci być ciężko — urwała na moment, zaciskając mocniej wargi. Zaraz rysy jej twarzy wyraźnie się rozluźniły i po prostu uśmiechnęła się w łagodny sposób. — Tej, która oczekiwała od ciebie pieniędzy, należy się bankructwo. Ale ta druga pewnie po prostu chciała spędzać z tobą więcej czasu. Czasami tęsknota staje się nie do zniesienia, a człowiek w końcu zaczyna pragnąć czegoś więcej niż tylko krótkich chwil razem. Poza tym… hmm, zajmujesz się dość ciężką i niebezpieczną dyscypliną. Myślę, że kochanie kogoś takiego jak ty może być trudne, ale to nie znaczy, że jest niemożliwe.
Palce Zoi nieznacznie poruszyły się na biodrze Luciena. Zjechała spojrzeniem na jego odkrytą klatkę piersiową, po czym powoli powróciła do lustrowania jego oczu.
— Nie czujesz się samotny, kiedy stawiasz karierę ponad wszystko inne? — zapytała ostrożnie.
Znowu pomyślała, że dobrze się stało, że nie zamknęli swojej relacji w ramach związku. Obawiała się, że z czasem mogłaby pokochać Luciena, a to nałożyłoby na niego presję, której zdecydowanie nie potrzebował. Już teraz za nim tęskniła i cieszyła się każdą wspólnie spędzoną chwilą, a jednak wciąż trzymała emocje na wodzy.
— Bardzo zabawne. Muszę jednak wspomnieć, że tobie również różnie to wychodzi — zażartowała, po czym przewróciła się na plecy i kontynuując wypowiedź, utkwiła wzrok w suficie. — Z Charliem byłam w liceum. Było nam dobrze, ale jednak byliśmy nastolatkami. Wyprowadził się i nasz kontakt się urwał, a z Deanem poznaliśmy się w złych momentach naszego życia. Desperacko potrzebowałam wyrwać się z Huntsville, a on był świeżo po zakończeniu związku. Pocieszyliśmy się? — zapytała samą siebie, po czym na chwilę zamilkła. Rozważała to, co powiedziała. — Chyba to dobre słowo. Ta początkowa fascynacja zniknęła, kiedy zamieszkaliśmy razem. Potem przespał się z moją koleżanką z uczelni, więc możesz sobie dopowiedzieć resztę — po raz kolejny sie zaśmiała.
Historia może i brzmiała żałośnie, ale Zoya nie odczuwała wobec niej żadnych głębszych emocji. Traktowała to wszystko jako niefortunny etap w swoim życiu.
— Gdzie widzisz się za dziesięć lat? — rzuciła, podsuwając im kolejne ważne pytanie.
Lucien Spencer