you and i both know it ends in blood
: pt paź 09, 2026 9:58 am
— Nie widzę przed sobą mężczyzny, Monroe. Widzę tylkożałosnego, naiwnego idiotę, który dał się oszukać kobiecie — syknął, gdy wyraz poczucia wyższości zajmował miejsce na jego twarzy. — A dla takich nie brudzę sobie rąk — dodał, ściskając mocniej jego włosy przy nasadzie, by jednym, krótkim ruchem poprowadzić jego potylicę na bolesne spotkanie ze stalową konstrukcją, do której był przytroczony.
Wypuścił go, powoli się prostując.
— Nie chcesz mówić, dobrze. Mamy czas. Mamy mnóstwo czasu. A ja mam mnóstwo pomysłów na ciebie, więc błagam, popisuj się jak najdłużej, Monroe.
Włoch powoli odszedł na bok, odsłaniając sylwetkę skrępowanej po drugiej stronie Haze.
Obraz, który ukazał się jej oczom sprawił, że serce zatrzymało się i ścisnęło boleśnie. Zapomniało o kilku kolejnych uderzeniach, uciśnięte przez przerażenie i miażdżące poczucie winy.
Widziała krew rozmazana na twarzy, spływająca od skroni niżej, zbierająca się przy ustach i znacząca kołnierz koszuli ciemnymi plamami; materiał koszuli był pognieciony, brudny i mokry od posoki. Nawet włosy, zwykle ułożone idealnie, opadały mu w kompletnym nieładzie na czoło, posklejane miejscami wilgocią potu, miejscami zlepione krwią.
Widziała obrzęk, pierwsze ciemniejsze ślady pod skórą, rozcięcie, którego wcześniej nie było. Każdy kolejny drobiazg odnajdywała mimowolnie, jakby samo patrzenie mogło policzyć szkody, które p o z w o l i ł a mu zrobić.
To ona była potworem. Była nim, nawet jeśli zdecydowała, że wcale nie chce.
Jeszcze gorzej brzmiał jego głos.
Znała go przecież w tylu wydaniach; rozbawionego, miękkiego przy niej, drażniącego ją celowo, nawet wściekłego. Teraz w każdym słowie słyszała ból przykryty złością i tę samą upartość, przez którą nadal prowokował człowieka stojącego nad nim, jakby własnym językiem próbował odebrać mu choć odrobinę przewagi.
Za każdym razem, kiedy się odzywał, coś ściskało ją mocniej pod żebrami. Za każdym razem chciała, żeby przestał, zanim Scalvini znajdzie kolejny powód, żeby go uderzyć. I jednocześnie miała to przerażające przekonanie, że Monroe nie umiałby po prostu zamilknąć tylko dlatego, że ktoś próbował go do tego zmusić.
To ona go tu sprowadziła.
Każdy ślad na jego twarzy miał początek w wiadomości wysłanej z jej telefonu; każde uderzenie było czymś, przed czym jeszcze kilka dni temu próbowałaby go ochronić, a teraz mogła tylko patrzeć.
I bała się.
Nie o to, czy będzie ją po wszystkim nienawidził, nawet nie o to, czy kiedykolwiek jeszcze spojrzy na nią tak jak wcześniej. Bała się, że Scalvini naprawdę dostanie wystarczająco dużo czasu. Że za którymś razem Monroe nie podniesie już głowy, nie odpowie kolejną butną zaczepką, nie spojrzy na niego z pogardą.
Włoch, który znów stanął przed Monroe, zasłonił jej raz kolejny na widok. Obrócił w dłoniach podłużny, błyszczący metalem przedmiot.
— Jak będziesz w końcu chciał powiedzieć coś mądrego daj mi znać — uprzedził, by chwilę potem dłonie, trzymające prosty łom mogły opaść, wymierzając kolejny cios. Brutalniejszy, niemiarkowany, miażdżący żebra od razu po ich napotkaniu. Po nim przyszło kilka kolejnych, które natrafiały, każdy na inny, obszary jego ciała.
Nie wiedziała, czy pozwoliła, aby było ich ledwie kilka czy kilkanaście, zanim usłyszała własny głos.
— Przestań, proszę.
Ramiona Scalviniego zatrzymały się w połowie drogi do kolejnego ciosu. Zamarł na ułamek sekundy, zanim jego obsesyjna wręcz satysfakcja z brutalności zamknięta w spojrzeniu nie ustąpiła czemuś innemu. Kącik jego ust drgnął, on wyprostował się, opuszczając dłonie z łomem wzdłuż ciała.
Odwrócił się, tracąc zainteresowanie Monroe. Pokonał dystans który oddzielał jego i Haze i przykucnął naprzeciw tej drugiej.
— Ah, dolcezza mia — zaczął, chwytając w swoje szorstkie dłonie jej szczękę.
Ciało Haze odpowiedziało na to tak, jak zawsze – całkowicie zesztywniała. Ale nie próbowała się wyrwać. W jej spojrzeniu zebrało się jeszcze więcej strachu.
— Już o tym rozmawialiśmy — ciągnął dalej, przesuwając kciukiem po jej policzku, nieświadom tego, że za każdym jego ruchem pozostawiał po sobie palący, niemal bolesny, choć niewidoczny dla nikogo ślad. — Twoja propozycja była bardzo kusząca, ale muszę myśleć o swojej pracy. — Wypuścił jej szczękę i z obrzydliwą imitacją czułości odgarnął włosy za jej ucho.
all for nothing
Wypuścił go, powoli się prostując.
— Nie chcesz mówić, dobrze. Mamy czas. Mamy mnóstwo czasu. A ja mam mnóstwo pomysłów na ciebie, więc błagam, popisuj się jak najdłużej, Monroe.
Włoch powoli odszedł na bok, odsłaniając sylwetkę skrępowanej po drugiej stronie Haze.
Obraz, który ukazał się jej oczom sprawił, że serce zatrzymało się i ścisnęło boleśnie. Zapomniało o kilku kolejnych uderzeniach, uciśnięte przez przerażenie i miażdżące poczucie winy.
Widziała krew rozmazana na twarzy, spływająca od skroni niżej, zbierająca się przy ustach i znacząca kołnierz koszuli ciemnymi plamami; materiał koszuli był pognieciony, brudny i mokry od posoki. Nawet włosy, zwykle ułożone idealnie, opadały mu w kompletnym nieładzie na czoło, posklejane miejscami wilgocią potu, miejscami zlepione krwią.
Widziała obrzęk, pierwsze ciemniejsze ślady pod skórą, rozcięcie, którego wcześniej nie było. Każdy kolejny drobiazg odnajdywała mimowolnie, jakby samo patrzenie mogło policzyć szkody, które p o z w o l i ł a mu zrobić.
To ona była potworem. Była nim, nawet jeśli zdecydowała, że wcale nie chce.
Jeszcze gorzej brzmiał jego głos.
Znała go przecież w tylu wydaniach; rozbawionego, miękkiego przy niej, drażniącego ją celowo, nawet wściekłego. Teraz w każdym słowie słyszała ból przykryty złością i tę samą upartość, przez którą nadal prowokował człowieka stojącego nad nim, jakby własnym językiem próbował odebrać mu choć odrobinę przewagi.
Za każdym razem, kiedy się odzywał, coś ściskało ją mocniej pod żebrami. Za każdym razem chciała, żeby przestał, zanim Scalvini znajdzie kolejny powód, żeby go uderzyć. I jednocześnie miała to przerażające przekonanie, że Monroe nie umiałby po prostu zamilknąć tylko dlatego, że ktoś próbował go do tego zmusić.
To ona go tu sprowadziła.
Każdy ślad na jego twarzy miał początek w wiadomości wysłanej z jej telefonu; każde uderzenie było czymś, przed czym jeszcze kilka dni temu próbowałaby go ochronić, a teraz mogła tylko patrzeć.
I bała się.
Nie o to, czy będzie ją po wszystkim nienawidził, nawet nie o to, czy kiedykolwiek jeszcze spojrzy na nią tak jak wcześniej. Bała się, że Scalvini naprawdę dostanie wystarczająco dużo czasu. Że za którymś razem Monroe nie podniesie już głowy, nie odpowie kolejną butną zaczepką, nie spojrzy na niego z pogardą.
Włoch, który znów stanął przed Monroe, zasłonił jej raz kolejny na widok. Obrócił w dłoniach podłużny, błyszczący metalem przedmiot.
— Jak będziesz w końcu chciał powiedzieć coś mądrego daj mi znać — uprzedził, by chwilę potem dłonie, trzymające prosty łom mogły opaść, wymierzając kolejny cios. Brutalniejszy, niemiarkowany, miażdżący żebra od razu po ich napotkaniu. Po nim przyszło kilka kolejnych, które natrafiały, każdy na inny, obszary jego ciała.
Nie wiedziała, czy pozwoliła, aby było ich ledwie kilka czy kilkanaście, zanim usłyszała własny głos.
— Przestań, proszę.
Ramiona Scalviniego zatrzymały się w połowie drogi do kolejnego ciosu. Zamarł na ułamek sekundy, zanim jego obsesyjna wręcz satysfakcja z brutalności zamknięta w spojrzeniu nie ustąpiła czemuś innemu. Kącik jego ust drgnął, on wyprostował się, opuszczając dłonie z łomem wzdłuż ciała.
Odwrócił się, tracąc zainteresowanie Monroe. Pokonał dystans który oddzielał jego i Haze i przykucnął naprzeciw tej drugiej.
— Ah, dolcezza mia — zaczął, chwytając w swoje szorstkie dłonie jej szczękę.
Ciało Haze odpowiedziało na to tak, jak zawsze – całkowicie zesztywniała. Ale nie próbowała się wyrwać. W jej spojrzeniu zebrało się jeszcze więcej strachu.
— Już o tym rozmawialiśmy — ciągnął dalej, przesuwając kciukiem po jej policzku, nieświadom tego, że za każdym jego ruchem pozostawiał po sobie palący, niemal bolesny, choć niewidoczny dla nikogo ślad. — Twoja propozycja była bardzo kusząca, ale muszę myśleć o swojej pracy. — Wypuścił jej szczękę i z obrzydliwą imitacją czułości odgarnął włosy za jej ucho.
all for nothing