Strona 2 z 2

you and i both know it ends in blood

: pt paź 09, 2026 9:58 am
autor: Violet Haze
— Nie widzę przed sobą mężczyzny, Monroe. Widzę tylkożałosnego, naiwnego idiotę, który dał się oszukać kobiecie — syknął, gdy wyraz poczucia wyższości zajmował miejsce na jego twarzy. — A dla takich nie brudzę sobie rąk — dodał, ściskając mocniej jego włosy przy nasadzie, by jednym, krótkim ruchem poprowadzić jego potylicę na bolesne spotkanie ze stalową konstrukcją, do której był przytroczony.
Wypuścił go, powoli się prostując.
— Nie chcesz mówić, dobrze. Mamy czas. Mamy mnóstwo czasu. A ja mam mnóstwo pomysłów na ciebie, więc błagam, popisuj się jak najdłużej, Monroe.
Włoch powoli odszedł na bok, odsłaniając sylwetkę skrępowanej po drugiej stronie Haze.
Obraz, który ukazał się jej oczom sprawił, że serce zatrzymało się i ścisnęło boleśnie. Zapomniało o kilku kolejnych uderzeniach, uciśnięte przez przerażenie i miażdżące poczucie winy.
Widziała krew rozmazana na twarzy, spływająca od skroni niżej, zbierająca się przy ustach i znacząca kołnierz koszuli ciemnymi plamami; materiał koszuli był pognieciony, brudny i mokry od posoki. Nawet włosy, zwykle ułożone idealnie, opadały mu w kompletnym nieładzie na czoło, posklejane miejscami wilgocią potu, miejscami zlepione krwią.
Widziała obrzęk, pierwsze ciemniejsze ślady pod skórą, rozcięcie, którego wcześniej nie było. Każdy kolejny drobiazg odnajdywała mimowolnie, jakby samo patrzenie mogło policzyć szkody, które p o z w o l i ł a mu zrobić.
To ona była potworem. Była nim, nawet jeśli zdecydowała, że wcale nie chce.
Jeszcze gorzej brzmiał jego głos.
Znała go przecież w tylu wydaniach; rozbawionego, miękkiego przy niej, drażniącego ją celowo, nawet wściekłego. Teraz w każdym słowie słyszała ból przykryty złością i tę samą upartość, przez którą nadal prowokował człowieka stojącego nad nim, jakby własnym językiem próbował odebrać mu choć odrobinę przewagi.
Za każdym razem, kiedy się odzywał, coś ściskało ją mocniej pod żebrami. Za każdym razem chciała, żeby przestał, zanim Scalvini znajdzie kolejny powód, żeby go uderzyć. I jednocześnie miała to przerażające przekonanie, że Monroe nie umiałby po prostu zamilknąć tylko dlatego, że ktoś próbował go do tego zmusić.
To ona go tu sprowadziła.
Każdy ślad na jego twarzy miał początek w wiadomości wysłanej z jej telefonu; każde uderzenie było czymś, przed czym jeszcze kilka dni temu próbowałaby go ochronić, a teraz mogła tylko patrzeć.
I bała się.
Nie o to, czy będzie ją po wszystkim nienawidził, nawet nie o to, czy kiedykolwiek jeszcze spojrzy na nią tak jak wcześniej. Bała się, że Scalvini naprawdę dostanie wystarczająco dużo czasu. Że za którymś razem Monroe nie podniesie już głowy, nie odpowie kolejną butną zaczepką, nie spojrzy na niego z pogardą.
Włoch, który znów stanął przed Monroe, zasłonił jej raz kolejny na widok. Obrócił w dłoniach podłużny, błyszczący metalem przedmiot.
— Jak będziesz w końcu chciał powiedzieć coś mądrego daj mi znać — uprzedził, by chwilę potem dłonie, trzymające prosty łom mogły opaść, wymierzając kolejny cios. Brutalniejszy, niemiarkowany, miażdżący żebra od razu po ich napotkaniu. Po nim przyszło kilka kolejnych, które natrafiały, każdy na inny, obszary jego ciała.
Nie wiedziała, czy pozwoliła, aby było ich ledwie kilka czy kilkanaście, zanim usłyszała własny głos.
— Przestań, proszę.
Ramiona Scalviniego zatrzymały się w połowie drogi do kolejnego ciosu. Zamarł na ułamek sekundy, zanim jego obsesyjna wręcz satysfakcja z brutalności zamknięta w spojrzeniu nie ustąpiła czemuś innemu. Kącik jego ust drgnął, on wyprostował się, opuszczając dłonie z łomem wzdłuż ciała.
Odwrócił się, tracąc zainteresowanie Monroe. Pokonał dystans który oddzielał jego i Haze i przykucnął naprzeciw tej drugiej.
— Ah, dolcezza mia — zaczął, chwytając w swoje szorstkie dłonie jej szczękę.
Ciało Haze odpowiedziało na to tak, jak zawsze – całkowicie zesztywniała. Ale nie próbowała się wyrwać. W jej spojrzeniu zebrało się jeszcze więcej strachu.
— Już o tym rozmawialiśmy — ciągnął dalej, przesuwając kciukiem po jej policzku, nieświadom tego, że za każdym jego ruchem pozostawiał po sobie palący, niemal bolesny, choć niewidoczny dla nikogo ślad. — Twoja propozycja była bardzo kusząca, ale muszę myśleć o swojej pracy. — Wypuścił jej szczękę i z obrzydliwą imitacją czułości odgarnął włosy za jej ucho.
all for nothing

you and i both know it ends in blood

: pt paź 09, 2026 11:58 am
autor: Vincent Monroe
Il Serpente di Fuoco nie obchodził go w najmniejszy sposób.
Kolejne nazwisko na liście biznesowych transakcji, kolejna osoba, która mogła mu coś zaoferować w zamian za pieniądze bądź on zarabiał na jej potrzebach. Może nie był warty tworzenia sobie z ’Ndranghety przeciwników.
Może gdyby Scalvini zaprosił go na zwykłe spotkanie, byłby skłonny zaoferować mu osobę, której tak potrzebował. Oczywiście za odpowiednią cenę, wszak wydanie każdej osoby powiązanej z nim jednocześnie wpływów tej osoby go pozbawiało. Monroe nie wierzył w gwarantowaną lojalność tak samo, jak nie wierzył w bezwarunkowe wybranie kogoś innego - tak długo, jak wszystko mu się opłacało, mógł zmieniać strony jak chorągiewka.
’Ndrangheta mogła nie chcieć tej ceny płacić.
Rzecz w tym, że teraz, gdy Scalvini posługiwał się pieprzonym butem i ł o m e m by wydusić z niego tę informację, teraz nie było mowy o tym, by ją otrzymał. Teraz Ogniste Gówno był sekretem, dla którego był w stanie nawet zginąć, choć jego lojalność nadal nie tkwiła po żadnej stronie.
Tym bardziej jednak nie tkwiła tam, gdzie ktoś miał mylne wrażenie, że może wyciągnąć z niego cokolwiek siłą.
Każde uderzenie sprawiało, że wściekłość w jego wnętrzu gotowała się, wypalała go od środka jak kwas, a wyjałowione od niego ciało przyjmowało następne z postępującymi oznakami zmęczenia. Monroe był uparty, była to kolejna wada na jego liście, która również była nieskończenie długa - i ta upartość niejednokrotnie mogła zaważyć o jego życiu i śmierci, jak lubił wypominać mu Avis.
Avis, gdzie jesteś ty lojalna kupo gówna?
Był przy tym, gdy Monroe zerwał się z miejsca na widok nazwiska na jego telefonie. Może nie widział, że to akurat Haze dzwoniła, ale po sprawdzeniu wszystkich innych możliwości mógł dotrzeć do tego wniosku. Może zjawił się już wraz z ludźmi w progu jej mieszkania i napotkał krwawy ślad na framudze jej drzwi.
Tylko co miałby zrobić dalej?
To śmierdzące pomieszczenie nie mogło być łatwym do znalezienia. Wciąż, uparcie trzymał się tej myśli, że prędzej czy później dotrą tutaj.
To, czy będzie wtedy żywy, czy martwy, było jednak kwestią sporną.
Jego dłonie były śliskie od krwi. Choć jego sylwetka garbiła się coraz mocniej, żebra paliły ogniem, niejedno z pewnością pęknięte, o ile nie złamane którymś z ciosów pieprzonego łomu, jego ręce nieustannie usiłowały poluzować więzy trzymające go przy stalowej pułapce. Musiał tylko uwolnić jedną. Musiał zrobić cokolwiek, ponieważ bycie skatowanym w śmierdzącym miejscu na końcu świata przez pieprzonego Lucę Scalviniego bez możliwości oddania choćby jednego ciosu wydawało mu się bardziej żałosne, niż bycie tu zaciągniętym przez Haze.
Haze, którą dostrzegł gdzieś w peryferiach swojego wzroku, zaledwie rozmazaną sylwetkę wciśniętą w róg pomieszczenia. Nie usłyszał ani słowa, które z siebie wypowiedziała. Nie wątpił, że nie wypowiedziałaby żadnego - niezależnie od tego, czy miała problem z patrzeniem na to, co robił Scalvini, Violet przecież była osobą, która sztywniała.
Nie robiła nic innego.
W ciszy pozwalała zaciągnąć się do obcego samochodu więc logicznym było, że w ciszy będzie patrzeć, jak mężczyzna, którego wymieniła na swoją siostrę w p r o s t y m układzie jest katowany na jej oczach.
Przerwa między uderzeniami z początku była tylko tym - przerwą. Momentem, w którym mógł nabrać oddechu do jego kurczących się płuc, walczących o tlen w nagle ciasnej przestrzeni klatki piersiowej. W którym jego umysł zdołał odzyskać odrobinę utraconej klarowności, wcześniej przełączony w tryb przetrwania, wyczekiwania każdego uderzenia i zaciskania zębów, gdy wreszcie lądowało.
Dopiero po chwili dostrzegł, że Scalvini mówił do niej. Że tkwił przy niej, wodził palcami po jej szczęce, odgarniał włosy z twarzy.
Dobrze.
Właśnie na to zasługiwała. Na to, by nie wyjść z tego prostego układu bez skazy. By dostrzec konsekwencje swoich pierdolonych działań. Może nawet na to, by nie był w tym miejscu jedynym poszkodowanym, by mógł ściągnąć ją na dno, na które go wysłała, zamiast zadzierać głowę by widzieć gdzieś u góry, w bezpieczeństwie, jej zbolałe spojrzenie.
- Zostaw ją. - gardłowe warknięcie zaprzeczyło wszystkim, złośliwym myślom, które wybrzmiały w jego umyśle. Wyrwało się na zewnątrz nieproszone i, szczerze mówiąc, kontr produktywne. Było tylko pożywką dla potrzeby brutalności mężczyzny, potwierdzeniem też tego, jak żałosną osobą był.
Naiwnym idiotą, który dał się oszukać kobiecie, a który teraz, z krwią zalewającą mu oczy i gardło, w jakimś bezwarunkowym odruchu nie chciał widzieć na jej twarzy obcych palców.
- Sprytnie wybierasz sobie cele, Scalvini - zaszydził, w prowokacyjnej potrzebie przywrócenia uwagi na niego, choć jego żebra wrzeszczały w zaprzeczeniu. - Jeśli nie związani, to kobiety, które nic nie mogą ci zrobić - kontynuował, mówiąc tak długo, jak tamten mu na to pozwolił. - Na pewno masz na to jakiś sensowny argument - plótł, zadzierając głowę. Jego potylica oparła się o zimny metal, dłonie nieustannie pracowały nad więzami, jakby magicznie, samym uporem, mógł je poluzować. - Na pewno nie jesteś po po prostu pierdolonym tchórzem.

pathetic little looser

you and i both know it ends in blood

: pt paź 09, 2026 2:47 pm
autor: Violet Haze
Świadomość bliskości Włocha, tak bezpośredniej, rozlała się po jej ciele falą, która unieruchamiała każdy jej atom, jeden po drugim. Jej ciało weszło w tak dobrze znany sobie stan przetrwania i zamarło, wyczekując po prostu tego, co miało nadejść. Dotyk jego palców na jej skórze parzył, niemal przeżerał się przez nią. Jego oddech, który czuła na swojej twarzy, był niczym toksyna, którą kazano jej wdychać; a samo spojrzenie wystarczyło, aby wszystko w jej wnętrzu umierało powoli.
Najgorsze było to, jak znajome to wszystko pozostawało. Nie sam strach, nawet nie obrzydzenie, tylko ten cichy, metodyczny proces znikania w sobie; jakby wraz z każdą kolejną sekundą obecności Scalviniego jej ciało wygaszało po kolei wszystko, co mogłoby się sprzeciwić. Najpierw głos, później oddech, na końcu nawet myśl o ruchu, aż zostawała już tylko nieruchoma skorupa i ta stara, upokarzająco dobrze wyuczona pewność, że najbezpieczniej będzie przeczekać.
Ale jednocześnie było w tym coś potwornie bliskiego uldze. Jego uwaga niemal wypalała ją od środka, ale dopóki spoczywała na niej, Monroe miał kilka sekund więcej bez kolejnego ciosu. I chyba właśnie dlatego jakaś najbardziej pierwotna część niej chciała, żeby Scalvini patrzył jeszcze chwilę; nawet dotykał jeszcze chwilę.
Żądanie Monroe wszystko popsuło.
Spojrzenie Haze przesunęło się ponad ramię Włocha, łapiąc się sylwetki Vincenta. Wiedziała, że to on tylko dlatego, że był tam od początku, zanim Scalvini przeszedł do rękoczynów. Obecnie nie przypominał samego siebie.
Na twarzy Luci pojawił się uśmiech. Haze odnotowała, że ten był inny od tego szyderczego wyszczeru osoby, która miała pełną kontrolę nad sytuacją. Był gorszy, sprawił że napięcie weszło jej na kark.
Włoch obejrzał się przez ramię na Vincenta, kiedy ten raz kolejny się odezwał, otwarcie go prowokując.
A Haze nie potrafiła zrozumieć po co.
Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego jego ego, o którego pokaźny gabaryt oskarżała go w zasadzie tylko w żartach, nie pozwalało mu po prostu milczeć. Nie prowokować w sytuacji, która była dla niego dramatyczna. Nie odciągać uwagi Scalviniego z powrotem na siebie dokładnie wtedy, kiedy ten po raz pierwszy od dłuższej chwili przestał robić mu krzywdę.
Gdzieś wewnątrz niej, głęboko pod skórą, wywoływało to gniew.
Czemu musiał być tak uparty? Tak dumny. To o dumę przecież chodziło; nie zamierzała nawet pomyśleć, że gdzieś w jakimś fragmencie mogło chodzić o nią. Jedynie o potrzebę zachowania kontroli, której nie miał od początku; a której posiadanie tak desperacko próbował wywalczyć.
— Luca — zaczęła słabo, tak naprawdę jedynie składając usta do wypowiedzenia jego imienia. Scalvini niczego nie usłyszał, a jego mięśnie napięły się widocznie, napinając do ruchu. Zainteresowany bardziej niż nią, chlapiącym obelgami Vincentem.
Złość kłębiła się w jej klatce piersiowej; czuła ją nawet otumaniona przez bliskość dużego, złego mężczyzny. Złość na Monroe, bo znowu robił dokładnie to, czego nie powinien; bo nawet związany, zakrwawiony i z trudem łapiący oddech musiał znaleźć sposób, żeby postawić na swoim.
Chciała powiedzieć mu, żeby się zamknął.
Choć raz przestał być Vincentem Monroe na pięć pieprzonych minut.
Skończył jej się czas, Scalvini niemal się podniósł, ale jej ręka drgnęła i zaczepiła palcami o jego rękaw, nie wierząc tak naprawdę, że to go zatrzyma. Ale zatrzymało. Włoch znów ukucnął, z jeszcze paskudniejszym wyrazem na gębie.
— Czego jeszcze ode mnie potrzebujesz? — zapytała, desperacko chwytając się pierwszej myśli, jaka przyszła jej do głowy, gdy poczuła znów jego spojrzenie na sobie. — Co mam zrobić? — zapytała, siląc się, by jej ton nie brzmiał na tak zdesperowany, jak faktycznie była.
Ale Włoch uśmiechnął się jedynie, z fałszywą słodyczą i w niemal czułym geście przesunął dłonią po jej włosach.
— Już mam wszystko, czego potrzebuję, dolcezza — powiedział, niemal łagodnie. Na ułamek sekundy tworząc obłudne wrażenie, że był spokojniejszy. Te same palce, które sunęły chwilę wcześniej po jej włosach, ułamek sekundy później ścisnęły jej gardło.
Dźwignął ją na osłabione nogi z niemal nieludzką siłą, gdy sam się wyprostował. Opuszki wciskał coraz mocniej w jej skórę, zabierając jej coraz więcej powietrza. Obserwował przez ledwie moment, jak pod jej powiekami zbiera się wilgoć. Później stracił zainteresowanie, choć jego dłoń wciskała się w jej gardło coraz mocniej.
— Che ne dici se ti faccio un favore da amico, Monroe? — rzucił, przenosząc spojrzenie na Vincenta. — Posso ucciderla, no? La ’Ndrangheta non dimentica chi le è fedele. E non perdona chi la tradisce. — Jego palce niemal miażdżyły gardło, które trzymały. — Non te la prenderai, vero?
show me some mercy and spare me the sight of what he's going to do to you

you and i both know it ends in blood

: pt paź 09, 2026 3:28 pm
autor: Vincent Monroe
Haze zasługiwała na wszystko, co teraz miało na nią spaść.
Owszem, może gdyby był człowiekiem choć odrobinę racjonalnym dostrzegłby, że nie miała większego wyboru. Że została sama, z jedyną osobą pod swoją opieką, której poprzysięgła zapewnić bezpieczeństwo. Że w jej oczach faktycznie układ był całkiem prosty - on należał do tego świata, jej drobna miniaturka już nie. Nie był do niego wciągnięty, był zaledwie pionkiem przesuniętym przez nią na planszy, stworzonym dostępem dla kogoś, kto w ten czy inny sposób by go zdobył.
Ale nie był człowiekiem racjonalnym.
W jego świecie nie było miejsca na altruizm i przedstawiania czyichś potrzeb ponad własne. W jego świecie musiał wyszarpać sobie wszystko, od pieniędzy, wpływów przez coś tak podstawowego, jak własne bezpieczeństwo i zdrowie. Urodził się z tym egoizmem, który pozwalał mu przymykać oko na niektóre sprawy, patrzeć przede wszystkim na siebie.
W tym układzie uwaga Scalviniego wręcz powinna tkwić na niej.
Wystarczająco długo, by mógł wyswobodzić się z więzów, może na tyle, by ktoś z jego ludzi wreszcie przestał być bezużyteczny i znalazł go w tym śmierdzącym pomieszczeniu. Tak długo, jak Luca skupiał się na niej, tak on mógł regenerować się, nawet jeśli regeneracja była wyłącznie jakąś niespełnioną manifestacją, bardziej oddechem, chwilą przerwy w ciągłej dezintegracji jego ciała i rozszarpywanego przez następne uderzenia umysłu.
Zasługiwała na to.
Za to, jak zwodziła go przez ostatnie tygodnie. Jak pozwalała mu wierzyć, że faktycznie dostrzegała w nim coś więcej niż degenerata. Jak pozwalała mu sobie pomagać, dotrzymywać towarzystwa, jak naklejała pieprzone plastry na jego czoło i przynosiła mu obiad. Za to, że czuł się przez nią jak skończony idiota, idiota, którego wymieniła w prostym układzie na kogoś innego, bardziej wartościowego dla siebie - kto z tą wartością się urodził, i której nie byłby w stanie przebić nawet, gdyby bardzo się starał.
Był na nią wściekły za wszystkie te rzeczy.
Jeszcze bardziej jednak był wściekły na to, że jego ciało szarpnęło w więzach gdy Scalvini zacisnął ręce na jego gardle. Za to, że to miejsce stworzone dla niej, które powinno roztrzaskać się na drobne kawałki, zamiast zburzonej twierdzy przypominało chwasty. Ona była chwastem i nawet, gdy dostrzegł jej szkodliwość i wyrwał ją z własnego serca, teraz właśnie wyczuł ukryte pod spodem korzenie.
Powinno mu to nie przeszkadzać. Powinien patrzeć, jak Scalvini przenosi swoją złość na kogoś innego, wyrządzając mu przysługę. Powinien obserwować, jak życie ulatuje z jej załzawionych oczu, jak uciekało z każdej osoby, która w jakiś sposób go zdradziła.
Wybrała kogoś innego. Wepchnęła go do tego miejsca jak owcę wysłaną na rzeź. Wykorzystała tę cierpliwość, łagodność, troskę, którą ją otoczył, ogrywając go jak skończonego idiotę. Sprawiała, że czuł się żałośnie, świadom tego, że otaczający go ludzie może widzieli od razu to, czego on nie dostrzegał, oślepiony jej ciemnymi oczami i wyginającymi się w uśmiechu ustami.
- È stata questa cagna a mettermi in questa situazione - wycedził, sięgając po ich świński język. - Lei è mia. - Wiedział, że satysfakcja na twarzy Scalviniego będzie niezaprzeczalna, ale mógł chociaż oszczędzić sobie jej świadomości tego, co mówił. Nie zamierzał się ośmieszać, a jednak właśnie to robił, zaciskając dłonie związane za kawałkiem metalu, zmuszając swój wzrok do skupieniu się na Luce choć przecież kątem oka wciąż widział jej sylwetkę, równie żałośnie poddającą się temu, co jej robił. - Farò quello che voglio con lei - wycedził, z błyskiem szaleństwa wyzierającym z ciemnego spojrzenia. - Non tu.
Może za to właśnie nienawidził Violet Haze jeszcze bardziej.
Nie tylko za to, co zrobiła. Za to, że pomimo tego, co zrobiła, wciąż nie potrafił tkwić w miejscu i patrzeć, jak ten obrzydliwy kawał gówna kładł na niej swoje ręce. Pomimo tego wszystkiego, logiki podpowiadającej mu, że powinien pozwolić jej zdechnąć za prosty układ, który zawarła z diabłem, za własną głupotę w przekonaniu, że wyjdzie w tym układzie na górze, nie potrafił powstrzymać swoich zdradzieckich ust od warczenia kolejnych zdań.
Za to, że jego kark zawsze uginał się pod jej spojrzeniem, zawsze przyjmował ją gdy odchodziła i zawsze ruszał jej na pomoc, gdy jej potrzebowała, a teraz ten kark miał zostać złamany, dopuszczając sam potencjał dokonywania rozmowy z człowiekiem, z którym rozmawiać nie chciał.
- Cosa vuoi in cambio, Scalvini? - warknął, dostrzegając, jak krew ucieka z jej twarzy, jak jej ciało wiotczeje pod wpływem odciętego zapasu tlenu. - I nie wkurwiaj mnie swoim mafijnym pierdoleniem.
’Ndrangheta to, ’Ndrangheta tamto, ’Ndrangheta gówno.

you and i, cyanide

you and i both know it ends in blood

: pt paź 09, 2026 10:48 pm
autor: Violet Haze
Nie zdawała sobie wcześniej sprawy z tego, jak kruche było życie.
Nie naprawdę.
Nie do chwili, w której zwyczajny oddech przestał być czymś, o czym ciało pamiętało samo; kiedy każdy kolejny wymagał walki, a powietrze urywało się gdzieś wysoko w gardle, zanim zdążyło dostać się do płuc. Kiedy jej palce zaciskały się na nadgarstku Scalviniego bez żadnej świadomej decyzji, kiedy paznokcie próbowały znaleźć oparcie na skórze, rozsunąć chwyt choćby o milimetr, wywalczyć przestrzeń wystarczającą dla jednego oddechu więcej.
Bezskutecznie.
Im mocniej szarpała dłonią, tym wyraźniej czuła własne tętno uwięzione pod jego palcami; gwałtowne, nierówne, coraz bardziej obce, powoli jakby nie jej własne.
Świat zaczął zwężać się powoli. Najpierw zniknęły szczegóły pomieszczenia, później krawędzie przedmiotów, w końcu zostały już tylko fragmenty: twarz Włocha wciąż zdecydowanie za blisko, zimne światło jednej, żałosnej żarówki nad głową, jej własne dłonie uczepione ręki, której nie potrafiła od siebie oderwać. Dźwięki odpływały gdzieś dalej, przykryte jednostajnym szumem krwi w uszach.
Luca uśmiechnął się dokładnie tak, jak przewidział Monroe. Satysfakcja pojawiła się na jego twarzy właściwie już przy pierwszych jego słowac, rozciągając usta w grymasie, który nawet nie był zaskoczony. Ścisnął palce na gardle kobiety mocniej, na pokaz, Haze nie mogła nawet odkaszlnąć.
— Znasz moją cenę, Monroe. Chcę kontaktów, dokumentów, ludzi. Wszystkiego, co dotyczy Zdrajcy.
W którymś momencie, kiedy jej świadomość zaczynała odklejać się od ciała cienką, niepokojącą warstwą, pojawiła się ulga. Absurdalna, obrzydliwa wręcz w swojej niewłaściwości.
Głosy docierały do niej z oddali, przytłumione przez narastający szum w uszach, ale pomiędzy nimi nie było już tępego odgłosu metalu uderzającego w spięte mięśnie, ani nie było suchego trzasku pękających kości;. nie było też urywanego, chropowatego oddechu Vincenta – tego przerażającego dźwięku wydobywającego się z człowieka próbującego nie pokazać, jak bardzo boli.
Nie było kolejnego uderzenia.
Nie rozumiała, co dokładnie zmieniło się w głosie Monroe. Nie znała słów których używał, nie potrafiła wychwycić z nich niczego poza napięciem i czymś ostrym, niemal agresywnym. Nie miało to jednak znaczenia, dopóki Scalvini patrzył na nią i dopóki jego ręka zaciskała się na jej gardle zamiast opadać ponownie na Vincenta.
Nie chciała tego.
Wiedziała już od dawna, chociaż przez pierwsze tygodnie bardzo uparcie próbowała przekonać samą siebie, że wystarczy odpowiednia perspektywa, odpowiednia mantra, żeby Monroe znów stał się po prostu człowiekiem, którego można było położyć po drugiej stronie szali. Później przestała nawet próbować.
Kilka dni temu była już pewna, że nie chciała jego krzywdy.
Nie chciała tego spotkania.
Nie chciała wybierać.
Chciała znaleźć rozwiązanie, w którym nie będzie musiała poświęcić nikogo; naiwnie, zachłannie zatrzymać wszystko, jakby wystarczyło dostatecznie długo odwlekać moment decyzji, żeby sama potrzeba jej podjęcia gdzieś magicznie zniknęła. Finalnie by może wybrać, stworzyć, trzecią opcję, w której nie skrzywdziłaby ani siostry, ani j e g o.
Scalvini tylko brutalnie przypomniał jej, że w pierwszym układzie nigdy nie była stroną, która mogła negocjować warunki. Nie miała wartości wystarczającej, żeby wykupić siostrę sobą.
Ale w pewnym momencie przemoc, która miała spaść na Monroe, zwróciła się przeciwko niej. I to było dobre. Jakaś jej część, drobna ale wciąż słyszalna, uznała że to było dobre.
Bała się śmierci. Potwornie. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, właśnie teraz, kiedy każdy kolejny oddech stawał się czymś, czego ciało domagało się rozpaczliwie i bezwstydnie. Chciała żyć. Chciała jeszcze zobaczyć poranek, wrócić do mieszkania, usłyszeć głos siostry z drugiego pokoju; zrobić wszystkie te zwyczajne, głupie rzeczy, które jeszcze godzinę temu wydawały się jej czymś oczywistym. Chciała nawet rozwiązać durną krzyżówkę.
A potem nagle nie było już jego dłoni na gardle.
Scalvini puścił ją bez ostrzeżenia, aż jej kolana uderzyły o chłodną posadzkę. Nie zarejestrowała nawet momentu, w którym pozostały z jego towarzyszy przyszedł i przekazał mu coś po włosku.
Powietrze wdarło się do jej płuc gwałtownie i boleśnie. Zakrztusiła się nim, pochylając nisko, z jedną ręką przyciśniętą do podłogi, a drugą automatycznie obejmując własne gardło. Kaszel szarpał nią nierówno, łzy napłynęły do oczu, a każdy kolejny wdech zdawał się palić żywym ogniem.
— Wybieraj mądrze, Monroe. Kiedy wrócę, chcę poznać nazwiska, każde jedno. To na początek. — Rzucił na ziemię blaszaną, niewielką skrzynkę, którą podał mu towarzysz na jego polecenie. Apteczkę. — A ty doprowadź jego gębę do porządku. Jeśli Regina tu będzie, to nie chcę, aby wyglądał jak gówno. Nie będę jej obrażał.
Wyszedł z niewielkiej hali, w której się znajdowali. Pozostawił jednak swojego człowieka przy drzwiach, kto wie ilu poza nimi.

You make me wanna die