Strona 2 z 2

i can't help but sink into that hole I dug for you

: pt paź 23, 2026 5:16 pm
autor: Vincent Monroe
Nie potrafił dopuścić do siebie znaczenia jej słów.
Może to przez pan, które denerwowało go za każdym razem, gdy go używała. Może to przez jej ton, niemal wyrachowany, zbyt spokojny, by był w stanie trafiać go jego rozżarzonego wnętrza. Może przez to, że te słowa w zasadzie mówiły bardzo dużo, a zarazem nic - nic z tego, co faktycznie dotyczyło ich jego.
Mówiły za to bardzo dużo o młodej dziewczynie, która została wciśnięta w środek tej gównianej imprezy. Dziewczynie, którą Haze wybrała odruchowo, na którą wymieniła jego w tym prostym układzie, który był dla niej oczywisty.
W końcu była tylko dzieckiem. Nie miała nikogo poza nią. Musiała zrobić wszystko co w jej mocy, by ją z tego wyciągnąć.
Czymże było życie jednego degenerata w obliczu rodziny?
I to do niej pragnęła wrócić, wciąż. Potrafiła zdeptać godność nie tylko własną, ale też jego, próbując namówić go do pomocy osobie, która go oszukała. Sprowokować go wyciągnięcia z tej sytuacji siostry, której potrzebowała w swoim życiu, której brak był dla niej tak dotkliwy, że natychmiast, gdy tylko zniknęła, była skłonna poszukiwać rozwiązań.
Chciała wrócić do swojej normalności. Do śniadań, spacerów, pracy, szkoły, bliskiej osoby na kanapie.
A nie degenarata, którego dłonie zanurzone były we krwi.
- Takie rzeczy dzieją się każdego dnia, różnym ludziom. Niekoniecznie dorosłym, niekoniecznie takim, którzy na to zasługują - odrzucił, obojętność wpełzła do jego głosu, przykleiła się do wypowiadanych słów. Ta sama obojętność, która tchnęła w jego ciało odrętwienie, popychając jego ramiona do skwitowania jej słów ich podniesieniem ku niebu. - Dlaczego miałbym przejmować się tym, co się stanie z twoją siostrą?
Papieros w jego ustach wreszcie wylądował z powrotem w dłoni, między kciukiem a palcem wskazującym. Niedbale strzepnął popiół gdzieś w bok, na podłogę, w tym odrętwieniu nie szukając nawet popielniczki.
Nie widział jej w natłoku szklanek, telefonów i wszystkiego innego, zalegającego na stole wraz z mało dyskretnym woreczkiem.
Widział tylko jej twarz, zwróconą ku niemu w iluzji spojrzenia, które w praktyce wędrowało wszędzie wokół, byle tylko nie zbliżać się do jego oczu.
- Skoro ty nie przejmowałaś się tym, co stanie się ze mną?
Żałosne.
Pożałował swoich słów natychmiast, gdy zostały wypowiedziane. Pożałował tonu, który zakradł się do tej obojętności, tonu pasującego do żałosnego, głupiego kundla, do niespełnionego romantyka, do idioty, któremu Violet Haze zawróciła w głowie.
I który nadal nie potrafił jej uchwycić. Umknęła z tego miejsca w jego sercu, które wypalił do gołej ziemi i utknęła gdzieś u podstawy jego czaszki, niezdolna do zlokalizowania i wyplenienia.
Choroba, którą czuł w swoich odrętwiałych mięśniach i zbyt trzeźwym nietrzeźwym postępowaniu.
Zaciągnął się papierosem, dym opuścił jego nozdrza w przypływie irytacji własnym zachowaniem. To, co między nimi było - a raczej czego nie było nie powinno w ogóle być przedmiotem tej dyskusji. Nie zamierzał znów, jak za każdym razem, żałośnie wyciągać rękę do osoby, która z wprawą ją odrzucała by wracać wyłącznie po to, bo jej kazano.
- Dobrze, panno Haze - odezwał się głośniej, papieros obracał się w jego palcach w marnej próbie utrzymania jego myśli na wodzy. - Moje usługi nie są tanie.
W jej przybyciu nie było nic osobistego, był zwyczajnie jedyną osobą nienależącą do mafii, z którą zadarła, którą mogłaby poprosić o pomoc - więc ta rozmowa, w istocie, była tylko biznesowymi negocjacjami i jako transakcję zamierzał to potraktować.
- Skoro chcesz, żebym wyciągnął twoją siostrę z tego gówna - dodał, tym razem odnajdując zapalniczkę, przysuwając ją do siebie pośpiesznie, by otaczający dym maskował jej cholerny zapach, by była tylko sylwetką, z wzrokiem utkwionym wszędzie indziej, byle nie w nim. - Jak zamierzasz za to zapłacić?

never mix business with pleasure

i can't help but sink into that hole I dug for you

: pt paź 23, 2026 7:11 pm
autor: Violet Haze
Jej Vincent nie wzruszyłby ramionami, gdyby przyszła do niego z problemem. Nie tłumaczyłby jej, że takie rzeczy zdarzały się każdego dnia; że świat był pełen krzywdy i jej siostra nie stanowiła w nim żadnego szczególnego przypadku.
Jej Vincent zadawałby pytania. Nawet i pewnie głównie te niewygodne, uporczywe; nie pozwoliłby jej zostać przy odpowiedzi, że sobie poradzi, skoro wystarczyłoby na nią spojrzeć, żeby wiedzieć, że nie potrafiła.
Jej Vincent nie potrzebowałby powodu, żeby przejąć się tym, że się bała. Nie potrzebowałby nawet prośby o pomoc, by zadziałać.
Tyle że nie siedział już przed nią.
To n i e był jej Vincent.
Wiedziała to, mimo że widziała te same dłonie; na papierosa przytrzymywanego między palcami, wytarte litery, których fragmenty rozpoznawała nawet z tej odległości. Mogłaby niemal odtworzyć pod własnym kciukiem nierówność skóry przy knykciach, gdyby pozwoliła sobie zamknąć oczy i przez chwilę nie wiedzieć, gdzie była. Jego głos również pozostawał znajomy, nawet jeśli coraz mniej potrafiła znaleźć w nim coś, do czego mogłaby dopasować własną pamięć.
P r ó b o w a ł a. Desperacko wciąż próbowała. Wciąż jakaś jedna część próbowała, choć nie powinna. Przy każdym uniesieniu spojrzenia, każdym krótkim zatrzymaniu przy jego twarzy szukała miejsca, od którego dałoby się zacząć składać go z powrotem. Jej własną wersję Vincenta Monroe.
I powinna była już przestać; może już te sześć tygodni temu; pięć, cztery, tydzień; stojąc przed wejściem do Rapture; stojąc przed zasłoną; stojąc przed nim i inną kobietą. Siedząc naprzeciwko niego. Przecież powiedział jej dostatecznie wyraźnie, że nie był jej; samą próbą przywrócenia go do tamtej wersji znowu chciała wziąć coś, czego nie zamierzał jej dać.
Rozchyliła usta w zaprzeczeniu, które ułożyło się w niej samo, ledwie padło oskarżenie, na literach którego ona się miała nim nie przejmować.
Bo przecież się przejmowała się nim – dlatego powiedziała mu, że układ był prosty a nie jest. Wciąż miała w pamięci jego ciężki oddech i to okropne wyczekiwanie pomiędzy jednym a drugim, kiedy nie wiedziała, czy zdoła nabrać następnego. Pamiętała też chłód za plecami, klamkę pod palcami i własną niemożność zrobienia ostatniego kroku. Mogła odejść. Chciała odejść tak rozpaczliwie, że później każde jego zbliżenie odbierało jej tę samą myśl dlaczego po prostu nie wyszła, kiedy jeszcze pozwalał.
A jednak wróciła.
Po niego. Żeby ktoś po niego przyjechał; żeby nie musiała zostawiać go z pewnością, że nikt nawet nie wiedział, gdzie należało go szukać.
To wszystko podeszło jej pod gardło z nagłą, bolesną potrzebą wypowiedzenia choć jednego zaprzeczenia.
Ale usłyszała już panno Haze. Usłyszała jak coś w jego tonie nabrało tej obcej uprzejmości, wobec której jej własne, wciąż rozchylone usta wydały jej się niemal niestosowne. Spojrzenie zatrzymało się przy jego twarzy jeszcze przez chwilę. Szukała śladu tego, co przed momentem usłyszała w pytaniu; czegoś, na co mogłaby odpowiedzieć inaczej niż kolejnym tłumaczeniem.
Ale zostały usługi. Zapłata.
B i z n e s
Wszystko, co chciała mu powiedzieć, znów nadawało się wyłącznie do zatrzymania wyłącznie dla siebie. Bo niczego to nie zmieniało: przejmowała się, a on i tak został skrzywdzony. Bała się o niego, ale wcześniej pozwoliła, żeby w ogóle znalazł się w miejscu, w którym musiała zacząć się bać. Mogła wyliczać własną troskę, ale każdy jej drobny dowód przejmowania się; nie potrafiłby zakryć choćby jednej rany.
— Nie mam pieniędzy, które będą miały dla pana znaczenie — odpowiedziała w końcu. Nie potrafiła nawet podać kwoty, od której należałoby zacząć. Wszystko, co dla niej oznaczało bezpieczeństwo na następny miesiąc, dla niego mogło nie być warte czasu poświęconego tej rozmowie. Zresztą nie wiedziała, czy w ogóle mówił o pieniądzach.
Sama myśl o negocjacjach wydała jej się niemal absurdalna. Nigdy przecież nie prowadziła negocjacji; dowiadywała się, czego od niej oczekiwano, a później próbowała znaleźć sposób, żeby to dać. Jej możliwości nie zmieniały warunków. Sprzeciw najwyżej wydłużał wszystko o kolejne upokorzenie, aż w końcu wracała do tego samego miejsca, z którego mogła była w ogóle nie próbować się ruszać.
To wszystko sprowadzało się do jednego: cenę podawano jej z góry, a jej pozostawało ją zrealizować.
— Ani z pewnością nie mam niczego, czego pan potrzebuje. — Przy ostatnim słowie palce dłoni zwinęła w pięść, gdy poczucie beznadziejności i bezwartościowości dźgnęło ją gdzieś między żebra. Dopiero po chwili podniosła spojrzenie, ostrożnie, zatrzymując je przy jego żuchwie. Przyszła tutaj, bo nie potrafiła zapłacić ceny wskazanej przez kogoś innego. Teraz siedziała przed nim, czekając, aż dowie się jak inaczej byłby w stanie to wycenić. — Więc proszę podać cenę.
I've gradually lost everything I had

i can't help but sink into that hole I dug for you

: pt paź 23, 2026 7:42 pm
autor: Vincent Monroe
Wiedział, że nie miała pieniędzy. Jego pytanie nie było niczym innym, jak przedłużeniem nieuchronnego, sprowadzeniem ich relacji do pana Monroe mogącego zaoferować jej wsparcie w zamian za coś, co panna Haze mogła mu dać.
Sprowadzenie wszystkiego, co rozsadzało jego klatkę piersiową do zwykłej, biznesowej transakcji.
Tak byłoby prościej. W końcu Haze wyrzekła się tego, co ich łączyło, wyrzuciła to na śmietnik w swoim prostym układzie, pozostało mu więc zaproponować jej inny. Chciała od niego czegoś, on więc miał prawo oferować coś w zamian.
Miesiąc temu nie chciałby niczego.
Miesiąc temu poszedłby w każde miejsce i wykonał każdą czynność, której by od niego chciała. Poruszyłby niebo i ziemię by znaleźć przeklętą dziewczynę, której nie znał nawet imienia, wyłącznie po to, by zetrzeć choćby odrobinę smutku z jej permanentnie nim naznaczonej twarzy.
Miesiąc temu był jeszcze jej wersją Vincenta Monroe, w której istnienie najwyraźniej, jakże optymistycznie, nadal wierzyła.
Był w stanie zrozumieć jej desperację. Nadzieję na to, że być może sam fakt jej próby naprawienia szkód, które wyrządziła, wystarczył by okazał jej siostrze odrobinę litości. Że mogła wymienić przysługę na rzucone mu nożyczki, na wyciągnięty telefon, na próbę upewnienia się, że nic mu się nie stanie.
Ale nie miała ona znaczenia, ponieważ normalność, której tak desperacko pragnęła Haze, nie zakładała jego.
Na niego nie było nigdy miejsca w jej codzienności i choć jego umysł zdołał pojąć tę myśl nawet zanim skierowała swoje zdradzieckie ostrze ku niemu, wciąż nie trafiało to do jego żałosnego serca. Jego żałosne serce nawet teraz usiłowało się poruszyć, zetrzeć z siebie warstwę otaczającego go lodu na widok tej pustki, która znów zagościła w jej oczach, bezsilności, którą znał tak doskonale.
Ale to serce było osłabione, zbyt ranne by być w stanie poruszyć jego ciałem, zamkniętym w imadle zdrady i odrzucenia.
Ponieważ jego Violet nigdy nie istniała, jak zresztą usiłowała mu przekazać, ale był zbyt głupi i zaślepiony by słyszeć sens wypowiadanych przez nią słów gdy jedyne, na co zwracał uwagę to kojący ton jej głosu i pełne, czerwone wargi poruszające się w rytm dźwięków.
A właśnie jej potrzebował.
Potrzebował jej dłoni wsuniętej w jego włosy, durnych haseł krzyżówek rzucanych mu w ramach zagadki. Potrzebował słuchać o tym, jak nudnie spędzała swój czas i docierać do tego, co chowała przed nim, gdzieś w środku. Potrzebował czuć jej perfumy na sobie, czuć jej ciemne kosmyki między własnymi palcami, gorąco jej ciała przy własnym.
Potrzebował, by cokolwiek z tego, co rozgrywała miesiąc temu było prawdziwe.
Potrzebował, by ta rana, którą mu zadała, nie tylko wreszcie przestała krwawić - by nigdy nie powstała, nigdy nie została zadana.
Żadnej z tych rzeczy nie mógł kupić swoimi pieniędzmi. Żadnych nie mogła dać mu ona - choć nie wątpił, że spróbowałaby, gdyby sobie tego zażyczył. Gdyby w żałosny sposób poprosił ją, by spędziła z nim czas. By wymusił na niej udawanie, że jego towarzystwo było dla niej wartością dodaną, wymieniając zdrowie jej siostry na dyskomfort życia w fałszu.
Nie chciał tego zabierać. Chciał, by sama mu to dała.
- Obawiam się, że żadnej z rzeczy, które chcę, nie może mi pani zaoferować, panno Haze - odpowiedział sucho, krótko, tonem pełnym zmęczenia, które wkradało się w miejsce złości zdecydowanie zbyt szybko i było zdecydowanie zbyt mało przyjemne w kontraście.
Wolał adrenalinę. Wolał wściekłość i działanie, które dawało złudzenie produktywności - a nie ten impas, który tkwił teraz, w którym żadne z nich nie było w stanie odzyskać swojej normalności.
- Więc ja nie mogę pani pomóc.
Nie musiał wskazywać nawet na kotarę - tkwiący pod zasłoną ochroniarz, prawdopodobnie bardziej przyzwyczajony do nasłuchiwania odgłosów sugerujących wymóg usunięcia ciała niż chętny do podsłuchiwania, natychmiast zrozumiał jego wyproszenie. Odchylił kotarę, ujawniając przed Haze wnętrze klubu z wyraźną potrzebą, by opuściła lożę jak najszybciej.
Potrzebą, którą w tym wypadku podzielał.
koniec
some things you lost, some things you gave away