it's hard to forget your past when it's written all over your body
: ndz paź 25, 2026 4:25 pm
Drewno framugi wciskało się boleśnie w jej bark, ale nie sposób było się od niego uwolnić; bo było jedynym, co tak naprawdę trzymało ją w pionie. Irytowało ją to. Ta bezsilność, która odbierała jej wpływ na rzeczy tak pozornie niewielkie, tak oczywiste, tak normalne jak utrzymanie się w pionie. Nie wymagała przecież wiele – chciała przecież tylko stać. Przejść kilka kroków, utrzymać własny ciężar bez żadnej żałosnej walki przy każdym ruchu.
Ale pokój nadal poruszał wirował przy każdej, najdrobniejszej nawet próbie zmiany pozycji.
Nie rozumiała, dlaczego była aż tak słaba. Nie potrafiła nawet ustalić, co dokładnie wydarzyło się wcześniej; wspomnienia pojawiały się w niej urywkami, a i tak nieczytelne. Nie miała wiedzy co się stało po przekroczeniu progu szatni, w której przebrała się w ten upokarzający kawałek materiału. Nie miała też pewności, że w ogóle chodziło o poprzednią noc.
A jeżeli minęło więcej czasu? Może tak dało się wyjaśnić ciągły, zbolały protest jej organizmu?
Wtedy usłyszała własne imię.
Ochrypłe, nieco szorstkie, a jednak wypowiedziane w sposób, który rozpoznała natychmiast; i ten niewielki fragment, który wciąż chowała w sobie, a którego przecież dawno nie powinno być – zdecydowanie po nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy, poderwał się ku niemu, zanim zdążyła oddzielić jego głos od reszty dźwięków. Znów chciał pomknąć w jego stronę; przylgnąć do tego jednego brzmienia, odnaleźć w nim wszystko, co tak uparcie przez cały czas próbował zachować.
Chłonął je z nieprzyzwoitym głodem.
Patrzyła, jak Monroe podnosił się z kanapy, jak zmniejszał odległość, choć nie całkiem, i palce zacisnęły się na framudze jeszcze mocniej. Strach również go rozpoznał. Ból, który identyfikował go równie bezbłędnie co tej jeden niewielki fragment, także. Zdążył już znaleźć sobie w niej miejsce, wrosnąć dostatecznie głęboko, żeby jego poruszenie odezwało się napięciem przy żebrach.
Chciała, żeby podszedł.
I bała się, że podejdzie.
Obie te rzeczy mieściły się w niej z przerażającą łatwością.
Powrót do łóżka i zwyczajna woda pozostawały gdzieś poza tym, na czym umiała się teraz skupić. Zamiast zwolnić uścisk i ustąpić, posłuchać go, dołożyła drugą dłoń do framugi, próbując przytrzymać się wyżej, pewniej, choć ręce również zaczynały się męczyć. Bark osunął się trochę, a w kolanach znów pojawiło się drżenie, którego nie potrafiła zatrzymać.
Powinna dowiedzieć się, co wydarzyło się w klubie, jak znalazła się tutaj i ile czasu upłynęło; powinna spytać o siostrę, przede wszystkim o nią, ale nawet kolejność tych pytań nie chciała się ułożyć.
Rozchyliła usta, sądząc że znalazła to, od czego powinna zacząć, ale wtedy wróciły tamte słowa.
Nigdy więcej nie zobaczysz mnie na oczy.
Nie rozmywały się pod żadną próbą przypomnienia, nie traciły znaczenia jak wszystko inne z poprzedniej nocy; pozostawały w jej głowiej niemal dotkliwie. Podobne słowa słyszała już wcześniej – wtedy to ona miała trzymać się z daleka na jego żądanie. I to żądanie było zrozumiałe. To samo żądanie naruszyła egoistycznie, bo miała problem. Bo była zdesperowana. Bo nie wiedziała, gdzie szukać pomocy, kiedy została postawiona i brutalnie wciśnięta w ścianę.
Znów coś zrobiła nie tak; znów z jej winy on musiał przekuć własne żądanie we własne postanowienie, którego musiał własnoręcznie dopilnować, skoro na nią nawet w tym nie mógł liczyć. Na uszanowaniu jego własnych granic.
— Vincent — powtórzyła słabiej. Imię zabrzmiało żałośnie; ścisnęło jej gardło, a ona wczepiła się mocniej w twardy brzeg pod palcami, kiedy własny ciężar znów pociągnął ją odrobinę niżej. — Ja tego nie chciałam.
Była jak żałośnie zdarta płyta; z jedną, jedyną kwestią, którą potrafiła powtórzyć. Dwiema, jeśli policzyć jego imię, ale ono samo tak gładko prześlizgiwało się po jej języku, gdy umysł był zbyt zmęczony kurtuazją.
Nie chciała tak wielu rzeczy, ale gdyby miała je wszystkie nazwać teraz, ciężko byłoby znaleźć tę, od której należałoby zacząć.
Jedno zdanie, którym przecież nie dało się zamknąć niczego. Jedno zdanie, które nie tłumaczyło tak naprawdę niczego. Które było niemal żenujące w całej swej rozpaczliwości. Upokarzała się nie tylko sama przed sobą, ale przed nim. Przed człowiekiem, który przecież nie chciał jej widzieć. Przed człowiekiem, którego skrzywdziła, a mimo to miała czelność przyjść, zadeptać jego granice, i prosić o pomoc. Bo ona jej potrzebowała. Bo ona była pod ścianą.
— Przepraszam. — Jej usta, same i bez jej wiedzy; bez świadomości rozsądku, zbyt zajętego natłokiem myśli, złożyły jedno słowo.
i wish i could be a better me, for you
Ale pokój nadal poruszał wirował przy każdej, najdrobniejszej nawet próbie zmiany pozycji.
Nie rozumiała, dlaczego była aż tak słaba. Nie potrafiła nawet ustalić, co dokładnie wydarzyło się wcześniej; wspomnienia pojawiały się w niej urywkami, a i tak nieczytelne. Nie miała wiedzy co się stało po przekroczeniu progu szatni, w której przebrała się w ten upokarzający kawałek materiału. Nie miała też pewności, że w ogóle chodziło o poprzednią noc.
A jeżeli minęło więcej czasu? Może tak dało się wyjaśnić ciągły, zbolały protest jej organizmu?
Wtedy usłyszała własne imię.
Ochrypłe, nieco szorstkie, a jednak wypowiedziane w sposób, który rozpoznała natychmiast; i ten niewielki fragment, który wciąż chowała w sobie, a którego przecież dawno nie powinno być – zdecydowanie po nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy, poderwał się ku niemu, zanim zdążyła oddzielić jego głos od reszty dźwięków. Znów chciał pomknąć w jego stronę; przylgnąć do tego jednego brzmienia, odnaleźć w nim wszystko, co tak uparcie przez cały czas próbował zachować.
Chłonął je z nieprzyzwoitym głodem.
Patrzyła, jak Monroe podnosił się z kanapy, jak zmniejszał odległość, choć nie całkiem, i palce zacisnęły się na framudze jeszcze mocniej. Strach również go rozpoznał. Ból, który identyfikował go równie bezbłędnie co tej jeden niewielki fragment, także. Zdążył już znaleźć sobie w niej miejsce, wrosnąć dostatecznie głęboko, żeby jego poruszenie odezwało się napięciem przy żebrach.
Chciała, żeby podszedł.
I bała się, że podejdzie.
Obie te rzeczy mieściły się w niej z przerażającą łatwością.
Powrót do łóżka i zwyczajna woda pozostawały gdzieś poza tym, na czym umiała się teraz skupić. Zamiast zwolnić uścisk i ustąpić, posłuchać go, dołożyła drugą dłoń do framugi, próbując przytrzymać się wyżej, pewniej, choć ręce również zaczynały się męczyć. Bark osunął się trochę, a w kolanach znów pojawiło się drżenie, którego nie potrafiła zatrzymać.
Powinna dowiedzieć się, co wydarzyło się w klubie, jak znalazła się tutaj i ile czasu upłynęło; powinna spytać o siostrę, przede wszystkim o nią, ale nawet kolejność tych pytań nie chciała się ułożyć.
Rozchyliła usta, sądząc że znalazła to, od czego powinna zacząć, ale wtedy wróciły tamte słowa.
Nigdy więcej nie zobaczysz mnie na oczy.
Nie rozmywały się pod żadną próbą przypomnienia, nie traciły znaczenia jak wszystko inne z poprzedniej nocy; pozostawały w jej głowiej niemal dotkliwie. Podobne słowa słyszała już wcześniej – wtedy to ona miała trzymać się z daleka na jego żądanie. I to żądanie było zrozumiałe. To samo żądanie naruszyła egoistycznie, bo miała problem. Bo była zdesperowana. Bo nie wiedziała, gdzie szukać pomocy, kiedy została postawiona i brutalnie wciśnięta w ścianę.
Znów coś zrobiła nie tak; znów z jej winy on musiał przekuć własne żądanie we własne postanowienie, którego musiał własnoręcznie dopilnować, skoro na nią nawet w tym nie mógł liczyć. Na uszanowaniu jego własnych granic.
— Vincent — powtórzyła słabiej. Imię zabrzmiało żałośnie; ścisnęło jej gardło, a ona wczepiła się mocniej w twardy brzeg pod palcami, kiedy własny ciężar znów pociągnął ją odrobinę niżej. — Ja tego nie chciałam.
Była jak żałośnie zdarta płyta; z jedną, jedyną kwestią, którą potrafiła powtórzyć. Dwiema, jeśli policzyć jego imię, ale ono samo tak gładko prześlizgiwało się po jej języku, gdy umysł był zbyt zmęczony kurtuazją.
Nie chciała tak wielu rzeczy, ale gdyby miała je wszystkie nazwać teraz, ciężko byłoby znaleźć tę, od której należałoby zacząć.
Jedno zdanie, którym przecież nie dało się zamknąć niczego. Jedno zdanie, które nie tłumaczyło tak naprawdę niczego. Które było niemal żenujące w całej swej rozpaczliwości. Upokarzała się nie tylko sama przed sobą, ale przed nim. Przed człowiekiem, który przecież nie chciał jej widzieć. Przed człowiekiem, którego skrzywdziła, a mimo to miała czelność przyjść, zadeptać jego granice, i prosić o pomoc. Bo ona jej potrzebowała. Bo ona była pod ścianą.
— Przepraszam. — Jej usta, same i bez jej wiedzy; bez świadomości rozsądku, zbyt zajętego natłokiem myśli, złożyły jedno słowo.
i wish i could be a better me, for you